Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Saga rodu Forsyte`ów.Tom 3
Przebudzenie. Do wynajęcia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,95  49,56 
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audio
Przebudzenie. Do wynajęcia
Audiobook
Czyta Konrad Biel
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Soames potrząsnął głową.

– Na Highgate, w rodzinnym grobie.

– No tak, przypuszczam, że stare pannice stęskniłyby się za nim, gdyby leżał gdzie indziej. Powiadają, że wciąż jeszcze lubi dobrze zjeść. Widzisz, on może jeszcze długo pociągnąć. Cóż my wobec tych starych Forsyte’ów? Było ich dziesięciu… przeciętny wiek osiemdziesiąt osiem lat… sam to obliczyłem. To zasługa równa urodzeniu trojaczków!

– Czy to wszystko? – zapytał Soames. – Muszę iść dalej.

„Ależ z ciebie nietowarzyskie bydlę!” – zdawały się odpowiadać oczy Jerzego.

– Tak, to wszystko. Odwiedź go w jego mauzoleum… Stary może ma ochotę bawić się w proroctwa. – Z pełnej, miękko zarysowanej twarzy znikł szyderczy uśmiech i Jerzy dodał: – Cóż, panowie plenipotenci, jeszczeście nie wynaleźli sposobu na wykręcenie się od tych przeklętych podatków dochodowych? Stałym, dziedzicznym dochodom dają się one we znaki jak sam diabeł. Przywykłem mieć rocznie dwa tysiące pięćset; teraz dostaję dziadowskie tysiąc pięćset… A koszta utrzymania wzrosły w dwójnasób.

– Aha! – mruknął Soames. – Wyścigi zagrożone!

Po twarzy Jerzego przemknął wyraz sardonicznej samoobrony.

– No, no! – powiedział. – Nie zmuszono mnie jeszcze, bym robił cokolwiek; siedzę tu, wyschły i pożółkły, z każdym dniem biedniejszy. Te drapichrusty z Partii Pracy myślą opanować sytuację, zanim kto zdoła się im przeciwstawić. I z czegóż ty będziesz się utrzymywał, gdy do tego dojdzie? Ja będę pracował sześć godzin dziennie, nauczając polityków, jak poznać się na żartach. Przyjmij moją radę, Soamesie: idź do parlamentu, zapewnij sobie czterysta funtów… i daj mi posadę.

I widząc, że Soames już wychodzi, usiadł z powrotem we wnęce pod oknem.

Soames ruszył wzdłuż Piccadilly, głęboko pogrążony w myślach, jakie zrodziły w nim słowa kuzyna. On sam przecież przez całe życie wciąż pracował i oszczędzał, natomiast Jerzy zawsze był trutniem i marnotrawcą, a przecież gdyby kiedyś przyszło do konfiskaty, to ograbiony zostanie właśnie on, człowiek, który pracował i oszczędzał! Stanowiło to zaprzeczenie wszelkiej zasługi, obalenie wszelkich zasad forsyte’owskich! Czyż na innych zasadach może wspierać się i wzrastać cywilizacja? On, Soames, nie sądzi, by to było możliwe… I cóż? Przypuśćmy, że nie zabiorą mu obrazów, bo nie poznają się na ich wartości. Ale cóż będą warte same obrazy, gdy ci maniacy zaczną doić kapitał? Będzie to niepokupne śmiecie.

Nie chodzi mi o siebie, myślał. W moim wieku mogę wyżyć z pięciuset funtów rocznie i nawet nie poczuję różnicy.

Ale Fleur!… Ten majątek, tak mądrze ulokowany, te skarby, tak troskliwie wyszukiwane i gromadzone – wszystko to było przeznaczone dla niej. A jeżeli wypadki tak się potoczą, że nie będzie mógł jej tego podarować lub zostawić w spadku – no to nie ma po co żyć! I cóż komu przyjdzie z tego, że pójdzie teraz popatrzeć na te wariackie futurystyczne bzdury, tę sztukę przyszłości, by zorientować się, czy ma ona w ogóle jakąś przyszłość?

Jednakże dotarłszy do galerii na Cork Street, zapłacił szylinga, wziął katalog i wszedł do sali. Snuło się po niej z jakieś dziesięć osób. Soames zrobił kilka kroków i natknął się na coś, co wydawało mu się słupem latarni pochylonym wskutek zderzenia z omnibusem. To coś było wysunięte na jakieś trzy kroki od ściany, a w katalogu nosiło nazwę Jowisz. Z ciekawością obejrzał to dziwo, jako że ostatnimi czasy poświęcał nieco uwagi rzeźbie.

Jeżeli to ma być Jowisz, pomyślał, ciekaw jestem, jak może wyglądać Junona.

Nagle po stronie przeciwnej dostrzegł i Junonę. Wydała mu się zgoła podobna do pompy o dwóch ramionach, z lekka oprószonej śniegiem. Jeszcze się jej przypatrywał, gdy naraz na lewo od niego stanęło dwoje spośród snujących się tu ludzi.

– Épatant8! – orzekł jeden z nich.

– Już ten żargon! – burknął do siebie Soames.

Drugi młodzieńczy głos odparł:

– Nie masz racji, stary, to zwykłe nabieranie. Kiedy stwarzał tego Jowisza i Junonę, mówił sobie: „Ciekaw jestem, jak ci durnie to przełkną”. No i cóż? Przełknęli i ani się zakrztusili.

– Ej, żółtodziobie! Vospovitch toruje nowe drogi sztuce! Nie widzisz, że wniósł w rzeźbę satyrę? Przyszłość sztuk plastycznych, muzyki, malarstwa, a nawet architektury opiera się głównie na satyrze. Tak być musi. Ludzie są znużeni. Uczucie chwieje się na swym piedestale.

– No, co się mnie tyczy, jestem skłonny po dawnemu mieć jakie takie zainteresowanie dla piękna. A przecież przebyłem wojnę światową. Pan zgubił chusteczkę.

Soames ujrzał przed sobą chusteczkę w wyciągniętej ręce; wziął ją i nie bez zrozumiałej podejrzliwości przybliżył do nosa. Miała właściwy zapach – delikatnej wody kolońskiej – oraz jego inicjały w rożku. Upewniony podniósł oczy ku twarzy młodego człowieka. Ponad przeciętnie odzianą postacią zobaczył nieco sarnie uszy, roześmiane usta, z obu ich stron mały jak połówka szczoteczki do zębów wąsik oraz nieduże, żywe oczy.

– Dziękuję panu – odrzekł, a po chwili, jakby nieco podrażniony, dodał: – Rad jestem słyszeć, że pan kocha piękno; dziś tak rzadko się z tym spotyka.

– Przepadam za nim – oświadczył młodzieniec – jednakże pan i ja należymy do niedobitków starej gwardii.

Soames uśmiechnął się.

– Jeżeli pan naprawdę interesuje się obrazami – rzekł – proszę, oto mój bilet wizytowy. Mógłbym panu pokazać parę naprawdę dobrych, gdyby był pan w dole rzeki i zechciał zajrzeć do mnie której niedzieli.

– Bardzo to uprzejmie z pańskiej strony. Przylecę jak ptak! Nazywam się. Mont… Michał… – I zdjął kapelusz.

Soames, już w duchu żałując swego porywu, odwzajemnił się, lekko uchylając kapelusza; rzucił przy tym wzgardliwym wzrokiem na towarzyszącego młodzieńcowi mężczyznę; miał on purpurowy krawat, okropne, ślimakowate baczki i drwiące spojrzenie, z czym całkowicie zakrawał na poetę!

Był to pierwszy nieprzemyślany czyn, jakiego dopuścił się od dawna – z wrażenia musiał aż usiąść w jakiejś wnęce. Cóż go opętało, by wręczyć bilet wizytowy fircykowi, który pokazuje się ludziom z czymś takim jak to indywiduum! I postać Fleur, która zawsze przebywała w głębi jego myśli, ukazała się naraz przed nim jak filigranowa figurynka z zegara w chwili uderzenia godziny. Na ekranie na wprost wnęki wisiało wielkie płótno usiane mnóstwem kwadratowych plam pomidorowego koloru; poza tym, o ile mógł to dostrzec ze swego miejsca, nie było tam nic więcej. Zajrzał do katalogu i przeczytał: „Nr 32. Miasto przyszłości. Paweł Post”.

Przypuszczam, że i w tym kryje się satyra! – pomyślał. Co za dziwo!

Spojrzawszy jednak po raz drugi, był już oględniejszy. Nie należało potępiać zbyt pochopnie. A owe pasiaste i pręgowate twory Moneta, wokół których podniesiono taką wrzawę? A szkoła pointylistów? A Gauguin? Ba, już nawet po postimpresjonistach było kilku malarzy, z którymi należało się liczyć. W ciągu trzydziestu ośmiu lat swego koneserskiego życia tyle już doprawdy zaobserwował różnych „prądów”, tyle widział przypływów, odpływów, falowań techniki i smaku, że w istocie jedno pozostawało pewne: że na każdej zmianie mody można zarobić. Być może i w tym wypadku należy stłumić w sobie najgłębiej zakorzenione instynkty – albo też stracić rynek…

Wstał i zbliżył się do obrazu, usiłując spojrzeć nań oczyma innych ludzi. Ponad pomidorowymi plamami było coś, co wziął za zachód słońca, póki ktoś przechodzący nie powiedział:

– Czy ci się nie zdaje, że te samoloty są przepyszne?

Poniżej pomidorowych plam znajdował się biały pas przecięty pionowymi czarnymi kreskami, którym w ogóle nie przypisywał żadnego znaczenia, póki nie nadszedł ktoś, mrucząc:

– Jaką ekspresję uzyskał tu na pierwszym planie!

Ekspresja? Czego? Soames powrócił na miejsce, gdzie wpierw siedział. Było to „bogate”, jak zwykł się wyrażać jego ojciec, więc nie mógł tego potępić. Ekspresja! Aha! Przecież obiło mu się o uszy, że na kontynencie wszyscy już są ekspresjonistami. Czyżby to doszło już i tutaj? Przypomniał sobie pierwszą falę influency w roku 1887 czy 1888; mówiono o niej, że wylęgła się w Chinach. Zachodził w głowę, gdzie mógł się wylęgnąć ten… ten ekspresjonizm. Toż to istna choroba!

Spostrzegł jakąś kobietę i chłopca stojących pomiędzy nim a Miastem przyszłości. Byli do niego odwróceni plecami – jednak Soames śpiesznie zasłonił sobie twarz katalogiem i naciągnąwszy kapelusz na czoło, jął im się przyglądać przez utworzoną w ten sposób szparę. Nie mogło być omyłki co do tych pleców, wytwornych jak zawsze, mimo że włosy ponad nimi już posiwiały. Irena! Żona, z którą się rozwiódł – Irena! A to niewątpliwie jej syn – jej i tego draba Jolyona Forsyte’a, ich chłopak, o sześć miesięcy starszy od jego rodzonej córki – Fleur!

I przeżuwając w duszy gorzkie wspomnienia z czasów rozwodu, już zerwał się z miejsca, by zejść im obojgu z oczu, lecz w tejże chwili skwapliwie usiadł z powrotem. Irena zwróciła głowę do chłopca, mówiąc coś do niego… Jej profil był wciąż tak młodzieńczy, że siwe włosy wydawały się przy nim jak upudrowane z okazji maskarady; takiego uśmiechu, jaki ukazał się na jej wargach, nigdy nie zdarzyło się widzieć Soamesowi, niegdyś pierwszemu ich właścicielowi… Z niechęcią przyznawał, że była jeszcze piękna, a sylwetka jej niemal tak młoda, jak pierwej… A jakim uśmiechem odpłacił jej ten chłopak! Wzruszenie ścisnęło Soamesa za serce. Widok ten gwałcił jego poczucie sprawiedliwości… Zazdrościł Irenie uśmiechu chłopca; uśmiech ten przechodził miarę wszystkiego, czym darzyła go Fleur, i był niezasłużony. Ich syn mógłby być jego synem, a Fleur mogła być jej córką, gdyby Irena postępowała, jak należało!

Soames opuścił katalog. Jeżeli go spostrzeże, tym lepiej! Przypomnienie jej czynu – tu, w obecności syna, który prawdopodobnie o niczym nie wiedział – byłoby zbawiennym dotknięciem palca Nemezis, która niewątpliwie prędzej czy później musi ją nawiedzić! Na pół uświadamiając sobie, że podobna myśl w głowie Forsyte’a – i to tak podeszłego wieku – jest niedorzecznością, Soames sięgnął po zegarek. Już po czwartej! Fleur się spóźnia. Poszła do jego siostrzenicy, Imogeny Cardigan, gdzie ją pewnie zatrzymano: pali papierosy, gawędzi, i tak dalej… Doszedł go śmiech chłopca, a potem wypowiedziane żywo słowa:

 

– Mamusiu, czy to dzieło jednego z „kulawych kacząt” cioci June?

– Paweł Post… Tak mi się wydaje, kochanie.

Na dźwięk tego słowa lekki dreszcz wstrząsnął Soamesem; nigdy nie słyszał go w jej ustach… Naraz ona go dostrzegła. Jego oczy musiały mieć w sobie coś z sardonicznego spojrzenia Jerzego Forsyte’a, gdyż jej dłoń, odziana w rękawiczkę, zacisnęła się na fałdach sukni, brwi uniosły się w górę, a twarz stężała. Ruszyła dalej.

– To ci dopiero dziwadło! – powiedział chłopak, biorąc ją znów pod ramię.

Soames powiódł za nimi oczyma. Chłopak był przystojny, miał forsyte’owski podbródek, oczy ciemnoszare, głęboko osadzone. Poza tym jednak rozlewał się na tej twarzy jakiś ton słoneczny, niby szklanka starego xeresu – może jego uśmiech, może włosy. Nie zasłużyli na to… tych dwoje!

Gdy Irena z synem przeszli do następnej sali, Soames, straciwszy ich z oczu, jął w dalszym ciągu przyglądać się Miastu przyszłości – lecz nie widział go wcale. Blady uśmiech wygiął jego wargi. Pogardzał sobą za te uczucia, po tylu latach wciąż równie gwałtowne. Majaki! A jednak – gdy człowiek się już zestarzał – czyż ostało się cokolwiek, co by nie było majakiem? Prawda, była jeszcze Fleur! Utkwił wzrok w drzwiach wejściowych. Przyjdzie na pewno, ale oczywiście każe mu na siebie czekać!

Naraz ujrzał coś jakby gza w ludzkiej postaci – małą, szczupłą osóbkę, odzianą w koloru wody morskiej dżibbah9 z metalowym paskiem; jej niesforne, czerwonozłote włosy, gęsto przetykane siwizną, przytrzymywała przepaska. Rozmawiała z ludźmi z obsługi galerii. W jej oczach, zarysie brody, włosach i sposobie bycia uderzyło go coś znanego, coś, co mu przypominało chudego teriera szkockiego czekającego chwili obiadu… Tak, to ona, June Forsyte! Jego kuzynka June… i zdąża akurat ku jego schronieniu! Usiadła obok niego głęboko zamyślona, wyjęła notatnik, ołówek i zaczęła coś zapisywać. Soames siedział bez ruchu. Bodaj licho wzięło to kuzynostwo!

– Obrzydliwe! – usłyszał, jak mruknęła. W tejże chwili, jak gdyby wyczuwając obecność obcego człowieka, który słyszał jej słowa, spojrzała w jego stronę. Stało się, co tylko mogło się stać najgorszego. – Soames!

Soames z lekka odwrócił głowę.

– Jak się miewasz? – bąknął. – Nie widziałem cię od dwudziestu lat.

– Rzeczywiście. A cóż ciebie tu sprowadziło?

– Moje grzechy – odparł Soames. – Spójrz, co za kicze!

– Kicze? Och, tak… istotnie! To jeszcze tutaj nie dotarło!

– I nigdy nie dotrze – oświadczył Soames. – To musi zrobić klapę.

– Już ją robi.

– Skąd wiesz?

– Bo to moja galeria.

Soames aż sapnął z wielkiego zdziwienia.

– Twoja? I cóż cię skłoniło urządzać taką wystawę?

– Moim zdaniem sztuka to nie sklepik.

Soames wskazał na Miasto przyszłości.

– Spojrzyj na to! Kto zechce mieszkać w takim mieście albo zawiesić je na ścianach swego mieszkania?

June przez chwilę przyglądała się obrazowi.

– To wizja – wyjaśniła.

– Do diabła!

Przez chwilę oboje milczeli, potem June wstała z miejsca.

Zbzikowane dziwadło! – pomyślał Soames, a głośno dodał:

– Wiesz co, znajdziesz tu swego przyrodniego braciszka z kobietą, którą niegdyś znałem. A tę wystawę radzę ci zamknąć…

June obejrzała się na niego.

– O ty Forsycie! – rzuciła i poszła dalej.

Jej lekka, lotna postać, oddalająca się tak nagle, kryła w sobie jakby niebezpieczne postanowienia. Forsycie! Prawda, był Forsyte’em! I ona była członkiem tej rodziny! Ale od czasu gdy przez nią, wówczas jeszcze młodą dziewczynę, zetknął się z Bosinneyem, który złamał mu życie, nigdy nie rozmawiał z nią na ten temat… i nigdy tego nie pragnął. I oto spotkał ją – po dziś dzień niezamężną – i to jako właścicielkę galerii!… Nagle uświadomił sobie, jak mało wie o własnej rodzinie. Stare ciotki mieszkające u Tymoteusza poumierały wiele lat temu, nie było już rodzinnej giełdy plotek. Cóż oni wszyscy robili podczas wojny? Syn młodego Rogera był ranny, drugi z synów St Johna Haymana poległ, najstarszy syn Mikołaja juniora dostał O.B.E.10 czy coś w tym rodzaju. Wszyscy oni, jak mniemał, musieli brać jakiś udział w wojnie. Ten synalek Jolyona i Ireny wydał mu się na to jeszcze za młody, generacja zaś, do której sam należał, była oczywiście za stara na takie rzeczy, choć prawda, że Giles Hayman prowadził jako szofer ambulans Czerwonego Krzyża, a Jesse Hayman był funkcjonariuszem milicji obywatelskiej – ale ci „Dromiowie” zawsze należeli do gatunku sportowców! Co się tyczy samego Soamesa, to ofiarował ambulans motorowy, zaczytywał się w gazetach, co go w końcu przyprawiło o chorobę, przeżył wiele niepokoju, nie kupował odzieży, stracił siedem funtów wagi; nie wie doprawdy, co można by więcej uczynić w jego wieku! Uderzająca rzecz, gdy się nad tym zastanowić – i on sam, i rodzina zgoła inaczej odnieśli się do tej wojny niż do owej historii z Burami, o której przecież w swoim czasie sądzono, że stanowi generalną próbę sił imperium brytyjskiego. Prawda, że w tej poprzedniej wojnie Val Dartie, siostrzeniec Soamesa, odniósł ranę, że pierworodny syn tego draba Jolyona zmarł na tyfus brzuszny, że „Dromiowie” pojechali konno na front, a June była pielęgniarką; jednakże tamto wszystko wydawało się tylko czymś dziwnym, natomiast w ostatniej wojnie każdy w miarę możności spełniał „swoją rolę”, traktując to jako rzecz naturalną. I wojna ta zdała się unaoczniać wzrost tego lub owego – albo też schyłek czegoś innego. Czy Forsyte’owie zatracili coś ze swego indywidualizmu, czy stali się mniej prowincjonalni lub bardziej bliscy imperializmowi? Czy też po prostu była to nienawiść do Niemców?… Czemu Fleur nie nadchodzi? Chciałby już stąd wyjść!

Zobaczył znów tamtych troje, jak razem wyszli z drugiej sali i szli z powrotem, od drugiego końca przepierzenia. Chłopak stał właśnie przed Junoną. Jednocześnie po drugiej stronie posągu Soames spostrzegł swoją córkę z brwiami uniesionymi w górę do ostatniej granicy możliwości. Widział, że błyszczącymi oczyma patrzy z boku na chłopca, a chłopak spogląda na nią. Potem Irena ujęła syna pod ramię i pociągnęła go za sobą. Soames zauważył, że chłopak się obejrzał, a Fleur patrzyła długo za trojgiem wychodzących.

Jakiś wesoły głos zagadnął:

– Trudny to kąsek do przełknięcia, prawda, proszę pana?

To przechodził znowu ów młokos, który mu podał chusteczkę, Soames skinął głową.

– Nie wiem, ku czemu idziemy!

– O, to nie szkodzi – odpowiedział wesoło młodzieniec. – I oni sami tego nie wiedzą.

– Halo, ojczulku! – zabrzmiał głos Fleur. – Jesteś! – Zupełnie jakby to ona na niego czekała.

Młodzieniec, zerwawszy kapelusz z głowy, poszedł dalej.

– No, no! – rzekł Soames, mierząc ją wzrokiem – ale punktualna z ciebie kobietka!

Ten pieczołowicie strzeżony skarb jego życia był wzrostu średniego, miał cerę dość żywą i krótkie ciemnokasztanowate włosy; szeroko rozstawione piwne oczy o białkach tak jasnych, że błyskały za każdym poruszeniem, w chwilach spoczynku, gdy na kształt zasłony ocieniały je bardzo białe powieki zakończone czarnymi rzęsami, stawały się niemal senne. Profil miała czarujący i – poza śmiałą linią brody – żadnym szczegółem twarzy nie przypominała ojca. Zdając sobie sprawę, że na widok Fleur twarz jego łagodnieje, Soames zmarszczył się, by – jak przystało na Forsyte’a – pozostać niewzruszonym. Wiedział, że córka była aż nadto skłonna wyzyskiwać jego słabość.

Wsunąwszy mu rękę pod ramię, zapytała:

– Kto to był?

– Podniósł mi z ziemi chustkę. Potem rozmawialiśmy o obrazach.

– Chyba tego obrazu nie zamierzasz kupić, ojczulku?

– Nie – odrzekł Soames posępnie – ani tej Junony, której tyś się przyglądała.

Fleur pociągnęła go za ramię.

– Och, chodźmy już! To okropna wystawa!

W drzwiach spotkali młodzieńca o nazwisku Mont i jego towarzysza. Lecz Soames jakby wywiesił tablicę z napisem: „Wkraczanie na teren zastrzeżony będzie karane sądownie” i zaledwie przyjął do wiadomości ukłon młodzieńca.

– No i kogóż spotkałaś u Imogeny? – zapytał, gdy już wyszli na ulicę.

– Ciotkę Winifredę i tego monsieur Profonda.

– Oho! – burknął Soames. – Tego osobnika! I cóż to ciotka w nim widzi?

– Nie wiem. Wygląda na człowieka bardzo sprytnego… Matka mówi, że on jej się podoba.

Soames chrząknął.

– Był i kuzyn Val z żoną.

– Co?! – zawołał Soames. – Myślałem, że wrócili do Afryki Południowej.

– O nie! Sprzedali swoją farmę. Val zamierza ujeżdżać konie wyścigowe na równinach Sussexu. Kupili sobie ładny stary dworek i zapraszają mnie do siebie.

Soames zakaszlał. Nowina była dla niego niepomyślna.

– Jakże wygląda teraz jego żona?

– Bardzo spokojna, ale jak mi się zdaje, bardzo miła.

Soames znowu zakaszlał.

– Ten Val to straszny hulaka.

– O nie, ojczulku, oni się ogromnie kochają. Obiecałam, że przyjadę do nich na parę dni… od soboty do środy…

– Na ujeżdżanie koni wyścigowych! – sarknął Soames.

Nie podobało mu się to wcale, ale to jeszcze nie powód, by odczuwał aż takie niezadowolenie. Czemuż, u licha, ten siostrzeniec nie mógł pozostać w Afryce Południowej? Jego własny rozwód był sprawą dość przykrą – nawet bez ożenku siostrzeńca z córką winowajcy, do tego jeszcze przyrodnią siostrą June i tego chłopaka, któremu Fleur przypatrywała się spod ramienia owej pompy! Jeżeli on, Soames, nie będzie się miał na baczności, Fleur dowie się wszystkich szczegółów tej starej, niesławnej historii! Nieprzyjemne to wszystko! A spadło na niego dzisiejszego popołudnia niby rój natrętnych pszczół.

– To mi się nie podoba! – oznajmił.

– Chciałabym zobaczyć konie wyścigowe – bąknęła Fleur – a poza tym obiecali mi, że pojeżdżę konno. Kuzyn Val, jak wiesz, nie może dużo chodzić, za to wspaniale jeździ! Pokaże mi, jak się galopuje.

– Wyścigi! Szkoda, że wojna nie dała temu wreszcie w łeb. Boję się, że Val wdał się w swego ojca.

– Nie wiem nic o jego ojcu.

– Ech, nic takiego! – odparł Soames posępnie. – Zajmował się końmi i skręcił sobie kark w Paryżu, schodząc ze schodów. Całe szczęście dla ciotki, że się go pozbyła.

Zmarszczył brwi, przypominając sobie przeprowadzone co do tych schodów śledztwo, nad którym czuwał w Paryżu, jako że Montague Dartie nie mógł już sam nad nim czuwać. Były to zupełnie zwyczajne schody w domu, gdzie grywano w baka. Albo wygrana, albo sposób, w jaki ją uświetnił, musiały uderzyć szwagrowi do głowy. Francuska procedura była nader niedbała; miał z tym wszystkim niemało kłopotu.

Głos Fleur skierował jego uwagę w inną stronę.

– Spojrzyj, tatusiu! To ci ludzie, co byli z nami w galerii.

– Jacy ludzie? – burknął niechętnie Soames, wiedząc doskonale, o kim mowa.

– Uważam, że ta kobieta jest piękna.

– Chodźmy do tej ciastkarni – rzekł nagle Soames i ścisnąwszy mocniej ramię córki, skierował się ku drzwiom cukierenki. Było to – jak na niego – dość zaskakujące i niemal z trwogą zapytał: – Na co masz ochotę?

– Ech! nie chcę nic! Piłam koktajl i zjadłam potężny lunch.

– Musimy coś zamówić, skorośmy tu weszli! – burczał Soames, nie wypuszczając jej ramienia. – Dwie herbaty – powiedział – i dwa tamte nugaty.

Ale ledwo ciało jego spoczęło, gdy naraz podskoczyła w nim dusza. Tych troje… tych troje wchodziło do cukierni! Posłyszał, jak Irena mówi coś do chłopca, ten zaś odparł:

– O nie, mamusiu. To miejsce jest doskonałe. W moim guście!

Wszyscy troje usiedli.

W owej chwili, najkłopotliwszej w całym jego życiu, Soames okrążony widmami i upiorami swej przeszłości, mając przed sobą jedyne dwie kobiety, jakie kiedykolwiek kochał: żonę, która się z nim rozwiodła, i córkę jej następczyni – nie tyle obawiał się ich, ile raczej swej kuzynki June. Ona mogła urządzić scenę – mogła przedstawić sobie tych dwoje dzieci – ona była zdolna do wszystkiego. Tak skwapliwie gryzł swój nugat, aż mu się przylepił do talerzyka. Próbując go oderwać palcem, rzucił okiem na Fleur. Żuła ciastko zamyślona, ale oczy miała utkwione w chłopca. Forsyte’owski duch w Soamesie mówił: „Możesz się biedzić i gnębić, a i tak przepadłeś z kretesem!”. I rozpaczliwie szarpnął palcem. Talerz! Czy Jolyon rozbił kiedy talerz? Czy ta kobieta rozbiła talerz? Był czas, kiedy wiedział, że niczego nie stłukła! Bądź co bądź, było to przecież coś, czego mu nigdy nikt nie odbierze. I ona o tym wiedziała, choć w tej chwili siedziała spokojnie, panując nad sobą, jak gdyby nigdy nie była jego żoną. Coś cierpkiego pulsowało w forsyte’owskiej krwi Soamesa. Jakiś subtelny ból, o włos graniczący z rozkoszą. Gdybyż tylko June nie wypuściła na niego całego roju szerszeni! Teraz mówił chłopiec:

 

– Tak jest, ciociu June. – A więc on swoją przyrodnią siostrę nazywa ciocią? No tak, ona dziś ma chyba koło pięćdziesiątki! – Pięknie to z twojej strony, że im dodajesz odwagi… Ale… niech to kaci!

Soames rzucił ukradkowe spojrzenie. Oczy Ireny, pełne niepokoju, spoczywały z troską na chłopcu. Tak… Potrafiła być czuła – najpierw dla Bosinneya – potem dla ojca tego chłopca – a teraz dla chłopca. Dotknął ramienia Fleur i zapytał:

– No co, czy masz już dosyć?

– Jeszcze jeden kawałek, proszę cię, ojczulku.

Ależ ona się rozchoruje! Podszedł do kasy, by zapłacić. Gdy powrócił, ujrzał Fleur stojącą koło drzwi i trzymającą w ręku chusteczkę, którą widocznie wręczył jej przed chwilą chłopiec.

– F.F. – posłyszał jej słowa. – Fleur Forsyte… Tak, to moja chusteczka. Dziękuję panu bardzo!

Na miłość boską! Toż ona powtórzyła scenę, którą jej opowiedział w galerii… O małpeczka!

– Forsyte? Jak to? Przecież to i moje nazwisko! Może jesteśmy kuzynami?

– Naprawdę! Pewnie, że jesteśmy. Nie ma innych Forsyte’ów. Ja mieszkam w Mapledurham… A pan gdzie?

– W Robin Hill.

Pytania i odpowiedzi nastąpiły po sobie tak szybko, że Soames nie zdołał przez ten czas nawet palcem kiwnąć. Ujrzał twarz Ireny ogarniętą przerażeniem, potrząsnął ledwo dostrzegalnie głową i wziął Fleur pod ramię.

– Chodźmy już! – powiedział.

Nawet się nie poruszyła.

– Czy słyszałeś, ojczulku? Czy to nie dziwne? Nasze nazwiska są takie same… Czy jesteśmy kuzynami?

– Co takiego? – zapytał. – Forsyte? Być może jakieś dalekie pokrewieństwo.

– Na imię mam Jolyon, proszę pana. W skróceniu nazywają mnie Jonem.

– Aha, aha! – rzekł Soames. – A jakże… Daleki kuzyn… Jakże się kuzyn miewa? Bardzo ładnie z jego strony… Żegnam!

I ruszył ku drzwiom.

– Ogromnie jestem wdzięczna – mówiła Fleur. – Au revoir!

– Au revoir! – usłyszał odpowiedź chłopca.

5 Ma chére patrie (fr.) – moja kochana ojczyzna.

6 Braves poilus (fr.) – dzielnych żołnierzyków.

7 La Vendimia (hiszp.) – Winobranie.

8 épatant! (fr.) – zdumiewające, fascynujące!

9 Dżibbah – wschodnia szata wierzchnia, rodzaj długiej, otwartej z przodu sukni.

10 O.B.E. (ang.) – skrót oznaczający: Officer of the British Empire (oficer Orderu Imperium Brytyjskiego).