Saga rodu Forsyte'ów. Koniec rozdziału t.3

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

End of the Chapter

*

Over the River

Projekt okładki

Marek J. Piwko

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Laura Ryndak

Wydanie IX, Chorzów 2014

Edycja I

Niniejsze wydanie oparte jest na edycji Państwowego Instytutu Wydawniczego z 1962 r.

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

ISBN 978-83-7835-258-7


I

Klara, która przed siedemnastu miesiącami poślubiła sir Geralda Corvena, urzędnika w państwowej służbie kolonialnej, stała na pokładzie statku przybywającego ze Wschodu; ów statek wchodził właśnie do doków na Tamizie. Mimo ciepłego październikowego dnia i godziny dziesiątej rano Klara włożyła gruby wełniany płaszcz, gdyż podczas całej podróży panował upał. Cerę miała bladą, nawet trochę żółtawą, ale jasnobrązowe oczy patrzyły chciwie na ląd, a z lekka podkarminowane usta były rozwarte, tak że jej twarz zachowała zwykły wyraz żywości. Stała sama, gdy nagle posłyszała głos:

— A! jesteś tutaj! — Zza łodzi wysunął się młody człowiek i stanął obok Klary.

— Nieprawdopodobnie piękny dzień! — odezwała się nie odwracając głowy. — Na wsi powinno być ślicznie.

— Myślałem, że przynajmniej ten jeden wieczór zostaniesz w Londynie. Moglibyśmy zjeść razem obiad i pójść do teatru. Czy nie dałoby się tego zrobić?

— Zastanów się, chłopcze! Wyjdą przecież na moje spotkanie.

— Jakie to okropne, że wszystko się kończy!

— Czasem jest gorzej, kiedy coś się zaczyna.

Popatrzył na nią przeciągle i raptem rzekł:

— Klaro, chyba zdajesz sobie sprawę, że cię kocham.

Skinęła głową:

— Owszem.

— Ale ty mnie nie kochasz?

— Nie jestem do ciebie uprzedzona.

— Pragnąłbym, żebyś choć na chwilę mnie pokochała.

— Jestem szanującą się mężatką, mój Tony.

— Która wraca do Anglii, ponieważ…

— Ponieważ nie służy jej klimat Cejlonu.

Młody człowiek kopnął barierę.

— I to właśnie teraz, kiedy wszystko rozwijało się tak cudownie. Nic nie mówiłem, ale wiem, że twój… że Corven…

Klara podniosła brwi i Tony zamilkł, po czym oboje wpatrzyli się w coraz wyraźniejsze wybrzeże.

Dwoje młodych ludzi, którzy spędzili na statku blisko trzy tygodnie, nie zna się ani w połowie tak dobrze, jak im się zdaje. W tym pozbawionym treści życiu, w którym wszystko nieruchomieje prócz maszyn, wody sunącej wzdłuż boków okrętu i słońca zakreślającego łuk na niebie, codzienne spoufalenie, spowodowane bliskością sąsiadujących leżaków, nabiera dziwnego znaczenia i jakby sennego ciepła. Młodzi wiedzą, że się o nich mówi, ale nic sobie z tego nie robią. Nie mogą przecież opuścić statku i nie mają nic innego do roboty. Tańczą, i najlżejsze kołysanie się okrętu sprzyja zbliżeniu ich ciał. Po upływie mniej więcej dziesięciu dni układają sobie wspólne życie, przebywają ze sobą częściej niż małżonkowie, z tą tylko różnicą, że noce spędzają jeszcze osobno. A potem, zupełnie nagle, statek zatrzymuje się, przychodzi kres ich wspólnego życia i uświadamiają sobie — jeśli nie oboje, to przynajmniej jedno z nich — że zbyt długo odkładali podsumowanie swych uczuć; teraz jest już za późno. Ogarnia ich nagłe, niespokojne podniecenie, dość jednak przyjemne, gdyż skończyło się leniwe, monotonne życie na statku, i jak zwierzęta lądowe, które przebywały na morzu, starają się odzyskać równowagę.

Klara przerwała milczenie:

— Nie powiedziałeś mi nigdy, dlaczego cię nazywają Tony, kiedy ci na imię Jakub.

— Właśnie dlatego. Bądź poważna, Klaro! Niewiele mamy czasu, ten przeklęty statek zaraz zawinie do doków. Nie mogę po prostu znieść myśli, że nie będę cię widywał co dzień.

Klara spojrzała na niego przelotnie i znowu zwróciła wzrok ku wybrzeżu. „Jaki on czysty” — pomyślała. Młody człowiek istotnie miał czystą, owalną, brązową twarz, na której malował się wyraz zdecydowania nie pozbawiony jednak wesołości; myśląc o czymś mrużył ciemnoszare oczy; włosy miał ciemne, postać szczupłą i ruchliwą.

Ujął w rękę guzik od jej płaszcza:

— Nie powiedziałaś mi ani słowa o sobie, ale wiem, że nie jesteś szczęśliwa.

— Nie lubię ludzi, którzy mówią o swym prywatnym życiu.

— Posłuchaj — wcisnął jej bilet do ręki. — W tym klubie zawsze wiedzą, gdzie mnie można znaleźć.

Przeczytała:

Jakub Bernard Croom

„Coffee House” klub

St. James’s Street

— Klub „Coffee House” wyszedł chyba z mody.

— Może być, ale zawsze to „klasa”. Ojciec zapisał mnie na członka zaraz po moim urodzeniu.

— Mąż mojej ciotki należy do tego klubu, nazywa się sir Lawrence Mont; jest wysoki, giętki i szczupły; poznasz go po monoklu w szylkretowej oprawie.

— Będę się za nim rozglądał.

— Co masz zamiar robić w Anglii?

— Polować na posadę. Podobno jest to zadanie nad ludzkie siły.

— Jakiej posady szukasz?

— Wszystko mi jedno; nie chciałbym tylko być nauczycielem albo zajmować się komisową sprzedażą.

— Czy można teraz dostać inne zajęcie?

— Chyba nie. Smutna to perspektywa. Pragnąłbym zarządzać jakimś majątkiem albo mieć do czynienia z końmi.

— Majątki i konie są na wymarciu.

— Znam dość dobrze paru właścicieli stajen wyścigowych. Ale skończy się pewnie na tym, że zostanę szoferem. Gdzie zamieszkasz?

— U moich rodziców; w każdym razie z początku. Gdybyś po upływie tygodnia miał jeszcze ochotę mnie widzieć, znajdziesz mnie w Condaford Grange, hrabstwo Oxford.

— Dlaczego ja musiałem ciebie spotkać! — wykrzyknął młody człowiek i zasępił się nagle.

— Dziękuję!

— O! wiesz dobrze, o co mi chodzi. Mój Boże! już rzucają kotwicę! Otóż i motorówka. Klaro!

— Mój panie?

— Czy to wszystko nic dla ciebie nie znaczyło?

Klara popatrzyła na niego badawczo, a potem rzekła:

— Znaczyło. Ale nie wiem, czy będzie znaczyć coś więcej. Jeśli nie, to dziękuję ci, że dopomogłeś mi przetrwać ciężkie trzy tygodnie.

Młody człowiek milczał; tak milczą ci, których uczucia gwałtownie domagają się ujścia.

Początek i koniec wszystkich ludzkich poczynań odznacza się zwykle bezładem, czy chodzi o budowę domu, napisanie powieści, czy też o rozbiórkę mostu, ale nade wszystko bezładne jest zakończenie podróży. Klara wysiadła z motorówki wśród zwykłego zgiełku i tłoku i mając wciąż przy boku młodego Crooma, znalazła się w objęciach siostry.

— Dinny, jakaś ty dobra! Nie odstraszył cię ten rozgardiasz. Moja siostra Dinny Cherrell, Tony Croom. Teraz już mi się nic nie stanie, Tony. Idź zająć się własnymi sprawami.

— Mam samochód Fleur — powiedziała Dinny. — Gdzie twoje kufry?

— Wysłałam je wprost do Condaford.

— W takim razie możemy jechać.

Młody człowiek odprowadził siostry do samochodu i pożegnał je z wesołą miną, która nikogo nie zwiodła. Samochód wyśliznął się z doku.

Klara i Dinny przyglądały się sobie serdecznym i badawczym wzrokiem, a splecione ich ręce spoczywały na pledzie.

— Ach, najmilsza — rzekła wreszcie Dinny — jaka to rozkosz widzieć cię znowu! Czy to będzie pomyłka z mojej strony, jeśli odczytam między wierszami?

— Nie. Nie wrócę już do niego, Dinny.

— Nigdy?

— Nigdy!

— O Boże! Moje biedactwo!

— Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale to się stało nie do zniesienia. — Klara zamilkła, a potem dodała nagle, odrzucając w tył głowę:

— Absolutnie nie do zniesienia!

— Czy wyjechałaś z jego zgodą?

Klara potrząsnęła przecząco głową.

— Uciekłam. Jego nie było. Zadepeszowałam i napisałam z Suezu.

Znowu zapanowało milczenie. Dinny uścisnęła rękę Klary i powiedziała:

— Zawsze się tego obawiałam.

— A najgorsze, że nie mam ani pensa. Czy myślisz, że mogłabym zdobyć trochę pieniędzy robiąc kapelusze?

— „Czysto brytyjskie” kapelusze, bo ja wiem.

— A może założyć hodowlę bulterierów. Jak uważasz?

— Na razie nic nie uważam. Trzeba się będzie rozpytać.

— Co słychać w Condaford?

— Trzymamy się. Jean pojechała do Huberta, ale dziecko zostało, skończyło właśnie rok. Cuthbert Conway Cherrell. Prawdopodobnie będziemy go nazywali „Cuffs”. Rozkoszny bobas.

— Dzięki Bogu, że ja uniknęłam takiej komplikacji! Niektóre rzeczy mają swoje dobre strony. — Twarz, Klary nabrała ostrości wizerunku na monecie.

 

— Czy otrzymałaś od niego jakąś wiadomość?

— Nie, ale na pewno odezwie się, kiedy sobie uświadomi, że się nie cofnę.

— Czy chodzi o jakąś kobietę?

Klara wzruszyła ramionami.

Ręka Dinny spoczęła znowu na jej ręce.

— Nie mam ochoty wytaczać swoich żalów, Dinny.

— Czy przypuszczasz, że z tego powodu przyjedzie do kraju?

— Nie wiem. Jeśli przyjedzie, nie chcę go widzieć.

— Kochanie, cóż to za okropna rzecz żyć w takim zawieszeniu.

— Ach, nie zawracajmy sobie tym głowy. A co się z tobą działo? — obrzuciła siostrę krytycznym wzrokiem. — Wyglądasz jeszcze bardziej po botticellowsku.

— Zrobiłam się sknerą, a poza tym hoduję pszczoły.

— Czy to się opłaca?

— Jeszcze nie. Ale na tonie miodu można zarobić około siedemdziesięciu funtów.

— Ile miodu mieliście w tym roku?

— Około dwu cetnarów.

— Czy są jeszcze konie w Condaford?

— Jak dotąd udało się nam uratować konie. Obmyśliłam plan założenia piekarni w Condaford. Koszta produkcji pszenicy dwukrotnie przekraczają cenę sprzedaży. Mam zamiar mleć ziarno na miejscu, wypiekać chleb i dostarczać pieczywo na całą okolicę. Za kilka funtów można by uruchomić stary młyn, a budynek na piekarnię mamy. Trzeba by w to włożyć ze trzysta funtów. Już prawie zdecydowaliśmy się wyciąć tyle lasu, ile na to potrzeba.

— Miejscowi kupcy będą się wściekali.

— Na pewno.

— Czy to się naprawdę opłaci?

— Możemy uprawiać pod pszenicę trzydzieści akrów, licząc na zebranie tony pszenicy z akra — vide „Whitaker” — dodamy do tego drugie tyle kanadyjskiej pszenicy, aby otrzymać dobre i lekkie pieczywo, i to nam da powyżej ośmiuset pięćdziesięciu funtów dochodu minus, powiedzmy, pięćset funtów na koszta przemiału i wypieku. Musielibyśmy wypiec dziennie sto sześćdziesiąt dwufuntowych bochenków i sprzedać rocznie pięćdziesiąt sześć tysięcy bochenków. Musielibyśmy zapewnić sobie dostawę chleba do osiemdziesięciu domów, ale mniej więcej tyle domów jest we wsi. Pieklibyśmy najlepszy i najbielszy chleb.

— Trzysta pięćdziesiąt funtów rocznego dochodu — rzekła Klara. — Jakoś nie wydaje mi się to prawdopodobne.

— Ani mnie — zgodziła się Dinny. — Nie opieram się na doświadczeniu, bo go nie mam, ale podejrzewam, że każde obliczenie dotyczące dochodów należy zmniejszyć o połowę. Lecz nawet połowa przechyliłaby szalę na naszą stronę, a moglibyśmy stopniowo rozszerzyć przedsiębiorstwo. Z czasem zaoralibyśmy sporo łąk.

— Dobry pomysł — powiedziała Klara. — Tylko czy go wieś poprze?

— Zdaje mi się, że tak, przynajmniej tak mówią.

— Trzeba by kogoś wziąć do prowadzenia przedsiębiorstwa.

— Hm, tak. Musiałby to być ktoś, kto by się nie uląkł żadnej pracy. Miałby oczywiście widoki na przyszłość, o ile piekarnia by się rozwinęła.

— Kto wie — rzekła Klara marszcząc brwi.

— Kim jest ten młody człowiek? — spytała nagle Dinny.

— Tony Croom? Ach, pracował na plantacji herbaty, ale ją zamknęli. — Spojrzała prosto w twarz siostry.

— Miły?

— Owszem, daje się lubić. Nawiasem mówiąc, szuka posady.

— Dzieli ten los z trzema milionami innych ludzi.

— Nie wyłączając mnie.

— Powróciłaś do niezbyt wesołej Anglii, kochanie.

— Zdaje mi się, że gdy byłam na Morzu Czerwonym zrezygnowaliśmy z parytetu złota czy coś w tym rodzaju. Ale co to jest właściwie ten parytet złota?

— To coś, co chciałoby się mieć, gdy się tego nie ma, a pragnie się z tego zrezygnować, gdy się to ma.

— Już rozumiem.

— Cała bieda tkwi podobno w tym, że nasz eksport, zyski handlowe i procenty od kapitałów umieszczonych za granicą nie pokrywają kosztów naszego importu, żyjemy więc nad stan. Michał utrzymuje, że łatwo to było przewidzieć, ale my mówiliśmy: jakoś to będzie! Tymczasem jest źle. Wynika stąd potrzeba rządu narodowego i wyborów.

— Ale czy oni będą mogli coś zaradzić, o ile pozostaną przy władzy?

— Michał twierdzi, że tak, lecz on jest znanym optymistą. Wuj Lawrence powiada, iż mogą powstrzymać panikę, zahamować odpływ pieniędzy z kraju, utrzymać kurs funta i położyć koniec paskarstwu, ale że na to potrzeba szeroko pomyślanej i gruntownej reformy zakrojonej najmniej na dwadzieścia lat, a przez ten czas wszyscy jeszcze bardziej zbiedniejemy. Niestety żaden rząd, podług wuja, nie może wpłynąć na to, abyśmy woleli pracować i zbierać pieniądze na opłacenie tych okropnych podatków niż bawić się, a także, abyśmy przekładali przyszłość nad teraźniejszość. Mówi też, że mocno mylimy się przypuszczając, iż ludzie będą tak samo pracowali dla uratowania kraju, jak pracowali podczas wojny; nie jesteśmy już jednym narodem walczącym przeciwko zewnętrznemu nieprzyjacielowi, jesteśmy dwoma narodami walczącymi z wrogiem wewnętrznym, a te dwa narody mają wprost przeciwne zapatrywania na to, skąd powinien przyjść ratunek.

— Czy wuj przypuszcza, że socjaliści mają na to jakieś lekarstwo?

— Nie, wuj utrzymuje, że socjaliści zapominają, iż nikt nie da im żywności, jeśli nie potrafią jej wyprodukować ani za nią zapłacić. Według wuja komunizm czy socjalizm dopuszczający wolny handel mają szanse rozwoju jedynie w kraju, który może sam siebie wyżywić. Widzisz, jak to wszystko wykułam! Wszyscy używają też często słowa nemezis.

— No, no! Dokąd my jedziemy, Dinny?

— Myślałam, że będzie ci przyjemnie zjeść drugie śniadanie u Fleur. Do Condaford możemy pojechać o trzeciej pięćdziesiąt.

Zapadło milczenie; każda z sióstr myślała z troską o drugiej, a żadna nie była szczęśliwa. Klara odczuwała u starszej siostry subtelną zmianę, rzekłbyś, pękła w niej jakaś sprężyna i została tylko pobieżnie naprawiona. Dinny zaś myślała:

„Biedne dziecko! Teraz już obie dostałyśmy cięgi. Co ona zrobi? W czym mogłabym jej pomóc?”.

II

Coza znakomite śniadanie! — rzekła Klara wyjadając cukier z dna filiżanki od czarnej kawy. — Pierwszy posiłek na lądzie jest rozkoszny! Gdy się wsiądzie na statek i przeczyta menu, człowiek myśli: „Miły Boże! jakie cudowne potrawy!” A przy końcu podróży każdy posiłek składa się z zimnej szynki. Rozczarowanie przychodzi stopniowo; znasz to uczucie?

— Czy je znam! — odparła Fleur. — Ale dawali dobre potrawy z curry.

— Nie smakowały mi w drodze powrotnej. Dość mam curry na całe życie. Jak tam idzie narada przy okrągłym stole?

— Pomaleńku. Czy Cejlon interesuje się Indiami?

— Nie bardzo. A czy Michał interesuje się Indiami?

— Oboje się interesujemy.

Brwi Klary podniosły się z uroczą szybkością:

— Przecież nie możesz mieć o tym żadnego pojęcia.

— Byłam w Indiach, poza tym przez pewien czas widywałam wielu hinduskich studentów.

— Otóż to, studentów! W tym cała bieda: studenci bardzo poszli naprzód, a lud jest ogromnie zacofany.

— Jeśli Klara ma zobaczyć Kita i Kasię przed naszym wyjazdem, musimy iść na górę, Fleur.

Po wizycie w dziecinnych pokojach siostry wsiadły do samochodu.

— Fleur zawsze robi na mnie wrażenie — odezwała się Klara — że dokładnie wie, czego chce.

— I zwykle otrzymuje to, czego chce. Ale zdarzały się i wyjątki. Wątpię, czy naprawdę pragnęła zdobyć Michała.

— Myślisz o jakimś niepowodzeniu miłosnym?

Dinny skinęła głową. Klara wyjrzała przez okno:

— Ona nie jest wyjątkiem.

Dinny milczała.

Gdy wsiadły do pustego przedziału trzeciej klasy, Dinny rzekła:

— W pociągach jest teraz zawsze dużo miejsca.

— Boję się trochę spotkania z mamą i tatusiem po takiej straszliwej pomyłce. Muszę sobie doprawdy znaleźć jakieś zajęcie.

— Tak, dłuższy pobyt w Condaford nie będzie dla ciebie przyjemny.

— Nie o to mi chodzi. Chcę tylko dowieść, że nie jestem kompletną idiotką. Ciekawa jestem, czy potrafiłabym zarządzać hotelem. Angielskie hotele są wciąż jeszcze dość staroświeckie.

— Dobra myśl, to męcząca praca, a przy tym widywałabyś masę ludzi.

— Czy to ma być ironia?

— Nie, kochanie, po prostu zdrowy rozsądek. Nigdy nie lubiłaś zagrzebywać się w samotności.

— Co zrobić, żeby znaleźć coś w tym rodzaju?

— Od tego masz mnie. Teraz jest chwila najbardziej odpowiednia; nikt nie będzie mógł pozwolić sobie na zagraniczne podróże. Tylko, zdaje się, że do zarządzania hotelem potrzeba pewnych technicznych wiadomości, których musiałabyś się nauczyć, ale twój tytuł mógłby się przydać.

— Nie używałabym jego nazwiska, nazywałabym się po prostu panią Klarą.

— Ach tak! Czy naprawdę nie chcesz mi nic więcej powiedzieć o swoich sprawach?

Klara milczała przez chwilę, a potem odezwała się nagle:

— On jest sadystą.

Dinny spojrzała na twarz siostry, którą oblał rumieniec, i zauważyła:

— Nie rozumiem nigdy dokładnie, co to znaczy.

— Poszukiwanie wrażeń i potęgowanie ich przez sprawianie bólu osobie, która tych wrażeń dostarcza. Żona jest bardzo wygodna w tym wypadku.

— Moje biedactwo!

— Dużo już zniosłam przedtem; moja szpicruta dopełniła tylko miary.

— Nie chcesz przecież powiedzieć!… — wykrzyknęła Dinny z przerażeniem.

— Owszem!

Dinny zbliżyła się do siostry i objęła ją.

— Klaro, musisz się od niego uwolnić!

— Jakim sposobem? On zaprzeczy. A poza tym, któż chciałby wyciągać bestialstwo na widok publiczny? Jesteś jedyną osobą, z którą mogę o tym mówić.

Dinny wstała i opuściła okno. Twarz jej pokrył rumieniec równie gorący jak rumieniec na twarzy Klary. Posłyszała martwy głos siostry:

— Skorzystałam z pierwszej sposobności, aby wyjechać. To wszystko nie nadaje się do druku. Widzisz, zwykła namiętność nuży po pewnym czasie, a na Cejlonie klimat jest gorący.

— O Boże! — rzekła Dinny siadając znów naprzeciwko Klary.

— Moja wina. Zawsze wiedziałam, że wstępuję na cienki lód, i wpadłam do wody, to wszystko.

— Ale, kochanie, nie możesz przecież być mężatką bez męża w dwudziestym czwartym roku życia.

— Nie widzę dlaczego; mariage manqué1 doskonale wpływa na uspokojenie krwi. Martwię się tylko, czy dostanę jakąś posadę. Nie chcę być ciężarem dla tatusia. Czy tatuś jakoś sobie radzi, Dinny?

— Niezupełnie. Już prawie wydostawaliśmy się na brzeg, ale te ostatnie podatki pogrążą nas znowu. Cała rzecz w tym, jak istnieć dalej bez zmniejszenia służby. Każdemu teraz ciężko. Zawsze mam uczucie, że wieś i my to jedno. Musimy razem płynąć lub razem utonąć, ale jakoś się utrzymamy na powierzchni; stąd powstał mój projekt piekarni.

— Jeśli nie znajdę nic innego, mogłabym może zająć się dostawą. Przypuszczam, że mamy jeszcze stary samochód.

— Kochanie, mogłabyś pomagać, w czym. tylko zechcesz. Ale piekarnię trzeba puścić w ruch, a to się nie da zrobić przed Bożym Narodzeniem. W międzyczasie odbędą się wybory.

— Kto jest naszym kandydatem?

— Dornford, nowy człowiek, zupełnie przyzwoity.

— Czy będzie potrzebował agitatorów?

— Jeszcze i jak!

— Doskonale! To dla mnie robota na początek. Czy ten rząd narodowy jest coś wart?

— Mówią o „dokończeniu rozpoczętej pracy”, ale nie mówią, jak się do tego zabiorą.

— Przypuszczam, że pokłócą się między sobą, z chwilą kiedy staną przed konstruktywnym planem. Nie rozumiem tego wszystkiego. Ale mogę jeździć po okolicy i mówić: „Głosujcie na Dornforda!” Jak się miewa ciocia Emilia?

— Przyjeżdża do nas jutro. Napisała niespodziewanie, że nie widziała jeszcze małego. Twierdzi, że jest w romantycznym usposobieniu i pragnie zamieszkać w pokoju księdza. Mam dopilnować, żeby „nikt się nie trudził zapinaniem jej sukni z tyłu”. Nic się nie zmieniła.

— Często o niej myślałam — powiedziała Klara. — Ciocia działa niezwykle kojąco.

Zapanowała długa cisza. Dinny myślała o Klarze, a Klara myślała o sobie. Sprzykrzyło się jej to po chwili i spojrzała na siedzącą naprzeciwko siostrę. Czy Dinny naprawdę już przebolała tę historię z Wilfrydem Desertem, o której Hubert pisał najpierw z taką troską, a potem z taką ulgą? Prosiła, aby nikt nigdy nie poruszał tej sprawy — tak pisał Hubert — ale od tego czasu upłynął już rok. Czy należało się odważyć i czy Dinny nie zwinie się w kłębek i nie nastawi kolców jak jeż? „Biedna Dinny! — myślała Klara. — Ja mam dwadzieścia cztery lata, więc ona ma dwadzieścia siedem”. Klara siedziała cicho i patrzyła na profil siostry. Był to profil uroczy, a jego wdzięk potęgował jeszcze nieco zadarty nosek, który nadawał twarzy lekko zawadiacki wyraz. Oczy Dinny były niezmiennie piękne — chabrowy kolor jest trwały — a brwi i rzęsy miała niezwykle ciemne w stosunku do kasztanowatych włosów. Jednakże twarz Dinny ściągnęła się, nie była już taka „apetyczna”, jak mawiał wuj Lawrence. „Gdybym była mężczyzną, zakochałabym się w niej — myślała Klara. — Jest dobra. Ale to smutna twarz, rozjaśnia się tylko, kiedy Dinny mówi”. Klara podpatrywała siostrę przez spuszczone rzęsy. Nie, nie może o nic pytać! Na twarzy, którą szpiegowała, gościł wyraz jakby z trudem zdobytego spokoju; nie należało go zakłócać.

 

— Czy chcesz zamieszkać w swoim dawnym pokoju, kochanie? — spytała Dinny. — Zdaje się, że gołębie bardzo się rozmnożyły, gruchają zawzięcie właśnie pod twoim oknem.

— Nic mi to nie szkodzi.

— A jak ze śniadaniem? Czy chcesz, żeby ci je przysyłać do pokoju?

— Moja droga, nie rób sobie ze mną żadnego kłopotu. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym sprawiła wam kłopot. Co za cudowny dzień na mój powrót do Anglii! Trawa to doprawdy prześliczna rzecz, i wiązy, i spójrz na ten błękit.

— Jeszcze jedno, Klaro. Czy chcesz, abym powiedziała coś mamie i tatusiowi, czy wolisz, żeby nic nie mówić?

Klara zacisnęła usta:

— Będą musieli się dowiedzieć, że już nie wrócę do męża.

— Dobrze, ale trzeba podać jakiś powód.

— Więc może ogólnikowo: niezgodność charakterów.

Dinny skinęła głową.

— Nie chciałabym, aby myśleli, że to ty zawiniłaś. Obcym zaś podamy jako powód twoje zdrowie.

— A cioci Emilii?

— Biorę ją na siebie. Na razie całą jej uwagę pochłonie dziecko. Dojeżdżamy.

Widać już było wieś Condaford Grange i niewielką grupkę domów — przeważnie krytych strzechą — które tworzyły jądro tej rozproszonej parafii. Wyłoniły się folwarczne budynki, ale nie dwór zbudowany w kotlince, podług gustu przodków, i ukryły wśród drzew.

Klara rozpłaszczyła nos o szybę i rzekła:

— Wzrusza mnie widok domu rodzinnego. Czy jesteś zawsze jednakowo przywiązana do Condaford, Dinny?

— Może jeszcze bardziej.

— Zabawna rzecz! Ja kocham nasz dom, ale nie mogę w nim żyć.

— Bardzo angielska cecha, stąd powstała Ameryka i dominia. Bierz neseser, ja wezmę walizkę.

Jazda bocznymi drogami, gdzie stały wiązy nakrapiane złotymi cętkami pożółkłych liści, wydawała się krótka i kojąca przy zachodzącym słońcu. Zakończyła się, jak zwykle, skakaniem psów wybiegających z ciemnego hallu.

— To jakiś nowy pies — powiedziała Klara, gdy czarny spaniel zaczął obwąchiwać jej pończochy.

— Tak, nazywa się Foch. Podpisali ze Scaramouchem pakt Kellogga, no i oczywiście nie zachowują go. Ja jestem czymś w rodzaju Mandżurii.

Dinny otworzyła szeroko drzwi do salonu:

— Otóż i Klara, mamo.

Podchodząc do matki, która stała uśmiechnięta, blada i wzruszona, Klara po raz pierwszy poczuła skurcz w gardle. Że też musiała wracać w takich okolicznościach i zakłócić im spokój.

— Kochana mamo — powiedziała — oto twoja parszywa owieczka! Nic się nie zmieniłaś, dzięki Bogu!

Lady Charwell wydostała się z serdecznego uścisku, spojrzała nieśmiało na córkę i powiedziała:

— Tatuś jest w gabinecie.

— Pójdę po niego — oznajmiła Dinny.

W gabinecie urządzonym po wojskowemu generał walczył z przyrządem, wymyślonym przez siebie dla oszczędzenia czasu przy wkładaniu butów i spodni do konnej jazdy.

— No i cóż? — spytał.

— Klara jest zdrowa, tatusiu, ale to zerwanie i mam wrażenie, że ostateczne.

— To źle! — powiedział generał marszcząc się.

Dinny ujęła wyłogi marynarki ojca.

— To nie jej wina. Ale lepiej nie zadawać pytań, tatusiu. Wyobraźmy sobie, że przyjechała po prostu nas odwiedzić, i starajmy się jak najbardziej uprzyjemnić jej pobyt.

— Cóż ten pan zrobił?

— Ach! taki już ma charakter. Wiedziałam, że w nim tkwi pewne okrucieństwo.

— Co to ma znaczyć „wiedziałam”, Dinny?

— Jego uśmiech… jego usta.

Generał wydał pomruk silnego niepokoju.

— Chodźmy! — powiedział. — Opowiesz mi o tym później.

Generał zachowywał się z wymuszoną swobodą w stosunku do Klary. Nie zadawał jej żadnych pytań, poza pytaniami dotyczącymi Morza Czerwonego i cejlońskiego krajobrazu. Generał znał Cejlon tylko z zapachu korzeni, dolatującego na wybrzeże, i z krótkiego spaceru po Cynamonowym Ogrodzie w Kolombo. Klara, wciąż jeszcze poruszona spotkaniem z matką, wdzięczna była ojcu za jego powściągliwość. Schroniła się wkrótce do swego pokoju, gdzie już rozpakowywano jej rzeczy.

Stanęła przy mansardowym oknie słuchając gruchania gołębi, gwałtownego machania i szumu ich skrzydeł, gdy się zrywały do lotu nad żywopłotem z cisów. Zachodzące słońce przeświecało przez gałęzie wiązu. Nie było wiatru, a nerwy Klary wchłaniały spokój płynący z tej nawiedzanej przez gołębie ciszy, której zapach różnił się tak bardzo od zapachu Cejlonu. Było to powietrze rodzime, rozkosznie zdrowe i świeże, z lekką domieszką dobrze znanego posmaku spalonych liści. Zobaczyła niebieski dym, snujący się z ogniska rozpalonego w sadzie przez ogrodników, i prawie natychmiast zapaliła papierosa. Cała Klara ujawniła się w tej prostej czynności. Nigdy nie umiała odpoczywać w zupełnym bezruchu; dążyła zawsze do pełniejszych wrażeń, które dla takich natur są zawsze niedostateczne. Gołąb, siedzący na rynnie stromego dachu krytego dachówką, patrzył na nią łagodnym, czarnym, małym okiem, muskając z lekka piórka. Był śnieżnobiały i pysznił się swym ciałkiem. Dumne było z siebie również morwowe drzewko okolone pierścieniem opadłych liści, które leżały odwrócone, zdobiąc trawę. Ostatnie promienie słońca igrały wśród pozostałego jeszcze na drzewie zielonożółtego listowia nadając mu czarodziejski wygląd. Siedemnaście miesięcy upłynęło od czasu, kiedy Klara stała przy tym samym oknie spoglądając w dół ponad morwowym drzewkiem na pola i rozwijającą się roślinność! Siedemnaście miesięcy pełnych obcego nieba i drzew, obcych zapachów, dźwięków i wód. To wszystko było nowe, podniecające, a nie dawało zadowolenia. Nigdzie spokoju! Nie było go z pewnością w białym domu o obszernej werandzie, który zajmowała w Kandy. Z początku cieszyło ją wszystko, potem zaczęła się zastanawiać, czy ją to cieszy, następnie zdała sobie sprawę, że jej nic nie cieszy, wreszcie ogarnęło ją obrzydzenie. Teraz wszystko minęło — wróciła do kraju! Klara strząsnęła popiół z papierosa i przeciągnęła się; gołąb odfrunął trzepocząc skrzydłami.