Tortilla Flat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

O tym jak grzeszna chęć posiadania walczyła z Pilonem i jak chwilowo owładnął nim szatan

Następnego dnia Pilon wyprowadził się do wynajętego domu. Był to dom zupełnie podobny do domu Danny’ego, tylko mniejszy. Także rósł przed nim krzak kastylijskiej róży pnącej się po ganku, w ogrodzie rozpleniło się zielsko, a tuż za płotem stał kurnik pani Soto.

Danny, mając dom do wynajęcia, był wielkim człowiekiem, a i Pilon wdrapał się parę stopni po drabinie społecznej, wynajmując dom.

Trudno powiedzieć, czy Danny naprawdę spodziewał się komornego bądź czy Pilon miał zamiar coś płacić. Jeśli tak było, to obaj się rozczarowali. Zresztą Danny nigdy nie prosił o pieniądze, a Pilon nigdy ich nie proponował.

Przyjaciele często przebywali razem. Wystarczyło, by Pilonowi wpadł do ręki kawałek mięsa albo gąsiorek wina, a Danny natychmiast zjawiał się z wizytą. Jeśli Danny miał szczęście lub okazywał zapobiegliwość w sprawach aprowizacji, Pilon spędzał z nim szaloną noc. Biedny Pilon z pewnością płaciłby komorne, gdyby kiedykolwiek miał pieniądze, ale nigdy ich nie miał, a w każdym razie nigdy nie zdążył ich donieść do Danny’ego. Pilon był uczciwym człowiekiem i czasami bardzo się martwił, gdy myślał o dobroci Danny’ego i swoim ubóstwie.

Któregoś wieczoru zdobył całego dolara w sposób tak niewiarygodny i zdumiewająco łatwy, że usiłował natychmiast o tym zapomnieć – z obawy, że samo wspomnienie może go doprowadzić do szaleństwa. Jakiś mężczyzna stojący przed hotelem San Carlos wpakował mu po prostu dolara do ręki, mówiąc: „Pobiegnij no, człowieku, do sklepiku i przynieś mi cztery butelki imbirowego piwa. W hotelu zabrakło”. Podobny wypadek zaliczyć należało do cudów, które przyjmuje się z pełną wiarą, nie roztrząsa ich i nie wątpi w nie. Pilon pognał z dolarem do Danny’ego, ale zdążył po drodze kupić galon wina, a winem zwabił do siebie do domu dwie tłuste dziewczyny.

Danny, przechodząc obok, usłyszał hałasy i w radosnym nastroju wszedł do środka. Pilon padł mu w ramiona i wszystko, co miał, oddał do dyspozycji przyjaciela. Później, kiedy Danny już pomógł w załatwieniu jednej dziewczyny i połowy wina, odbyła się bardzo ładna walka. Danny stracił ząb, a Pilon miał koszulę w strzępach. Dziewuchy, stojąc pod ścianą, wydzierały się jak mogły i kopały tego z walczących, który akurat znajdował się na ziemi. Wreszcie Danny wygrzebał się, stanął i kopnął jedną z nich w brzuch. Kopnięta wyleciała na dwór, skrzecząc jak żaba. Druga ukradła dwa garnki i wyszła za przyjaciółką.

Przez długą chwilę Danny i Pilon rozpaczali nad perfidią kobiet.

– Ty nawet nie wiesz, jakie to suki – tłumaczył Danny mądrym głosem.

– Wiem dobrze – odparł Pilon.

– Nie wiesz.

– Wiem.

– Kłamiesz.

Odbyła się druga walka, ale już nie taka piękna jak pierwsza. Potem Pilon przestał mieć wyrzuty sumienia z powodu zalegania z komornym. Czyż nie podejmował gościnnie swego gospodarza?

Minęło wiele miesięcy. Pilon znowu zaczął się martwić komornym, a w miarę jak mijał czas, uczucie to stawało się coraz bardziej nieznośne. Wreszcie doprowadzony do ostatecznej rozpaczy przepracował cały dzień u Czin Ki, patrosząc ryby, i zarobił przy tym dwa dolary. Wieczorem założył na szyję czerwoną chustkę, włożył zasłużony kapelusz po ojcu i ruszył na wzgórze, aby wręczyć Danny’emu dwa dolary zadatku.

Ale po drodze kupił dwa galony wina. Tak będzie lepiej – pomyślał. – Gotówka nie wyraziłaby gorącego uczucia, jakie żywię dla mego przyjaciela. Prezent to co innego. I powiem mu, że te dwa galony wina kosztowały pięć dolarów. To ostatnie było bardzo naiwnym postanowieniem i Pilon zdawał sobie z tego sprawę, niemniej jednak, pobłażając sobie, pławił się w nim dalej. Przecież w całym Monterey nikt nie znał lepiej ceny wina niż Danny.

Pilon szedł szczęśliwy. Powziął postanowienie, skierował nos prosto ku domowi Danny’ego, nogi niosły go stanowczo, choć niezbyt szybko we właściwym kierunku, pod jedną i pod drugą pachą trzymał papierową torbę, a w każdej torbie galon wina.

Nadszedł purpurowy zachód słońca, owa najsłodsza chwila dnia, kiedy skończyła się sjesta, a nie zaczął się jeszcze wieczór przyjemności i miłych rozmów. Sosny wydawały się bardzo czarne na tle nieba, wszystkie przedmioty na ziemi pokrył już mrok, tylko niebo jaśniało smutną bladością jak wspomnienie przeszłości. Po całodziennym pobycie w miejscowej przetwórni ryb mewy wracały leniwie do swoich legowisk w nadmorskich skałach.

Pilon był miłośnikiem piękna i mistykiem. Uniósł twarz w niebo, dusza jego popłynęła ku słonecznej łunie. Daleki od doskonałości Pilon, który intrygował i bił się, który pił i przeklinał, ociągał się jeszcze, ale ten drugi, bezinteresowny Pilon o pięknym sercu, poszybował w daleką przestrzeń, gdzie mewy kąpią delikatne skrzydła w promieniach wieczoru. Ten drugi Pilon był niewinny jak dziecko, a jego myśli niesplamione egoizmem i pożądaniem. Warto jest więc je poznać.

Wieczór, kiedy Pan spogląda na ziemię – myślał Pilon. – Ptaki fruwają wokół głowy naszego Ojca. Drogie ptaki, drogie mewy, jakże ja was kocham! Leniwe ruchy waszych skrzydeł pieszczą moje serce, jak dłoń dobrego pana pieści pełny brzuch wiernego śpiącego psa, jak ręka Chrystusa pieściła główki małych dzieci. Drogie ptaki! I myślał: Płyńcie do naszej Pani Słodkiego Smutku, zanieście jej moje grzeszne serce. A potem wypowiedział najpiękniejsze słowa, jakie znał:

– Ave Maria, gratia plena…

Nogi Pilona zatrzymały się w miejscu. Niech wszyscy znają prawdę: niedobry Pilon przestał na chwilę istnieć. (Słyszysz to, aniele – rejestratorze ludzkich uczynków?). Nie było, nie ma i nie będzie bardziej kryształowej duszy niż dusza Pilona w owej sekundzie. Zły buldog Galveza podszedł do wrosłych w ziemię nóg Pilona. Buldog Galveza pociągnął nosem i odszedł, nie próbując nawet chwycić za nogawkę spodni.

Dusza obmyta z grzechów i zbawiona jest duszą znajdującą się w podwójnym niebezpieczeństwie, ponieważ wszystkie złe siły na całym świecie jednoczą się przeciwko niej. „Nawet trawka pod moimi stopami szeleściła – powiedział święty Augustyn – by oderwać mnie od moich modlitw”.

Dusza Pilona nie była bezpieczna nawet przed jego własnymi wspomnieniami. Patrząc na mewy, przypomniał sobie nagle, że pani Pastano używała często mew do tamales, więc poczuł głód i głód ściągnął duszę z przestworzy na ziemię. Pilon ruszył dalej, zachwiana proporcja złych i dobrych skłonności w jego sercu powróciła do normy, buldog Galveza zawarczał, żałując, że nie skorzystał poprzednio z tak wspaniałej okazji i nie capnął Pilona za łydkę.

Pilon się zgarbił, gdyż tak było łatwiej nieść gąsiorki z winem.

Jest rzeczą dowiedzioną i wykazaną w wielu opowieściach, że dusza zdolna do najlepszych uczynków jest także zdolna do najgorszych przestępstw. Czy można znaleźć większego bezbożnika od staczającego się w rynsztok kapłana? Czy jest niewiasta bardziej rozpustna i nienasycona od niedawnej dziewicy? A może to jednak tylko sprawa pozorów.

Pilon, dopiero co strącony z niebiosów na ziemię, był w tej chwili bardzo podatny – chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy – na każde tchnienie, nawet najlżejsze, złych sił, które kłębiły się w nabrzmiewającej wokół niego nocy. To prawda, że nogi niosły go w dalszym ciągu w stronę domu Dan­ny’ego, ale stracił entuzjazm i zdecydowanie, jakie kierowało nim poprzednio. Nogi, niestety, czekały na najlżejszą zachętę, by zmienić kierunek. W głowie Pilona kiełkowała niedobra myśl, że wspaniale można się samemu upić dwoma galonami wina i ponadto przebywać potem bardzo długo w stanie oszołomienia.

Zrobiło się już prawie ciemno, oczy nie widziały nawet kolein drogi, zniknęły rowy po obu jej stronach. Mimo wszystko trudno wysnuwać jakiekolwiek wnioski natury moralnej z faktu, że w chwili gdy dobre i złe skłonności Pilona znajdowały się w stanie tak niebezpiecznej równowagi, gdy walczyły w nim szlachetność i egoizm, że akurat w tej samej chwili Pablo Sanchez siedział w przydrożnym rowie, marząc o papierosie i szklaneczce wina.

Ach, modlitwy milionów! Jakże one muszą walczyć z sobą i wzajemnie się kasować i niszczyć, płynąc ku tronowi Boga.

Pablo najpierw usłyszał kroki, potem zobaczył niewyraźną sylwetkę, a dopiero potem poznał Pilona.

– Ai, amigo! – wykrzyknął entuzjastycznie.

Pilon wrósł w ziemię i obrócił się w kierunku ­rowu.

– Myślałem, że siedzisz w areszcie – powiedział oschle. – Słyszałem coś o gęsi.

– Masz rację, przyjacielu, dobrze słyszałeś – odparł Pablo kpiąco. – Ale źle mnie potraktowano. Sędzia wyraził opinię, że kara niewłaściwie na mnie wpływa, a policja powiedziała, że zjadam więcej, niż przepisy przewidują dla trzech ludzi. Tak więc – zakończył z dumą w głosie – wyszedłem warunkowo.

Pilon został wybawiony od grzechu egoizmu. To prawda, że nie doniósł wina do Danny’ego, ale bez chwili wahania zaprosił Pabla do siebie na poczęstunek. Jeśli główna droga życia ma dwie odnogi szlachetności, a tylko jedną można pójść, to któż rozsądzi, która jest lepsza?

Pilon i Pablo wesoło wkroczyli do domu. Pilon zapalił świecę i zamiast szklanek wystawił dwa słoiki po konfiturach.

– Na zdrowie – powiedział Pablo.

– Salud – powiedział Pilon.

I po kilku sekundach:

– Salud – powiedział Pablo.

– Zdrowie twoje w gardło moje – powiedział Pilon.

Chwilę odpoczywali.

– Su servidor – powiedział Pilon.

– Na śmierć szczurom – powiedział Pablo.

Dwa galony to dużo wina, nawet na dwóch pai­sanos. Teoretycznie poszczególne etapy opróżniania gąsiorków można stopniować następująco: nieco poniżej szyjki pierwszego gąsiorka – rozmowa poważna i skoncentrowana; dwa cale poniżej – smutne, romantyczne wspomnienia, trzy cale poniżej – analiza minionych największych miłości, cal niżej – analiza minionych niezaspokojonych namiętności; dno pierwszego gąsiorka – ogólny, niesprecyzowany smutek. Nieco poniżej szyjki drugiego gąsiorka – czarna rozpacz; dwa palce poniżej – pieśń śmierci i tęsknoty; kciuk poniżej – każda inna znana pieśń. Na tym system stopniowania kończy się i od tej chwili wszystkiego można się spodziewać. Ale wróćmy do pierwszego etapu, którym jest poważna i skoncentrowana rozmowa, gdyż wtedy to Pilon osiągnął niebywały sukces.

 

– Pablo – spytał – czy ciebie nigdy nie nudzi spanie w mokrych, zimnych, obcych rowach?

– Nie – odparł Pablo.

Głos Pilona nabrał kuszących odcieni.

– I ja tak myślałem, przyjacielu, kiedy byłem psem mieszkającym w rynsztoku. Ja również tak myślałem, ponieważ nie wiedziałem, jak słodko jest mieszkać w domu, mieć dach nad głową i ogród. Ach, Pablo, co to za życie!

– Bardzo przyjemne – zgodził się Pablo.

Pilon nacierał dalej:

– Nie chciałbyś wynająć ode mnie części domu, Pablo? Nigdy już nie musiałbyś spać na zimnej ziemi albo na twardym piasku pod molo, gdzie kraby pakują ci się do butów. No, jak by ci odpowiadało mieszkanie tutaj ze mną?

– Bardzo – odparł Pablo.

– Będziesz mi płacił tylko piętnaście dolarów miesięcznie. I możesz korzystać z całego ogrodu i z całego domu z wyjątkiem mojego łóżka. Pomyśl tylko, Pablo! I jeśli ktoś będzie chciał napisać do ciebie list, będzie miał gdzie adresować.

– Owszem – zgodził się Pablo. – To dobry pomysł.

Pilon odetchnął z ulgą. Dotychczas nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ciąży mu dług wobec Dan­ny’ego. Nawet pewność, że Pablo nie zapłaci nigdy ani centa komornego, nie zmąciła uczucia ulgi i pełnego zadowolenia. Jeśli Danny kiedykolwiek zapyta o komorne, Pilon będzie mógł odpowiedzieć: „Zapłacę, kiedy mi Pablo zapłaci”.

Przeszli do następnego etapu i Pilon przypomniał sobie, jaki był szczęśliwy, kiedy był małym chłopcem.

– Żadnych kłopotów, Pablo! I nie wiedziałem, co to grzech. Byłem bardzo szczęśliwy.

– Tak, od tamtych czasów już nigdy nie byliśmy szczęśliwi – zgodził się Pablo ze smutkiem.

Rozdział 4

O tym jak Jezus Maria Corcoran, w zasadzie dobry człowiek, stał się nieświadomym narzędziem w ręku szatana

Życie Pilona i Pabla płynęło w łagodnym rytmie. Rano, kiedy słońce wytaczało się ponad czubki sosen, kiedy w dole marszczyła się i mieniła niebieska zatoka, wstawali leniwie, zadumani, ze swoich posłań.

Słoneczny poranek sprzyja cichej radości. Kiedy na malwach skrzą się jeszcze krople rosy, całe gałązki czy łodyga wydają się odziane w klejnoty, których wartością jest piękno. O tej porze dnia nie można ani się spieszyć, ani hałasować. Myśli płyną wolno, są głębokie i złote jak poranek.

Pilon i Pablo w niebieskich dżinsach i niebieskich koszulach zgodnie poszli do parowu za domem; zabawili tam czas jakiś, potem wrócili i usiedli na ganku, w słońcu, aby słuchać odgłosów z Monterey, dyskutować sennie i dość chaotycznie o ostatnich wydarzeniach w Tortilla Flat, albowiem co dzień, wraz z obrotem wielkiego koła życia, zachodzi tam tysiąc i jedno ważnych spięć.

Siedząc na ganku, którego deski nagrzały się od słońca, znajdowali się w błogim nastroju. Tylko od czasu do czasu poruszali palcami stóp, gdy usiadła na nich mucha.

– Gdyby cała rosa była z diamentów – odezwał się Pablo – bylibyśmy bogaci. Moglibyśmy chodzić pijani całe życie.

Ale Pilon, którego skaziło przekleństwo realizmu, powiedział:

– Wszyscy mieliby za dużo diamentów, spadłyby w cenie. A wino zawsze kosztuje dużo pieniędzy. Gdyby tak choć przez jeden dzień popadało winem i gdybyśmy mieli wielkie naczynie, w które dałoby się go nałapać…

– Ale żeby to było dobre wino – przerwał Pablo. – Nie sikacz, jaki przyniosłeś ostatnio.

– Nie kupowałem go – wyjaśnił Pilon. – Ktoś ukrył je w trawie koło baraku, w którym była zabawa. Czegoż można oczekiwać od wina, które człowiek znajduje w trawie?

Siedzieli i bez większego przekonania odpędzali muchy leniwymi ruchami rąk.

– Kornelia Ruiz wczoraj wieczorem pokrajała trochę tego czarnego Meksykańczyka – poinformował Pilon.

Pablo spojrzał na niego średnio zainteresowany.

– Pokłócili się? – spytał.

– Ach nie, tylko ten czarny nic nie wiedział, że Kornelia sprawiła sobie wczoraj nowego mężczyznę, i chciał wleźć do jej domu. Więc go pokrajała.

– Powinien był wiedzieć – stwierdził z poczuciem wyższości Pablo.

– Skąd miał wiedzieć, kiedy był w mieście, jak Kornelia sprowadziła tamtego? I próbował wejść przez okno, bo drzwi były zaryglowane.

– Głupi czarny – zdecydował Pablo. – Jeszcze żyje?

– O tak. Kornelia go tylko trochę pokrajała po rękach, nie była przecież zła, nie chciała tylko, żeby wchodził.

– Kornelia jest niezbyt stałą kobietą – zauważył Pablo. – Chociaż z drugiej strony nadal zamawia msze za duszę ojca, który umarł dziesięć lat temu.

– Bardzo mu się przydadzą – podjął temat Pilon. – Był złym człowiekiem i nigdy za to nie poszedł do więzienia, i nigdy nie chodził do spowiedzi. Kiedy stary Ruiz umierał, przyszedł ksiądz, żeby go pocieszyć, i dopiero wtedy Ruiz się wyspowiadał. Kornelia mówi, że ksiądz był biały jak wyprawiona skóra łani, kiedy wyszedł od konającego. Ale potem ksiądz mówił, że nie wierzy w połowę tego, co mu Ruiz wyznał.

Pablo miękkim ruchem zabił muchę, która wylądowała mu na kolanie.

– Ruiz zawsze kłamał – zgodził się. – Jego dusza potrzebuje wielu mszy. Ale czy myślisz, że ma znaczenie taka msza, na którą pieniądze pochodzą z kieszeni mężczyzn sypiających po winie u Kornelii?

– Msza to msza – wyraził swoje zdanie Pilon. – Nikt cię nie pyta, skąd masz dwadzieścia centów, kiedy kupujesz butelkę wina. I Pana Boga też nie interesuje, skąd się biorą pieniądze na mszę. Pan Bóg po prostu lubi msze, tak jak ty lubisz wino. Ojciec Murphy lubił łowić ryby i przez wiele miesięcy Komunia Święta miała smak makreli, ale przez to nie była wcale mniej święta. To już tylko księża potrafią wytłumaczyć, jak to się dzieje. Nie mamy się czym martwić. Ciekaw jestem, skąd by tu wziąć parę jajek na śniadanie. Chętnie bym zjadł sobie teraz jajko.

Pablo naciągnął kapelusz, aby osłonić oczy przed rażącym słońcem.

– Charlie Meeler powiedział mi, że Danny kombinuje z Rosą Martin, Portugalką.

Pilon usiadł poważnie zaniepokojony.

– A może ona będzie chciała wyjść za Danny’ego? Te Portugalki zawsze lubią wychodzić za mąż i kochają pieniądze. I kiedy on się z nią ożeni, to może zacznie nas pytać o komorne? Rosa będzie potrzebowała nowych sukienek. Wszystkie kobiety potrzebują sukienek. Dobrze je znam.

Pablo także się zaniepokoił.

– Chodźmy i porozmawiajmy z Dannym i może on… – zaproponował.

– Może Danny ma kilka jajek – dokończył Pilon. – Kury pani Morales dobrze się niosą.

Włożyli buty i poszli wolno w kierunku domu Danny’ego.

Pilon schylił się, podniósł z ziemi kapsel od piwa, zaklął i wyrzucił kapsel.

– Człowiek o złym sercu zostawia takie rzeczy, aby oszukiwać ludzi.

– I ja się schylałem po niego wczoraj wieczorem – powiedział Pablo. Spojrzał na pole, gdzie zielona kukurydza już dojrzała, i odnotował sobie w pamięci ten fakt.

Danny siedział na ganku za krzakiem róży i poruszał palcami od nóg, odpędzając muchy.

– Ai, amigos – powitał ich bez entuzjazmu.

Usiedli koło niego, zdjęli kapelusze i buty. Danny wyjął woreczek tytoniu i parę bibułek i podał je Pilonowi. Pilon wyglądał na lekko zaskoczonego, ale nie zrobił na ten temat żadnej uwagi.

– Kornelia Ruiz pokrajała czarnego Meksykańczyka – zawiadomił Danny’ego.

– Słyszałem – odparł Danny.

Pablo mówił z goryczą:

– Dzisiejsze kobiety są zupełnie bez zasad.

– I niebezpiecznie jest z nimi sypiać – stwierdził Pilon. – Słyszałem o jednej młodej Portugalce w Tortilla Flat, która mężczyznom, co się pchają, z czym nie trzeba, zostawia pamiątki trudne do wyleczenia.

Pablo mlasnął z dezaprobatą. Wyciągnął przed siebie ręce.

– I co ma człowiek robić? Komu zaufać?

Patrzyli uważnie na twarz Danny’ego, ale nie pojawił się na niej najmniejszy wyraz niepokoju.

– Tej dziewczynie na imię Rosa – dodał Pilon. – Nazwiska wam nie zdradzę.

– O, pewnie myślisz o Rosie Martin! – stwierdził Danny zupełnie nieprzejęty. – A czegóż się spodziewałeś po Portugalce?

Pilon i Pablo odetchnęli z ulgą.

– Jak się powodzi kurom pani Morales? – spytał od niechcenia Pilon.

Danny ze smutkiem pokiwał głową.

– Pozdychały. Pani Morales nakładła fasoli do słoików, słoiki rozsadziło, nakarmiła tą fasolą kury i wszystkie kury co do jednej zdechły.

– I gdzie są teraz? – ciekawy był Pablo.

Danny lekceważąco machnął dwoma palcami.

– Ktoś poradził pani Morales, żeby nie jadła tych kur, bo może zachorować, ale myśmy dobrze je wypatroszyli i sprzedali rzeźnikowi.

– Umarł ktoś? – zainteresował się Pablo.

– Nie. Przypuszczam, że nadawały się do jedzenia.

– A może za pieniądze ze sprzedaży kur kupiłeś trochę wina? – spytał Pilon.

Danny uśmiechnął się do niego cynicznie.

– Pani Morales kupiła i wczoraj wieczorem byłem u niej z wizytą. W odpowiednim oświetleniu to nawet urodziwa kobieta i wcale nie taka stara.

Na twarzach Pilona i Pabla pojawił się głęboki niepokój.

– Mój kuzyn Weelie twierdzi, że ona ma pięćdziesiąt lat.

Danny rozłożył ręce.

– Czy to ważne, ile ona ma lat? – stwierdził filozoficznie. – Jest bardzo żywa. Jest właścicielką domu i ma w banku dwieście dolarów. – Danny lekko się zmieszał. – Chciałbym jej dać prezent.

Pilon i Pablo z wielkim zainteresowaniem oglądali swoje stopy i pełną koncentracją myśli usiłowali powstrzymać to, co się nieuchronnie zbliżało. Ich wysiłki nie zdały się jednak na nic.

– Gdybym miał trochę pieniędzy – zauważył Danny – kupiłbym jej duże pudełko słodyczy. – Wymownie spojrzał na swoich lokatorów, ale żaden mu nie odpowiedział. – Wystaczyłby mi dolar albo dwa dolary – podsunął.

– Czin Ki suszy ryby – zauważył Pilon. – Może mógłbyś się do niego wynająć na pół dnia?

Danny przemówił tym razem jaśniej:

– Człowiekowi, który ma dwa domy, nie wypada wynajmować się do Czin Ki. Ale gdybym czasami otrzymywał trochę komornego…

Pilon odezwał się oburzony:

– Zawsze to komorne! Gotów jesteś wyrzucić nas na ulicę, do rynsztoka, żeby samemu spać w miękkim łóżku. Chodź, Pablo! – powiedział ze złością. – Postaramy się o pieniądze dla tego skąpca, tego Żyda.

I obaj sobie poszli.

– Skąd weźmiemy pieniądze? – spytał Pablo.

– Nie wiem – wyznał Pilon. – Może on już się więcej nie upomni. – Ale nieludzkie żądanie Danny’ego zakłóciło głęboko ich psychiczny spokój. – Kiedy go spotkamy, będziemy go przezywać „Starym Żydem” – zaproponował Pilon. – Byliśmy przyjaciółmi od wielu lat. Jak znajdował się w potrzebie, karmiliśmy go. Jak było mu zimno, ubieraliśmy go.

– Kiedy to było? – spytał Pablo.

– Mogło tak być. Przecież gdyby czegoś potrzebował, dalibyśmy mu, gdybyśmy mieli. Właśnie, byliśmy jego prawdziwymi przyjaciółmi. A on teraz niszczy tę przyjaźń, rozbija ją w proch za pudełko słodyczy dla starej, grubej baby.

– Słodycze nie są zdrowe – zgodził się Pablo.

Stan podniecenia zupełnie osłabił Pilona. Usiadł w rowie koło drogi, podparł brodę dłońmi i zatopił się w myślach.

Pablo także usiadł, ale tylko w tym celu, żeby odpocząć, ponieważ jego przyjaźń z Dannym nie była taka dawna i piękna jak przyjaźń Pilona.

Dno rowu było zarośnięte krzakami. Zrozpaczony Pilon, wlepiwszy oczy w jego głąb, zobaczył wystające spod krzaka ludzkie ramię, a obok galonowy gąsiorek do połowy wypełniony czerwonym winem. Chwycił Pabla za ramię i pokazał, co widzi.

Pablo wytrzeszczył oczy.

– Może on nie żyje, Pilon?

Pilon odzyskał oddech i jasne spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość.

– Jeśli nie żyje, wino mu niepotrzebne. Ludzi nie chowa się z winem.

Ramię poruszyło się, rozgarnęło krzaki i ujawniło nieumytą twarz i rudawy zarost Jezusa Marii Corcorana.

– Ai, Pilon, ai, Pablo – powiedział nieprzytomnie. – Que tomas?

Pilon zeskoczył do rowu.

– Amigo, Jesus Maria! Źle się czujesz?

Jezus Maria uśmiechnął się słodko.

– Jestem tylko pijany – wymamrotał i dźwignął się na kolana. – Napijcie się ze mną, przyjaciele. Nie krępujcie się i pijcie, ile chcecie. Wina jest jeszcze dużo.

 

Pilon oparł gąsiorek na łokciu, przechylił go i pociągnął ze cztery razy, uszczuplając zawartość blisko o połowę. Potem przejął inicjatywę Pablo i bawił się gąsiorkiem, jak kot bawi się piłeczką. Otarł usta rękawem. Powąchał wino. Pociągnął kilka próbnych łyków i pozwolił paru kroplom spłynąć w kąciki ust w celu podniecenia wyobraźni. Wreszcie powiedział:

– Madre de Dios, que vino! – Podniósł gąsiorek do ust i czerwone wino radośnie zabulgotało, spływając mu do gardła.

Pilon wyciągnął rękę, jeszcze zanim Pablo przerwał picie, by zaczerpnąć oddechu. Pilon zwrócił się potem z pełnym podziwu opanowaniem do swego serdecznego przyjaciela, Jezusa Marii:

– Czyś ty w lesie znalazł skarb? – spytał. – Czy też umarł jakiś wielki człowiek i zostawił ci spadek, mój maleńki przyjacielu?

Jezus Maria był z natury humanistą i dobroć nigdy nie opuszczała jego serca. Odchrząknął i splunął.

– Dajcie mi się napić – powiedział. – Wyschło mi w gardle. Zaraz wam opowiem, jak to było. – Pił z rozmarzeniem, jak człowiek, który ma tyle wina, że może sobie pozwolić na picie bez pośpiechu, a nawet na rozlanie paru kropel bez specjalnego żalu. – Dwa dni temu spałem na plaży. Na plaży blisko ujścia rzeki. W nocy fale wyrzuciły na brzeg łódkę. Ładną, małą łódkę, nawet były w niej wiosła. Wsiadłem do łódki i powiosłowałem do Monterey. Była na pewno warta dwadzieścia dolarów, ale w handlu zastój, więc dostałem za nią tylko siedem.

– I masz jeszcze pieniądze? – spytał Pilon podniecony.

– Przecież wam mówię, jak to było – powiedział Jezus Maria z godnością. – Kupiłem dwa galony wina, przyniosłem je tutaj do lasu i potem poszedłem na spacer z Arabellą Gross. W Monterey kupiłem jej parę jedwabnych majtek. Okropnie chciała je mieć, bo były takie delikatne i różowe. A potem kupiłem dla Arabelli butelkę whisky i spotkaliśmy jakichś żołnierzy, i ona poszła z nimi.

– O, złodziejko pieniędzy uczciwego człowieka! – wykrzyknął Pilon oburzony.

– Nie – zaprzeczył rozmarzony Jezus Maria. – To był najwyższy czas, żeby sobie już poszła. I wtedy wróciłem tutaj i zasnąłem.

– I nie masz już więcej pieniędzy?

– Nie wiem – odparł Jezus Maria. – Zobaczę. – Przeszukał ręką kieszeń i wyjął trzy zgniecione dolarowe banknoty i dziesięć centów. – Dziś wieczorem – oświadczył – kupię Arabelli Gross taki drobiazg, który nosi się dokoła pod pachami.

– Myślisz o małych jedwabnych kieszonkach zapinanych na tasiemki?

– O tym właśnie myślę – powiedział Jezus Maria. – I wcale nie takich małych, jak mógłbyś przypuszczać. – Odchrząknął, aby przeczyścić sobie krtań.

Pilona ogarnął natychmiast głęboki niepokój.

– Ach, to wieczorne powietrze! – zauważył. – Nie jest dobrze sypiać na dworze. Wiesz co, Pablo, zabierzemy Jezusa Marię do domu i wyleczymy jego przeziębienie, które zaatakowało mu już płuca. Na pewno je wyleczymy.

– O czym wy mówicie? – spytał Jezus Maria. – Nie jestem wcale chory.

– Tak ci się wydaje – odparł Pilon. – Tak samo myślał Rudolfo Kelling, a przecież sam byłeś w zeszłym miesiącu na jego pogrzebie. Tak myślała Angelina Vasquez i umarła w zeszłym tygodniu.

Jezus Maria przestraszył się.

– Myślicie, że mi coś jest?

– To ze spania pod gołym niebem – powiedział z głębokim przeświadczeniem Pilon. – Twoje płuca nie wytrzymują takiego traktowania.

Pablo owinął gąsiorek z winem w wielki liść, tak że ktokolwiek by to zobaczył, zżerany ciekawością nie mógłby przejść, póki by nie sprawdził, co kryje się w liściu.

Pilon szedł koło Jezusa Marii i od czasu do czasu brał go pod rękę, aby mu przypomnieć, że jest człowiekiem ciężko chorym. Zabrali go do domu, położyli na pryczy i chociaż dzień był ciepły, przykryli starą kołdrą. Pablo wzruszająco mówił o biednych ludziach, którzy strasznie cierpią i nikną w oczach zaatakowani przez gruźlicę. A potem mówił Pilon pełnym słodyczy głosem. O radości życia we własnym małym domku. Kiedy kończy się wieczór, a przychodzi noc, kiedy kończy się wino i milkną rozmowy, a po ziemi pełzają podobne do duchów niezdrowe mgły, wtedy nie jest przyjemnie kłaść się spać w zdradliwej wilgoci przydrożnego rowu. Nie, najprzyjemniej jest wejść do miękkiego, ciepłego łóżka i zasnąć jak szczęśliwe dziecko.

Przy tych słowach Jezus Maria zasnął. Pilon i Pablo musieli go obudzić i dali mu się napić wina. Pilon zaczął wzruszająco opowiadać o rankach, kiedy się leży w swoim ciepłym gniazdku, póki słońce nie wzejdzie na tyle wysoko, by się na coś przydać. Człowiek nie trzęsie się wtedy z zimna o świcie i nie potrzebuje zabijać rękami, żeby się choć trochę rozgrzać.

Pilon i Pablo natarli na Jezusa Marię jak dwa psy myśliwskie skradające się bezszelestnie po śladach tropionej zwierzyny, i wreszcie pozwolili Jezusowi Marii mieszkać w ich domu za piętnaście dolarów miesięcznie. Jezus Maria zgodził się uszczęśliwiony. Wszyscy podali sobie ręce, gąsiorek został odpakowany z liścia. Pilon pił szczodrze, gdyż zdawał sobie sprawę, że ma przed sobą najtrudniejszą część zadania. Gdy Jezus Maria pociągał z gąsiorka, Pilon powiedział łagodnie i jakby od niechcenia:

– I dasz nam teraz trzy dolary zadatku.

Jezus Maria odstawił gąsiorek i spojrzał na niego przerażony.

– Nie – odparł stanowczo. – Obiecałem Arabelli Gross, że jej kupię taką rzecz, o której wam mówiłem. Zapłacę komorne, kiedy nadejdzie czas.

Pilon zdał sobie sprawę, że popełnił głupstwo.

– Jak leżałeś na tej plaży przy ujściu rzeki, Bóg przypędził w twoim kierunku łódź. Czy sądzisz, że Bóg zrobił to w tym celu, byś kupował jedwabne majtki dziewusze z przetwórni ryb? Nie! Bóg po prostu chciał, żebyś nie umarł, sypiając na gołej ziemi, gdy jest zimno. Czy myślisz, że Boga interesują piersi Arabelli? Zresztą zgodzimy się na dwa dolary zadatku. Za dolara będziesz mógł kupić tę rzecz, o którą ci chodzi, i to dostatecznie dużą, by zasłonić wymię krowy.

Jezus Maria zaprotestował.

– A więc ci powiem – ciągnął Pilon – że jeśli nie zapłacimy Danny’emu dwu dolarów, wyrzuci nas wszystkich na ulicę, i stanie się to z twojej winy. Przez ciebie będziemy spać w rowie.

Pod tak zmasowanym natarciem Jezus Maria uległ. Dwa zmięte dolarowe banknoty zmieniły posiadacza.

I wtedy pełna napięcia atmosfera ulotniła się z domu, ustępując miejsca spokojowi, ciszy i głębokiemu poczuciu koleżeństwa. Pilon odetchnął, Pablo odniósł kołdrę na swoje posłanie, rozmowa stała się bardziej ożywiona.

– Musimy odnieść te pieniądze Danny’emu.

Po zaspokojeniu pierwszego pragnienia pili teraz wino ze słoików po konfiturach.

– A po co Danny’emu tak koniecznie potrzebne są dwa dolary? – spytał Jezus Maria.

Pilon zrobił tajemniczą minę. Dłonie jego zawirowały w powietrzu jak dwie ćmy.

– Danny, nasz drogi przyjaciel, zawiązuje stosunki z panią Morales. O, nie myśl, że Danny nie wie, co robi. Pani Morales ma dwieście dolarów w banku. Danny chce dać pani Morales w prezencie duże pudełko słodyczy.

– Słodycze nie są dobre dla ludzi – zauważył Pablo. – Bolą od nich zęby.

– To sprawa Danny’ego – powiedział Jezus Maria. – Jeśli on chce, żeby panią Morales bolały zęby, to wyłącznie jego sprawa. Co nas obchodzą zęby pani Morales?

Na twarzy Pilona osiadła chmurka wątpliwości.

– Jednakże – rzucił poważnie – jeśli nasz przyjaciel Danny zaniesie pani Morales duże pudełko słodyczy, sam na pewno też będzie z niego jadł, a więc i zęby naszego przyjaciela będą narażone.

Pablo pokręcił głową mocno zaniepokojony.

– Źle byłoby, gdyby przyjaciele Danny’ego, na których on polega, stali się przyczyną bólu jego zębów.

– Co więc zrobimy? – spytał Jezus Maria, chociaż i on, i pozostali wiedzieli doskonale, co zrobią. Czekali jednak uprzejmie, aż ktoś pierwszy zaproponuje w tej sytuacji jedyne rozwiązanie. Zaległa cisza. Pilon i Pablo uważali, że propozycja nie powinna wyjść od nich, gdyż stosując zasady logiki formalnej, można by im zarzucić działanie z pobudek osobistych. Jezus Maria nie odzywał się przez delikatność wobec swoich gospodarzy, kiedy jednak przydługa cisza uświadomiła mu, czego się od niego oczekuje, szybko się zrehabilitował: