Księga Dwóch DrógTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Księga Dwóch Dróg
Księga Dwóch Dróg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,10  62,48 
Księga Dwóch Dróg
Księga Dwóch Dróg
Audiobook
Czyta Katarzyna Anzorge
42,90  31,32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

THE BOOK OF TWO WAYS

Copyright © 2020 by Jodi Picoult

All rights reserved.

Published in the United States by Ballantine Books,

an imprint of Random House,

a division of Penguin Random House LLC,

New York.

Ballantine and the House colophon

are registered trademarks

of Penguin Random House LLC.

Podziękowania dla Johna i Colleen Darnell za tłumaczenia tekstów egipskich w całej powieści. Zdjęcie wnętrza sarkofagu gubernatora Dżehutinachta, Średnie Państwo, późna dynastia XI, 2010-1961 p.n.e. Miejsce odnalezienia: Egipt, El-Bersza, Tomb 10, szyb A. Cedr, długość × szerokość × wysokość: 224,1 × 75 × 80 cm. Muzeum Sztuk Pięknych, Boston, Harvard University-Muzeum Sztuk Pięknych, ekspedycja 21.962a. Cytaty z Dziewięciu kontemplacji Atiśy autorstwa wielebnej Joany Jiko Halifax (Instytut Upaya i Centrum Zen, www.upaya.org). Wykorzystane za zgodą autorki.

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Zdjęcie na okładce

© Marta Bevacqua/Trevillion Images

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8234-631-2

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Frankiego Ramosa:

witaj w rodzinie (i świecie moich niezliczonych

pytań z dziedziny medycyny)!

Dla Kyle’a Ferreiry van Leera,

który pierwszy wspomniał o Księdze Dwóch Dróg

i dał mi do myślenia

Umrzeć – to będzie wielka przygoda

J.M. Barrie, Piotruś Pan

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Mój kalendarz jest pełen zmarłych.

Słysząc dźwięk alarmu, wyciągam komórkę z kieszeni bojówek, przez zmianę czasu zapomniałam wyłączyć przypomnienie. Na wpół przytomnie otwieram kalendarz i czytam nazwiska: Iris Vale. Eun Ae Kim. Alan Rosenfeldt. Marlon Jensen.

Przymykam oczy i robię to, co zwykłam robić codziennie o tej porze: wspominam.

Iris, przed śmiercią drobna jak ptak, pomogła w ucieczce ukochanemu, który napadł na bank. Eun Ae była w Korei lekarką, lecz nie mogła praktykować w Stanach. Alan z dumą pokazał mi urnę zakupioną na własne prochy i zażartował: „Jeszcze nie przymierzałem”. Marlon wymienił wszystkie sedesy w domu, położył nowe podłogi i wyczyścił rynny, kupił też i schował prezenty dla dwójki dzieci z okazji ukończenia szkoły. Następnie zabrał dwunastoletnią córkę do hotelowej sali balowej i zatańczył z nią walca, który sfilmowałam, żeby mogła pokazać na ślubie, jak tańczy z ojcem.

Byli kiedyś moimi klientami. Dziś są opowieściami, które skrywam w pamięci.

Cały mój rząd śpi. Wsuwam telefon z powrotem do kieszeni, po czym ostrożnie przechodzę nad kobietą po mojej prawej stronie – akrobatyka samolotowa – aby udać się do łazienki na tyłach, gdzie dmucham nos i przyglądam się swojemu odbiciu. Jestem w wieku, gdy widok włas­nej twarzy nadal zaskakuje, gdyż spodziewam się ujrzeć młodszą kobietę zamiast tej, która mruga do mnie z lustra. Zmarszczki rozchodzą się z kącików oczu jak załamania wyświechtanej mapy. Gdybym rozplotła warkocz przerzucony przez lewe ramię, wstrętne, jarzeniowe światło ujawniłoby pierwsze srebrne nitki we włosach. Mam na sobie workowate spodnie z gumką w pasie, jak przystało na rozsądną prawie czterdziestolatkę podczas długiego lotu. Chwytam garść papierowych chustek i otwieram drzwi, żeby wrócić na miejsce, ale w wąskim przejściu roi się od stewardes zbitych w zaaferowaną gromadkę.

Cichną na mój widok.

– Czy mogłaby pani usiąść? – mówi jedna z nich.

Uderza mnie, że ich praca w zasadzie nie różni się od mojej. W samolocie nie znajdujesz się w punkcie wyjścia ani tam, dokąd zmierzasz, tylko pomiędzy. Stewardesa jest przewodnikiem, który pomaga ci gładko pokonać tę odległość. Jako doula od umierania robię to samo, ale to podróż z życia do śmierci, na końcu zaś nie wysiadasz razem z dwustoma innymi pasażerami. Idziesz sam.

Ponownie przechodzę nad śpiącą sąsiadką, a gdy zapinam pas, rozbłyskują światła u sufitu i kabina ożywa.

– Panie i panowie – oznajmia głos – właśnie otrzymaliśmy wiadomość od kapitana, że czeka nas planowana sytuacja awaryjna. Proszę słuchać poleceń członków załogi i postępować zgodnie ze wskazówkami.

Zastygam. Planowana sytuacja awaryjna. Oksymoron, od którego nie mogę się uwolnić.

Szmer przetacza się przez kabinę, ale nikt nie krzyczy. Cichnie nawet niemowlę z tyłu, które darło się pierwsze dwie godziny.

– Rozbijemy się – szepcze kobieta obok mnie. – O mój Boże, rozbijemy się.

Na pewno się myli, nie było nawet turbulencji. Jak dotąd wszystko przebiega normalnie. Lecz nagle stewardesy ustawiają się w przejściach i wykonują dziwny, niespójny taniec gestów przy wtórze wytycznych, które płyną z głośników. „Zapiąć pasy. Na komendę schować głowę między kolana. Kiedy samolot się zatrzyma, padnie polecenie, aby rozpiąć pasy. Wysiąść. Zostawić wszystko”.

Zostawić wszystko.

Jak na kogoś, kto zarabia na życie cudzą śmiercią, nie zastanawiałam się nad własną.

Podobno w ostatnich chwilach życie przelatuje człowiekowi przed oczami.

Ale nie widzę mojego męża, Briana, w swetrze oprószonym kredą ze staroświeckich tablic w pracowni fizycznej. Ani Meret, proszącej mnie w dzieciństwie o sprawdzenie, czy pod łóżkiem nie ma potworów. Nie widzę też matki, pod koniec i wcześniej, gdy Kieran i ja byliśmy mali.

Widzę jego.

Wyobrażam sobie Wyatta pośrodku egipskiej pustyni, słońce smaga mu czapkę, szyję ma brudną od wiatru, który wieje nieprzerwanie, zęby wręcz oślepiają. Człowiek, którego nie ma w moim życiu od piętnastu lat. Miejsce, które zostawiłam.

Praca doktorska, której nie dokończyłam.

Według wierzeń starożytnych Egipcjan, aby przejść do Krainy Umarłych, człowiek stawał po śmierci przed sądem, gdzie decydowano o jego niewinności. Na jednej szali składano serce, na drugiej pióro Maat, prawdy.

Nie byłabym taka pewna, czy moje serce wyjdzie z tej próby zwycięsko.

Kobieta po prawej stronie cicho modli się po hiszpańsku. Sięgam po komórkę, żeby ją włączyć, wysłać wiadomość, chociaż wiem, że nie ma zasięgu, ale nie mogę otworzyć kieszeni spodni. Czuję uścisk czyjejś dłoni na nadgarstku.

Spoglądam na nasze ręce, tak zaciśnięte, że nie wyśliźnie się żaden sekret.

Głowa między kolana, krzyczą stewardesy. Przygotować się na uderzenie!

Kiedy spadamy z nieba, zastanawiam się, kto mnie zapamięta.

Dowiem się znacznie później, że po katastrofie samolotu, gdy nadchodzą ratownicy, załoga informuje ich, ile dusz znajdowało się na pokładzie. Dusz, nie ludzi. Jakby wiedzieli, że nasze ciała są tutaj tylko przez chwilę.

Dowiem się też, że podczas lotu zatkał się jeden z filtrów paliwa. Że po czterdziestu pięciu minutach w kokpicie rozbłysła kolejna czerwona lampka, że piloci nie zdołali usunąć usterki i podjęli decyzję o awaryjnym lądowaniu. Usłyszę również, że samolot spadł opodal Raleigh-Durham, na boisko prywatnej szkoły. Gdy uderzył skrzydłem w trybuny, przechylił się, obrócił i rozpadł na kawałki.

Po czasie dojdą mnie słuchy na temat siedzącej za mną rodziny z niemowlęciem, której fotele oderwały się od podłogi: wyrzuciło ich z samolotu, zginęli na miejscu. Usłyszę o sześciu innych zmiażdżonych osobach, o stewardesie, która nie wybudziła się ze śpiączki. Przeczytam nazwiska pasażerów z ostatnich dziesięciu rzędów, którzy nie zdążyli wydostać się z wraku, zanim stanął w płomieniach.

Dowiem się, że byłam jedną z trzydziestu sześciu osób, które uszły cało z katastrofy.

Oszołomiona wychodzę z gabinetu szpitala, dokąd nas zabrano. Na korytarzu stoi kobieta w mundurze, rozmawia z mężczyzną z obandażowaną ręką. Należy do zespołu przysłanego przez linie lotnicze, który nadzoruje badania lekarskie, dostarczył nam prowiant oraz czystą odzież i ściągnął na miejsce odchodzących od zmysłów krewnych.

– Pani Edelstein? – rzuca, a ja mrugam, nim konstatuję, że mówi do mnie.

Milion lat temu nazywałam się Dawn McDowell. Publikowałam pod tym nazwiskiem. Lecz w moich dokumentach widnieje obecnie nazwisko Edelstein. Nazwisko Briana.

Kobieta trzyma w ręku listę ocalałych.

Odhacza moje nazwisko.

– Czy badał panią lekarz?

– Jeszcze nie. – Oglądam się na gabinet.

– Dobrze. Na pewno ma pani jakieś pytania.

Mało powiedziane.

Dlatego ja żyję, a inni zginęli?

Dlaczego wybrałam akurat ten lot?

A gdyby zatrzymano mnie na odprawie i spóźniłabym się na samolot?

Gdybym dokonała jednego z tysiąca innych wyborów, które wykluczyłyby mój udział w katastrofie?

Myślę o Brianie i jego teorii wieloświata. Gdzieś, w równo­ległym wszechświecie, uczestniczę we własnym pogrzebie.

Jednocześnie myślę – znowu, zawsze – o Wyatcie.

Muszę stąd wyjść.

Nie zdaję sobie sprawy, że mówię to na głos, dopóki przedstawicielka linii lotniczych mi nie odpowiada.

– Gdy tylko otrzymamy potwierdzenie od lekarza, będzie pani wolna. Ktoś panią odbierze czy mamy zrobić rezerwację?

 

Powiedziano nam, szczęściarzom, że otrzymamy bilet w dowolne miejsce: tam, skąd lub dokąd lecieliśmy, a nawet gdzie indziej, jeśli to konieczne. Dzwoniłam już do męża, Brian proponował, że po mnie przyjedzie, ale nie chciałam. Powodu mu nie podałam.

Odchrząkam.

– Zarezerwuję lot – oświadczam.

– Nie ma sprawy. – Kobieta potakuje. – Dokąd musi pani lecieć?

Do Bostonu, myślę. Do domu. Lecz sposób, w jaki to ujęła, „musi” zamiast „chce”, nieodparcie nasuwa inne miejsce.

Otwieram usta i mówię.

ZIEMIA/EGIPT

Słyszałem pieśni z pradawnych grobów,

Co mówią o wspaniałości życia na ziemi

I marności po śmierci.

Czemuż jednak umniejszają krainę wieczności,

Słuszne i sprawiedliwe miejsce, gdzie lęk odpływa w niebyt?

Tam zamęt budzi wstręt wielki,

a jeden nie lęka się drugiego.

W krainie tej, co nie ma sobie równych,

Spoczywają wszystkie nasze rodziny

Od czasu zarania.

A ci, co nadejdą, miliony po milionach,

Dołączą do nich!

– z grobowca Neferhotepa,

w tłumaczeniu profesorów Colleen i Johna Darnellów

Moja matka, która do śmierci wierzyła w przesądy, kazała nam powtarzać przed każdym wyjazdem: „Nigdzie nie jedziemy”. Chodziło o to, by przechytrzyć diabła. Nie twierdzę, że wierzę w takie rzeczy, ale nie powiedziałam tego przed wyjściem z domu i proszę, co z tego wynikło.

W sierpniu przed lotniskiem w Kairze jest jak na patelni. Nawet późnym wieczorem żar zdaje się wręcz ciąć skórę i napiera falami. Już czuję, jak pot cieknie mi po plecach, nie jestem odpowiednio ubrana. Otaczają mnie inni podróżni: grupka zmiętych, oszołomionych turystów idzie do mini­vana, młody chłopak targa na krawężnik bagaż oklejony taśmą, a kobieta przytrzymuje na głowie chustę rozwianą przez wiatr.

Słyszę wrzawę. „Taxi?”, przekrzykują się mężczyźni, od których roi się wokół mnie. „Potrzebujesz taxi?”.

Trudno ukryć, że przybyłam z Zachodu, zdradzają mnie zarówno rude włosy, jak i strój. Kiwam głową i nawiązuję kontakt wzrokowy z jednym z nich, wąsaczem w pasiastej koszuli z długim rękawem. Pozostali taksówkarze ustępują mu pola, jak mewy w poszukiwaniu kolejnego łupu.

– Walizka?

Potrząsam głową. Niewielka torba przerzucona przez ramię mieści cały mój dobytek.

– Amerykanka? – pyta mężczyzna, a ja potwierdzam. W odpowiedzi błyska szerokim uśmiechem. – Witaj na Alasce!

Niesamowite, że minęło piętnaście lat, a oni nadal karmią turystów tym sucharem. Siadam na tylnym siedzeniu jego auta.

– Na dworzec Ramzes poproszę – mówię. – Jak długo?

– Piętnaście minut, inszallah.

– Szukran – odpowiadam. „Dziękuję”. Nie mogę się nadziwić, z jaką łatwością przychodzi mi arabski. W mózgu na pewno znajduje się zakładka z bazą danych, z których od wieków nie korzystamy, jak słowa piosenki MacArthur Park, mnożenie macierzy lub – jak w moim przypadku – wszystko, co związane z Egiptem. Gdy Meret była mała, „wczoraj” mogło oznaczać zarówno pięć minut, jak i pięć lat temu, i właśnie tak się czuję: jakbym wróciła do chwili, kiedy stąd wyjechałam. Jakby kraj czekał, aż wrócę, przez cały ten czas.

Wpadający przez opuszczoną szybę kurz osiada na mnie. W Egipcie wszystko jest pokryte piaskiem – skóra, buty, powietrze, które wdychasz do płuc. Nawet jedzenie. Zęby mumii są nim przeżarte.

Mimo późnej pory Kair pulsuje sprzecznościami. Na auto­stradzie mijamy wozy zaprzężone w osły.

Sklepy mięsne z wywieszonym na zewnątrz towarem gnieżdżą się obok stoisk z pamiątkami. Wypasiona fura śmiga obok przy wtórze rapu splecionego z salat isha, muzułmańskim wezwaniem do modlitwy, płynącym z głośników. Podążamy wzdłuż Nilu o brzegach usianych śmieciami. Nareszcie widzę dworzec.

– Pięćdziesiąt funtów – oznajmia taksówkarz.

W Egipcie nie ma ustalonych stawek, kierowca podaje sumę, którą uważa za stosowną. Wręczam mu czterdzieści funtów i wysiadam z samochodu. On też wysiada i zaczyna na mnie wrzeszczeć po arabsku.

– Szukran – odpowiadam mu. – Szukran. – Taka scena to codzienność i nie robi na nikim wrażenia, lecz gdy kieruję się w stronę dworca, serce tłucze mi w piersi.

Przybyszowi z Zachodu niełatwo dotrzeć do Środkowego Egiptu. Turyści nie powinni korzystać z pociągów, toteż nie kupuję biletu, tylko czekam, aż przyjdzie konduktor, i zgrywam źle poinformowaną. Pociąg już ruszył i jest późno, więc tylko wzrusza ramionami i pozwala mi zapłacić. Po kilku godzinach, kiedy wysiadam na mojej stacji, w Al-Minja, jestem jedyną białą na dworcu. Ba, oprócz mnie nie ma tu nikogo.

Pociąg miał przyjechać planowo za kwadrans trzecia nad ranem, ale z uwagi na opóźnienie dotarł tuż po czwartej. Mam poczucie, jakbym jechała całą dobę. Gdy pukam w szybę jedynego taksówkarza na dworcu, ten właśnie gra na komórce. Mierzy wzrokiem moją zmarnowaną postać, ledwo trzymam się na nogach.

– Sabah al-chajr – mówię. Dzień dobry.

– Sabah an-nur – odpowiada.

Podaję mu adres, to niecała godzina drogi stąd. Wyjeżdżamy z Al-Minja drogą przez pustynię od wschodu. Wyglądam przez okno, liczę gebele i wadi – wzgórza i doliny – które falują w ciemności na horyzoncie. W punktach kontrolnych, gdzie chłopcy, którzy mają jeszcze mleko pod nosem, sterczą ze zużytymi karabinami z lat sześćdziesiątych, owijam głowę szalem i udaję, że śpię.

Kierowca zerka na mnie we wstecznym lusterku. Pewnie zachodzi w głowę, co Amerykanka robi w taksówce w sercu Egiptu, jedynej części nienależącej do szlaku turystycznego. Snuję rozważania, co mogłabym mu powiedzieć, gdyby nie brakowało mi odwagi albo słów w słowniku.

„Czego nie dokończyłeś?”. Oto jedno z pytań, które zadaję klientom. Udzielano mi przeróżnych odpowiedzi, od naprawienia drzwi wejściowych po kąpiel w Morzu Czerwonym, od wydania wspomnień po partyjkę pokera z niewidzianym od lat przyjacielem. A dla mnie to, czego doświadczam w chwili obecnej: kurz, podróż po wyboistej drodze i sprana wstęga krajobrazu.

W poprzednim życiu miałam zostać egiptologiem. Najpierw zakochałam się w kulturze, kiedy przerabialiśmy starożytny Egipt w czwartej klasie. Pamiętam, jak stawałam na najwyższej drabince na placu zabaw i w podmuchach wiatru wyobrażałam sobie, że znajduję się w feluce, płynącej na drugi brzeg Nilu. Moim skarbem był przewodnik z wystawy Skarby złotego faraona, znaleziony przez matkę w antykwariacie. W liceum wybrałam francuski i niemiecki, gdyż ich znajomość miała mi umożliwić lekturę rozpraw badawczych. Złożyłam podania na kilka wydziałów egiptologii i skończyłam studia na Uniwersytecie Chicagowskim.

Większość tego, czego dowiedziałam się o starożytnym Egipcie, sprowadza się do dwóch kwestii. Pierwsza to aspekt historyczny – Egiptem rządziły trzydzieści dwie dynastie faraonów, rozłożone na trzy główne epoki: Stare, Średnie oraz Nowe Państwo. Pierwsza dynastia rozpoczęła się od króla Narmera1, faraona, który około 3100 roku przed naszą erą zjednoczył Górny i Dolny Egipt. Stare Państwo słynie z tego, że powstały wówczas piramidy, w których grzebano królów. Ale około 2150 roku przed naszą erą w Egipcie wybuchła wojna domowa. Istniały czterdzieści dwa oddzielne okręgi – nomy – na czele których stali nomarchowie. W tamtym okresie każdy nomarcha walczył o swój nom. Nawiązywano sojusze, jednak faraon z północy nie rządził zjednoczonym państwem, bardziej przypominało to egipską Grę o Tron. Około 2010 roku przed naszą erą Mentuhotep II dokonał ponownego zjednoczenia Górnego i Dolnego Egiptu, dając tym samym początek Średniemu Państwu, trwającemu do czasu najazdu Hyksosów z północy, po którym państwem rządzili cudzoziemcy. Egipt zjednoczył się ponownie w okresie Nowego Państwa, w 1550 roku przed naszą erą, gdy król Ahmosis pokonał Hyksosów.

Druga rzecz to wierzenia starożytnych Egipcjan. Znaczna ich część wiązała się z Re, bogiem słońca – które dzień w dzień przemierzało niebo w barce słonecznej – i Ozyrysem, bogiem Krainy Umarłych. Ozyrys był także formą cielesną bóstwa słońca, czyli symbolizowali dwie strony jednej monety. Starożytni nie łamali sobie nad tym głowy, gdyż Ozyrys i Re stanowili dwa oblicza jednej całości, podobnie jak chrześcijańska Trójca w postaci Ojca, Syna i Ducha Świętego. Co noc Re odwiedzał Ozyrysa i łączył się z jego powłoką, co dawało mu siłę, aby rankiem wzejść na wschodnim nieboskłonie. Egipski model życia pośmiertnego odzwierciedlał ową cykliczność: dusza zmarłego odradzała się codziennie jak Re, wieczorem zaś łączyła się z ciałem.

Większość naszej wiedzy o starożytnym Egipcie pochodzi z grobowców, dlatego mamy dowód, ileż zachodu wiązało się z przygotowaniem do śmierci i tego, co potem następowało. Nawet osoby, które nie znają się na egiptologii, słyszały o Księdze Umarłych, zwanej przez starożytnych Egipcjan Księgą Wychodzenia za Dnia. Jest to pochodzący z Nowego Państwa zbiór zaklęć, które mają dopomóc zmarłemu przejść w zaświaty, pochodzi jednak z wcześniejszych, mniej znanych tekstów funeralnych. Najpierw, w Starym Państwie, istniały Teksty Piramid: zaklęcia mające odpędzać złe stwory, słowa wypowiadane podczas ceremonii pogrzebowych przez syna zmarłego króla, a także wskazówki mające dopomóc nieboszczykom w dostąpieniu łaski życia po śmierci. W Średnim Państwie zamieszczano już teksty funeralne na trumnach dostojników oraz innych obywateli, w tym zaklęcia mające na celu przywrócenie więzi rodzinnych, ponieważ śmierć prowadzi do rozłąki z bliskimi, zaklęcia mające wesprzeć zmarłego w podróży barką solarną i pokonaniu Apopisa – demona chaosu, atakującego barkę, a także zaklęcia umożliwiające ponowne zjednoczenie z Ozyrysem.

Kolejnym etapem ewolucji Tekstów Piramid były Teksty Sarkofagów, do których należała Księga Dwóch Dróg, pierwsza znana mapa zaświatów. Znajdowano ją tylko w niektórych skrzyniach sarkofagowych z czasów Średniego Państwa w środkowym Egipcie, zwykle namalowaną na dnie. Ukazywała dwa szlaki wijące się przez domenę Ozyrysa: czarny, lądowy, i niebieski, wodny, odgrodzone ognistym jeziorem. Wybierasz objazd lub przeprawę promem, i obie trasy prowadzą w to samo miejsce: na Pola Ofiar, gdzie zmarli pożywiają się u boku Ozyrysa. Lecz jest pewien haczyk – niektóre ścieżki prowadzą donikąd, inne zaś w paszcze demonów albo kręgi ognia. Księga zawiera zaklęcia, które pomogą przejść przez tajemne bramy zaświatów, omijając tych, którzy ich strzegą.

Pierwszym przetłumaczonym przeze mnie fragmentem było Zaklęcie 1130: „Jeśli chodzi o tego, kto zna to zaklęcie, będzie on niczym Re na niebie i Ozyrys w zaświatach, i zstąpi w krąg ognia, lecz żaden płomień nie będzie przeciwko niemu nieskończenie”.

Nieskończenie. Neheh dżet. Dla starożytnych Egipcjan czas płynął inaczej. Bywał linearny i wieczny, jak Ozyrys, albo cykliczny, z codziennymi zmartwychwstaniami, jak Re, co się wzajemnie nie wykluczało. Ba, aby mieć dobrą śmierć, jeden nie mógł istnieć bez drugiego. Grobowiec był tkanką łączną, magicznym ogniwem, które dostarczało mocy życiu wiecznemu. Większość egiptologów badała malowidła i hieroglify w próżni, ale ja, będąc młodą badaczką, zaczęłam analizować ich umiejscowienie w sarkofagu oraz umieszczenie Księgi Dwóch Dróg na spodzie. A jeśli mumia miała uruchomić czary, jak klucz?

Opublikowane wersje Księgi Dwóch Dróg pochodzą niemal wyłącznie z sarkofagów nomarchów z nekropoli w El-Berszy, rozległego zbiorowiska grobowców wykutych w skale, miasta umarłych. Przed piętnastu laty pracowałam tam jako doktorantka, zbierając materiały do mojej pracy.

„Czego nie dokończyłeś?”.

Gdy taksówkarz skręca na południe, wioząc mnie do El-Berszy, raz jeszcze wyglądam przez okno, urzeczona pięknem nieba nad pustynią. Jest pomarańczowe, różowe i niebieskie, pręgi dnia, który dopiero się budzi. Gwiazda mruga do mnie i połyka ją słońce.

Syriusz. Przybyłam do Egiptu w dniu heliakalnego wschodu Sotisa.

Ponieważ Egipt jest doliną, nigdzie nie widać gwiazd tak jak tam, starożytni Egipcjanie zaś śledzili wzejście grup gwiazd w swoim kalendarzu solarnym. Co dziesięć dni, po siedemdziesięciu dniach nieobecności na nieboskłonie, na wschodzie pojawiała się o świcie nowa grupa gwiazd. Najważniejszą z nich był Syriusz, zwany Sotisem lub Sopdet. Wschód Sotisa symbolizował odrodzenie, przypadał bowiem na wylew Nilu, którego muł użyźniał pola. Aby to uczcić, Egipcjanie jeździli na festiwale, często pozostawiając po sobie graffiti. Przede wszystkim jednak pili i uprawiali seks. Innymi słowy, każdy wylew Nilu szedł w parze z czymś na kształt Woodstocku.

 

Wyatt wspomniał mi kiedyś, że na tych festiwalach upijano się aż do wymiotów, dla uczczenia rzeki występującej z brzegów. „Ci Egipcjanie wiedzieli, jak żyć”, stwierdził.

Ponownie spoglądam w niebo, wypatrując Sotisa. I dostrzegam w nim znak, tak jak oni.

El-Bersza leży dokładnie pośrodku Egiptu, naprzeciwko Mallawi na wschodnim brzegu Nilu. Z uwagi na zniszczenia po niegdysiejszych trzęsieniach ziemi i świeżych grabieżach trzeba mieć upoważnienie, aby tu wjechać.

Wpatruję się w krajobraz, z którego wyłaniają się znajome grobowce w skale. Dziesiątki metalowych drzwiczek w wapieniu, niczym hotel w ścianach wadi, doliny. Hotel umarłych. Widzę jak na dłoni, gdzie spędziłam kilka miesięcy w grobowcu Dżehutihotepa II, dostojnika 15. nomu Górnego Egiptu. Poniżej, otoczony rusztowaniem, znajduje się najnowszy grobowiec. Mrużę oczy, ale nie dostrzegam żadnego ruchu.

To niejedyna nowość w El-Berszy. Nieco na południe od grobowców rozciąga się współczesny cmentarz, którego nie było w 2003 roku. Oprócz meczetu stoi też jaskrawy kościół koptyjskich chrześcijan. Wzdłuż brzegów Nilu egipscy rolnicy chodzą po wąskich, wzniesionych ścieżkach między polami bądź ładują wachlarze palm daktylowych na wozy zaprzężone w osły. Aż tu nagle docieramy do domu wykopaliskowego. Płacę kierowcy i wysiadam, owiewa mnie piasek.

Dom również się zmienił.

Powstał w 1908 roku z cegły mułowej i pomysłu brytyjskiego architekta Geralda Haya-Smythe’a na podobieństwo koptyjskich klasztorów. Ganek zawalił się jeszcze przed moim pierwszym przyjazdem i nikomu nie chciało się go naprawić. Ale teraz widzę, że został odbudowany.

Na zewnątrz nie ma samochodów, a wokół panuje cisza. Mijam grządkę z czosnkiem i rower nadżarty rdzą, po czym wchodzę na podwórko. Na krzyżujących się linkach wisi pościel, koszule i dżalabije, długie kaftany noszone przez miejscowych. Piętnaście lat temu egipska rodzina, która dbała o dom i zamieszkujących go egiptologów, wieszała tak nasze rzeczy. Pościel pachniała słońcem.

– Halo?! – wołam. Nie ma drzwi, w które można zapukać, tylko sklepione wejście. Z wahaniem robię krok naprzód i płoszę kota, który z miaukiem wskakuje na nadkruszony parapet i rzuciwszy mi pełne urazy spojrzenie, znika w otwartym oknie.

Idę długim korytarzem, który oddziela mieszkanie dozorców od kwatery archeologów. Cienka warstwa piasku pokrywa posadzkę, ściany, wszystko.

– Jest tu kto? – pytam, ale w odpowiedzi słyszę tylko swing z głośnika w czeluści budynku. Wsuwam głowę do pokoju bez drzwi, gdzie leżą stare materace z nadrukiem disneyowskich księżniczek. W głębi korytarza znajduje się wejście do magazynu, tam składujemy znaleziska do późniejszych oględzin. Wchodzę, to silniejsze ode mnie, i widzę w mętnym świetle starannie opisane kartony na półkach. Nagle odwracam się z poczuciem, że ktoś na mnie patrzy. Na rozkładanym stole spoczywa mumia, która była tutaj, zanim się pojawiłam, i pewnie zostanie długo po moim wyjeździe. – George – mruczę, nazywając go dawnym, używanym przez wszystkich imieniem. – Miło cię znowu widzieć.

Dalej znajduje się łazienka, oddzielny prysznic i toaleta. Korzystam z ubikacji, muskając palcami wyświechtany napis wciąż przyklejony taśmą do drzwi: NIE SPUSZCZAĆ: NIC ŻÓŁTEGO, PAPIERU TOALETOWEGO, MARZEŃ & NADZIEI.

– Min hunak – słyszę, głos się przybliża. „Kto tam?”.

Przyłapał mnie bez majtek, dosłownie. Podrywam się, myję ręce i wychodzę z łazienki, żeby się wytłumaczyć, po czym staję oko w oko ze wspomnieniem.

I znowu widzę mężczyznę o smagłej, ogorzałej skórze, stawia przede mną sałatkę. Jakby czas się dla niego zatrzymał, wygląda identycznie jak przed piętnastu laty, gdy byłam doktorantką.

– Hasib? – upewniam się.

Otwiera szeroko oczy i przechodzi na angielski, słysząc mój akcent.

– Hasib to mój ojciec.

Mrugam powiekami.

– Ty jesteś… Harbi?

Harbi był wówczas ledwie chłopcem, ale jak mało kto przykładał się do pracy. Spełniał wszystkie polecenia profesora Dumphriesa – przynosił drabinę, żebyśmy mogli obejrzeć hieroglify pod sufitem, i godzinami stał w skwarze z lustrem, którym odbijał światło, żebyśmy odtworzyli wszystkie szczegóły malowideł.

Mruży oczy.

– Dawn?

– Pamiętasz mnie? – Może nie będzie jedyny.

– No przecież. Przywiozłaś mi Supermana.

Ilekroć leciałam przez Heathrow, kupowałam komiks dla Harbiego i czekoladę Cadbury dla Hasiba.

– Tym razem przyjeżdżam z pustymi rękami – przyznaję. – Ojciec nadal tu pracuje?

Zaprzecza.

– Umarł.

Moi muzułmańscy klienci zawsze lepiej sobie radzą z nomenklaturą śmierci niż chrześcijanie, którzy jak ognia boją się tej zmiany narracji.

– Przykro mi to słyszeć – mówię. – Mam wiele dobrych wspomnień z nim związanych.

Harbi się uśmiecha.

– Ja również – odpowiada. – Ja i mój syn zajmujemy się teraz domem. – Marszczy brwi. – Mudir nie wspomniał, że przyjeżdżasz.

Słowo mudir, dyrektor, z miejsca nasuwa mi wspomnienie Dumphriesa, który piastował to stanowisko jako szef instytutu egiptologii w Yale. Ale teraz jest nowy dyrektor, rzecz jasna. Wyatt.

– To była spontaniczna decyzja – kwituję. – Gdzie są wszyscy?

– Piątek. – Harbi wzrusza ramionami. Piątki były naszymi dniami wolnymi, kiedy często jeździliśmy na inne wykopaliska. – Pojechali dzisiaj do Sauhadż, mają tam nocować.

Sauhadż to inna misja archeologiczna uniwersytetu Yale, jakieś trzy i pół godziny drogi na południe.

– Kiedy wrócą?

– Jutro na obiad, inszallah.

– Mogłabym zaczekać? – pytam.

– Ależ tak – odpowiada Harbi. – Musisz być wygłodzona, doctora.

Czuję, że oblewam się rumieńcem.

– Nie, nie – prostuję. – Nie jestem doctora. – Uznał siłą rzeczy, że w międzyczasie obroniłam pracę doktorską.

Spogląda na mnie wyczekująco, a gdy już nic nie dodaję, rusza korytarzem.

– Ale na pewno jesteś głodna – kwituje.

Zauważam, że kuleje. Ciekawe, co się stało, czy był to wypadek przy pracy i czy boli go ta noga. Nie wypada wypytywać, zwłaszcza że sama nie jestem skora do zwierzeń.

– Właściwie to nie – mówię. – Nie rób sobie kłopotu…

Harbi nie zwraca uwagi na moje protesty i prowadzi mnie do największego pomieszczenia w budynku, pracowni pełniącej przy tym funkcję jadalni.

– Czuj się jak w domu. – Zostawia mnie i powłócząc nogą, idzie do kuchni, gumowe sandały piszczą o wykafelkowaną podłogę. Pod kopułą z cegły mułowej stoi ten sam stół, przy którym jadaliśmy posiłki, z nadal zarysowanym i poplamionym blatem. Coś się jednak zmieniło, i na ten widok zapiera mi dech w piersi. Znikły zwoje folii poliestrowej oraz stosy wystrzępionych papierów i teczek, a mozaikę biurek po drugiej stronie pomieszczenia wypełniają komputery: kable wiją się i splatają niczym potwory morskie, podłączone do przedłużaczy ledwo sięgających gniazdka. Widzę tablety podłączone do ładowania i dwie pierwszorzędne cyfrówki. Na ścianie wisi kopia sceny wyciągania kolosa z grobowca Dżehutihotepa w ogromnym powiększeniu, nad którą pracowałam z Wyattem cały mój ostatni sezon. Poznaję rysunki, które wykonałam włas­noręcznie na folii, odtworzone tuszem, z tłumaczeniem Wyatta na marginesach. Jeśli potrzebowałam dowodu, że kiedyś tutaj byłam i zrobiłam coś wartościowego, mam go na wyciągnięcie ręki.

Wychodzę na taras w chwili, gdy wraca Harbi z naczyniami.

– Siadaj – zaprasza, a ja zajmuję swoje dawne miejsce przy stole.

Przyniósł miskę z sałatką – krojone pomidory z kolendrą i ogórkami – ser oraz aisz szams, chleb, który przed upieczeniem wyrasta na słońcu. Nie zdaję sobie sprawy, jaka jestem wygłodzona, póki nie rzucam się na jedzenie i pałaszuję, aż mi się uszy trzęsą. Harbi obserwuje mnie z uśmiechem.

– Nie jesteś głodna – mówi.

– Trochę – przyznaję, po czym się uśmiecham. – Bardzo.

Na deser przynosi basbusa, ciasto z semoliny, miodu i kokosa. Wreszcie odsuwam się od stołu.

– Chyba najadłam się na trzy dni.

– Czyli zostajesz – mówi Harbi.

Nie mogę. Mam życie na drugim końcu świata, rodzinę, która się o mnie martwi. Ale mój pobyt tu jest tak nierzeczywisty, jakbym cofnęła wskazówki zegara, jakby to było na niby. Jak wówczas, gdy śni ci się coś pięknego i wiesz, że to tylko sen, ale starasz się nie obudzić.

Kiedy Harbi wraca do kuchni, uświadamiam sobie, że to nie było pytanie. Stwierdził fakt. Zdecydował za mnie.

A ja nie sprostowałam.

Moja matka mawiała, że niebieskie oczy przynoszą pecha, gdyż zawsze wiadomo, co myśli ich właściciel, ale gdy poznałam Wyatta Armstronga, nie wzięłam sobie do serca tej przestrogi. Był 2001 rok, przyjechałam do Yale robić doktorat, miałam pięćdziesiąt dolarów na koncie i współlokatorkę. Przebywałam w mieście od trzech dni i wszystko wskazywało na to, że w New Haven bez przerwy leje. W wieczór poprzedzający rozpoczęcie semestru wracałam właśnie z biblioteki Sterling, kiedy rozpadało się na całego i żeby uchronić przed zalaniem zdobyczne książki – w tym kilka pokaźnych tomów transkrypcji Tekstów Sarkofagów autorstwa Adriaana de Bucka – zanurkowałam w pierwsze napotkane drzwi.