AwariaTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Joanna Wachowiak

Awaria

© by Joanna Wachowiak

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Marta Krzywicka

Redakcja i korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie I

w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-8208-935-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2020

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Na zlecenie Woblink


woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

1

Wrzask dobiega z ostatniego pokoju w północno-zachodniej części domu. Stamtąd słychać też odgłos stóp walących w podłogę i grzechot towarzyszący upadaniu jakiegoś przedmiotu.

– Co się stało?! – słychać równocześnie w dwóch innych pokojach, po czym pada komenda: – Pina, światło w całym domu!

– Okej.

Dwie pary stóp tupią po podłodze, a w następnej chwili kobieca ręka sięga do klamki drzwi na końcu korytarza, tych, na których widnieje tabliczka z napisem „UWAGA, TRWA NAGRANIE”.

– Tymek?…

Pośrodku pokoju podskakuje dryblas w samych bokserkach. Toczy zaciętą walkę z kołdrą plączącą się wokół nóg.

– Synku, co się stało? – pyta raz jeszcze pani Magda.

Obrzuca wnętrze wzrokiem: wszystko wygląda normalnie. To znaczy – normalnie jak na pokój nastolatka: na biurku stoją dwa pełne okruchów talerze i trzy brudne szklanki, na podłodze leżą hałdy ubrań, ale sufit nie zawalił się, ściany stoją, jak stały, w pokoju nie ma nikogo poza Tymkiem.

– Koszmar mu się śnił – domyśla się stojący obok pani Magdy chłopiec, z ciekawością przyglądający się dzikim podrygom.

– Koszmar! – prycha dryblas, wyplątując się wreszcie z czarno-białych zwojów kołdry. – Najgorszy koszmar to ja mam na jawie. O, to się stało, to! – Wymachuje wydobytym spod skotłowanej na podłodze pościeli podłużnym, szaroczarnym przedmiotem.

– Pokaż!

Mama powstrzymuje młodszego syna.

– Ostrożnie, Maciek. Co to jest?

On jednak nie czeka na odpowiedź Tymka: rzuca się do przodu i wyrywa mu zagadkowy przedmiot z ręki.

– Łoo, ekstra!

– Oddaj!

– Pokażcie mi to! – denerwuje się mama.

Odbiera synowi tajemniczą rzecz. Mruży oczy i wytęża wzrok, bo nie zdążyła jeszcze założyć soczewek kontaktowych, po czym krzywi się z niesmakiem: to, co trzyma w ręce, jest żylastym przedramieniem pokrytym rzadkimi włosami, wraz z dłonią uzbrojoną w długie, czarne pazury. Kończyna wygląda, jakby została oderwana od ciała: widać sterczącą z niej kość, poszarpane żyły i nieco zastygłej, brunatnej krwi. Nie jest jednak prawdziwa, wykonano ją z lekko elastycznego, gumowatego tworzywa.

– To… to coś mnie szarpało! Skórę ze mnie próbowało zedrzeć!

Pani Magda podnosi wzrok na Tymka, po czym omiata spojrzeniem podłogę. W głębi, w pobliżu nocnego stolika, znajduje to, czego szukała: pogięte szczątki metalowej skrzynki, starodawnego budzika i kilka walających się śrubek.

– Anita – stwierdza z westchnieniem.

Tymek, sapiąc ze złością, wyjmuje łapę z ręki mamy i trzema wielkimi krokami przesadza korytarz. Szarpie za klamkę, otwiera drzwi i niemal zderza się w nich z dziewczyną, która na nosie ma już okulary, choć jej ciemne włosy są jeszcze rozczochrane. Spod rozpiętej koszuli w czerwono-czarną kratę widać napis na jej bluzce: „W POWIETRZU JEST MAGIA. NAZYWA SIĘ WI-FI”.

– No i? – pyta spokojnie dziewczyna. – Zadziałało, jak widzę?

– Zobacz! – wrzeszczy Tymek i wygina goły bark. – Zobacz, jaki jestem podrapany! Odbiło ci?!

– Pokaż. – Anita wpatruje się w podtykany jej bark z przesadnym skupieniem. – Dwie płytkie ranki o długości piętnastu milimetrów. O to tyle hałasu?

Jej ironiczny ton sprawia, że Tymek robi się blady ze wściekłości.

– No, no – uspokaja go prędko mama, kładąc mu rękę na ramieniu, po czym zwraca się do córki: – Dziecko drogie, proszę, wytłumacz mi… wytłumacz mi to jakoś.

– Budzik dla opornych – wyjaśnia Anita, palcem podsuwając okulary na nosie. – Zapadka w budziku uruchamia silniczek, który wprawia w ruch łapę, doczepioną do pręta taśmą klejącą. Łapa miała zerwać z Tymka kołdrę…

– Skórę z pleców mi zdarła, a nie kołdrę!

– Tymek! – karci go mama. – Nie krzycz na siostrę. Anitko, a ty jednak przesadziłaś, nie sądzisz? Każdego przeraziłby taki widok…

– Zawału mogłem dostać! – wykrzykuje Tymek.

Dziewczyna wzrusza ramionami.


– Sama wiesz, mamo, ile czasu zajmuje Tymkowi poranne wstawanie. Potem musisz go odwozić na pociąg, a przez to ja docieram do szkoły spóźniona.

– A po co mam wstawać wcześniej, jak blokujesz łazienkę, co?

Anita ma już na to coś odpowiedzieć, ale do rozmowy włącza się Maciek.

– Super ta łapa! Skąd masz? – Podnosi odrzuconą przez Tymka kończynę i przygląda się jej z mieszaniną zachwytu i odrazy na twarzy.

– Kupiłam.

– Gdzie można takie rzeczy dostać?

– Od jednej dziewczyny kupiłam. Zostały jej fragmenty kostiumu na Halloween – niechętnie odpowiada Anita.

– Wow. Pewnie była droga?

– Taniutka. Nikt jej nie chciał. Za grosze kupiłam.

– Wspaniale – odzywa się mama. – Ale mam nadzieję, że przeprosisz brata. A w ogóle to pospieszcie się wszyscy. Tymciu, dalej, bo spóźnisz się na pociąg. Odwiozę cię na dworzec. Anita, Maciek, raz-dwa. Anitko, ty już jesteś prawie gotowa, włóż kurtkę i wyprowadź Czikę.

– Dlaczego ja? Ja byłam z nią przedwczoraj!

– A wczoraj byłam ja, a trzy dni temu ktoś inny. Nie… też ja. Idź, idź, dziecko.

– Czemu nie skonstruujesz drona do wyprowadzania psa?! – woła do siostry Maciek ze swojego pokoju. – Siedziałoby się w domu i sterowało nim zdalnie. Widziałem coś takiego w drugiej części Powrotu do przyszłości.

– Zwariowałeś?! – wydziera się Tymek. – Nie podsuwaj jej pomysłów! Jak coś takiego powstanie, od razu dzwonię do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami!

Ale tej wymiany zdań pani Magda nie chce już słyszeć. Opiera się plecami o wewnętrzną stronę drzwi swojej sypialni i zamyka oczy.

– Pina – odzywa się po chwili. – Wyłącz zbędne światła. Wyłącz wiadomości, włącz muzykę, pakiet relaksacyjny.

– Okej.

– Jaka pogoda?

– Na zewnątrz: jeden stopień w skali Celsjusza, wiatr południowo-wschodni. Wilgotność wynosi osiemdziesiąt siedem procent. Ciśnienie atmosferyczne: tysiąc pięć hektopaskali.

Gdy dokładnie czterdzieści dziewięć minut później zamykają się za nimi drzwi, ze stacji dokującej zjeżdża samojezdny odkurzacz i z szumem rusza swoją codzienną trasą, a w kuchni włącza się zmywarka. Punktualnie o siódmej trzydzieści uruchomiona zostaje pralka – program „bawełna, 40 stopni”. W bębnie znajdują się ubrania w jasnym kolorze i jedna granatowa skarpetka Maćka – druga leży pod pralką, gdzie on sam ją przypadkowo wkopnął. Szanse na to, że zostanie odnaleziona, zanim stopa Maćka urośnie o kolejny rozmiar, są bliskie zera.

2

– Pina – mówi mama do słuchawki samochodowego zestawu głośnomówiącego. – Pina, wracamy do domu.

Brama wjazdowa otwiera się dokładnie w momencie, gdy samochód wyjeżdża zza zakrętu. Chwilę później podnosi się brama garażowa, a lampy, rozmieszczone wzdłuż granitowej ścieżki prowadzącej do domu, zaczynają świecić jaśniej. Gdy samochód parkuje w garażu, w korytarzu i w kuchni włącza się oświetlenie – choć z zewnątrz nie widać tego poprzez opuszczone rolety. Skrzydła bramy wjazdowej zamykają się bezszelestnie, a w panującej na ulicy ciszy słychać tylko odgłos zamykanych drzwi auta – raz, dwa, trzy ciche trzaśnięcia.

– Maciuś, sprawdź, czy jest coś w skrzynce, dobrze? Anitko, pomóż mi wyjąć torby z bagażnika.

– A co jest na obiad?

– Zapiekanka. Za chwilę będzie gotowa, kazałam Pinie uruchomić piekarnik o szesnastej dziesięć. – Mama przykłada kciuk do czytnika linii papilarnych i otwiera drzwi. – Czika, uspokój się, nie skacz! Nie skacz, bo przewrócę się przez ciebie!

Kilkanaście minut później czuć smakowity zapach.

– Maciuś, odłóż tablet. Obiad na stole. Anitko, obiad! Anita!… Maciusiu, idź po siostrę.

Maciek, zanim naciśnie klamkę, przez chwilę spogląda na drzwi pokoju Anity. Z żalem. Widnieje na nich sporych rozmiarów figura tyranozaura, właściwie tylko jej część, to znaczy fragment tułowia wraz z głową, łapami oraz prawą dolną kończyną. Sprawia to wrażenie, że dinozaur, szczerząc paszczę i machając łapami, wybiegał z pokoju, nie przejmując się drzwiami, i został zamrożony w momencie przebijania się przez nie. To Maciek wypatrzył ten projekt na Pintereście i pokazał Anicie, a ona natychmiast skopiowała – od siebie dodając to, że każdemu naciśnięciu klamki towarzyszy jakiś dźwiękowy efekt: może to być ryk osła, skrzeczenie papugi, kaszlnięcie, chichot, odgłos spuszczanej w toalecie wody, miauknięcie… Katalog odgłosów jest bogaty i nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Figurkę tyranozaura Anita wyprosiła od niego w zamian za obietnicę, że taki sam model wykona na jego drzwi. Nie dotrzymała słowa. Maćkowi przychodzi teraz do głowy, że ten zastygły w ruchu dinozaur to pomnik rozczarowania i zawiedzionych nadziei. Albo oszustwa i nielojalności.

 

– Zrobię, zrobię. Jasne – mruczy pod nosem, kładąc dłoń na klamce i uruchamiając meczenie kozy. – Mama woła, chodź na obiad – rzuca w głąb pokoju, który wyglądem przypomina coś pomiędzy schludnym złomowiskiem a warsztatem szalonego czarnoksiężnika.

– Mam nadzieję, że nie wystygło – mówi znaczącym tonem mama, gdy Anita dociera wreszcie do jadalni. Nakłada na jej talerz solidną porcję makaronu z ciągnącym się serem. – Wołałam i wołałam. Co tak długo?

– Musiałam wrzucić post na bloga… blog. Bloga czy blog? Jak jest poprawnie?

– Jest przyzwolenie na obie formy. A o czym piszesz? O budziku dla opornych? – zgaduje mama.

– Tak. Całe szczęście, że nagrałam filmik prezentujący jego piękno w działaniu jeszcze wczoraj, zanim Tymek go zniszczył.

– Ile masz wejść na bloga? – interesuje się Maciek, wydłubując ze swojej porcji kawałki papryki, jednego z wielu warzyw, których nie lubi.

– Jeszcze trochę i jakaś firma będzie chciała się na nim reklamować. Będę z niego miała konkretne pieniądze.

– Myślałem, że E-nerd nie powstał z myślą o pieniądzach z reklam. Na stronie głównej masz napisane, że to jest „przestrzeń współpracy i rozwoju, rozwijania zasobów wiedzy”.

– Skoro już o zasobach mowa – podchwytuje mama. – robię właśnie korektę książki o zarządzaniu zasobami ludzkimi.

Maciek wyłącza się natychmiast. Nie ciekawią go te opowieści o pracy mamy. Tymek ma rację: praca korektora to najnudniejsze zajęcie pod słońcem. Jak można poprawianie cudzych błędów nazywać pasją? Już prędzej zainteresowałoby go coś, co dotyczyłoby drugiej dziedziny, którą fascynuje się mama: języka hiszpańskiego i kultury Hiszpanii. Z tego przynajmniej jest czasem jakiś pożytek: w końcu to mama system sterowania domem nazwała „Piną”. Nazwała też psa Cziką, co akurat nie było najszczęśliwszym pomysłem. Szymonowi, który śmiał się, że golden retriever ma imię jak zwykły kundel, musiał wyjaśniać, że chica po hiszpańsku znaczy „dziewczyna”. Nie dodał już, że pina znaczy „szyszka”, bo dom stoi na Sosnowej pod numerem pierwszym – od razu skreślił tego głupka Szymona. Więcej go nie zaprosił.

Skoro jednak opowieść nie dotyczy hiszpańskiego, Maciek stara się niepostrzeżenie zerkać na ekran trzymanej pod stołem komórki, na którym jako sporej wielkości koło usiłuje przetrwać pośród innych kół, większych i mniejszych, i nie zostać przez nie wchłoniętym. W prawdziwym świecie też trzeba mieć opanowaną sztukę przetrwania, toteż Maciek jednym uchem łowi strzępy toczonej przy stole rozmowy.

– Dalej nie jest lepiej. Autor używa na przykład sformułowań takich jak „kierowanie swoimi ludźmi”. Pisze o pracownikach, jak gdyby byli niewolnikami.

– No nie! Hej! – oburza się Anita.

Mama, zachęcona jej reakcją, kontynuuje:


– Mnie też to dziwi. Toteż napisałam w komentarzu: „Sądziłam, że niewolnictwa w naszym kraju nie ma”.

– Ej, no jak?…

– Najchętniej wykreśliłabym te „zasoby” i zmieniła na „ludzi”, ale w tej dziedzinie to utrwalone pojęcie.

– Tak jest! – wykrzykuje Anita.

Teraz już Maciek spogląda na nią z zaskoczeniem. I, razem z mamą, orientują się, że żywe reakcje Anity odnoszą się do rozmowy prowadzonej na Facebooku, przy użyciu telefonu trzymanego pod stołem. Mama przez chwilę robi wrażenie osłupiałej, a potem w jednej chwili gaśnie i przybywa jej kilka lat – tak to w każdym razie wygląda. Powinna lepiej się kontrolować – myśli o Anicie Maciek.

– Pina – prosi mama zmęczonym tonem – podnieś temperaturę w gabinecie do dwudziestu czterech stopni. Jakoś mi zimno, nie mogę się rozgrzać. Jest dziesięć po piątej, Tymek kończy trening o szóstej piętnaście… Zdążę jeszcze popracować, zanim po niego pojadę.

– Aha! – przypomina sobie Maciek. – Tymek przysłał esemesa. Nie musisz po niego przyjeżdżać, odwiezie go tata Kuby.

Mama sięga po swoją komórkę.

– Jak to przysłał esemesa? Faktycznie, przysłał. Czemu ja o tym nie wiem?

– Nie mówiłem ci? Myślałem, że mówiłem.

– Prosiłam, żebyś nie bawił się moim telefonem.

– Nie bawiłem się, tylko przeczytałem. I sprawdziłem, jakie twój telefon ma funkcje. Kiedy ja dostanę nowy?

– Maciusiu – przypomina się mamie – było coś w skrzynce na listy?

– Awizo. Położyłem na blacie.

– Awizo? – Mama wstaje od stołu. – Jakaś paczka. Zaadresowana na mnie. Dziwne, niczego nie zamawiałam… A, już wiem, to pewnie dla was od babci. Tak, na pewno. Zawsze coś wam przysyła na święta, a to już przecież trzeci tydzień grudnia.

Przerywa jej dzwonek domofonu. Mama, zdziwiona, sięga po leżący na blacie tablet.

– Pina, pokaż obraz z kamery przed domem.

– Okej.

Na ekranie tabletu, w świetle rzucanym przez lampę, widać mężczyznę w płaszczu stojącego przed furtką.

– Słucham?

– Tu sąsiad – odzywa się mężczyzna. – Spod czwórki – dodaje niepotrzebnie, bo na Sosnowej, choć numeracja na to nie wskazuje, są tylko dwa domy. – Przyszedłem z prośbą o usunięcie psiej kupy sprzed mojej posesji. Rano pani córka wyprowadzała psa i pozwoliła mu się załatwić na trawniku przed płotem.

Mama wzdycha cicho.

– Przepraszam, zaraz ktoś posprząta. I porozmawiam z córką.

– To z synami też proszę porozmawiać. Oni też po psie nie sprzątają. Mam dowody, mam wszystko na nagraniach monitoringu.

– Porozmawiam, obiecuję. I… yyy… wesołych świąt.

– Do widzenia – rzuca sucho sąsiad i odchodzi.

Stuknięciem palca w ekran mama wyłącza obraz.

– Słyszeliście? – pyta, odwracając się.

Ale przy stole jest tylko Maciek. Anita zdążyła się wymknąć.

– Mhm – mruczy Maciek. Przez to wszystko zdekoncentrował się i proszę: olbrzymie koło o nazwie „Rebelia” właśnie go pochłonęło. – Już skończyłem, dzięki. Idę do swojego pokoju.

Odchodząc, słyszy za sobą:

– No? Musiałaś właśnie tam? Musiałaś? Ech, Czika… Chcesz wyjść, co? Tak, tak, widzę, że chcesz. Pina, zwiększ natężenie oświetlenia przed domem do stu procent.

– Okej.


3

Rolety są podniesione, ale mama leży z zamkniętymi oczami. W sypialni rodziców słychać świergot ptaków, łagodny plusk wody w strumyku, szelest pieszczonych wiatrem liści. Nie są to odgłosy zza okna, oczywiście – jest przecież dwudziesty pierwszy grudnia, przełom jesieni i zimy. Przez wielkie okno widać wyraźnie, że dzień jest ponury i pochmurny. Dźwięki płyną z głośników: jest to utwór, przy którym mama lubi budzić się w wolne dni. Maciek przygląda się jej przez chwilę i nie może odgadnąć, czy nadal śpi, czy nie.

– Mamo? – ryzykuje.

Mama porusza się, otwiera oczy.

– Dzień dobry – uśmiecha się.

Maćkowi wydaje się, że mama wygląda na wymizerowaną. Pewnie znowu w nocy długo siedziała przy biurku, a potem, jak zwykle, miała problemy ze spaniem. Zdaje się, że nic nie pomaga ta jej aplikacja ułatwiająca zasypianie – jak ona się nazywa, chyba „Śpij jak suseł”.

– Nie śpisz już? – pyta bez sensu Maciek.

– Nie. Wsłuchuję się w odgłosy natury. Chcesz położyć się na chwilę? – Mama przesuwa się na brzeg łóżka i zachęcająco poklepuje materac. – Wiesz, to jak poranek w lesie elfów. Anita tak mówiła.

Tak, Maciek zna tę opowieść – o tym, jak Anita, w czasie gdy zaczytywała się Tolkienem, lubiła co rano przybiegać do sypialni rodziców, wsuwać się na chwilę pod kołdrę i wpatrywać się w szarozielone pnie drzew na tapecie za łóżkiem. Ale on, po pierwsze, nie czytał Władcy pierścieni, a po drugie, jest już za duży na tulenie się do mamy.

Kręci głową i potrząsa trzymanym w ręce kartonem.

– Mało mleka. Mamy gdzieś zapas?

– Co? – Mama sięga po pudełko z soczewkami kontaktowymi. – Niemożliwe. Przecież wczoraj kupiłam trzy litry. Czy nie kupiłam?… Kupiłam.

– Pewnie Tymek wypił wieczorem – domyśla się Maciek. – Pina! Dopisz mleko do listy zakupów.

– Okej.

Wycofując się do kuchni, Maciek słyszy, jak mama zarządza:

– Pina, kawa. Podwójne espresso.

– Okej.

Z szafek Maciek wyjmuje puszkę i kubek. Przygotowuje kakao i wstawia kubek do mikrofalówki. Sięga po smartfon i włącza nagrywanie, a dopiero potem wciska przycisk „start” na mikrofalówce.

– Widzicie to? Czas płynie, odliczanie włączone. Na pewno zauważyliście, że na każdym filmie licznik zatrzymuje się na sekundę przed wybuchem bomby. Dlatego teraz ja… – I dokładnie w momencie, gdy na wyświetlaczu pojawia się jedynka, błyskawicznym ruchem zatrzymuje urządzenie. – Jest! Ha, widzieliście? Rozbroiłem.

– Synku, z kim ty rozmawiasz? – pyta mama, pojawiając się w kuchni.

– Nie, nic… Z nikim – odpowiada szybko Maciek i odkłada telefon.

Mama siada na wysokim stołku przy kuchennej wyspie. Upija łyk kawy, sięga po leżący na blacie tablet.

– Wybuchł strajk na lotnisku w Monachium – odzywa się po chwili.

– Tak? – pyta Maciek bez większego zainteresowania. – A tata ma lot z przesiadką?

– Mhm. Nie ma bezpośrednich połączeń z Taipei. Co prawda on leci przez Frankfurt, ale kto wie, czy strajk się nie rozszerzy. – Wraca do czytania, ale z miejsca podrywa ją psi skowyt. – Matko Boska! – W pędzie rzuca się do pokoju Anity, aż jej jedwabny szlafrok wydyma się jak żagiel podczas wichury.

W następnej chwili słychać potężne kichnięcie tyranozaura i znów mamę:

– Co się tu dzieje?

Maciek dopija kakao, wstawia kubek do zlewu. Dopiero wtedy idzie za nią.

Czika ma na sobie coś w rodzaju metalowej uprzęży, z boków której wyrasta pięć napędzanych elektrycznie łopatek, przypominających skrzydła wiatraka. Wszystkie łopatki zakończone są obracającymi się, pokrytymi włosiem walcami, które najwyraźniej były kiedyś częściami okrągłych szczotek do czesania, z wyjątkiem dwóch, które są po prostu sporych rozmiarów wałkami do włosów, niebieskimi, na rzepy. I właśnie w te mechanicznie napędzane wałki wplątana jest długa psia sierść – zablokowana maszyna wciąż ją ciągnie, podczas gdy Anita klęczy i próbuje oswobodzić wiercącą się i popiskującą Czikę.

– Stój spokojnie! Czika, nie kręć się!

– Czekaj, ostrożnie. – Mama kuca obok niej. – I wyłącz to… coś!

– Wow, co to jest? – zaciekawia się Maciek.

– Synku, nie teraz.

Maszyna przestaje rzęzić i wreszcie udaje się wyplątać psią sierść. Oswobodzona z narzędzia tortur Czika dziękuje mamie dwoma szybkimi liźnięciami w dłoń, po czym z podkulonym ogonem wyskakuje z pokoju jak pocisk.

Mama wstaje z kolan.


– Co ci strzeliło do głowy? – Patrzy na Anitę z wyrzutem. – Jak mogłaś? Zrobiłaś jej krzywdę!

– Przecież nie chciałam – broni się Anita. – Wiesz, to dopiero faza testów.

– Faza testów?!

– Bez przesady, mamo, to w końcu nic takiego. Wszystko przez to, że się kręciła, gdyby nie to…

– Zabraniam ci! – przerywa jej mama. – Zabraniam ci testowania czegokolwiek na psie! W ogóle na jakichkolwiek zwierzętach!

– W sumie to racja. Lepiej było wypróbować na Tymku, on ma takie gęste…

– Anita! Posłuchaj mnie uważnie. Zabraniam ci wypróbowywania… nie, w ogóle uruchamiania jakiegokolwiek ustrojstwa, zanim go nie zobaczę. Miałam do ciebie zaufanie, ale właśnie je nadszarpnęłaś.

– Oj, mamo, teraz to przesadzasz…

– Mówię poważnie! – Ton mamy i jej spojrzenie wyraźnie sugerują, że dalsza dyskusja może mieć jeszcze gorsze konsekwencje. Anita rezygnuje z wymiany ognia.

 

– Powiesz mi teraz, co to miało być? – dopytuje Maciek.

– Chyba widać? Czeszak. Automatyczna maszyna czesząca.

Odpowiedź nie brzmi uprzejmie i nie zachęca do dalszych pytań. Maciek rzuca ostatnie spojrzenie na czeszak i wycofuje się.

W korytarzu mama puka do drzwi, za którymi „UWAGA, TRWA NAGRANIE”.

– Tymciu, wstałeś już?

Nie słysząc odpowiedzi, naciska klamkę.

W pokoju nie jest już ciemno, rolety są podniesione. Tymek wciąż leży zagrzebany w pościeli, z głową nakrytą poduszką.

– Tymek!

Spod kołdry wysuwa się długa stopa, a spod poduszki dobiega niezadowolone mruknięcie:

– Co?

– Wstawaj, proszę.

– Przecież jest sobota, wyspać się chcę!

– Jest dziewiąta, wstań.

– Ale śpiący jestem!

– Byłbyś wyspany, gdybyś przez pół nocy nie wysyłał esemesów i nie korzystał z Facebooka i Twittera.

– I WhatsAppa – usłużnie dodaje Maciek, nie przejmując się wściekłym spojrzeniem brata.

– O drugiej wyjmowałam ci z ręki telefon, był aż gorący.

Stopa chowa się pod kołdrą, za to po przeciwnej stronie ukazuje się potargana głowa.

– A czemu ty nie spałaś o drugiej w nocy? – podchwytliwie pyta Tymek.

– Rozmawiałam z tatą.

– Aha! Przez Skype’a! Czyli też w nocy korzystasz z komputera.

– Tymciu. Różnica czasu, pamiętasz? W ciągu dnia nie mogę z nim rozmawiać, bo wtedy ma spotkanie za spotkaniem, a jak u nas jest wieczór, to w Chinach, u taty, środek nocy. Wstań, synku. – Głos mamy jest już łagodniejszy. – Jadę na pocztę, jakaś paczka jest do odebrania. Pomożesz mi, po drodze kupimy choinkę.

– Po co choinka? – krzywi się Tymek. – W ogóle niepotrzebne zamieszanie z tymi świętami.

– Tymciu, jesteś w takim wieku, że może tego nie doceniasz, ale takie tradycje są ważne. Dla Maciusia choinka jest ważna…

– Właśnie – potwierdza Maciek.

Mama obraca się do niego z czułym uśmiechem.

– Taa, akurat. Dla niego nie jest ważna choinka, tylko to, co jest pod nią – mści się Tymek. – No co, może nieprawda?

– Nieprawda. Wolę, jak prezenty są pod choinką.

Uśmiech znika z twarzy mamy.

* * *

Choinka jednak się pojawiła.

Tymek wniósł ją do salonu i osadził w metalowym stojaku. Było przy tym trochę nerwów, bo z początku pień był zbyt gruby i nie mieścił się w obejmie, z kolei po ociosaniu stał się zbyt wąski i choinka przechylała się niebezpiecznie to w jedną, to w drugą stronę. Gdy wreszcie udało się ją ustabilizować, Czika dwa razy wychłeptała wodę z podstawki stojaka, chlapiąc dokoła i robiąc mokre ślady – szybko wyszło na jaw, że wypiła wodę, bo jej miska była sucha. Później okazało się, że „szmata”, którą Tymek wycierał resztki wody z podłogi, była ulubioną koszulką Anity. Tymek zapewniał, że nie rozpoznał jej koszulki z logo NASA, ale nawet mamie trudno było w to uwierzyć.

Koniec końców kryzys został zażegnany i ustawianie choinki zakończyło się.

Mama robi teraz krok w tył.

– Tak – stwierdza z zadowoleniem. – Nawet całkiem niezła, jak na kupioną prawie na ostatnią chwilę.

Wyraźnie czeka na to, że ktoś ją poprze i wyrazi entuzjazm.

– Mmm – mruczy więc w odpowiedzi Maciek, odrywając na chwilę wzrok od ekranu, na którym właśnie toczy drugie życie jako gepard.

– Tylko ty się cieszysz, co? – Mama głaszcze Czikę, która nie przestaje kręcić się wokół drzewka. Maciek czuje się lekko dotknięty: przecież wyraził swoje zdanie na temat choinki, nie to, co Anita i Tymek, którzy nawet na nią nie spojrzeli, zajęci stukaniem w ekrany smartfonów.

– Jeszcze przesyłka! – przypomina sobie mama. – Tymciu, mógłbyś po nią skoczyć do samochodu? Tymciu. Tymek!

– Ciężka – zauważa po chwili Tymek, odkładając na podłogę w kuchni sporą paczkę w białej folii. – Dobre osiem kilo.

Maciek obrzuca paczkę przelotnym spojrzeniem.

– Od kogo to?

– Dobre pytanie.

– Sprawdź nadawcę – radzi Anita. – Przecież musi być podany.

– Genialna jesteś. Ale wiesz co? Napis jest nieczytelny. Kartka jest wilgotna, litery się rozmazały. Kompletnie nie do odczytania.

– Rozumiem, że żadne z was nie zamawiało niczego w internecie? – włącza się do rozmowy mama. – W takim razie to musi być od babci, przecież co roku coś wam przysyła.

– Nie „coś”. Wełniane skarpety, szale albo swetry – krzywi się Maciek. – O nie, no i właśnie mnie dopadła! – Odkłada telefon, na ekranie którego, jako gepard, został właśnie zagryziony przez hienę. – Kurczę, mam nadzieję, że to nie jest paczka pełna robionych na drutach skarpet!


Tymek kiwa głową z udawaną powagą.

– To może być to. Zapas skarpet na całe życie.

– Słuchajcie, to ma sens! – woła z przestrachem Maciek. – Pewnie babcia stwierdziła, że zapłaci za przesyłkę raz, zamiast rok w rok wysyłać paczkę!

– To raczej ciebie przypomina, nie babcię. – Anita posyła mu wymowne spojrzenie znad okularów. – Nie opowiadajcie bzdur, to nie mogą być skarpety. One tyle nie ważą.

– Chyba że mokre – droczy się Tymek. – No wiesz, wełna chłonie wodę.

Anita ignoruje jego słowa.

– Widocznie tym razem przysłała coś innego. Może książki?

Maciek krzywi się.

– Książki!

– Nie zaszkodziłoby ci, jakbyś jedną przeczytał.

– To już lepiej przysłałaby kasę na e-booki.

– Akurat byś je kupił.

– Tak czy owak, z rozpakowaniem zaczekamy do Wigilii – przerywa ich przekomarzanki mama. – Otworzymy, jak już będzie tata, przy choince.

– Mamuś, daj spokój! Skarpety będę spod choinki wyciągał? Mam nadzieję, że pod choinką będzie coś lepszego. Deska surfingowa, co, mamuś? – Tymek uśmiecha się przymilnie.

– Deska? – dziwi się Maciek. – Myślałem, że chcesz dostać gitarę elektryczną.

– Co znajdziecie pod choinką, wkrótce się przekonacie, a co do paczki od babci…

Słowa mamy przerywa odgłos rozrywanej folii.

– No co? – Tymek rozkłada ręce i spogląda z miną niewiniątka. – W ten sposób pod choinką będą tylko fajne prezenty.

Znów szarpie za brzeg opornej białej płachty, usiłując obrać pakunek z osłony. Spod folii wysuwa się i sfruwa na podłogę niewielka kartka z nadrukowanym czerwonymi literami napisem.

– Najlepszy prezent, jaki możesz dostać – odczytuje Tymek, schylając się po kartkę. – Po angielsku.

Wtedy dzieje się coś dziwnego. Anita ze zduszonym okrzykiem zrywa się z krzesła i doskakuje do paczki, roztrącając przy tym braci jak kręgle.

– Co jest?! – oburza się Tymek. – Może byś uważała, co?

Anita nie zwraca jednak na niego uwagi. Niecierpliwymi ruchami rozrywa opakowanie, a drżącym z emocji głosem powtarza:

– Nie wierzę…! Po prostu nie wierzę! Nie, nie, nie wierzę…! To jest… to jest Evo!


Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?