Księżyc zaszedł, W niepewnym boju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ja chcę do domu – powiedział.

Rozdział 6

Niedaleko rynku była mała uliczka z domkami o spadzistych dachach i mnóstwem małych sklepików. Na chodnikach i jezdni śnieg leżał ubity mocno, lecz na ogrodzeniach stroszył się wysoko i miękkim puchem zalegał ostre szczyty dachów. Osiadł na okiennicach małych domków. W podwórzach szuflami przekopano ścieżki.

Noc była ciemna i mroźna, okna – szczelnie zaciemnione – nie przepuszczały nawet śladu światła. Pustki na ulicach, godzina policyjna przestrzegana była surowo. Domy rysowały się konturami ciemnych brył na tle śniegu. W krótkich, regularnych odstępach czasu uliczkę przemierzał patrol złożony z sześciu żołnierzy, każdy z nich trzymał w ręce długą latarkę elektryczną. Stłumiony odgłos kroków rozbrzmiewał w uliczce, towarzyszyło mu skrzypienie butów. Opatuleni w grube płaszcze, w trykotowe czapki pod hełmami – czapki, które zakrywały policzki, uszy, nawet usta. Padał śnieg, drobny jak ryż.

Żołnierze rozmawiali, patrolując ulice, mówili o rzeczach, za którymi tęsknili – o gorącej zupie i mięsie, o urodzie dziewcząt, o ich uśmiechu, ustach i oczach. A niekiedy mówili też o nienawiści do tego, co musieli robić, i o swoim osamotnieniu.

Mały domek o stromym dachu, stojący obok sklepu z żelastwem, był z kształtu podobny do innych i podobnie jak inne dźwigał wielką czapę ze śniegu. Zamknięte okiennice nie przepuszczały ani smużki światła, a brama była mocno zatrzaśnięta. Ale wewnątrz, w stołowym pokoju, świeciła się lampa, drzwi do sypialni i kuchni były otwarte. W żelaznym piecyku pod ścianą żarzył się węgiel. Był to ciepły, skromny, ale wygodny pokój. Na podłodze leżał sfatygowany dywan, ściany oklejone były brązową, ciepłą w tonie tapetą ze staromodnym deseniem w złote bzy. Na ścianach w głębi pokoju wisiały dwa obrazy, jeden z rybą, leżącą na półmisku wyłożonym liśćmi paproci, drugi z martwym głuszcem, leżącym na gałęzi jodły. Na ścianie prawej – wizerunek Chrystusa idącego po wzburzonych falach ku struchlałym rybakom. W pokoju stały dwa zwykłe krzesła, łóżko przykryte jasnym kocem, na środku okrągły stół, na nim lampa naftowa ocieniona okrągłym abażurem w kwiatki. Światło w pokoju było miękkie i ciepłe. Drzwi do przedpokoju, który z kolei wiódł do drzwi wejściowych domu, znajdowały się obok piecyka.

W starym wyściełanym fotelu na biegunach, przysuniętym do stołu, siedziała samotna Molly Morden. Pruła stary niebieski sweter i nawijała wełnę na kłębek. Kłębek był już spory. Na stole leżała robota na drutach, druty były w nią wpięte, obok wielkich nożyc leżały okulary, nie potrzebowała ich bowiem do tej pracy. Molly była młoda, ładna, schludna. Włosy barwy złota miała upięte wysoko na głowie, we włosach niebieską ozdobną spinkę. Ręce jej pracowały szybko. Od czasu do czasu odrywała wzrok od roboty i spoglądała na drzwi do przedpokoju. Wiatr cicho pogwizdywał w kominie, noc była raczej spokojna.

Nagle Molly przerwała pracę, ręce jej znieruchomiały. Nasłuchiwała, nie spuszczając drzwi z oczu. Ulicą przechodził patrol, słychać było głosy żołnierzy. Minęli dom, dźwięki odpłynęły. Molly znów nawijała nitkę na kłębek. I znów przerwała. Od drzwi dobiegł szmer i trzy krótkie pukania.

– Kto tam? – zawołała Molly.

Przekręciła klucz w zamku, otworzyła drzwi. Ciepło opatulona postać wsunęła się do środka. Była to kucharka Anna; miała szczelnie zasłoniętą twarz, oczy zaczerwienione. Szybko prześliznęła się do środka, jakby wzwyczajona w pośpieszne przemykanie przez próg i równie szybkie zamykanie za sobą drzwi. I oto już stała w pokoju, pociągając czerwonym nosem i uważnie rozglądając się dokoła.

– Dobry wieczór, Anno. Nie myślałam, że przyjdziesz tej nocy. Zdejmij płaszcz i ogrzej się. Na dworze jest zimno.

– Żołnierze przynieśli ze sobą wczesną zimę – odparła Anna. – Mój ojciec zawsze mawiał, że wojna przynosi złą pogodę… czy może zła pogoda wojnę? Nie pamiętam już dokładnie, jak to on mówił.

– Zdejmij z siebie okrycie i chodź do pieca.

– Nie mogę – powiedziała Anna z ważną miną. – Już tu idą.

– Kto ma przyjść?

– Jego ekscelencja, doktor i dwaj chłopcy Andersa.

– Tutaj? – spytała Molly. – Po co?

Anna wyciągnęła rękę, na otwartej dłoni leżał mały pakuneczek.

– Weź to, ukradłam z talerza pułkownika. Mięso.

Molly odwinęła papier, wyjęła kawałek mięsa, włożyła do ust i jedząc, zapytała:

– A ty jadłaś?

– Ja przecież gotuję! Zawsze wezmę kawałek.

– Kiedy mają przyjść?

Anna pociągnęła nosem.

– Chłopcy Andersa idą dziś w morze, do Anglii. Na razie ukrywają się.

– Naprawdę? Dlaczego?

– No to przecież ich brata Jacka rozstrzelali dzisiaj za to, że zepsuł wózek. Teraz rozglądają się za jego rodziną. Wiesz przecież, jak oni to robią.

– Tak, wiem. Siadaj, Anno.

– Nie mam czasu. Muszę wracać i powiedzieć jego ekscelencji, że tu wszystko w porządku.

– Czy widział cię kto, jak szłaś? – spytała Molly.

– Nie, ja świetnie się skradam. – Anna uśmiechnęła się z dumą.

– Ale jak burmistrz wydostanie się z domu?

Anna roześmiała się.

– Józef położy się do łóżka na wypadek, gdyby chcieli sprawdzić. Położy się w nocnej koszuli burmistrza obok jego żony. – Znów się zaśmiała. – Dobrze, żeby Józef leżał spokojnie.

– Okropna noc na wypłynięcie żaglówką – zauważyła Molly.

– Ale lepsza niż rozstrzelanie.

– To prawda. Po co burmistrz tu przyjdzie?

– Nie wiem. Chce pomówić z chłopcami Andersa. Muszę już iść, wpadłam tylko, żeby cię uprzedzić.

– Kiedy przyjdą? – spytała Molly.

– O, może za pół godziny, może za trzy kwadranse – powiedziała Anna. – Ja wejdę pierwsza. Nikt się przecież nie interesuje starą kucharką. – Ruszyła ku drzwiom, zawróciła w pół drogi i dodała zadziornie: – Wcale nie jestem taka stara! – Po czym prześliznęła się przez drzwi i zamknęła je za sobą.

Molly wróciła do roboty na drutach. Po chwili wstała, podeszła do pieca i uchyliła drzwiczki. Ogień oświetlił jej twarz. Poruszyła węgle, dorzuciła parę kawałków i zamknęła piec. Zanim doszła do krzesła, dało się słyszeć pukanie do drzwi. Idąc przez pokój, powiedziała do siebie:

– Musiała czegoś zapomnieć. – Zapytała z przedpokoju: – Czego chcesz?

Usłyszała w odpowiedzi męski głos. Otworzyła drzwi. Ktoś mówił:

– Nie zrobię pani nic złego, nie zrobię nic złego.

Molly cofnęła się do pokoju, za nią wszedł porucznik Tonder. Molly spytała:

– Kim pan jest? Czego pan chce? Nie powinien pan tu wchodzić. Czego pan chce?

Porucznik Tonder, ubrany w gruby szary płaszcz, stał w przedpokoju. Zdjął hełm i powiedział błagalnie:

– Nie zrobię pani nic złego. Proszę, niech pani pozwoli mi wejść.

Molly powtórzyła:

– Czego pan chce? – i zamknęła za nim drzwi.

– Proszę pani, chciałbym tylko porozmawiać, to wszystko. Chciałbym usłyszeć pani głos. To wszystko.

– Czy pan chce użyć przemocy? – zapytała Molly.

– Ależ nie, proszę pani. Niech mi pani tylko pozwoli zostać tu chwilę, a potem pójdę sobie.

– Ale czego pan właściwie chce?

– Chyba pani zrozumie, chyba pani uwierzy, że chciałbym tu spędzić tylko chwilkę na rozmowie, żeby zapomnieć o całej tej wojnie – usiłował wytłumaczyć Tonder. – Tylko chwilę. Czy nie moglibyśmy porozmawiać choćby króciutko, tak jak rozmawiają ludzie?

Molly patrzyła nań długo i uśmiech zjawił się na jej wargach.

– Pan nie wie, kim jestem, prawda?

– Widywałem panią w mieście. Wiem, że pani jest urocza. Wiem, że chciałbym z panią porozmawiać.

Molly wciąż się uśmiechała.

– Pan nie wie, kim jestem – powiedziała cicho. Usiadła na krześle, a Tonder stał jak dziecko, skrępowany, niezgrabny. Molly mówiła dalej cicho: – Czuje się pan bardzo osamotniony. To takie proste, prawda?

Tonder zwilżył wargi i odpowiedział skwapliwie:

– Tak, pani od razu zrozumiała. Wiedziałem, że pani zrozumie. Wiedziałem. – Teraz słowa potoczyły się jak lawina: – Jestem chory z samotności. Jestem sam pośród ciszy i nienawiści. – I dodał tonem usilnej prośby: – Możemy porozmawiać trochę?

Molly wzięła robotę na drutach. Spojrzała na frontowe drzwi i powiedziała:

– Może pan tu zostać najwyżej piętnaście minut. Niech pan siada, panie poruczniku. – Znów musnęła wzrokiem drzwi. Coś zaskrzypiało. Z nagle obudzoną czujnością Tonder zapytał:

– Czy ktoś u pani jest?

– Nie, to śnieg uciska dach. Nie mam już mężczyzny, który by go zepchnął.

– Co się z nim stało? – zapytał Tonder. – Czy to może nasza wina?

Molly skinęła głową i patrząc daleko przed siebie, powiedziała:

– Tak.

Usiadł.

– Przepraszam. – Po chwili powiedział: – Chciałbym coś zrobić dla pani. Zrzucę ten śnieg z dachu.

– Nie – powiedziała Molly. – Nie.

– Dlaczego?

– Bo ludzie pomyślą, że trzymam z wami. Wypędzą mnie. Nie chcę, żeby mnie przepędzono.

– Domyślam się, jak by to było. Wy wszyscy nas nienawidzicie. Ale ja zaopiekuję się panią, jeśli tylko pani na to pozwoli.

Wyczuła badawczy i wyczekujący ton w jego głosie. Zwęziła oczy z wyrazem okrucieństwa i powiedziała:

– Dlaczego pan pyta? Należy pan przecież do zwycięzców. Wasi ludzie nie pytają, biorą, co chcą.

– Ja tak nie chcę – powiedział Tonder. – W ten sposób nie chcę.

Molly zaśmiała się, wciąż nie bez okrucieństwa.

– Chciałby pan, żebym pana polubiła, prawda, poruczniku?

Powiedział z prostotą:

– Tak. – Podniósł głowę i mówił dalej: – Pani jest tak piękna, tak miła. Włosy pani są jasne. Och, od dawna już nie widziałem życzliwości w twarzy kobiecej.

 

– I to właśnie znajduje pan w mojej twarzy?

Popatrzył na nią.

– Chciałbym, żeby tak było.

Spuściła wreszcie oczy.

– Pan się zaleca do mnie, prawda, poruczniku? – spytała, a on odpowiedział nieco nieskładnie:

– Chcę, żeby pani mnie polubiła. Na pewno chciałbym to widzieć w pani oczach. Spotykałem panią na ulicach. Przyglądałem się pani. Wydałem rozkaz, żeby pani nie zaczepiano. Czy ktokolwiek naprzykrzał się pani?

– Nie, nikt mi się nie naprzykrzał – rzekła spokojnie Molly.

– Napisałem nawet wiersz dla pani. Chciałaby pani go zobaczyć?

– Czy to długie? – odrzekła nieco złośliwie. – Wkrótce musi pan stąd odejść.

– To króciutki wiersz, ot, kawałek poezji. – Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjął złożoną kartkę i wręczył jej. Przysunęła się do lampy, włożyła okulary i cicho czytała:

O twych niebieskich oczach

Pamiętam wszędzie,

Morze niebieskich wspomnień

Przepływa przez moje serce…

Złożyła papier, ręce oparła o kolana.

– Pan to naprawdę napisał, poruczniku?

– Tak.

– Dla mnie? – dodała drwiąco.

– Tak – odrzekł Tonder mniej pewnie.

Popatrzyła nań badawczo, uśmiechając się.

– Nie, pan tego nie napisał, prawda?

Odpowiedział jej z uśmiechem, jak dziecko przyłapane na kłamstwie:

– Nie.

– A wie pan, kto to napisał? – pytała dalej Molly.

– Wiem, Heine. Mit deinen blauen Augen. Zawsze kochałem ten wiersz. – Roześmiał się z zażenowaniem. Molly śmiała się z niego, i oto śmiali się oboje razem. Nagle przestał się śmiać, równie gwałtownie jak przed chwilą zaczął, i z wyrazem pustki w oczach powiedział: – Od wieków już się tak nie śmiałem. Mówili nam, że ludzie będą nam radzi, że będą nas podziwiać i wielbić. Nieprawda. Oni nas tylko nienawidzą. – Zmienił temat, jak gdyby spostrzegł, że traci czas. – Pani jest tak piękna jak śmiech!

– Zaczyna pan zalecać się do mnie, poruczniku. Już czas, żeby pan sobie poszedł.

– Pewnie, że zalecam się do pani. Mężczyzna umiera bez miłości. Kurczy się wewnętrznie, w piersiach ma suchy wiór. Jestem tak samotny.

Molly wstała z krzesła. Nerwowo spojrzała na drzwi, podeszła do piecyka, a gdy szła z powrotem w stronę Tondera, twarz miała twardą, oczy surowe.

– Czy pan chce iść ze mną do łóżka, poruczniku? – zapytała.

– Tego nie mówiłem. Dlaczego pani zwraca się do mnie w ten sposób?

– Może próbuję pana rozczarować – powiedziała Molly zimno. – Byłam zamężna. Mój mąż nie żyje. Jak pan widzi, nie jestem dziewicą. – Głos jej brzmiał goryczą.

– Chciałbym tylko, żeby mnie pani polubiła.

– Wiem. Pan jest człowiekiem cywilizowanym. Pan wie, że akt płciowy jest pełniejszy i daje więcej rozkoszy, gdy partnerzy się lubią.

– Niech pani tak nie mówi! Błagam, niech pani tak nie mówi!

Molly rzuciła okiem na drzwi.

– Zostaliśmy zwyciężeni, panie poruczniku – powiedziała. – Zabraliście nam żywność. Jestem głodna. Polubiłabym pana, gdyby mnie pan żywił.

– Co, co pani mówi?

– Budzę w panu niesmak, prawda? Moja cena to dwie kiełbaski.

– Nie, niech pani w ten sposób nie mówi!

– A jak było z waszymi kobietami, poruczniku, po tamtej wojnie? Mężczyzna mógł przebierać w dziewczynach za cenę jednego jajka czy kromki chleba. A pan chciałby mnie mieć za darmo, poruczniku? Czy może cena za wysoka?

– Robi pani ze mnie głupca. I nienawidzi mnie pani. Myślałem, że pani może nie będzie nienawidzić.

– Nie, nie czuję do pana nienawiści! – powiedziała. – Jestem głodna i… i… nienawidzę pana.

– Dam wszystko, co pani potrzeba, ale…

– Pan szuka odpowiedniego słowa – przerwała mu. – Nie chce pan powiedzieć „kurwa”? O to panu chodziło, prawda?

– Nie wiem, o co mi chodziło. W tym, co pani mówi, jest morze nienawiści.

Molly zaśmiała się.

– Głodnemu trudno być subtelnym. Dwie kiełbaski, dwie piękne, tłuste kiełbaski mogą stanowić najcenniejszą rzecz na świecie.

– Niech pani nie mówi takich rzeczy. Błagam!

– Dlaczego nie? To przecież prawda.

– Nie, nieprawda. To nie może być prawda.

Patrzyła nań przez chwilę, potem osunęła się na krzesło, spuściła powieki i powiedziała:

– Tak, to nieprawda. Nie czuję do pana nienawiści. Ja też jestem samotna. A śnieg przygniata dach.

Tonder wstał i zbliżył się do niej. Wziął jej rękę w swoje ręce i powiedział miękko:

– Proszę, niech mnie pani nie nienawidzi. Jestem tylko porucznikiem. Nie prosiłem, żeby tu przybyć. Pani nic nie zrobiła, żeby być moim wrogiem. Jestem tylko człowiekiem, nie żołnierzem zdobywcą.

Palce Molly objęły jego ręce.

– Wiem, wiem – powiedziała cicho.

A Tonder mówił dalej:

– Mamy przecież odrobinę prawa do życia w tym ogromie śmierci.

– Tak. – Dotknęła ręką jego policzka

– Wezmę panią w opiekę. Mamy jakieś prawo do życia w tym szaleństwie zabijania. – Położył rękę na jej ramieniu. I nagle Molly zesztywniała, oczy jej rozszerzyły się i patrzyły, jakby ujrzały widmo. Ręce ich rozłączyły się.

– Co się stało? Co to takiego? – zapytał. Patrzyła wciąż prosto przed siebie, a on powtórzył: – Co się stało?

– Ubrałam go jak małego chłopca, który idzie pierwszy raz w życiu do szkoły. Bał się. Zapięłam mu koszulę i usiłowałam go pocieszyć, ale pocieszyć go nie było sposobu. Jakże się bał! – mówiła Molly jak nawiedzona.

– O czym pani mówi?

A Molly zdawała się widzieć to, co opisywała.

– Nie wiem, dlaczego pozwolono mu wrócić na chwilę do domu. Był oszołomiony. Nie wiedział, co się działo. Nie pocałował mnie nawet, odchodząc. Bał się, ale był bardzo dzielny, jak mały chłopiec po raz pierwszy idący do szkoły.

Tonder wstał.

– To był pani mąż?

– Tak, mój mąż. Poszłam do burmistrza, ale on nic nie mógł pomóc. A potem odszedł, ani bardzo pewnym, ani bardzo sprawnym krokiem, a wyście go wzięli i rozstrzelali. Wtedy było to dla mnie bardziej dziwne niż straszne. Wtedy prawie nie wierzyłam, że to się stało naprawdę.

– Pani mąż!

– Tak. A teraz w tym cichym, osamotnionym domu wierzę w to. Teraz, z tym ciężkim śniegiem na dachu, wierzę. I w samotności przed światem, w niedogrzanym łóżku wiem, że to się stało.

Tonder stał przed nią. Jego twarz była przepełniona bólem.

– Dobranoc – rzekł. – Niech Bóg czuwa nad panią. Czy wolno mi tu będzie wrócić?

Molly patrzyła na ścianę, pogrążona we wspomnieniach.

– Nie wiem – powiedziała.

– Wrócę.

– Nie wiem…

Popatrzył na nią i cicho opuścił pokój. Molly wciąż patrzyła w ścianę. „Boże, strzeż mnie!” Stała wciąż nieruchomo. Drzwi otworzyły się bezszelestnie i weszła Anna. Molly nawet jej nie spostrzegła.

– Drzwi były otwarte – powiedziała Anna z wyrzutem.

Molly skierowała na nią wzrok, miała wciąż szeroko otwarte oczy.

– Tak, Anno, och tak, Anno.

– Drzwi były otwarte. Wychodził stąd jakiś mężczyzna. Widziałam go. Wyglądał jak żołnierz.

– Tak, Anno.

– Czy to był żołnierz?

– Tak, to był żołnierz.

– Co on tu robił? – zapytała podejrzliwie Anna.

– Przyszedł zaproponować mi miłość.

– Co ty wyrabiasz, paniusiu? Czy może do nich przystałaś? Może jesteś po ich stronie, jak ten Corell?

– Nie, Anno, nie jestem po ich stronie.

– Jeżeli się tu znów zjawi, gdy będzie burmistrz, ty będziesz winna. Jeśli się coś stanie, ty będziesz winna.

– Nie przyjdzie tu. Nie pozwoliłam mu wrócić.

Ale Anna nie wyzbyła się podejrzeń.

– Czy mam im powiedzieć, że mogą tu teraz przyjść? Jesteś pewna, że będą bezpieczni?

– Tak, będą bezpieczni. Gdzie oni są?

– Już za ogrodzeniem.

– Powiedz im, żeby weszli.

Gdy Anna wyszła, Molly przygładziła włosy i wstrząsnęła głową, jak gdyby ruchem tym chciała pobudzić się do życia. W przedpokoju rozległy się ściszone głosy. Weszło dwóch młodych, wysokich, jasnowłosych mężczyzn. Byli jednakowo ubrani w grube, żeglarskie, wełniane kurty i ciemne swetry oraz czapki obejmujące głowę jak pończocha. Opaleni wiatrem, silni, wyglądali niemal jak bliźniacy. Will Anders i Tom Anders, rybacy.

– Dobry wieczór, Molly. Czy pani już słyszała?

– Wiem od Anny. Ale to zła noc na taką wyprawę.

– Lepsza taka noc niż zupełnie jasna – powiedział Tom. – W jasną łatwo można by nas wyśledzić z samolotów. Nie wie pani przypadkiem, czego chce od nas burmistrz?

– Nie wiem. Dowiedziałam się o waszym bracie. Ogromnie mi przykro.

Obaj milczeli, jakby nieco zażenowani.

– Pani przecież wie, jak to jest, lepiej od innych – powiedział Tom.

– Tak, tak, wiem.

Anna znów ukazała się w drzwiach i oznajmiła nieco schrypniętym szeptem:

– Są tutaj.

Weszli – burmistrz Orden i doktor Winer. Zdjęli płaszcze i czapki, położyli je na łóżku.

Orden podszedł do Molly i pocałował ją w czoło.

– Dobry wieczór, kochanie. – Zwrócił się do Anny: – Niech Anna stanie w przedpokoju. Proszę pukać raz, gdy ukaże się patrol, raz, gdy odejdzie, dwa razy na znak niebezpieczeństwa. Drzwi frontowe niech Anna nieco uchyli, żeby słyszeć, co się dzieje na ulicy.

– Dobrze, proszę pana – odpowiedziała Anna i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Doktor Winter grzał ręce przy piecyku.

– Powiedziano nam, chłopcy, że wyruszacie dziś w nocy.

– Musimy jechać – odpowiedział Tom.

– Tak, wiem. – Orden przytwierdzająco kiwnął głową. – Mówiono nam, że chcecie zabrać z sobą pana Corella.

Tom roześmiał się gorzko.

– Zdecydowaliśmy, że tak trzeba. Bierzemy jego łódź. Nie możemy go tu zostawić. Lepiej, żeby go nie widywano na ulicach.

– Szkoda, że sam stąd nie poszedł – powiedział Orden ze smutkiem. – Zabieranie go to dodatkowe dla was niebezpieczeństwo.

– Lepiej, żeby go ludzie nie spotykali na ulicach – powtórzył za bratem Will. – To ogromnie drażni ludzi.

– Ale czy uda się wam go schwytać? – Winter zapytał. – Czyżby nie zachowywał żadnych środków ostrożności?

– O, na swój sposób jest bardzo ostrożny. Ale zwykle około godziny dwunastej wraca do domu. Ukryjemy się za murem ogrodu. Myślę, że uda nam się wyprowadzić go ogrodem nad brzeg, tam właśnie, gdzie zacumowana jest jego łódź. Byliśmy tam dziś, sprawdzaliśmy, jest gotowa.

– Wolałbym, żebyście tego nie robili. W tym jest dodatkowe niebezpieczeństwo – powtórzył Orden. – Jeśli narobi hałasu, może ściągnąć na was patrol.

– Nie narobi hałasu – powiedział Tom – a lepiej, żeby zginął na morzu. Gdyby dostał się w ręce ludzi tu, w mieście, zbyt wielu zapłaciłoby za to głową. Nie, lepiej zabrać go na morze.

Molly wzięła do rąk robotę na drutach.

– Wyrzucicie go za burtę? – spytała.

Will zaczerwienił się.

– Pójdzie do morza, proszę pani. – Zwrócił się do burmistrza: – Pan życzył sobie z nami mówić, panie burmistrzu?

– Tak, chciałem z wami pomówić. Doktor Winter i ja namyślaliśmy się długo. Tyle się teraz mówi o sprawiedliwości, niesprawiedliwości, o podboju. Nasz kraj jest okupowany, ale nie sądzę, żeby ludzie czuli się zwyciężeni.

Ostre uderzenie w drzwi – jedno tylko – dobiegło z przedpokoju i wśród zebranych zapadła cisza. Znieruchomiały druty w rękach Molly, a wyciągnięta ręka burmistrza zawisła w powietrzu. Tom, który akurat drapał się w ucho, zastygł w tym geście. Wszyscy trwali w bezruchu. Wszystkie oczy zwrócone były ku drzwiom. I – najpierw ledwie dosłyszalnie, potem coraz mocniej i mocniej narastał równy krok patrolu, skrzyp butów i dźwięk słów rozmawiających żołnierzy. Minęli dom, odgłos kroków zamierał. Znów puknięcie w drzwi – jeden raz. Ludzie w pokoju odprężyli się.

– Annie musi być tam zimno – powiedział Orden. Wziął z łóżka swój płaszcz, otworzył drzwi do przedpokoju i podał płaszcz, mówiąc: – Proszę, niech Anna zarzuci to na siebie. – I zamknął drzwi.

– Nie wiem, jak dałbym sobie bez niej radę – powiedział. – Wszędzie dotrze, wszystko widzi i słyszy.

– Musimy się śpieszyć, panie burmistrzu – przypomniał Tom, a Winter zauważył:

– Wolałbym, żebyście zapomnieli o panu Corellu.

– Nie, nie możemy. Ludzie nie powinni go widywać na ulicach. – Tom spojrzał pytająco na burmistrza Ordena.

– Będę mówił możliwie najprościej – zaczął powoli Orden. – Nasze miasto jest małe. Sprawiedliwość i niesprawiedliwość występują tu w ograniczonych rozmiarach. Rozstrzelany został wasz brat i Aleks Morden. Zdradę należy pomścić. Ludzie są rozgniewani i nie mają żadnych środków walki. Ale to wszystko dzieje się w małych kategoriach. Ludzie przeciwko ludziom, nie idea przeciwko idei.

 

– Może to śmieszne – powiedział Winter – że lekarz zamyśla środki zniszczenia, sądzę jednak, że wszyscy ludzie w krajach opanowanych przez najeźdźcę pragną dać mu odpór. Jesteśmy bez broni. Tylko ciało i duch – to za mało. Duch w człowieku bezbronnym słabnie, upada.

– Dlaczego pan o tym mówi? Czy mamy coś zrobić? – spytał Will.

– Chcemy bić się z nimi, a nie mamy czym. Chcą teraz łamać ludzi głodem. Głód pogłębia słabość. Wy, chłopcy, ruszacie do Anglii. Być może nikt nie będzie was słuchał, ale powiedzcie im od nas, od mieszkańców małego miasta, niech nam dadzą broń.

– Myśli pan o karabinach? – zapytał Tom.

Znów dało się słyszeć mocne, krótkie stuknięcie w drzwi, które zmroziło ludzi. Słychać było odgłosy zbliżającego się patrolu, lecz tym razem uderzenia stóp o ziemię były szybkie, żołnierze biegli. Will prędko podsunął się pod drzwi. Kroki zadudniły na linii domu. Słychać było stłumione rozkazy – i żołnierze pobiegli dalej. Zabrzmiało drugie puknięcie w drzwi.

– Ścigają kogoś – stwierdziła Molly. – Kogo tym razem?

– Na nas już czas – rzekł niespokojnie Tom. – Więc chce pan dostać karabiny, panie burmistrzu? Czy mamy prosić o karabiny?

– Nie. Opowiedzcie im, jak u nas jest. Mają nas wciąż na oku. Każdy nieprzyjazny ruch z naszej strony wywołuje represje. Gdybyśmy mieli jakąś prostą, skrytą broń, taką jak środki wybuchowe, dynamit do wysadzania torów, granaty, jeśli to możliwe, a nawet truciznę. – To nie jest uczciwa wojna. To wojna zdrad i morderstw. Będziemy więc używać takich samych metod, jakie oni stosują wobec nas. Niech samoloty angielskie zrzucają potężne bomby na tereny robót, jakie tu prowadzi wróg, ale niech zrzucają i małe bombki dla nas, żebyśmy mogli nimi się posłużyć, ukryć, wsunąć pod szyny, podłożyć pod tanki. Będziemy wtedy uzbrojeni, skrycie uzbrojeni. Wtedy najeźdźca nigdy nie zgadnie, kto z nas ma broń. Niech bombowce zrzucają nam zwyczajną, prostą broń. Będziemy wiedzieli, jak ją stosować.

– Nigdy nie będą wiedzieli, kiedy i gdzie dosięgnie ich cios – wpadł mu w słowo Winter. – Patrole, żołnierze nigdy nie będą wiedzieli, kto z nas ma broń.

Tom potarł czoło.

– Jeśli dotrzemy tam, powiemy im to wszystko. Ale, panie burmistrzu, podobno w Anglii wciąż są u władzy tacy ludzie, którzy boją się dać ludowi broń do ręki.

Orden spojrzał nań kwaśno.

– Och, nie pomyślałem o tym. Jednak musimy próbować. Jeśli w Anglii i Ameryce rządzą tacy właśnie ludzie, ludzkość jest zgubiona. Powtórzcie im to, co mówimy, jeśli będą chcieli słuchać. Musimy otrzymać pomoc! Gdy ją otrzymamy – rysy twarzy Ordena stwardniały – pomożemy sobie sami.

– Jeśli dadzą nam choćby tylko dynamit, ukryjemy go, zagrzebiemy w ziemi, będziemy gotowi w razie potrzeby – powiedział Winter. – Wtedy najeźdźca nie zazna chwili wytchnienia, ani przez moment. Będziemy wysadzać w powietrze wszystkie jego transporty.

W pokoju rosło napięcie.

– Tak, nigdy nie zaznają spokoju, nie będą mogli spokojnie zasnąć, będziemy mogli szarpać im nerwy, odbierać pewność siebie – powiedziała twardo Molly.

– Czy to już wszystko, panie burmistrzu? – cicho zapytał Will.

– Tak, o to głównie chodzi.

– A jeśli nas nie usłuchają?

– Możecie tylko próbować, tylko usiłować, tak jak tej nocy będziecie mocować się z morzem.

– Więc to już wszystko, panie burmistrzu?

Otworzyły się drzwi, cicho weszła Anna.

– Tak, wszystko – odrzekł Orden. – Idźcie już. Poproszę Annę, żeby wyjrzała na ulicę, czy droga wolna. – Spojrzał ku drzwiom i dostrzegł Annę.

– Idzie tu żołnierz. Podobny do tego, który był tu przedtem. Bo przedtem był u Molly żołnierz – powiedziała Anna. Wszystkie spojrzenia spoczęły na Molly. – Zamknęłam drzwi na klucz.

– Czego on chce? Po co wraca? – zapytała Molly.

Dało się słyszeć delikatne pukanie do drzwi. Orden podszedł do Molly:

– Co to znaczy, Molly? Czy coś ci grozi?

– Nie – odpowiedziała. – Wyjdźcie tylnymi drzwiami. Możecie wydostać się stąd drugimi drzwiami. Śpieszcie się, prędko! – Pukanie do drzwi ponowiło się. Męski głos mówił coś ściszonym tonem. Molly otworzyła drzwi do kuchni. – Prędko, prędko!

Burmistrz stał przed nią.

– Masz jakieś kłopoty, Molly? Nic chyba nie zrobiłaś?

– Wygląda jak tamten żołnierz – powiedziała zimno Anna. – Bo tu był żołnierz przed nami.

– Czego chciał? – spytał Orden.

– Chciał mnie uwieść.

– Ale nie uwiódł?

– Nie, nie uwiódł. Idźcie już, resztę ja sama załatwię.

– Molly, jeśli masz kłopoty, pozwól nam sobie pomóc – powiedział Orden.

– Nikt mi nie może w tym pomóc. Idźcie już. – Popchnęła ich lekko ku wyjściu.

Anna została. Patrząc na Molly, spytała:

– Powiedz mi, czego ten żołnierz chce od ciebie?

– Nie wiem, czego chce.

– Czy masz zamiar z nim mówić?

– Nie. – Zamyślona powtórzyła: – Nie. – I nagle ostrym głosem: – Nie, Anno, nic mu nie powiem!

Anna patrzyła spode łba.

– Słuchaj, paniusiu! Lepiej, żebyś mu nic nie mówiła. – Wyszła i zamknęła za sobą drzwi.

Pukanie znów się rozległo, a przez drzwi przenikał męski głos. Molly podeszła do lampy na stole. Czuła wielki, uciskający serce ciężar. Spojrzała na lampę, na stół… Na stole, obok roboty na drutach, leżały wielkie nożyce. Chwyciła je, zdumiona przyglądała się ostrzom, próbując ich palcem. Ostrza rozwarły się szeroko, palce trzymały teraz nożyce jak nóż. W oczach miała wyraz przerażenia. Pochyliła się nad lampą, twarz jej zalało światło. Powoli podniosła nożyce i ukryła je pod suknią.

Wciąż rozlegało się pukanie. Usłyszała wołający ją głos. Schyliła się nad lampą i nagle zdmuchnęła światło. Pokój pogrążył się w ciemności z wyjątkiem małego skrawka czerwieni – odblasku żaru w piecyku. Otworzyła drzwi.

– Idę, poruczniku, już idę! – powiedziała nienaturalnie słodkim głosem.