Kancelaria

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Trochę się zirytowała, bo Wally zakłócił jej samotność. Powiedział coś do AC i pogłaskał go po łbie, a kiedy ruszył po kawę, zapytał:

– Coś ciekawego w gazecie?

– Nic – odpowiedziała, bo nie chciała rozmawiać o wiadomościach.

– Wcale mnie to nie dziwi – mruknął i był to pierwszy przytyk tego dnia. Ona czytała „Sun-Timesa”, on „Tribune”. Każde z nich uznawało preferencje gazetowe drugiej strony za dowód niewielkich wymagań.

Drugi strzał padł kilka sekund później, kiedy Wally znów się odezwał:

– Kto parzył kawę? – zapytał.

Zignorowała to.

– Jest trochę słaba, nie uważa pani?

Powoli przewróciła stronę i zjadła trochę jogurtu.

Wally siorbał głośno, cmoknął, zmarszczył czoło, jakby pił ocet, a potem wziął swoją gazetę i usiadł przy stole.

Zanim Oscar odzyskał ten budynek po procesie sądowym, ktoś wyburzył kilka ścian na dole blisko frontu i stworzył otwarte lobby. Biurko Rochelle ustawiono po jednej stronie blisko drzwi, a niedaleko stały krzesła dla klientów i długi stół, który kiedyś służył komuś za mebel w jadalni. Przez lata przemienił się w miejsce, gdzie tradycyjnie czytano gazety, pito kawę, a nawet przyjmowano oświadczenia. Wally lubił zabijać tam czas, bo w gabinecie miał chlew.

Zamaszystym gestem rozłożył „Tribune”, starając się robić przy tym jak największy hałas. Rochelle zignorowała go i nuciła pod nosem.

Po kilku minutach rozległ się dzwonek telefonu. Pani Gibson zachowywała się tak, jakby go w ogóle nie usłyszała. Telefon zadzwonił jeszcze raz. Wally opuścił gazetę i powiedział:

– Odbierze pani, pani Gibson?

Telefon zadzwonił po raz czwarty.

– A dlaczego nie? – zapytał bardziej stanowczo.

Zignorowała go. Po piątym dzwonku Wally odrzucił gazetę, zerwał się na równe nogi i skierował do aparatu wiszącego na ścianie obok kserokopiarki.

– Nie odbierałabym na pana miejscu – powiedziała pani

Gibson.

Przystanął.

– A dlaczego?

– Chodzi o niezapłacony rachunek.

– Skąd pani wie? – Wally wpatrywał się w telefon. Na wyświetlaczu widniał jedynie napis „prywatny”.

– Po prostu wiem. Co tydzień dzwoni o tej porze.

Telefon umilkł, a Wally wrócił do stołu i gazety. Ukrył się za nią, zastanawiając się, który z rachunków nie został zapłacony, który z dostawców jest na tyle zirytowany, że zdobył się na dzwonienie do kancelarii z zamiarem wywierania nacisku na prawników. Rochelle, rzecz jasna, to wiedziała, bo prowadziła księgowość, zresztą wiedziała prawie wszystko, ale on wolał nie pytać. Gdyby to zrobił, bardzo szybko zaczęliby się kłócić z powodu rachunków i niezapłaconych należności, i braku pieniędzy w ogóle, a to mogłoby łatwo przejść w zajadłą dyskusję o strategii firmy, jej przyszłości i wadach właścicieli.

A żadne z nich tego nie chciało.

***

Abner był bardzo dumny ze swoich Krwawych Mary. Używał ściśle określonych ilości soku pomidorowego, wódki, chrzanu, limonki, cytryny, sosu Worcestershire, pieprzu, tabasco i soli. Zawsze dodawał też dwie oliwki, a dzieło wieńczył łodygą selera.

David dawno nie rozkoszował się tak pysznym śniadaniem. Po dwóch arcydziełach Abnera, wypitych bardzo szybko, uśmiechał się głupkowato, przepełniony dumą, że rzucił to wszystko. Pijak na końcu baru zaczął chrapać. Innych klientów nie było. Abner należał do ludzi dbających o swój interes, mył i wycierał szklanki do koktajli, zrobił inwentaryzację trunków i majstrował przy kurkach do piwa, wygłaszając jednocześnie komentarze dotyczące najróżniejszych tematów.

W końcu zadzwonił telefon Davida. To była jego sekretarka Lana.

– O rany – sapnął.

– Kto dzwoni? – zapytał Abner.

– Z biura.

– Człowiek ma prawo do śniadania, prawda?

David uśmiechnął się i rzucił:

– Cześć.

– Gdzie jesteś, Davidzie? Dochodzi wpół do dziewiątej.

– Mam zegarek, moja droga. Jem śniadanie.

– Dobrze się czujesz? Chodzą słuchy, że ostatni raz widziano cię, jak wskakiwałeś do windy, żeby zjechać na dół.

– To tylko plotki, moja droga, zwykłe plotki.

– Doskonale. O której przyjdziesz? Roy Barton już dzwonił.

– Dokończę śniadanie, w porządku?

– Jasne. Bądź w kontakcie.

David odłożył telefon, upił przez słomkę duży łyk, a potem oświadczył:

– Wypiję jeszcze jeden.

Abner zmarszczył czoło i powiedział:

– Może trochę zwolni pan tempo?

– Tempo mam idealne.

– W porządku. – Abner wziął czystą szklankę i zaczął mieszać koktajl. – Zakładam, że nie idzie pan dzisiaj do pracy.

– Nie idę. Rzuciłem ją. Odszedłem.

– Jaka to praca?

– Kancelaria prawnicza Rogana Rothberga. Zna ją pan może?

– Słyszałem o niej. Wielka firma, prawda?

– Sześciuset prawników tutaj, w kancelarii w Chicago. Parę tysięcy więcej na całym świecie. W tej chwili trzecia pod względem wielkości, piąta, jeśli chodzi o liczbę godzin przepracowanych przez adwokatów, czwarta pod względem wielkości zysku netto na jednego wspólnika, druga, gdy porównuje się wynagrodzenia pracowników, i bez wątpienia na pierwszym miejscu, gdy idzie o liczbę dupków na metr kwadratowy.

– Przepraszam, że pytałem.

David wziął do ręki telefon.

– Widzi pan tę komórkę?

– Przecież nie jestem ślepy, co nie?

– Przez ostatnie pięć lat ten przedmiot rządził moim życiem. Nie mogę się bez niego nigdzie ruszyć. Zasada firmy. Jest ze mną przez cały czas. Przerywa pyszne obiady w restauracjach. Wyciąga mnie spod prysznica. Budzi w środku nocy. Zdarzyło się, że przerwała mi seks z moją biedną zaniedbywaną żoną. Minionego lata byłem na meczu Cubs, wspaniała impreza, ja i dwóch kumpli ze studiów, środek drugiej rundy, a ona zaczęła wibrować. Dzwonił Roy Barton. Wspominałem panu o Royu Bartonie?

– Nie, jak do tej pory.

– Mój bezpośredni przełożony, złośliwy gnom. Ma czterdzieści lat, wypaczone ego i dany od Boga talent adwokacki. Zarabia jakiś milion dolarów rocznie, ale dla niego to za mało. Pracuje po piętnaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu, bo u Rogana Rothberga wszyscy ważniacy pracują non stop. A Roy uważa się za prawdziwego ważniaka.

– Przyjemniaczek, co?

– Nienawidzę go. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę oglądał jego gęby.

Abner przesunął trzecią Krwawą Mary po kontuarze i powiedział:

– Wygląda na to, że jest pan na dobrej drodze, kolego. Na zdrowie.

Rozdział 3

Telefon znów zadzwonił, ale tym razem Rochelle postanowiła odebrać.

– Kancelaria adwokacka Finleya i Figga – powiedziała tonem zawodowej sekretarki. Wally nie podniósł wzroku znad gazety. Słuchała przez chwilę, a potem odrzekła: – Żałuję, ale nie zajmujemy się transakcjami na rynku nieruchomości.

Kiedy osiem lat temu Rochelle zaczęła pracować w firmie, kancelaria bez problemu obsługiwała transakcje związane z nieruchomościami, jednak Rochelle szybko się przekonała, że takie sprawy przynoszą mizerne dochody, większość pracy spada na sekretarkę, a od adwokatów nie wymagają prawie żadnego wysiłku. Błyskawicznie rozeznała się w sytuacji i uznała, że nie lubi nieruchomości. A ponieważ to ona miała kontrolę nad telefonami i monitorowała wszystkie połączenia, dział nieruchomości w kancelarii Finleya i Figga obumarł. Oscar się wściekł i zagroził, że ją zwolni, ale zaraz się wycofał, gdy po raz kolejny wspomniała, że pozwie ich za błędy i postępowanie niezgodne z etyką zawodową. Wally wynegocjował zawieszenie broni, ale przez wiele tygodni napięcie między nimi było większe niż zazwyczaj.

Inne rodzaje spraw również zostały wyeliminowane pod jej drobiazgowym nadzorem. Procesy karne przeszły do historii, Rochelle ich nie trawiła, bo nie podobali jej się klienci z takimi problemami. Nie miała nic przeciwko pijanym kierowcom, bo było ich bardzo wielu, dobrze płacili i nie wymagali prawie żadnego udziału z jej strony. Bankructwa podzieliły los nieruchomości z tych samych powodów: nędzne wynagrodzenie i zbyt dużo roboty dla sekretariatu. Przez lata Rochelle udało się skanalizować praktykę kancelarii, co nadal było źródłem problemów. Zgodnie z teorią Oscara, przez którą od prawie trzydziestu lat był bez grosza, firma powinna zajmować się wszystkim, co wpadnie jej w ręce, zarzucać ogromną sieć i wyławiać drobiazgi w nadziei znalezienia dobrej sprawy o odszkodowanie za poniesione straty. Wally się z tym nie zgadzał. Chciał spraw dużego kalibru. Chociaż przełożony zmuszał go do wszelkiego rodzaju prozaicznych zadań prawniczych, marzył o zarobieniu ogromnej kasy.

– Dobra robota – pochwalił, kiedy Rochelle się rozłączyła. – Nigdy nie lubiłem nieruchomości.

Zignorowała go i wróciła do czytania gazety. AC zaczął cicho warczeć. Kiedy spojrzeli na niego, stał na posłaniu, nos trzymał uniesiony, ogon miał wyprostowany, a ślepia zwężone. Jego warczenie stało się głośniejsze, a potem, jak na dany znak, ich pełną namaszczenia poranną ciszę zakłóciła odległa syrena karetki pogotowia. Syreny nigdy nie przestały ekscytować Wally’ego, dlatego zamarł na sekundę czy dwie i analizował ją z ogromną wprawą. Policja, straż pożarna czy karetka? To nieodmiennie było pierwsze pytanie i Wally znajdował na nie odpowiedź w ułamku sekundy. Syreny wozów strażackich i policyjnych radiowozów nie miały znaczenia i je ignorował, ale wycie ambulansu sprawiało, że jego puls przyśpieszał.

– Karetka – powiedział, odłożył gazetę na stół, wstał i od niechcenia ruszył do frontowych drzwi. Rochelle również się podniosła i podeszła do okna. Uniosła żaluzje, żeby zerknąć na ulicę. AC ciągle warczał, a kiedy Wally otworzył drzwi i wyszedł na ganek, pies pobiegł za nim. Po drugiej stronie ulicy Vince Gholston opuszczał swój niewielki butik i spoglądał z nadzieją na skrzyżowanie Beech i Trzydziestej Ósmej. Kiedy spostrzegł Wally’ego, gwizdnął, a Wally szybko pozdrowił go w taki sam sposób.

 

Karetka na sygnale jechała Beech, lawirując między samochodami, trąbiąc ze złością i wywołując większe zamieszanie i zagrożenie niż to, co na nią czekało. Wally patrzył za nią, aż zniknęła mu z oczu, po czym wrócił do kancelarii.

Lektura prasy została wznowiona i nic już jej nie zakłócało – żadne syreny, telefony od potencjalnych klientów albo wierzycieli. O dziewiątej drzwi się otworzyły i wszedł starszy wspólnik. Jak zwykle Oscar miał na sobie długi ciemny płaszcz i niósł wypchaną skórzaną teczkę, jakby przez całą noc ciężko pracował. Trzymał też w ręku parasol, jak zawsze, niezależnie od pogody czy prognoz. Bardzo oddalił się od pierwszej ligi, ale przynajmniej mógł wyglądać jak szacowny adwokat. Ciemny płaszcz, ciemny garnitur, biała koszula, jedwabny krawat. Żona kupowała mu ubrania i nalegała, żeby tak właśnie się prezentował. Wally natomiast wkładał to, co udało mu się wyciągnąć ze sterty ubrań.

– Dzień dobry – rzucił Oscar trochę szorstko, stając przy biurku pani Gibson.

– Dzień dobry – odpowiedziała.

– Coś ciekawego w gazetach? – Oscara nie interesowały wiadomości sportowe, informacje o powodziach, rynku czy najnowsze wiadomości ze Środkowego Wschodu.

– Operator wózka widłowego miał wypadek w fabryce w Palos Heights – szybko poinformowała pani Gibson. Było to częścią ich porannego rytuału. Jeśli nie udało jej się znaleźć jakiegoś wypadku, żeby poprawić mu poranne samopoczucie, jego skwaszony nastrój jeszcze się pogarszał.

– Brzmi dobrze – mruknął. – Nie żyje?

– Jeszcze żyje.

– To nawet lepiej. Mnóstwo bólu i cierpienia. Niech to pani zapisze. Później go sprawdzę.

Pani Gibson skinęła głową, jakby tamten biedak praktycznie dał już im pełnomocnictwo jako nowy klient. Rzecz jasna, nie był nim. Ani nie będzie. Kancelaria Finleya i Figga rzadko docierała pierwsza na miejsca wypadków. Istniało duże prawdopodobieństwo, że żona operatora wózka widłowego jest już ścigana przez bardziej rzutkich adwokatów, o których wiedziano, że oferują gotówkę albo inne korzyści, byle tylko złapać rodzinę na haczyk.

Podniesiony na duchu dobrymi wieściami Oscar podszedł do stołu i powiedział:

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, Oscarze – odpowiedział Wally.

– Nazwisko żadnego z naszych klientów nie widnieje w nekrologach?

– Jeszcze nie dotarłem do tej części.

– Powinieneś zaczynać od nekrologów.

– Dzięki, Oscarze. Masz jeszcze jakieś rady dotyczące czytania gazety?

Oscar odszedł od stołu i oglądając się przez ramię, zapytał panią Gibson:

– Co mam na dzisiaj w terminarzu?

– To co zwykle. Rozwody i pijacy.

– Rozwody i pijacy – wymamrotał pod nosem, wchodząc do swojego gabinetu. – Przydałby mi się porządny wypadek samochodowy. – Powiesił płaszcz na drzwiach, położył parasol na półce obok biurka i zaczął rozpakowywać teczkę. Wkrótce Wally stał obok niego z gazetą w ręku.

– Czy nazwisko Chester Marino coś ci mówi? – zapytał. – Nekrolog. Pięćdziesiąt siedem lat, żona, dzieciaki, wnuki, nie podali powodu.

Oscar podrapał się po krótko ostrzyżonych siwych włosach i powiedział:

– Może. To był chyba testament, jakaś ostatnia wola.

– Chowa go Van Easel i Synowie. Dzisiaj jest wystawione ciało, pogrzeb jutro. Powęszę i sprawdzę, jak sprawy stoją. Jeśli to jeden z naszych, chcesz wysłać kwiaty?

– Nie, dopóki się nie dowiesz, jaki majątek zostawił.

– Słuszna uwaga. – Wally nadal trzymał gazetę. – Sprawa z paralizatorami wymyka się spod kontroli, wiesz? Gliniarze z Joliet są oskarżeni o porażenie siedemdziesięcioletniego dziadka, który poszedł do Walmartu, żeby kupić sudafed dla chorego wnuka. Aptekarz pomyślał, że stary używa tego towaru do nielegalnej produkcji amfy, więc jako dobry obywatel zadzwonił na policję. Tak się złożyło, że wszyscy gliniarze dostali akurat nowiusieńkie paralizatory. Pięciu z tych pajaców zatrzymało staruszka na parkingu i podpiekli mu tyłek. Stan krytyczny.

– Więc mamy wrócić do paralizatorów, Wally, czy tak?

– Jak jasna cholera, wracamy. To dobre sprawy, Oscarze. Powinniśmy załapać się na kilka.

Oscar usiadł i westchnął ciężko.

– Więc w tym tygodniu to paralizatory. W zeszłym chodziło o wysypkę wywołaną pieluchami… wielkie plany pozwania producenta pampersów, bo kilka tysięcy niemowląt dostało wysypki. A miesiąc temu chodziło o chińskie panele gipsowe.

– Zapłacili już cztery miliardy dolców z powództwa grupowego za te panele.

– Tak, ale my nie zobaczyliśmy z tego ani centa.

– O to mi właśnie chodzi, Oscarze. Musimy poważnie zająć się pozwami zbiorowymi, gdy chodzi o szkody na rzecz wielu osób. W tym właśnie są pieniądze. Milionowe honoraria płacone przez korporacje mające miliardowe zyski.

Drzwi się otworzyły. To Rochelle, która wsłuchiwała się w każde słowo, chociaż akurat ta rozmowa coraz bardziej przypominała zdartą płytę.

Wally zaczął mówić głośniej:

– Weźmy kilka takich spraw, a potem podczepimy się pod speców od pozwów zbiorowych, oddamy im kawałek tortu i pojedziemy na nich, aż załatwią sprawę, a my odejdziemy z górą kasy. To łatwy szmal, Oscarze.

– Wysypka od pieluch?

– No dobra, to nie wypaliło. Ale ta sprawa z paralizatorami to kopalnia złota.

– Kolejna kopalnia złota, Wally?

– Tak, i ci to udowodnię.

– Spróbuj, czekam.

***

Pijak na końcu baru doszedł jakoś do siebie. Uniósł głowę, oczy miał częściowo otwarte. Abner podał mu kawę i gawędził z nim, a wszystko po to, żeby przekonać faceta, by wreszcie sobie poszedł. Nastolatek zamiatał podłogę, ustawiał krzesła i stoły. Maleńki pub zaczynał wykazywać oznaki życia.

Mając mózg skąpany w wódce, David wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze i na próżno starał się ocenić sytuację z odpowiedniej perspektywy. W jednej chwili był podniecony i dumny ze śmiałej ucieczki z marszu śmierci u Rogana Rothberga. W następnym momencie zaczynał bać się żony, rodziny, przyszłości. Wódka jednak dodawała mu odwagi, więc postanowił pić dalej.

Zadzwonił jego telefon. Lana z biura.

– Halo – powiedział cicho.

– Gdzie jesteś, Davidzie?

– Właśnie kończę śniadanie, rozumiesz.

– Twój głos nie brzmi najlepiej, Davidzie. Dobrze się czujesz?

– Świetnie, świetnie.

Cisza, a potem:

– Czyżbyś pił?

– Oczywiście, że nie. Dopiero wpół do dziesiątej.

– No dobrze, skoro tak mówisz. Posłuchaj, Roy Barton wyszedł stąd przed chwilą i jest wściekły. Nigdy nie słyszałam jeszcze takiego języka. Wszelkie możliwe groźby.

– Przekaż Royowi, żeby pocałował mnie w dupę.

– Chyba się przesłyszałam.

– Nie przesłyszałaś się. Powiedz Royowi, żeby pocałował mnie w dupę.

– Tracisz pracę, Davidzie. Rozum ci odjęło. Wcale nie jestem zaskoczona. Przeczuwałam to od jakiegoś czasu. Wiedziałam.

– Nic mi nie jest.

– Nieprawda. Jesteś pijany i wariujesz.

– W porządku, może i jestem pijany…

– Chyba znowu słyszę Roya Bartona. Co mam mu powiedzieć?

– Żeby pocałował mnie w dupę.

– Dlaczego sam mu tego nie powiesz, Davidzie? Masz przecież telefon. Zadzwoń do pana Bartona. – I po tych słowach się rozłączyła.

Abner zbliżył się do niego powoli, ciekawy wyniku ostatniej rozmowy telefonicznej. Przecierał drewniany kontuar czwarty czy piąty raz, od kiedy David usadowił się przy barze.

– To z biura – powiedział David, Abner zaś zmarszczył czoło, jakby dla wszystkich była to zła wiadomość. – Wspomniany wcześniej Roy Barton mnie szuka i klnie jak diabli. Szkoda, że nie mogę być muchą na ścianie. Mam nadzieję, że dostanie zawału.

Abner podszedł bliżej.

– Chyba nadal nie wiem, jak się pan nazywa.

– David Zinc.

– Miło poznać. Posłuchaj, Davidzie, właśnie przyszła kucharka. Chcesz coś zjeść? Może coś bardzo tłustego? Frytki, krążki cebuli w cieście, grubego burgera?

– Poproszę podwójne krążki cebuli i wielką butelkę keczupu.

– Zuch chłopak.

Abner zniknął. David dopił ostatnią Krwawą Mary i wstał, żeby pójść do toalety. Kiedy wrócił, usiadł na swoim miejscu, zerknął na zegarek – dziewiąta dwadzieścia osiem – i czekał na krążki cebulowe. Czuł ich zapach, gdy gdzieś tam na zapleczu skwierczały na gorącym oleju. Pijak siedzący daleko po prawej pił łapczywie kawę i walczył, by nie zamknąć oczu. Nastolatek nadal zamiatał i przestawiał meble.

Telefon zawibrował na kontuarze. Dzwoniła jego żona. David nie poruszył się, żeby odebrać. Kiedy wibrowanie ustało, odczekał chwilę, a potem sprawdził pocztę głosową. Takiej właśnie wiadomości spodziewał się od Helen: „Dzwonili do mnie z twojego biura już dwa razy, Davidzie. Gdzie jesteś? Co ty wyrabiasz? Wszyscy się zamartwiają. Zadzwoń do mnie jak najszybciej”.

Była na studiach doktoranckich na Northwestern, a kiedy pocałował ją tego ranka na pożegnanie o szóstej czterdzieści pięć, nadal leżała w łóżku. Poprzedniego wieczoru, gdy wrócił do domu pięć po dziesiątej, zjedli resztki lasagne, siedząc przed telewizorem, a potem David zasnął na sofie. Helen była starsza od niego o dwa lata i chciała zajść w ciążę, co z czasem stawało się coraz mniej prawdopodobne, biorąc pod uwagę ciągłe wyczerpanie męża. Tymczasem robiła doktorat z historii sztuki, ale niezbyt się z tym śpieszyła.

Cichy sygnał, a potem wiadomość tekstowa od niej: „Gdzie jesteś? Nic ci nie jest? Proszę”.

Wolał nie rozmawiać z nią jeszcze przez kilka godzin, zostałby bowiem zmuszony do przyznania, że zwariował, a ona upierałaby się, by poszukać mu profesjonalnej pomocy. Jej ojciec był psychoterapeutą, a matka psychologiem w poradni małżeńskiej, i cała rodzina wierzyła, że wszystkie problemy i tajemnice życia może rozwiązać kilkugodzinna terapia. Jednocześnie David nie mógł znieść myśli, że tak bardzo przejmuje się tym, czy nic mu nie jest.

Wysłał wiadomość: „Czuję się dobrze. Musiałem wyjść z biura na jakiś czas. Nic mi nie będzie. Proszę, nie martw się”.

Odpowiedziała: „Gdzie jesteś?”.

Zjawiły się krążki cebulowe, ogromny stos złotobrązowych kółek grubo pokrytych panierką i tłuszczem, gorących, prosto z patelni. Abner postawił je przed Davidem i powiedział:

– Takie są najlepsze. Co powiesz na szklankę wody?

– Zastanawiałem się nad kuflem piwa.

– Załatwione. – Abner wziął kufel i podszedł do kurka.

– Teraz szuka mnie żona – poinformował David. – Masz żonę?

– Nie pytaj.

– Przepraszam. To urocza dziewczyna, chce mieć rodzinę i tak dalej, ale najwyraźniej jakoś nie potrafimy się do tego zabrać. W zeszłym roku przepracowałem cztery tysiące godzin, dasz wiarę? Cztery tysiące godzin. Zwykle zaczynam o siódmej rano i kończę około dwudziestej drugiej. Tak wygląda mój typowy dzień, ale nierzadko zdarza mi się pracować jeszcze po północy. Więc kiedy wracam do domu, padam. Wydaje mi się, że uprawialiśmy seks w zeszłym miesiącu. Raz. Aż trudno w to uwierzyć. Mam trzydzieści jeden lat. Ona trzydzieści trzy. Oboje jesteśmy w najlepszym wieku i chcemy tej ciąży, ale ten tu obecny duży chłopczyk ciągle by tylko spał. – Otworzył butelkę z keczupem i wylał z niej jedną trzecią zawartości. Abner postawił przed nim piwo z pianą.

– Przynajmniej zarabiasz mnóstwo szmalu – powiedział.

David wziął jeden krążek, umoczył go w keczupie i włożył do ust.

– Och, jasne, płacą mi. Z jakiego innego powodu dawałbym się tak wykorzystywać, jeśliby mi za to nie płacili? – Rozejrzał się, bo chciał mieć pewność, że nikt go nie słyszy. Ale nikogo nie było. I tak jednak zniżył głos i powiedział, gryząc cebulę: – Jestem radcą prawnym z pięcioletnim stażem. W zeszłym roku dostałem na rękę trzysta tysiaków. To bardzo dużo pieniędzy, a ponieważ nie mam czasu, żeby je wydawać, leżą na koncie w banku i procentują. No i przyjrzyjmy się obliczeniom. Przepracowałem cztery tysiące godzin, ale zapłacili mi tylko za trzy tysiące. Trzy tysiące godzin, rekord w firmie. Resztę straciłem na inne sprawy służbowe i pracę pro bono. Nadążasz za mną, Abnerze? Wyglądasz na znudzonego.

– Słucham cię. Już wcześniej obsługiwałem prawników. Wiem, jacy są nudni.

 

David upił spory łyk piwa i oblizał usta.

– Doceniam twoją szczerość.

– Wykonuję tylko swoją robotę.

– Firma każe sobie płacić pięćset dolców za godzinę mojej pracy. Razy trzy tysiące. To daje półtora miliona dla drogiego, poczciwego Rogana Rothberga, a oni płacą mi nędzne trzysta tysięcy kawałków. Pomnóż to przez pięciuset radców prawnych, którzy w zasadzie robią to samo co ja, a wtedy zrozumiesz, dlaczego wydziały prawa pełne są młodych, bystrych studentów, którym się wydaje, że chcą pracować w dużej kancelarii prawniczej, zostać wspólnikami i dołączyć do grona bogaczy. Nudzę cię, Abnerze?

– To fascynujące.

– Chcesz krążek cebuli?

– Nie, dziękuję.

David wepchnął do ust kolejny wielki krążek i popił piwem. Na końcu baru rozległ się cichy stuk. Pijak, który tam siedział, poddał się i jego głowa znów leżała na kontuarze.

– Kim jest ten facet? – zapytał David.

– Nazywa się Eddie. Jego brat ma połowę tego miejsca, więc chla, ile wlezie, i nie płaci. Mam go po dziurki w nosie. – Abner odszedł i powiedział coś do Eddiego, który nie zareagował. Abner zabrał filiżankę po kawie i przetarł kontuar wokół niego, a potem wolno wrócił do Davida.

– A więc rezygnujesz z trzystu kawałków – podsumował. – Jaki masz plan?

David się roześmiał, stanowczo za głośno.

– Plan? Tak daleko jeszcze nie dotarłem. Dwie godziny temu jak zwykle stawiłem się w pracy, a teraz tracę rozum. – Kolejny łyk piwa. – Tymczasem zamierzam, Abnerze, siedzieć tutaj bardzo długo i przeanalizować mój obłęd. Pomożesz mi?

– Na tym polega moja praca.

– Zapłacę za siebie i za Eddiego.

– Brzmi jak dobry interes.

– To jeszcze jedno piwo, proszę.