Kancelaria

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Helen Zinc przyjechała do Trust Tower kilka minut po dwunastej. Jadąc do śródmieścia, próbowała dodzwonić się do męża, wysyłała mu wiadomości tekstowe, ale, jak na razie, bez powodzenia. O dziewiątej trzydzieści trzy przesłał jej SMS z prośbą, żeby się nie martwiła, a o dziesiątej czterdzieści dwie dostała drugą i ostatnią wiadomość: „Nie ma powodu do obaw. Wszystko jest okay. Nie martw się”.

Helen zaparkowała na podziemnym parkingu, pobiegła ulicą i weszła do atrium budynku. Parę minut później wysiadła z windy na dziewięćdziesiątym trzecim piętrze. Recepcjonistka zaprowadziła ją do niewielkiej sali konferencyjnej, gdzie czekała w samotności. Choć była pora lunchu, zasady Rogana Rothberga nie przewidywały wychodzenia z budynku, żeby coś zjeść. Dobre jedzenie i świeże powietrze uchodziły niemal za tabu. Czasami jeden z najważniejszych wspólników zabierał klienta na długi i bardzo drogi lunch, za który ostatecznie i bez wątpienia płacił klient, dzięki sprytnie naliczanym stawkom godzinowym przy pracy nad sprawą i zawyżaniu honorariów, niemniej generalnie – choć było to niepisane prawo – pracownicy i wspólnicy niższego szczebla zadowalali się kanapkami z automatu. W typowy dzień David jadł śniadanie i lunch przy biurku, ale często zdarzało mu się jeść tam i obiad. Przechwalał się Helen przy jakiejś okazji, że zarobił na trzech różnych klientach, załatwiając ich kolejno co godzinę, gdy tymczasem pałaszował wędzonego tuńczyka z chipsami i popijał colą light. Miała nadzieję, że żartował.

Choć nie była pewna dokładnej wielkości, to od dnia ślubu David przytył co najmniej piętnaście kilogramów. Dawniej biegał w maratonie i pozbycie się nadwagi nie stanowiło dla niego problemu. Niemniej dieta złożona ze śmieciowego jedzenia przy niemal zupełnym braku ćwiczeń niepokoiła ich oboje. U Rogana Rothberga czas między dwunastą a trzynastą nie różnił się niczym od pozostałych godzin dnia czy nocy.

To była druga wizyta Helen w biurze męża w czasie pięciu lat. Żonom wolno było przychodzić, ale nikt ich nie zapraszał. Nie miała powodu, żeby tam bywać, a biorąc pod uwagę mnóstwo przerażających historii, jakie David opowiadał w domu, nie miała ochoty oglądać tego miejsca ani spędzać czasu z ludźmi, którzy tam pracowali. Dwa razy w roku ona i David wlekli się na beznadziejne spotkania integracyjne organizowane przez Rogana Rothberga, nędzne imprezy w jakichś knajpach, mające wzmacniać więzi łączące zmaltretowanych prawników i ich zaniedbywane żony. Wszyscy pili na nich bez opamiętania i zachowywali się tak żenująco, że nie można było tego zapomnieć. I nic dziwnego, bo jeśli zbierze się bandę skrajnie przepracowanych adwokatów, da im mnóstwo wódki, rzeczy zawsze przybiorą paskudny obrót.

Rok wcześniej na imprezie zorganizowanej na statku, półtora kilometra od brzegu na jeziorze Michigan, Roy Barton próbował ją obmacywać. Gdyby nie był tak bardzo pijany, może odniósłby sukces, a to wywołałoby poważne problemy. Przez tydzień Helen i David kłócili się, co z tym zrobić. David chciał konfrontacji, by potem zgłosić wszystko do firmowej komisji etyki. Helen powiedziała „nie”, bo to tylko zaszkodziłoby karierze męża. Nie było żadnych świadków i w rzeczywistości Barton pewnie w ogóle nie pamiętał, co zrobił. Z czasem przestali rozmawiać o tym incydencie. Przez pięć lat nasłuchała się tylu historii o Royu Bartonie, że w końcu David nie chciał nawet wymieniać w domu jego nazwiska.

I nagle pojawił się właśnie on. Roy wszedł do małej sali konferencyjnej z twarzą wykrzywioną niezadowoleniem i rzucił:

– Helen, co się dzieje?

– To śmieszne, ale chciałam zapytać o to samo – odparowała. Pan Barton, bo tak właśnie chciał być tytułowany, zastraszał ludzi, najpierw na nich warcząc, a potem próbując ich zawstydzić. Ona nie miała zamiaru się na to nabrać.

– Gdzie on jest? – szczeknął.

– To ty mi powiedz, Roy.

Lana, sekretarka, Al i Skoczek pojawili się razem, jakby zostali wezwani na świadków w tej samej sprawie. Zamykając drzwi, Roy szybko ich poinstruował. Helen rozmawiała z Laną wiele razy przez telefon, ale nigdy nie poznała jej osobiście.

Roy spojrzał na Ala i Skoczka i powiedział:

– Wy dwoje opowiedzcie dokładnie, co się stało.

Wspólnymi siłami zrelacjonowali ostatnią jazdę windą

Davida Zinca i bez żadnego koloryzowania przedstawili całkiem jasny obraz człowieka, który ma problemy i po prostu się załamał. Pocił się, ciężko oddychał, był blady i właściwie rzucił się głową naprzód do windy, upadł na podłogę, a w chwili gdy drzwi się zamykały, usłyszeli jego śmiech.

– Kiedy wychodził rano z domu, czuł się zupełnie dobrze – zapewniła Helen, jakby chciała podkreślić, że załamanie męża nastąpiło z winy firmy, a nie jej.

– Ty – powiedział Roy, zwracając się do Lany – ty z nim rozmawiałaś.

Lana była dobrze przygotowana. Rozmawiała z nim dwa razy, a potem przestał odbierać telefon.

– W czasie drugiej rozmowy – powiedziała – miałam wrażenie, że pił. Język trochę mu się plątał, mniej wyraźnie wymawiał sylaby.

Roy zerknął na Helen, jakby ona była temu winna.

– Dokąd mógł pójść? – zapytał.

– Och, pewnie tam, gdzie zwykle, Roy – odpowiedziała Helen. – Do tego samego miejsca, gdzie zawsze chodzi, kiedy przeżywa załamanie o wpół do ósmej rano i upija się do nieprzytomności.

W pokoju zapadło niezręczne milczenie. Najwyraźniej Helen Zinc mogła sobie pozwolić na pyskowanie Bartonowi, czego nie można było powiedzieć o pozostałych.

– Czy on za dużo pije? – zapytał Barton, zniżając głos.

– Nie ma czasu na picie, Roy. Wraca do domu o dwudziestej drugiej albo dwudziestej trzeciej, czasem naleje sobie kieliszek wina, a potem zasypia na sofie.

– Chodzi do psychoterapeuty?

– Z jakiego powodu? Dlatego że pracuje po sto godzin tygodniowo? Myślałam, że tutaj to norma. Moim zdaniem wy wszyscy potrzebujecie psychoterapeuty.

Kolejne długie milczenie. Roy czuł, że ktoś odpłaca mu pięknym za nadobne, i była to dla niego niezwykła sytuacja. Al i Skoczek wbili wzrok w blat stołu i bardzo starali się stłumić uśmiechy. Kandydatką na ofiarę była Lana.

– Więc nie masz pojęcia, gdzie on może teraz być? – spytał Roy.

– Nie, ale ty też nie masz żadnych informacji, które mogłyby mi pomóc, prawda, Roy? – odparła Helen.

Roy miał dość. Zmrużył oczy, zacisnął szczęki i zrobił się czerwony na twarzy. Spojrzał na Helen i powiedział:

– Na pewno się pojawi, wcześniej czy później. Złapie taksówkę i znajdzie drogę do domu. Wróci do ciebie na kolanach, a potem przyjdzie na kolanach do nas. Dostaje jeszcze jedną szansę, rozumiesz? Chcę go widzieć w moim gabinecie jutro punktualnie o ósmej rano. Trzeźwego i skruszonego.

Helen poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Dotknęła policzków i łamiącym się głosem powiedziała:

– Chcę po prostu go znaleźć. Chcę wiedzieć, że nic mu się nie stało. Możecie mi pomóc?

– To zacznij szukać. W śródmieściu Chicago są tysiące barów. W końcu gdzieś się na niego natkniesz. – Iz tymi słowami Roy Barton wyszedł z sali teatralnym krokiem, zatrzaskując za sobą drzwi.

Gdy zniknął, Al podszedł do Helen, dotknął jej ramienia i powiedział cicho:

– Posłuchaj, Roy to dupek, ale w jednym ma rację: David upija się teraz w jakimś barze. Ostatecznie jednak weźmie taksówkę i wróci do domu.

Skoczek również podeszła do Helen i próbowała jąpocieszyć.

– Helen, takie rzeczy już się tutaj zdarzały. Prawdę mówiąc, nie ma w tym niczego niezwykłego. Do jutra David się z tego otrząśnie.

– Firma ma psychoterapeutę na etacie, specjalistę, który zajmuje się takimi przypadkami – dodał Al.

– Przypadek? – prychnęła Helen. – To mój mąż jest w tej chwili przypadkiem?

Skoczek wzruszyła ramionami i powiedziała:

– Tak, ale wyjdzie z tego.

Al wzruszył ramionami i powiedział:

– David siedzi w barze. Bardzo chciałbym być tam teraz z nim.

***

W czasie lunchu u Abnera wreszcie pojawił się tłum. Wszystkie boksy i stoliki były zajęte, przy barze brakowało miejsc, bo zajmowali je urzędnicy przepłukujący gardła piwem po zjedzeniu hamburgerów. David przesiadł się o jeden stołek w prawą stronę, tak że siedział teraz obok pani Spence, która kończyła trzeci i ostatni Pearl Harbor. David dopijał drugi. Kiedy zaproponowała mu kolejkę, w pierwszej chwili odmówił, tłumacząc się, że nie przepada za zbyt wymyślnymi koktajlami. Nalegała, Abner zaś szybko przyrządził drinka i go przed nim postawił. Chociaż zawartość szklanki wyglądała równie niegroźnie, jak syrop na kaszel, była śmiercionośną mieszaniną wódki, likieru melonowego i soku z ananasa.

Wspólnym gruntem okazał się dla nich Wrigley Field. Ojciec pani Spence zabrał ją tam jeszcze jako małą dziewczynkę, a ona przez całe życie kibicowała ukochanym Cubsom. Kupowała bilety na cały sezon rozgrywek od sześćdziesięciu dwóch lat, swoisty rekord, tego była pewna, i widziała na boisku wielkich: Rogersa Hornsby’ego, Erniego Banksa, Rona Santo, Billy’ego Williamsa, Fergiego Jenkinsa i Ryne’a Sandberga. I bardzo ubolewała nas losem drużyny razem z innymi fanami Cubsów. Ożywiła się, opowiadając o klątwie Billy’ego Goata. W jej oczach pojawiły się łzy, gdy wspominała ze szczegółami wielką przegraną z 1969 roku. Upiła duży łyk po zrelacjonowaniu niesławnej porażki z roku 1977. Wymknęło jej się, że zmarły mąż próbował kupić kiedyś ten klub, ale został wymanewrowany.

Po dwóch Pearl Harborach była zupełnie pijana. Trzeci zwalał ją z nóg. Nie interesowała jej sytuacja Davida, wolała mówić, a David, dla którego świat poruszał się w zwolnionym tempie, cieszył się, że może tak po prostu siedzieć i słuchać. Abner włączał się czasami do rozmowy, upewniając się, że starsza pani jest zadowolona.

 

Dokładnie o dwunastej piętnaście, w chwili gdy serwowanie lunchów sięgnęło szczytu, zjawił się szofer Azjata, by zabrać panią Spence. Opróżniła szklankę, pożegnała się z Abnerem, i nie zawracając sobie głowy płaceniem rachunku, podziękowała Davidowi za towarzystwo. Wyszła z baru, lewą ręką trzymając szofera pod ramię, a prawą opierając się na lasce. Szła powoli, ale wyprostowana i dumna. Ona tu jeszcze wróci.

– Kim ona jest? – David zapytał Abnera, pochylając się ku niemu.

– Powiem ci później. Zjesz lunch?

– Pewnie. Burgery wyglądają bardzo dobrze. Z podwójnym serem i frytkami.

– Załatwione.

***

Taksówkarz nazywał się Bowie i był bardzo rozmowny. Kiedy odjechali sprzed trzeciego zakładu pogrzebowego, nie potrafił powściągnąć ciekawości.

– Muszę pana zapytać, kolego – zaćwierkał, zerkając przez ramię – o co chodzi z tymi zakładami pogrzebowymi?

Wally zasłał tylne siedzenie stronami gazet, na których drukowano nekrologi, planami miasta i notesami.

– Jedźmy teraz do Wooda i Fergusona przy Sto Trzeciej w pobliżu parku Beverly – powiedział, ignorując pytanie Bowiego. Przebywali razem od prawie dwóch godzin, na liczniku niewiele brakowało do stu osiemdziesięciu dolarów, co było niezłym zarobkiem dla taksówkarza, ale zaledwie znikomym ułamkiem w kontekście procesu sądowego związanego z krayoxxem. Zgodnie z tym, co napisano w artykułach, które dał Wally’emu Lyle Marino, prawnicy spekulowali, że odszkodowania za spowodowanie śmierci przez ten lek mogą potencjalnie sięgnąć od dwóch do czterech milionów dolarów. Adwokaci wzięliby z tego czterdzieści procent, a kancelaria Finleya i Figga musiałaby podzielić się honorarium z Zellem i Potterem albo inną firmą zajmującą się pozwami zbiorowymi, która prowadziłaby tę sprawę. Mimo wszystko nawet po podziale lek był kopalnią złota. Teraz należało jak najszybciej odszukać inne ofiary. Kiedy mknęli przez Chicago, Wally miał niezachwianą pewność, że jest jedynym prawnikiem spośród miliona pracujących w tym mieście, który w tej chwili jest na tyle sprytny, żeby przeczesywać ulice w poszukiwaniu ofiar krayoxxu.

W innym artykule napisano, że dopiero niedawno odkryto zagrożenie, jakie stanowił ten lek. W jeszcze innym, gdzie cytowano jakiegoś adwokata, stwierdzano, że ani środowisko lekarskie, ani opinia publiczna nie miały jeszcze pojęcia o „fiasku krayoxxu”. Jednak Wally już o tym wiedział i nie przejmował się sumą, jaką zapłaci za taksówkę.

– Pytałem o te zakłady pogrzebowe – znów zaćwierkał Bowie. Nie miał zamiaru odpuścić i nie lubił być ignorowany.

– Już pierwsza – zauważył Wally. – Jadł pan lunch?

– Lunch? Jeżdżę z panem od dwóch godzin. Widział pan, żebym coś jadł?

– Jestem głodny. Tam, po prawej jest Taco Bell. Skorzystajmy z oferty na wynos.

– Pan płaci, tak?

– Tak.

– Uwielbiam Taco Bell.

Bowie zamówił dla siebie miękkie tacos i burrito supreme dla pasażera. Kiedy czekali, Bowie powiedział:

– Tak się właśnie zastanawiam: „Co ten facet robi w tych wszystkich zakładach pogrzebowych?”. To nie moja sprawa, ale jeżdżę taryfą od osiemnastu lat i nigdy nie wiozłem nikogo, kto zaglądałby do zakładów pogrzebowych w całym mieście. Nigdy nie trafił mi się pasażer, który miałby tylu zmarłych bliskich, rozumie pan, co mam na myśli?

– Ma pan rację w jednej sprawie – odpowiedział Wally, odrywając wzrok od kolejnych wyników poszukiwań prowadzonych przez Lyle’a. – To nie pańska sprawa.

– O! Załatwił mnie pan bezpardonowo. A brałem pana za miłego gościa.

– Jestem prawnikiem.

– Z deszczu pod rynnę. Żartowałem, mój wujek jest adwokatem. Tyle że to drań.

Wally podał mu banknot dwudziestodolarowy. Bowie wziął jedzenie dla siebie, a drugą porcję podał pasażerowi. Gdy byli na ulicy, wepchnął taco do ust i przestał się odzywać.

Rozdział 6

Rochelle czytała ukradkiem romans, kiedy usłyszała kroki na frontowym ganku. Zręcznym ruchem wsunęła książkę do szuflady i zaczęła stukać w klawiaturę, dzięki czemu, gdy drzwi się otworzyły, wyglądała na osobę bardzo zajętą pracą. Kobieta i mężczyzna weszli niepewnie, strzelając oczami na wszystkie strony, jakby się bali. Nie było w tym nic niezwykłego. Rochelle widziała takich tysiące, przychodzących i odchodzących, którzy prawie zawsze uśmiechali się krzywo, a w oczach mieli podejrzliwość. Bo dlaczego nie? Nie byłoby ich tu, gdyby nie mieli problemów, i najczęściej po raz pierwszy w życiu przychodzili do kancelarii adwokackiej.

– Dzień dobry – odezwała się tonem profesjonalistki.

– Szukamy adwokata – odpowiedział mężczyzna.

– Adwokata od spraw rozwodowych – poprawiła go kobieta. Dla Rochelle natychmiast stało się jasne, że poprawia go tak już od jakiegoś czasu i prawdopodobnie facet ma już tego dość. Byli po sześćdziesiątce, więc trochę za starzy na rozwód.

Rochelle zdobyła się na uśmiech i powiedziała:

– Proszę usiąść. – Wskazała dwa najbliższe krzesła. – Będę potrzebowała kilku podstawowych informacji.

– Czy możemy zobaczyć się z adwokatem bez wcześniejszego umawiania się? – zapytał mężczyzna.

– Na pewno – odrzekła Rochelle. Usiedli, a chwilę potem odsunęli się z krzesłami od siebie. Sprawa może być paskudna, pomyślała Rochelle. Wyjęła formularz i znalazła długopis.

– Państwa nazwiska, poproszę.

– Calvin A. Flander – przedstawił się mężczyzna bardzo stanowczym tonem.

– Barbara Marie Scarbro Flander – powiedziała kobieta.

– Scarbro to panieńskie nazwisko i chyba do niego wrócę, jeszcze nie postanowiłam, ale wszystko inne jest już przesądzone, podpisaliśmy nawet warunki podziału majątku, znalazłam formularz w internecie, więc pod tym względem to załatwione. – Trzymała w ręku dużą zaklejoną kopertę.

– Pani pytała cię tylko o nazwisko – syknął pan Flander.

– Zrozumiałam.

– Czy ona może wrócić do panieńskiego nazwiska? To znaczy, pani rozumie, nosi moje od czterdziestu dwóch lat i nikt nie będzie wiedział, kim jest, jeśli zacznie znowu być Scarbro.

– Jest tysiąc razy lepsze od Flander – odparowała Barbara. – Flander brzmi jak jakieś miejsce w Europie albo kojarzy się z flądrą lub czymś równie nieprzyjemnym. Nie uważa pani?

Oboje wpatrywali się w Rochelle, która zapytała spokojnie:

– Mają państwo dzieci poniżej osiemnastego roku życia? Oboje pokręcili głowami.

– Dwójkę dorosłych – odpowiedziała pani Flander. – I sześcioro wnucząt.

– Pani nie pytała o wnuki – wtrącił się pan Flander.

– Co z tego, i tak jej powiedziałam, prawda?

Rochelle udało się przebrnąć bez poważniejszych komplikacji przez daty urodzenia, adres, numery ubezpieczenia społecznego i historię zatrudnienia.

– Wspomnieli państwo, że są małżeństwem od czterdziestu dwóch lat?

Oboje energicznie pokiwali głowami.

Korciło ją, żeby zapytać, dlaczego chcą się rozwieść, co poszło nie tak i czy nie można byłoby jakoś ocalić ich związku, ale za dużo już wiedziała, żeby zaczynać taką rozmowę. Niech prawnicy się tym zajmą.

– Powiedziała pani o porozumieniu majątkowym. Zakładam, że chodzi państwu o rozwód bez orzekania o winie z powodu niezgodności charakterów.

– Właśnie – odrzekł pan Flander. – I im szybciej, tym lepiej.

– Tutaj jest wszystko. – Pani Flander zacisnęła dłoń na kopercie.

– Domy, samochody, konta bankowe, fundusze emerytalne, karty kredytowe, długi, a nawet meble i sprzęt gospodarstwa domowego? – upewniła się Rochelle.

– Wszystko – potwierdził mężczyzna.

– Tutaj jest wszystko – powtórzyła pani Flander.

– I oboje państwo są usatysfakcjonowani tym porozumieniem?

– O tak – zapewnił pan Flander. – Odwaliliśmy całą robotę i teraz potrzebujemy tylko adwokata, który wypełni wszystkie papierki i pójdzie z nami do sądu. Bez żadnego zamieszania.

– Tylko tak można to zrobić – dodała Rochelle tonem osoby z dużym doświadczeniem. – Poproszę jednego z naszych adwokatów, żeby się z państwem spotkał i zapoznał ze sprawą bardziej szczegółowo. Za przeprowadzenie rozwodu bez orzekania o winie nasza kancelaria bierze siedemset pięćdziesiąt dolarów i wymagamy zapłacenia zaliczki wysokości połowy tej sumy przy pierwszym spotkaniu. Drugą połowę należy wpłacić po wyjściu z sądu.

Flanderowie różnie na to zareagowali. Pani Flander z niedowierzania opadła szczęka, jakby Rochelle zażądała dziesięciu tysięcy gotówką. Pan Flander zmrużył oczy, po czym zmarszczył czoło, jakby spodziewał się dokładnie czegoś takiego – wyciągania forsy przez bandę obmierzłych adwokatów. Nie powiedzieli słowa, aż Rochelle zapytała:

– Czy coś nie tak?

– Co to jest, łapanie klientów na haczyk, a potem zmiana śpiewki? – prychnął pan Flander. – W ogłoszeniu tej kancelarii było napisane, że rozwód bez orzekania o winie kosztuje trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów, a po przejściu progu okazuje się, że to dwa razy tyle.

Rochelle natychmiast spytała siebie w myślach, co tym razem Wally wykombinował? Reklamował firmę tak często, na tyle sposobów i w tylu miejscach, że nie sposób było za nim nadążyć.

Pan Flander wstał gwałtownie, wyciągnął coś z kieszeni i rzucił to na biurko Rochelle.

– Niech pani to obejrzy – powiedział. Był to kupon bingo z klubu weteranów wojennych, oddział 178, McKinley Park. Na dolnej krawędzi widniało jasnożółte ogłoszenie: Finley i Figg, adwokaci, rozwody bez orzekania o winie łatwo i szybko, 399 dolarów, zadzwoń 773-718-ADWOKAT.

Rochelle była już zaskakiwana tak wiele razy, że powinna się na to uodpornić. Ale kupony bingo? Patrzyła, jak potencjalni klienci przeszukują torby, torebki i kieszenie, żeby znaleźć biuletyn kościelny, program rozgrywek futbolowych, bilety na loterie z klubu emeryta, talony i setki innych niewielkich świstków reklamowych, którymi adwokat Figg zaśmiecał Chicago w nieustającej krucjacie rozwinięcia interesu. I znowu to zrobił. Musiała przyznać, że teraz naprawdę ją zaskoczył.

Cennik kancelarii zmieniał się bez przerwy, koszty usług zależały wyłącznie od klienta i jego sytuacji materialnej. Elegancko ubrana para, która przyjechała nowym modelem samochodu, mogła usłyszeć o tysiącu dolarów za rozwód bez orzekania o winie od jednego prawnika, a godzinę później robociarz i jego wymizerowana żona mogli negocjować połowę tej ceny z drugim. Częścią codziennej harówki Rochelle było łagodzenie problemów z wysokością honorariów.

Kupony bingo? Łatwo i szybko za trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów? Oscar chyba pęknie.

– W porządku – powiedziała spokojnie, jakby dawanie ogłoszeń na kuponach bingo było starą tradycją firmy. – Chciałabym obejrzeć państwa ugodę majątkową.

Pani Flander podała jej papier. Rochelle szybko przebiegła go wzrokiem i oddała.

– Sprawdzę tylko, czy pan Finley jest w gabinecie – powiedziała. Kupon bingo zabrała ze sobą.

Drzwi do gabinetu Oscara były jak zawsze zamknięte. W kancelarii bardzo restrykcyjnie przestrzegano polityki zamkniętych drzwi, które odgradzały adwokatów od siebie nawzajem, od odgłosów ruchu ulicznego i wszelkiej przypadkowej hołoty, która mogłaby się tam zapuścić. Ze swojej grzędy blisko wejścia Rochelle widziała wszystkie drzwi – do gabinetów Oscara, Wally’ego, do kuchni, ubikacji na dole, do pomieszczenia z kserokopiarką i niewielkiej rupieciarni używanej jako magazynek. Wiedziała również, że prawnicy mają skłonność do podsłuchiwania przez zamknięte drzwi, gdy urabiała potencjalnego klienta. W gabinecie

Wally’ego były zapasowe drzwi, którymi uciekał przed osobami mogącymi przysporzyć kłopotów, ale Oscar takich nie miał. Teraz była pewna, że siedzi przy biurku, a ponieważ Wally objeżdżał zakłady pogrzebowe, nie mogła wybierać.

Zamknęła za sobą drzwi gabinetu i położyła przed Finleyem kupon bingo.

– Nie uwierzy pan – powiedziała.

– Co on znowu zmalował? – zapytał Oscar, patrząc na kupon. – Trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów?

– Aha.

– Wydawało mi się, że ustaliliśmy pięćset jako minimum bez orzekania o winie?

– Nie, uzgodniliśmy siedemset pięćdziesiąt, potem sześćset, potem tysiąc, a później pięćset. Jestem pewna, że w przyszłym tygodniu ustalimy jeszcze coś innego.

 

– Nie będę zajmował się rozwodem za czterysta dolarów. Jestem adwokatem od trzydziestu lat i nie będę się prostytuował za takie marne grosze. Słyszy mnie pani, pani Gibson?

– Słyszałam to już wcześniej.

– Niech Figg się tym zajmie. To jego sprawa. Jego kupon bingo. Jestem zbyt zajęty.

– Racja, ale pana Figga nie ma, a pan tak naprawdę nie ma zbyt dużo do roboty.

– Gdzie on jest?

– Odwiedza umarłych, objeżdża zakłady pogrzebowe.

– Na jaki pomysł wpadł tym razem?

– Jeszcze nie wiem.

– Dziś rano chodziło o paralizatory.

Oscar położył kupon bingo na biurku i nie odrywał od niego wzorku. Pokręcił głową, wymamrotał coś pod nosem i powiedział na głos:

– Czyj porąbany umysł mógł wpaść na pomysł reklamowania czegokolwiek na kuponach bingo w klubie weteranów wojennych?

– Pana Figga – odpowiedziała Rochelle bez wahania.

– Mógłbym go udusić gołymi rękami.

– A ja bym go przytrzymywała.

– Niech pani rzuci to badziewie na jego biurko i umówi ich na spotkanie. Muszą przyjść później. Ludziom się wydaje, że mogą ot tak wejść z ulicy i zobaczyć się z adwokatem, nawet jeśli chodzi o Figga, bez umawiania się. To naprawdę wkurzające. Mam zamiar zachować resztki godności, dobrze?

– Dobrze, niech pan zachowuje godność. Ale proszę posłuchać, mają spory majątek i prawie żadnych długów. Są po sześćdziesiątce, ich dzieci już wyfrunęły w świat. Radziłabym ich rozwieść, ją zatrzymać i włączyć licznik.

***

O piętnastej u Abnera znów było pusto. Eddie zniknął z lunchowym tłumem. David Zinc został przy barze. Czterech facetów w średnim wieku upijało się w loży i snuło wybujałe plany łowienia albul w Meksyku.

Abner mył szklanki w niewielkim zlewie obok kurków z piwem. Mówił o pani Spence.

– Jej ostatnim mężem był Angus Spence. To nazwisko z czymś ci się kojarzy?

David pokręcił głową. W tej chwili nic mu się z niczym nie kojarzyło. Kontaktował, ale miał zupełny odlot.

– Angus był miliarderem, o którym nikt nic nie wiedział. Miał kilka składów potażu w Kanadzie i Australii. Umarł dziesięć lat temu, zostawiając jej kupę szmalu. Powinna znaleźć się na liście „Forbesa”, ale nie potrafią ocenić jej majątku. Staruszek był na to za sprytny. Pani Spence mieszka w penthousie nad jeziorem, przychodzi codziennie o jedenastej, wypija na lunch trzy koktajle Pearl Harbor, wychodzi piętnaście po dwunastej, kiedy pojawia się tłum, i jak się domyślam, wraca do domu, żeby odespać koktajle.

– Moim zdaniem ona jest cudna.

– Ma dziewięćdziesiąt cztery lata.

– Nie zapłaciła rachunku.

– Ona nie płaci. Co miesiąc przysyła mi czek na tysiąc dolarów. Chce mieć zarezerwowany stołek i trzy drinki tylko dla siebie. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby z kimś rozmawiała. Możesz się uważać za szczęściarza.

– Chce mojego ciała.

– Cóż, wiesz, gdzie jej szukać.

David upił niewielki łyk guinnessa. Rogan Rothberg stał się odległym wspomnieniem. Nie był tego taki pewny w przypadku Helen, ale tak naprawdę wcale się tym nie przejmował. Postanowił upić się jak świnia i cieszyć chwilą. Jutrzejszy dzień powita go z całą brutalnością, więc dopiero wtedy ma zamiar się tym zająć. Nic, absolutnie nic nie może mu przeszkodzić w tym cudownym pogrążaniu się w niepamięci.

Abner posuwistym ruchem postawił przed nim kawę i powiedział:

– Właśnie zaparzyłem.

David ją zignorował.

– Więc w sumie pracujesz w systemie gotowości, co? Zupełnie jak w kancelarii prawniczej. Co mógłbym dostać za tysiąc dolców miesięcznie? – spytał.

– W tempie, w jakim pijesz, tysiąc nie wystarczyłby na długo. Zadzwoniłeś do żony, Davidzie?

– Posłuchaj, Abnerze, jesteś barmanem, a nie terapeutą w poradni małżeńskiej. To dla mnie wielki dzień, dzień, który odmieni moje życie. Jestem w samym środku poważnego załamania nerwowego albo rozpadania się na kawałki, cokolwiek to jest. Moje życie już nie będzie takie samo, dlatego pozwól mi nacieszyć się tym momentem.

– Wezwę ci taksówkę, kiedy będziesz chciał.

– Nigdzie się nie wybieram.

***

Na pierwsze spotkanie Oscar zawsze wkładał ciemną marynarkę i poprawiał krawat. Ważne było ustalenie tonu, a prawnik w ciemnym garniturze kojarzył się z władzą, wiedzą i autorytetem. Oscar wierzył głęboko, że taki wizerunek niesie również wiadomość, iż nie pracuje za psie pieniądze, choć zwykle tak właśnie było.

Studiował porozumienie majątkowe i marszczył czoło, jakby zostało spisane przez parę idiotów. Flanderowie siedzieli po drugiej stronie jego biurka. Od czasu do czasu rozglądali się po pokoju, zwracając uwagę na „wystawę ego”, kolekcję oprawionych zdjęć, na których Finley uśmiechał się i ściskał dłonie nieznanych nikomu celebrytów, i również oprawione najróżniejsze dyplomy mające dowodzić, że Finley jest bardzo wykształcony i zdolny, oraz kilka plakietek świadczących o tym, że przez lata doceniano jego pracę. Pozostałe ściany zakrywały półki z grubymi, poważnymi podręcznikami prawa i traktatami, będące kolejnym świadectwem, że Finley zna się na swojej robocie.

– Jaka jest wartość domu? – zapytał, nie odrywając oczu od dokumentu.

– Około dwustu pięćdziesięciu tysięcy – odpowiedział pan Flander.

– Moim zdaniem więcej – dodała pani Flander.

– To nie jest dobry moment na sprzedaż domu – stwierdził Oscar rzeczowo, choć każdy właściciel domu w Ameryce wiedział, że rynek kiepsko wygląda. Zapadła cisza, gdy mędrzec analizował wyniki ich pracy.

Opuścił dokument i ponad okularami kupionymi w drogerii popatrzył na panią Flander.

– Pani bierze pralkę i suszarkę razem z mikrofalówką, urządzeniem do ćwiczeń i telewizorem płaskoekranowym?

– No cóż, tak.

– W rzeczywistości zabiera też pani prawdopodobnie osiemdziesiąt procent mebli, mam rację?

– Chyba tak. A co w tym złego?

– Nic, poza tym, że mąż bierze większość gotówki.

– Uważam, że to sprawiedliwe – odezwał się pan Flander.

– W to nie wątpię.

– A czy pańskim zdaniem to sprawiedliwe? – zapytała kobieta.

Oscar wzruszył ramionami, jakby to nie była jego sprawa.

– Powiedziałbym, że to typowe. Ale gotówka jest ważniejsza od używanych mebli. Prawdopodobnie wprowadzi się pani do mieszkania w kamienicy, znacznie mniejszego, i nie będzie pani miała miejsca na to wszystko. Z drugiej strony mąż będzie miał pieniądze w banku.

Pani Flander posłała przyszłemu byłemu mężowi wymowne spojrzenie. Oscar nadal kuł żelazo, póki było gorące.

– Pani samochód jest o trzy lata starszy, więc zabiera pani ze sobą stare meble i stary samochód.

– To był jego pomysł – powiedziała.

– Nieprawda. Uzgodniliśmy to oboje.

– Chciałeś konto w banku, konto emerytalne i nowszy samochód.

– Bo to zawsze był mój samochód.

– Bo zawsze miałeś lepszy samochód.

– To nieprawda, Barbaro. Przestań wszystko jak zwykle wyolbrzymiać, dobrze?

– Przestań kłamać przy adwokacie, Cal. – Barbara podniosła głos. – Uzgodniliśmy, że przyjdziemy tutaj, powiemy prawdę i nie będziemy się kłócili przy prawniku. Zgadza się?

– Och, jasne, ale jak mogę siedzieć spokojnie i słuchać, że zawsze miałem lepszy samochód? Zapomniałaś o toyocie camry?

– Dobry Boże, Cal, to było dwadzieścia lat temu.

– Fakt pozostaje faktem.

– Cóż, dobrze, pamiętam, i pamiętam też dzień, kiedy ją rozbiłeś.

Rochelle, słysząc ich rozmowę, uśmiechnęła się. Przewróciła stronę romansu. AC, który spał obok, nagle się podniósł i zaczął warczeć. Rochelle spojrzała na niego, a potem wstała i wolno podeszła do okna. Poprawiła żaluzje, żeby mieć lepszy widok, i wtedy to usłyszała: odległe wycie syreny. Nasilało się, warczenie AC również stało się głośniejsze.

Oscar też stał przy oknie i od niechcenia patrzył na skrzyżowanie, mając nadzieję, że zobaczy karetkę. Był to nawyk zbyt silny, by go przewalczyć, choć wcale nie miał zamiaru tego robić. On, tak jak Wally i Rochelle, a także prawdopodobnie tysiąc innych adwokatów w mieście, nie potrafił stłumić adrenaliny, która zaczynała krążyć w jego żyłach na dźwięk syreny zbliżającej się karetki. A widok mknącego ulicą ambulansu zawsze wywoływał uśmiech na jego ustach.

Flanderowie jednak się nie uśmiechali. Milczeli ponuro i wpatrywali się w niego, zionąc nienawiścią. Kiedy wycie syreny ucichło, Oscar wrócił do biurka i powiedział: