Trzy kroki od miłości, dwa kroki od śmierci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trzy kroki od miłości, dwa kroki od śmierci
Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci
Trzy kroki od miłości dwa kroki od śmierci
Audiobook
Czyta Katarzyna Tokarczyk
29,99  21,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No cóż, jakoś sobie poradzę.

Miał przecież u płci przeciwnej duże powodzenie. Hmm, nawet niedawno spodobał się samej hrabiance Zapiskiej, którą poznał w klubie tenisowym. Świetnie grała, a jakie miała piękne oczy, jakie maniery, a jej ród był podobno tak stary, że jego początki sięgały czasów, kiedy większość ludzi siedziała jeszcze na drzewach. I gdybym tylko chciał się postarać, to kto wie, może zostałaby moją narzeczoną zamiast Marii? Ta przynajmniej trochę życia w sobie miała, a nie same dobre maniery – rozmyślał.

Ale na wakacje Zapiska wyjechała do swojej rodzinnej posiadłości w Rudach, gdzie podobno mieli piękny pałac i sporo ziemi. Jednakże rodzice Adama, którzy od pewnego czasu każdą kobietę, którą się interesował traktowali w sposób matrymonialny, zaraz skądś się dowiedzieli, że rodzina Zapiskich tonie w hipotekach, więc o ile z punktu widzenia koligacji jest to związek pożądany, o tyle finansowo ryzykowny. Na tym rozmowy się skończyły, ani go nie zachęcali ani nie odradzali, widocznie wada hipoteczna i zaleta koligacyjna na tyle się znosiły, że sami nie wiedzieli co z tym zrobić, czekali więc aż los sam podsunie im szczęśliwe rozwiązanie. Adam zupełnie nie rozumiał, dlaczego nie pozwalali mu na razie po prostu żyć i cieszyć się życiem, ciągle tylko mówili o stabilizacji i korzyściach płynących z odpowiedniego ożenku, a kto wie co tu jeszcze będzie?

– Wojna wisi na włosku i miej tu żonę w takich czasach. A jeśli nawet wojny teraz nie będzie, to też nie warto spieszyć się z ożenkiem, bo najdalej za kilka lat wybuchnie. W każdym razie rodzina może poczekać, a ojczyzna? Też może poczekać...

Lubił się w swoim białym letnim garniturze, lubił swoją beztroskę, a przede wszystkim swobodę, której w obecnej sytuacji miał pod dostatkiem. Tyle jeszcze miejsc chciał zobaczyć, tyle przygód mieć, tyle kobiet poznać. Na decyzję kim dokładnie chciałby zostać, nie był w dalszym ciągu gotowy. Czuł w sobie dziwny bezwład decyzyjny i mimo czynionych wysiłków, nie widział siebie w żadnej konkretnej roli. Ta nowopoznana krawcowa była zapowiedzią kolejnej szelmowskiej przygody, zdobywania, romansu i oczywiście w konsekwencji porzucenia. Nieraz już tak było i nic sobie z tego nie robił. Czy takie kobiety w ogóle mają uczucia? Pewnie tak, ale to już nie jego sprawa.

Szybko dowiedział się gdzie Janka mieszka i jak spędza dzień. Miał do niej niedaleko. Wynajmowała pokój w małym domku, blisko ich willi, gdzie całymi dniami szyła. W ciepłe dni, z otwartego okna dochodził turkot maszyny. Rano chodziła na targ, w niedzielę do kościoła. Było to życie nudne i pracowite. Czasami bywał u niej jakiś młody mężczyzna o wyglądzie takim, że mimo woli Adam nie chciałby go spotkać w ciemnej uliczce. Zresztą gości przyjmowała nielicznych, z wyjątkiem klientek, które kręciły się u niej od rana do wieczora.

Kiedy wychodziła z domu, trudno było do niej podejść, miała jakąś niedostępną, surową twarz i nawet na niego nie spojrzała, gdy przypadkiem kręcił się w pobliżu. Widocznie przywykła do męskich zaczepek, jako, że była bardzo ładna i wiedziała, że się podoba. Jego kandydatury z pewnością nie mogła traktować poważnie, bo on sam siebie poważnie nie traktował.

Zima zniweczyła jego plany. Wrócił do Warszawy, studiował i udzielał się towarzysko, zwłaszcza w swojej studenckiej korporacji, gdzie życie toczyło się nie tylko w szybkim, ale również bardzo wesołym tempie. Kto by tam pamiętał o jakiejś nadąsanej krawcowej. Przypomniał sobie o niej nagle i to w bardzo dziwnych okolicznościach. Szedł właśnie Krakowskim Przedmieściem, gdy niedaleko uniwersytetu minęła go para młodych ludzi. Zwłaszcza dziewczyna zwróciła jego uwagę, była ładna i założyłby się, że gdzieś już ją widział. Mimo woli obejrzał się, wtedy zauważył, że przy jednej z bram dołączył do nich jakiś wysoki mężczyzna. Wszyscy troje stanęli w miejscu, jakby na coś czekali. Przystanął i Adam wlepiając oczy w słup ogłoszeniowy. Na słupie kolorowy plakat zachęcał do wizyty w kabarecie, na nim znana aktorka Zozo Lipka prowokacyjnie pokazywała długą nogę, obok czerwono -czarne litery zapraszały na dancing. Adam czekał w napięciu. Przeczuwał, że za chwilę będzie draka. Kolejna jaka w ostatnich latach przetoczyła się przez warszawskie ulice. Scenariusz zawsze był podobny. Kilkudziesięciu młodych ludzi – mniejsza draka, kilkuset – większa. Na ulicy ścierały się różne pomysły na Polskę, na Polaków, na życie. Można powiedzieć, że idee obiegały ulice konkurując ze sobą coraz ostrzej i wszyscy byli gotowi na wszystko. Nadchodził czas rozstrzygnięć.

Gdy po raz kolejny wzrok Adama padł na długą nogę aktorki Zozo, nie wiadomo skąd na ulicy pojawiła się spora grupa młodych mężczyzn z transparentami. Zaczęło się. Tupot, wyzwiska, bijatyka, krzyki:

– Precz z nacjonalizmem, precz z faszyzmem!

– Podpalić Berezę, uwolnić więźniów!

– Precz z żydokomuną, precz z sowiecką agenturą!

Odwrócił się, by obejrzeć znane już sobie wcześniej sceny. Tym razem „falangowcy” starli się radykalnymi bojówkami lewicowymi, co jak zwykle miało krwawy przebieg. Na wyższych balkonach pojawili się gapie kibicując wydarzeniu. Bezpiecznie było, bo wysoko, czasami tylko poleciała jakaś szyba wybita kamieniem.

Natychmiast zjawiła się policja, która wcześniej wiedziała, że zanosi się na awanturę, dlatego dość licznie obsadziła okolicę. Teraz energicznie policjanci zabrali się za rozpędzanie tłumu. Nie wiadomo kiedy Adam znalazł się w samym środku zawieruchy, popychany to w jedną, to w drugą stronę z trudem dopadł jakiejś bramy, obrywając po drodze kamieniem. Wydawało mu się, że tutaj każdy bije każdego. Ludzkie kłębowisko piorące się po mordach. Idea zniknęła za maską agresji, ręce dopadły kudłów przeciwnika a pięści jego twarzy. Okładano się, charczano, sapano, dając ulgę wzajemnej nienawiści. W tłumie mignęła mu tamta dziewczyna. Ciągnięto ją do policyjnego wozu. Krzyczała i wyrywała się policjantom jak wściekła. „Jak nic ma zapewniony pobyt w Berezie” – pomyślał. – „Ile ona może mieć lat? Z osiemnaście?”. Była jeszcze zbyt młoda, żeby liczyć się z porażką, więziennym smrodem i miesiącami jałowej pokuty za jedną chwilę działania. I właśnie wtedy Adam spostrzegł, że jest bardzo podobna do Janki. Ta sama sylwetka, twarz, włosy. Gdyby była trochę starsza można by je pomylić. Nagle spostrzegł przed sobą kłęby białego dymu, oczy zaszły mu łzami, w gardle poczuł pieczenie.

– Gazy łzawiące! – ktoś zawołał i grupa młodych ludzi rzuciła się do ucieczki. Adam powoli posuwał się wzdłuż ulicy i przytrzymując się ścian kamienic. Wrócił do bramy, w której schronił się poprzednio i usiłował doprowadzić oczy do porządku. Ale gdzie tam. Piekły jak diabli.

– Rozejść się, rozejść – padały komendy, potem rozległy się strzały, ktoś krzyknął przeraźliwie, leciały kamienie, leciały wyzwiska. Jakiś ranny człowiek wił się z bólu na chodniku tuż przed nim, ale sytuacja powoli się uspokajała. Zatrzymano kilka osób, reszta uciekła, kilku rannych pakowano do karetki, która tymczasem zdążyła nadjechać. Adam powoli wysunął się ze swojej kryjówki. Otrzepał płaszcz, poprawił kapelusz i chwiejnym krokiem ruszył przed siebie, starając się iść jak najbardziej poprawnie, żeby nie wzbudzić niczyjego zainteresowania. Przedstawienie skończone, ulica wracała do normy, ci, którzy nadchodzili w to miejsce już byli nieświadomi niedawnych wydarzeń.

– No i oberwała czerwona zaraza, z takimi trzeba krótko – zaczął nobliwie wyglądający pan w śmiesznym przydużym kapeluszu – co to będzie w tym kraju, co to będzie...

– Ledwie kraj się dźwignął, ledwie z kryzysu wyszedł, a tu już go komuniści destabilizują. Pamiętam jak w dwudziestym roku szli ramię w ramię z Sowietami i...

W tej chwili zachwiał się i runął na chodnik, jak się okazało pchnięty przez jakiegoś chłystka w czapce na bakier, który szybko gdzieś zniknął.

– A to dranie – ktoś krzyknął.

– Lekarza, lekarza – wołano.

– Nie, nie potrzeba, już się podnosi.

Jakiś chłopak w studenckiej czapce krzyczał do kolegów:

– Lewacy biją naszych, wpadli do auli i zaczęli te swoje sowieckie hasła wyszczekiwać. Już od rana zbierali się przed bramą. Plują na nas, na Polskę plują, czerwona hołota! Takich to od razu pod murem stawiać za zdradę ojczyzny! Oni kiedyś się doczekają...

Adam sympatyzował wprawdzie z narodowcami, ale ci „falangowcy” jego zdaniem przesadzali. Czerwonych trzeba zwalczać, zgoda, pokazali przecież co potrafią, ale upaństwawianie zagranicznych czy żydowskich przedsiębiorstw i dzielenie udziałów w nich między pracowników, to przecież naruszenie świętego prawa własności, rozdawanie cudzego. Każdy może ponieść wtedy straty. A jego akcje Lewaru? Co z nimi by się wtedy stało? Komuniści też chcą nacjonalizować w imię sprawiedliwości społecznej. Czy ważne w jakie imię się coś głosi, jeśli to taki sam absurd? Do czego to wszystko doprowadzi? Sanacja też nie odpuszcza, właściwie odkąd umarł marszałek, tylko kłócą się między sobą, stroszą piórka i wysyłają do Berezy. Nie będzie sanacji to inni zaczną wysyłać. Tak czy siak zawsze pojedziesz. Każda nowa władza, gdy zdobywa władzę, zaraz potem wkracza na wytyczoną przez poprzedników ścieżkę.

Niee, zabawa w politykę jest nie dla mnie. Ja chcę po prostu żyć, korzystać z młodości, z miłości, z miłostek. Czy każdy musi zaraz wkładać mundur, albo mieć wzniosłe ideały? A gdzie brydż, gdzie wieczór w Adrii? Dla takich wieczorów warto żyć. Ach, te wszystkie ideowe okrzyki, dlaczego oni tak krzyczą? Wkrzykują w ludzi rzeczy, w które pewnie sami nie wierzą, ale ludzie im wierzą. Cudowny mechanizm absurdu.

W te szalone dni, kiedy z daleka pohukiwała wojna, Maria nie przeżywała jeszcze zbyt mocno braku miłości Adama do siebie, bo nie bardzo umiała określić to, co od niego dostaje. Wszystko więc sobie na dobre tłumaczyła. Tak było dla niej lepiej. Natomiast Adam próbował znaleźć swoje miejsce w historii, która traciła równowagę. Miejsce godne takiego jak on dżentelmena, rozważnego i jednocześnie brawurowo szalonego. Janka szyła ostatnie sukienki przed awansem społecznym, którego się spodziewała, gdyby wszystko poszło dobrze. Trochę tylko martwiła się o brata, ale dzięki grypsowi z więzienia wiedziała, że żyje i jako tako się trzyma. Potem, gdy historia zawirowała, z trudem usiłowała złapać nić sensu w tym co się działo dookoła niej. Bywa, że człowiek nie rozumie świata, który tworzy i tak właśnie było z Janką.

 

***

Z czasem w puste miejsce po Adamie, którego porwał wir wojny, w życie Marii wkroczył Maurycy. On również, zanim się poznali, kochał inną, albo tak mu się przynajmniej wydawało. Miłość do tej innej, wyidealizowana przez lata małżeństwa i jemu zatruwała życie. Na pociechę miał swój paskudny charakter. Maria jednak nabrała przekonania, że nie sposób jej pokochać i przeszła przez życie bez miłości, za to w towarzystwie psychiatrów. Nigdy więcej w żadnym mężczyźnie nie umiała się już zakochać, a życie traktowała jak swoistą grę, w której jedne pionki oznaczają cierpienie, a inne zadowolenie zrodzone głównie z wygody bytowania. Ciążące jej sprawy raz na jakiś czas wypluwała z siebie w szpitalu psychiatrycznym.

– Jaka to pora roku? – zapytała Maria budząc się z odrętwienia.

– Wiosna, już za kilka dni na dobre się zazieleni i będzie można wyjść do ogrodu na spacerek – poinformowała ją pielęgniarka.

– Już tylko kilka dni i wszystko się zmieni – wyszeptała Maria.

Pielęgniarka z marsową miną i tabletkami w ręku stała nad nią wyczekująco.

– Proszę to wziąć – rozkazała tonem, jakim tylko personel medyczny potrafi przemawiać.

– Co to jest, co to za leki? – dopytywała się Maria. Patrzyła teraz zupełnie przytomnie i pod wpływem tej jej przytomności kobieta w białym fartuchu poczuła się niepewnie. Choroba pacjenta dodawała pielęgniarce pewności siebie, wtedy każdy wiedział co ma robić, pacjent chorował, lekarz zalecał, pielęgniarka podawała. Ale jak działać, gdy leczony próbował wyzdrowieć i żyć znowu tak jak inni, narażając się jednocześnie na ujemne skutki stanu jakim jest życie.

– No, pani Mario, niech pani to weźmie, to konieczne – powiedziała pojednawczo.

Maria poruszyła się niespokojnie.

– Czy jest jeszcze wojna? Słyszę jakieś okropne krzyki na korytarzu, ktoś strzela z pistoletu. Ooo...

Pielęgniarka natychmiast przestała się wahać.

– No już, bierzemy leki, raz, dwa. Przywieźli chorego, drze się jak opętany, zaraz sobie z nim poradzą. Aha, wojna już dawno się skończyła.

– Nie ma wojny? – zdziwiła się Maria.

– Nie ma. Jest spokój, budujemy nową Polskę, prawie nie mamy analfabetów i... a zresztą – machnęła ręką. – Do kogo ja o tym wszystkim mówię.

Maria nagle zerwała się z łóżka.

– Gdzie ja jestem, kim pani jest? Kto powiesił Maurycego?

– No nie ja moja droga, ani nie pan doktor.

– W takim razie kto!?

– Ciii, proszę się uspokoić, bo zawołam lekarza, proszę natychmiast wziąć tabletki. Siostra już całkowicie odzyskała pewność siebie. Jednak w tej chwili Maria gwałtownie zerwała się i wypadła na korytarz. Pognała przed siebie nie zastanawiając się dokąd. Liczyła, że gdzieś tam spotka lepszych ludzi, którzy ją bardziej zrozumieją. W korytarzu prowadzącym do izby przyjęć grupka sanitariuszy pracowała nad nieokrzesanym pacjentem. Był już prawie związany kaftanem bezpieczeństwa, jeszcze tylko krzyczał coś niewyraźnie i wierzgał nogami, ale moc szpitala już nad nim panowała, a jego mamrotaniem nikt się nie przejmował. Wiedziano, że za kilka minut zastrzyk zacznie działać i pacjent przynajmniej chwilowo uodporni się na żywioł życia, który go tu przywiódł, stawiając przed nim wyzwania, z którymi bez białego kaftana nie umiał sobie poradzić. Pielęgniarka szybko dopędziła Marię, miała wprawę w łapaniu oszalałych pacjentów.

– Chodź stąd – warknęła biorąc ją za rękę – bo za chwilę i ciebie tak urządzą.

– Czy wojna już się skończyła? – Maria powtórzyła swoje pytanie i z trwogą rozejrzała się dookoła. – Ja się boję. Wypuśćcie mnie. Ja nic nie zrobiłam.

– Jest rok siedemdziesiąty pierwszy, wszystko już się skończyło.

– Skończyło? Ja jeszcze nie uporządkowałam swoich spraw. Dzisiaj w nocy śnił mi się Maurycy, on tu często do mnie zagląda. Gdzie on teraz jest?

– Kto? – zapytała pielęgniarka.

– Maurycy, mój mąż. On jest bardzo podstępny, lubi podsłuchiwać pod drzwiami, lepiej nic nie mówić, bo znowu zacznie mnie dusić, ale nikt mi nie wierzy!!! Boże jaka ja jestem samotna.

– Chodź – ponaglała siostra ciągnąc Marię korytarzem. – Wracamy do sali, tam weźmiesz leki i zaraz Maurycy sobie pójdzie. Kobieto, ja nie mam czasu zajmować się wojną i tym twoim Maurycym, inni chorzy czekają – burknęła.

Te przebudzenia w psychiatryku, gdy wracała Marii świadomość były okropne. Nie mogła pojąć dlaczego tutaj trafiła, a nikt nie chciał jej tego wyjaśnić. Sądziła, że przez pomyłkę, bo zawsze wtedy zabierano ją z powrotem do domu. Podczas tych przerywanych normalnym życiem pobytów w szpitalu, najlepiej lubiła malować. Wtedy urzeczywistniała na popierze przeżycia kłębiące się w jej głowie, ale nie umiała wznieść się poza banalny domek i jakieś drzewka. Dopiero, gdy poczuła się nieco lepiej, uświadomiła sobie, że ten stale malowany przez nią dom z czarnymi oknami, to właśnie ich przedwojenna willa w Podkowie. Tak się wszystko splotło, że spędziła tam najszczęśliwszy i jednocześnie najgorszy okres w życiu. Stamtąd już za okupacji wyszedł pewnego dnia do pracy jej ukochany ojciec i nie wrócił. Umarł podobno śmiercią naturalną, w firmie, w której zaczepił się jako magazynier. Tego dowiedziały się z matką od osób, które przy tym były. Jednak nigdy nie udało im się odzyskać zwłok i jak należy go pochować, nawet nie wiedziały gdzie jest jego grób. Przez całe życie na niego czekała, najpierw z matką, a potem sama. Wiedziała, że to absurd, że nawet gdyby żył, już musiałby umrzeć, a jednak czekała. W jego życiu brakowało odpowiedniego zakończenia w postaci uroczystego pochówku w rodzinnym grobie na Powązkach, zniknął po śmierci jakby rozpłynął się w nicości. Czy mogła go z tym zostawić?

Do szpitala psychiatrycznego Maria trafiała regularnie. Rodzina twierdziła, że to z troski o nią i że tak będzie dla niej najlepiej. Jeśli się nie odzywa, trzeba ją leczyć. Nie ma rady, człowiek mówić musi, to go odróżnia od zwierząt. Czasami miesiącami nie wiedziała gdzie jest, ale kiedy wracała z tych swoich podróży w psychiczny niebyt, czuła ból, tak jakby jednocześnie wszystkie części ciała dawały znać, że żyją. A życie musi boleć. Dlaczego? Tego nie da się wytłumaczyć, chociaż wszyscy próbują, aż w końcu ludzkość wymyśliła środki znacznie łagodzące jednostkę chorobową zwaną banalnie „bólem istnienia”. Szafarzami ich są psychiatrzy oraz domy otuchy psychicznej czyli psychiatryki.

– Odkręćcie mnie, odkręćcie! Ratunku! – krzyczał ktoś na korytarzu. – Nie zostawiajcie mnie tutaj, ratuuunku, przykręcili mnie do krzesła, ja muszę iść do księgowości. Puszczajcie nooo... Ja nie mam czasu, ja się spieszę – ryczał pacjent w pokoju obok i za nic nie dał sobie wytłumaczyć, że tutaj można przestać się spieszyć, a i tak ze wszystkim się zdąży. Znowu słychać tupanie wielu nóg, jakieś szorstkie odgłosy i czyjeś problemy zostały natychmiast rozwiązane. Zapanowała cisza. Jakie to proste. A jednak tutaj jeszcze bardziej jak gdzie indziej trzeba uważać, żeby nie zwariować.

Maria w chwilach świadomości jak nożem przejeżdżała po swoim wnętrzu bolesnymi wspomnieniami. Dlaczego miała ich aż tyle? Psychiczne odrętwienie zapewniało jej stan wygodnej półświadomości, wtedy przeżywała połowicznie, półwspominała i połowicznie cierpiała. W jej pamięci ciągle majaczyło cudowne lato 1939 roku, ostatni okres kiedy była naprawdę szczęśliwa, a wszystko wydawało się takie radosne i piękne. Była zakochana i to po raz pierwszy w życiu, tak mocno, jak tylko pierwszą miłością można kochać, bez żadnego ale... Odkryła miłość, tę młodzieńczą, absolutną, kiedy człowiek nie zna jeszcze rozczarowań i nie zdąży się na nie uodpornić stwierdzeniem „że ludzie tacy są”. Na razie był Adam i cały jej świat krążył wokół niego. Czuła wprawdzie, że ona kocha go bardziej, a on ją mniej, ale był przy niej, wykonywał obowiązki narzeczonego i wiele wskazywało na to, że już na zawsze zostaną razem, chyba, że będzie koniec świata. Z daleka dochodziły pomruki zbliżającej się wojny, ale przecież wszyscy mówili, że będzie krótka, albo w ogóle jej nie będzie. Hitler wrzeszczał coraz bardziej, jednak brano to za bezsilny krzyk furiata, który pokrzyczy i przestanie, jak wszyscy furiaci. Ba, nawet znany jasnowidz powiedział, że wojny zdecydowanie nie będzie, wszystko to tylko wojna nerwów, które Hitler ma najwyraźniej słabe, a potem zapewniał jeszcze jak wszyscy, że Anglia, że Francja, że nie dopuszczą, żeby nam ktoś krzywdę zrobił. Jak więc się bać? Chociaż jej ukochany zapowiadał, że na wojnę, jeśli wybuchnie, oczywiście się wybierze, ale świadomość, że może zginąć w ogóle do niej nie docierała. Jeśli sprawa ma być wygrana, to dlaczego Adam miałby zginąć? Wróci jak bohater, z odznaczeniami. Przypadkowości ślepej kuli zabijającej podstępnie tego jednego, choćby wszyscy inni mieli przeżyć, jakoś nie brała pod uwagę. „Niech ta wojna już będzie za nami” – myślała.

Sama w razie czego zamierzała zostać sanitariuszką, żeby również odegrać jakąś rolę w szalejącej historii. A potem on i ona wezmą ślub, wśród wiwatów kolegów z pułku i wzruszenia rodziny. Ona w białej jedwabnej sukni, z głową zaplątaną w welon, obok niej Adam z orderami na piersi. Nad ich głowami słońce będzie świeciło i niebo będzie błękitne, bo ceremonia odbędzie się wiosną następnego roku. Daleko potrafią sięgać marzenia młodej dziewczyny. Gdyby los zechciał je realizować, świat byłby o wiele piękniejszy. Wojna za ojczyznę imponująco wygląda w słowach, ale paskudnie w rzeczywistości. O tym nie myśleli, bo jak pogodzić wzniosłość wiecznej chwały, czy brawurowego bohaterstwa z brakiem nogi, wybitym okiem czy ropiejącą raną? Wtedy jednak chyba obydwoje wierzyli w piękno takiej walki, a nadchodząca wojna miała produkować bohaterów, nie kaleki.

Tak więc przeczucie nadciągającej wojny, szybkość wydarzeń politycznych, miłość, bohaterstwo, wszystko to w jej umyśle tworzyło napięcie, jakie towarzyszy nieznanym, ciekawym i tylko trochę niebezpiecznym zdarzeniom. Trudno się dziwić Marii, gdyż prawie każdy wokół niej tak myślał, mimo doświadczeń z pierwszej wojny światowej. Wojskowi tamtym tempem obliczali ruchy wojsk, cywile bali się gazów bojowych, ale nikt nie drżał przed czymś, czego nie był w stanie sobie wyobrazić. Na rzeczy niezrozumiałe mówiono po prostu „niemożliwe” i to kończyło sprawę.

Niekiedy szczęście Marii mąciła postawa Adama. Czuła, że nie kocha jej tak, jakby pragnęła. W jego zachowaniu wyczuwała chłód konwenansów, który nakładał się na entuzjazm jego rodziców. Miała wrażenie, że jest w nim jakaś pustka uczuciowa, której ona nie potrafi wypełnić. Pocieszała się jednak, że, może po ślubie uda jej się go lepiej zrozumieć i sprawić, żeby cały był jej, tak jak marzyła. Słyszała nieraz opowieści o takiej późniejszej małżeńskiej miłości, ale słyszała też o miłości pozamałżeńskiej. Co wybierze Adam? Gdy ze swoich przeczuć zwierzyła się matce usłyszała:

– Adam to wspaniały mężczyzna, tylko zbyt mocno zaangażowany w światowe rozrywki. Tak już bywa z młodymi mężczyznami, muszą się wyszumieć w młodości. Kobiety są inne. Staraj się spodobać jego rodzicom, zwłaszcza pani Zofii, ona ma na syna ogromny wpływ. Cieszę się, że udało się was skojarzyć. Dwoje ludzi o podobnym pochodzeniu i majątku powinno być razem szczęśliwych.

– Powinno – szepnęła Maria. Jakoś to słowo źle współgrało z jej stanem uczuć.

– Mamo, ale dlaczego ja mam się podobać jego matce, ja chcę się jemu podobać, tylko jemu.

– Jesteś jeszcze młoda, nie znasz życia, tobie wszystko wydaje się takie proste i oczywiste, a życie tak nie wygląda – odpowiedziała ze znawstwem matka. Takie słowa słyszała przed laty od swojej matki i mniej więcej się sprawdziły, więc teraz z tych zasobów czerpała dla córki.

– Ale jeśli on mnie nie kocha? Mamo, gnębi mnie pewna myśl. Słyszałam, że zeszłego lata Adam był w kimś zakochany, w kimś kogo poznał w swojej korporacji akademickiej.

Matka zamiast odpowiedzieć popatrzyła jej w oczy i stwierdziła:

– Dziecko, mężczyźnie czasami trzeba dużo wybaczyć.

– Masz ci los – westchnęła Maria – już muszę wybaczać, chociaż dopiero jestem narzeczoną, a co będzie jak zostanę żoną? Ja tak nie chcę.

 

– Na życie musisz spojrzeć z pewnej perspektywy i postarać się, żeby wszystkie jego elementy układały się w zgrabną całość. Musisz pilnować, żebyś miała odpowiedni status społeczny i dostała odpowiednią oprawę od losu. Wpatrywanie się w szczegóły niczemu dobremu nie służy, a tylko zniechęca – perorowała matka.

Ale Maria już kochała. Stworzyła sobie swój prywatny świat pierwszej miłości, zgodnie z tym co sobie o tym stanie wyobrażała na podstawie przeczytanych książek i kina. Na niektóre filmy chodziła po kilka razy zanim nasyciła się pulsującą w nich siłą uczuć mężczyzny do kobiety. Tylko on i ona, tak wpatrzeni w siebie, że wszystko inne wokół nich dzieje się jakby machinalnie, a w każdym razie oni niczego poza sobą nie dostrzegają. – tak powinno być również z nimi – a dopiero dalej inni ludzie, kraj i ta wojna, na którą się zanosiło i zanosiło. Jednak czym jest wojna wobec miłości. Przecież nie może być wojny skoro zakochani planują ślub!

– Zamówię ci dwie nowe sukienki. Ta krawcowa, którą poleciła mi pani Zofia nadzwyczaj pięknie szyje – zaproponowała matka.

– Sukienki! Nowe, jedwabne sukienki! Czy można się dłużej zamartwiać wobec perspektywy ich otrzymania? Maria nie potrafiła.

– Jak ta krawcowa się sprawdzi, zamówimy u niej suknię, w którą przebierzesz się w dniu swojego wesela o północy.

Nawiasem mówiąc uszyte wtedy sukienki służyły Marii przez wiele lat i to w czasach, gdy krawcowa nie była już krawcową, sklepy straciły większość swojego asortymentu, a klient stał się intruzem. Przetrwała w nich spory kawał demokracji ludowej. Sama je przerabiała, dostosowując do swoich zmieniających się kształtów.