Gwiazda Północy Gwiazda Południa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Joanna Lampka
Gwiazda Północy,
Gwiazda Południa

Tom I cyklu Mistrz Gry

Poznań 2020

Strona redakcyjna

Copyright © by Joanna Lampka, Krasnystaw 2019

Copyright © by Wydawnictwo AlterNatywne, Poznań 2019

Wydanie I

ISBN: 978-83-66533-36-3

Grafika na okładce

Copyright © by Maria Lenarcik, Kielce 2019

Ilustracje – mapy:

Copyright © by Justyna Janowiec, Poznań 2019

Redakcja

Marta Goździk

Pierwsza korekta

Dominika Ładycka

Druga korekta

Kinga Szelest

Opracowanie merytoryczne

Magdalena Felis

Skład

Agnieszka Korzeniewska

www.WydawnictwoAlterNatywne.pl

Wydajemy Książki

Krystyna Płowiec-Niewolna

Ul. Klasztorna 5/6 lok. 2

61-779 Poznań

@WydajemyKsiazki

@WydawnictwoAlterNatywne

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rozdział 1 Gdy zanurzasz palce w falach oceanu

Rozdział 2 Tęsknoty i powinności

Rozdział 3 Taniec i walka

Rozdział 4 Seks, techniki kontroli umysłu i inne niebezpieczne rzeczy

Rozdział 5 Obrzydliwie piękne dziecko rozpierdolu

Rozdział 6 Ten jeden dzień na falach

Rozdział 7 Idealna fala

Rozdział 8 Utracona niewinność

Rozdział 9 Pocałunki i szpiedzy

Rozdział 10 Plemię Sithathu

Rozdział 11 Prowadź mnie, Gwiazdo Północy

Rozdział 12 Niech cię prowadzi Gwiazda Południa

Rozdział 13 Baletnica w mroku

Rozdział 14 Księżniczka i dziwka

Rozdział 15 Na zgliszczach burdelu

Rozdział 16 Dom

Rozdział 17 Śpiew do bogini równowagi

Rozdział 18 Szlachetny ród Lancasterów

Rozdział 19 Biegnij, Aline, biegnij

Rozdział 20 Woda drzewa

Rozdział 21 Ostatnia ofiara dla Świętego Drzewa

Rozdział 22 Demony przeszłości

Rozdział 23 Michel

Rozdział 24 W grotach

Rozdział 25 Cała prawda o królewskiej córce

Rozdział 26 Pigułka na dobranoc

Rozdział 27 Pocałunek wody

Rozdział 28 Wynurzając się z oceanu



Rozdział 1
Gdy zanurzasz palce w falach oceanu

Aline stała ukryta w cieniu schodów. Zadanie, które ją czekało, w zasadzie nie było trudne. Wiedziała, jak wywrzeć na kimś wrażenie. Była w tym dobrze wyćwiczona. Na początku współpracy nieraz musiała się uciekać do pokazów siły, żeby przekonać do siebie ludzi. Nawet tutaj, na południu, w Cesarstwie Słońca, gdzie kobiety miały najwięcej praw spośród wszystkich państw Kontynentu Zachodniego, żeński oficer wywiadu był rzadkością i budził co najmniej zdziwienie.

„Stwórz legendę, że jesteś niezwyciężona i nie masz żadnych słabości. Inaczej będziesz dla nich jedynie dziewczynką, którą w najlepszym wypadku trzeba chronić, a w najgorszym zgwałcić i podporządkować sobie. Mężczyźni w głębi serca boją się władczych kobiet. Pokaż im swoją siłę, a żaden cię nie zlekceważy” – wbijał jej do głowy Michel, gdy zdawała do szkoły wojskowej.

Poczuła ukłucie zimnej igiełki w sercu. Nawet przelotna myśl o Michelu sprawiała jej ból. Zacisnęła pięści i wbiła paznokcie w dłonie, żeby zmusić się do powrotu do rzeczywistości.

Musiała obezwładnić trzech mężczyzn siedzących przed stanowiskiem dowodzenia fortu Festness. Było to trudne tylko na pozór. Oni nie spodziewali się ataku. Najpierw ogłuszy tego łysego po lewej, według informacji – dowódcę straży, a potem wykręci rękę i przyłoży nóż do gardła wysokiemu blondynowi, który siedzi wygodnie rozłożony na fotelu. Kiedy księciu Ianowi Lancasterowi będzie groziła śmierć, zasadniczo powinno to zniechęcić siedzącego po prawej stronie pułkownika Petera Mortensona do podejmowania jakichkolwiek działań. Jedna chwilka i będzie mogła zaprezentować się jako nowy sojusznik, z którym trzeba się liczyć.

„Dlaczego nie mogę, tak jak każdy oficer w spodniach, po prostu zapukać, kulturalnie wejść frontowymi drzwiami i zabrać się do pracy z błogosławieństwem otoczenia?” – pomyślała zirytowana.

Zerknęła na chronometr, który zawsze miała na ręce zamiast zegarka. Zostało pięć minut. Tyle potrzeba jej dziewczynom na obezwładnienie strażników i zajęcie stanowisk na wieżach wartowniczych fortu. Wiedziała, że to się uda – plan był dobry, rozpoznanie terenu dokładne, a dziewczyny diabelnie skuteczne. W końcu udało im się dostać niepostrzeżenie aż tutaj. A poza tym żołnierze Cesarstwa spodziewali się raczej otwartego ataku, a nie punktowego uderzenia w samo serce twierdzy. Doświadczenie nauczyło ją jednak, że za lekceważenie szczegółów drogo się płaci. Dlatego równocześnie z mężczyznami bacznie obserwowała ekrany. Jeśli zauważy jakiś podejrzany ruch, będzie musiała zaatakować ich natychmiast. Nie byłby to wtedy, co prawda, szczyt finezji, ale wciąż mogłaby wywrzeć na nich duże wrażenie.

– No! Dawać, ninja z Shan-Thi, bo zasypiam – burknął dowódca straży, przecierając oczy ze zmęczenia.

– Nie spodziewaj się tu żadnych wojowniczych mnichów. Oni nie mogą wyjść poza terytorium Świętej Góry. To będzie jakiś sprzymierzony oddział specjalny z Sagessii, Lankasaru czy innego państwa-miasta. To oczywiście ułatwia nam sprawę. – Młody książę beztrosko przytupywał prawą nogą, wpatrując się w obraz z kamer. – Ci amatorzy nie potrafią walczyć.

– A właściwie po co mamy im przeszkadzać w tej symulacji ataku? Niech sobie atakują, a potem próbują odbić dzikusom tego mnicha. Jeśli im się nie uda, wkroczymy my, klasycznie – wypalimy każde źdźbło trawy i zabijemy każdego, kto stanie na naszej drodze. Tak czy siak, osiągniemy swój cel i odbijemy tego klechę – powiedział pułkownik Mortenson, kręcąc się na krześle obrotowym.

Lancaster prychnął z dezaprobatą, stukając niecierpliwie długopisem o biurko.

– Bzdura. Martwego odbijemy? Potrzeba nam dobrej jednostki specjalnej. Tylko kto ma się zająć tym teraz, tuż przed rozpoczęciem wojny z Królestwem? Tak czy siak, nie ma mowy, żebym tam wysłał jakichś niekompetentnych idiotów z Północy, którzy wierzą, że są w stanie poradzić sobie z dzikusami Sithathu.

Aline odetchnęła w duchu. Byli tak zarozumiali, jak się spodziewała. Zlekceważyli je. Nie oczekiwali wyrafinowanego ataku. Konieczność podjęcia walki fizycznej, zdecydowana dysproporcja sił czy nawet to, że sytuacja może się rozwinąć w nieprzewidzianym kierunku i nie wiadomo, jak dziewczyny sobie wtedy poradzą, to nie były jednak największe zagrożenia. Największe zagrożenie stanowił sam książę Ian Lancaster – przyszły Cesarz Słońca, duma i nadzieja Cesarstwa. Tak się złożyło, że on jako jedyny w całym forcie mógł rozpoznać jej prawdziwą tożsamość. Owszem, mógł, ale było to – jak twierdzili jej bracia – mało realne. Młody Lancaster słynął ze swojej nonszalancji. Prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek zainteresował się tym, kogo ojciec kilka lat temu chciał mu podsunąć jako przyszłą małżonkę, była praktycznie zerowe. „Chociaż minimalne, to jednak jest ryzyko, że Ian zajrzał do moich akt chociażby z ciekawości, wtedy trzeba będzie się szybko ewakuować” – pomyślała Aline.

 

Godzina zero, 2.35. Aline poprawiła kominiarkę i wykonała trzy razy płytki wdech z długim wydechem, żeby uspokoić serce. Chwyciła mocniej nóż zabezpieczony plastikową osłoną i zaczęła się skradać w kierunku mężczyzn pochylonych nad monitorami. Poruszała się bezszelestnie, bo na stopach miała baletki na filcowej podeszwie. Kilka sekund później stała na wyciągnięcie ręki od księcia. Chciała zatrzymać się na moment, żeby dać sobie czas na ostatni spokojny oddech przed atakiem. Zauważyła jednak, że Lancaster odwraca głowę w jej stronę, jakby wyczuł jej obecność.

Nie było czasu do stracenia. Skoczyła pomiędzy dowódcę straży a księcia, lewą ręką ułożoną w łódkę uderzyła tego pierwszego w skroń, po czym jednym płynnym ruchem przyłożyła nóż do gardła Iana. Ale nie poszło jej tak gładko, jak tego oczekiwała. W ułamku sekundy książę stanął na nogach. Zwykle tacy potężnie zbudowani mężczyźni są dość powolni, najwyraźniej w tym przypadku ta reguła się nie sprawdziła. Wstając, Lancaster ścisnął rękę Aline i trzonek noża. W tym samym momencie ona kątem oka zauważyła, że pułkownik Mortenson podnosi się i sięga do paska, a bezwładne ciało dowódcy straży wali się na podłogę, zahaczając nogami o łydki księcia. Wiedziała, że musi wykorzystać ten moment destabilizacji, bo nie ma żadnych szans w bezpośredniej konfrontacji z dwoma silnymi mężczyznami. Odbiła się miękko stopami od podłogi, a następnie od biurka, puściła trzonek noża, chwyciła Iana za rękę i podążyła całym ciałem za ruchem

jego dłoni.

„Jesteś lekka i mała, nic ci nie dadzą długie godziny na siłowni – i tak będziesz słabsza od mężczyzn. Jedyne, co możesz zrobić, to wykorzystać ich siłę, zmienić jej kierunek i przejąć jej potencjał. Podążaj za ruchem przeciwnika, wsłuchaj się w jego zamiary, na tę chwilę stańcie się jednym” – tak mówił jej mistrz Shan-Li.

Aline wykorzystała to, że Ian chce wykręcić jej rękę. Ułatwiła mu to, użyła jego ręki jako dźwigni i po wykonaniu szalonego piruetu kopnęła obiema nogami w skroń pułkownika, który właśnie odbezpieczał broń. Nie miała butów wojskowych, tylko miękkie baletki, więc nie udało się jej go ogłuszyć, ale sprawiła, że zdezorientowany mężczyzna stracił równowagę i upuścił broń. W tej samej chwili książę, ciężko dysząc, chwycił ją za gardło i próbował do siebie przyciągnąć. W ostatnim momencie, wykorzystując resztę impetu przewrotki, dziewczyna mocno wbiła lewy łokieć w jego splot słoneczny i wycisnęła mu powietrze z płuc. Po uwolnieniu się z jego uścisku błyskawicznie wykonała przewrotkę i cofnęła się. Ian stał zgięty wpół i starał się złapać choć odrobinę powietrza. Mortenson właśnie sięgał po broń. Aline skoczyła i kopniakiem szybko wytrąciła pistolet z jego rąk.

– Spokojnie, Wasza Wysokość, pułkowniku. Zdaje się, że mnie dziś oczekiwaliście. Nie jestem tutaj, żeby zrobić wam krzywdę – wychrypiała niskim głosem, tak jakby do samego końca starała się ukrywać to, że jest kobietą.

– Skąd się tutaj wziął jakiś pieprzony ninja? Gdzie są straże?! – krzyknął Mortenson, przyciskając guzik alarmu na swoim komunikatorze.

– Kim jesteś? – zapytał nieco jeszcze zdyszany książę, pochylając się nad dowódcą straży, który wciąż leżał na podłodze.

– Kapitan Aline Sages, Wasza Wysokość. Mistrz Shan-Li przysłał mnie tutaj z misją odbicia mistrza El-Li z rąk plemienia Sithathu – powiedziała Aline cicho i zdjęła kominiarkę.

Wiedziała, że to może być kluczowy moment, dlatego stanęła w pozycji defensywnej, z lekko ugiętymi w kolanach nogami i wyciągniętymi przed siebie rękami. Jej oczy maskowały grube, czarne kreski, a włosy miała związane ciasno na czubku głowy, ale mimo wszystko obawiała się, że Ian może ją rozpoznać. Przez chwilę czuła się naga i bezbronna.

Ale książę tylko zerknął na nią, jęknął i złapał się za głowę.

– O bogini! Baba nas pokonała. I to nie żadna Helga, tylko takie chuchro. Będą o tym pisać w kronikach Cesarstwa.

Mortenson, zwijając się ze śmiechu, usiadł ciężko na fotelu. Jego wzrok padł w końcu na dowódcę straży.

– Sanchez żyje?

– Tylko go uśpiłam, pułkowniku. Żeby go obudzić, trzeba po prostu położyć trzy palce: wskazujący, serdeczny i kciuk na kości ciemieniowej.

W tym samym momencie dowódca straży zachrapał, co wywołało kolejny atak śmiechu u Mortensona i nawet blady uśmiech na twarzy księcia.

– Chodź tutaj i sama go obudź – powiedział Ian stanowczo. – A ty, Peter, wreszcie się zamknij.

Aline podeszła do Sancheza, ale po chwili odskoczyła, bo ten, kiedy tylko się obudził, wyciągnął szybko rękę i starał się złapać ją za kolano.

– Ty dziwko! Zapłacisz mi za to! – wysyczał, wstając i zataczając się w jej stronę.

W końcu stanął w rozkroku i otrząsnął się jak pies.

– Hola, Sanchez, spokojnie. Jak wynika z jej nazwiska, to oficer wywiadu Sagessii, kapitan Aline Sages. Miała dać nam pokaz, no to dała. A że przy okazji skopała ci tyłek... – Książę, z wesołym uśmiechem na twarzy, złapał dowódcę straży za kołnierz i odciągnął go od dziewczyny, która wciąż stała w pozycji obronnej, z wyciągniętymi asymetrycznie ramionami i szeroko rozstawionymi nogami. – A ty też wyluzuj. Nie jesteśmy dzikusami, nie bijemy kobiet. – Mrugnął do Aline.

Pułkownik Mortenson znowu wybuchł histerycznym śmiechem. Nagle otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wbiegli strażnicy.

– Przeszukać ją! – krzyknął Sanchez, wskazując dziewczynę palcem.

Żołnierze podbiegli do niej, ale nim jej dotknęli, zatrzymali się i niepewnie spojrzeli w stronę dowódcy straży. Miny mieli osobliwe. Z jednej strony wyglądali na pozytywnie zaskoczonych, jakby otrzymali niespodziewany prezent, z drugiej – na pełnych wątpliwości, jakby nie wiedzieli, z której strony zacząć. Ten, który stał na przedzie – wysoki, ciemnowłosy, o żabiej twarzy najszybciej otrząsnął się z początkowego szoku i podszedł do dziewczyny zamaszystym, bynajmniej nie wojskowym krokiem, teatralnie przygładzając włosy.

– Tak jest. Chłopcy, do roboty, to tylko baba.

– Nie jestem babą, jestem oficerem wywiadu, żołnierzu – powiedziała Aline chłodno i mechanicznie. – Może się obyć bez dotykania. Po prostu się rozbiorę i przeszukacie moje rzeczy.

Ian skinął lekko głową w kierunku żołnierzy i przysiadł na biurku panelu kontrolnego. Zaplótł ramiona na klatce piersiowej i patrzył na dziewczynę bez skrępowania. Z jego twarzy nie dało się odczytać, co właściwie myśli. Żołnierze stojący kilka kroków od Aline wyglądali, jakby nie wiedzieli, co mają ze sobą zrobić. Obecność dowódców niewątpliwie zabijała w nich entuzjazm, jaki normalnie okazywaliby podczas wykonywania takiego zadania. A ona zachowywała się tak, jakby nie obchodziło jej to, co się działo dookoła. Z obojętnym wyrazem twarzy zrzuciła czarną kurtkę i zaczęła rozpinać pas. Sanchez stanął blisko niej i marszcząc czoło z wysiłku, poszukał jej wzroku.

– Ja skądś znam tę twarz.

– Zobaczyliście mnie w swoim śnie, zanim zaczęliście chrapać – odpowiedziała Aline zimno, jednocześnie w panice zastanawiając się, gdzie ten człowiek mógł ją spotkać.

– Jestem pewien, że już cię widziałem. I zdecydowanie w zupełnie innej roli. Nie pasujesz do tego munduru.

Dziewczyna prychnęła i wzruszyła ramionami, zdejmując koszulkę. Została tylko w czarnych majtkach i czarnym sportowym staniku, ale nie była tym specjalnie skrępowana. Z mrocznym wyzwaniem w oczach spojrzała na księcia i pułkownika, którzy cały czas z uwagą obserwowali jej striptiz.

– Eeee, pani kapitan, proszę jeszcze rozpuścić włosy – powiedział Lancaster.

Bez słowa ściągnęła gumkę. Po jej plecach i ramionach spłynęły bezładnie blond włosy i zakryły piersi. Okazało się, że jest jeszcze ktoś, kto może ją zdemaskować – jeśli tylko przypomni sobie, gdzie i w jakich okolicznościach ją widział. Z nerwów aż ją boleśnie zakłuło w brzuchu. Czy ona o czymś nie zapomniała?

– Skończyliśmy – powiedział wysoki żołnierz, mocno skrępowany, patrząc w podłogę.

Na podłodze leżały latarka, komunikator, sznurek, wskaźnik laserowy i zwitek dokumentów.

– To jest list od mistrza Shan-Li do Waszej Wysokości – powiedziała Aline, patrząc na księcia z rezerwą. – Czy mogę się już ubrać?

Ten, z cieniem uśmiechu na ustach, skinął głową.

– Widzę, że Shan-Li używa współczesnych metod komunikacji. Witamy w forcie, kapitanie. Jeśli będziesz potrzebowała jakiejkolwiek pomocy, nie wahaj się skontaktować ze mną lub pułkownikiem Mortensonem. À propos, gdzie jest twój oddział?

– Moi ludzie powinni byli już kilka minut temu zdobyć wasze wieże wartownicze. Czy możecie to potwierdzić?

Książę spojrzał na Aline ze zdziwieniem i szybkim krokiem podszedł do komunikatora.

– Wieża jeden, zgłoś się.

– Tu wieża jeden, odbiór – odpowiedział mu rzeczowy, kobiecy głos.

Ian zaklął i podjął drugą próbę:

– Wieża dwa, zgłoś się.

– Tu wieża dwa, odbiór. – Ten głos był zdyszany i zdenerwowany, ale niewątpliwie należał także do przedstawicielki płci pięknej.

Pułkownik Mortenson, klepiąc wyprowadzonego z równowagi księcia po ramieniu, znowu zaczął się śmiać.

– Miałeś rację, Wasza Wysokość! My w Cesarstwie nie bijemy kobiet. To one nas biją!

Rozdział 2
Tęsknoty i powinności

Następnego ranka obudziło ją ostre, południowe słońce, które ogrzewało jej policzek. Szybko ubrała się w krótkie, czarne spodenki i czarną koszulkę na ramiączkach, przeczesała włosy, pochlapała twarz wodą i napisała dziewczynom na komunikatorze: „30 minut”. Na Południu ćwiczyć intensywnie można było tylko wczesnym rankiem. Im później się robiło, tym upał stawał się coraz bardziej nieznośny, usypiał i odbierał energię.

Zbliżyła twarz do lustra, które wisiało w jej wojskowej kawalerce, i spojrzała zniechęcona w swoje niebieskie, wielkie oczy, teraz – ze zmęczenia i z powodu podrażnienia – nabiegłe krwią. „Znowu mam alergię na ten syf” – pomyślała z rezygnacją. „Czas już wracać do domu”.

Nie spodziewała się, że tak bardzo zatęskni za starszymi braćmi, którzy – nie zważając na jej osiągnięcia w armii – wciąż traktowali ją jak małą dziewczynkę. Kiedy spotykali się w ósemkę, to mimo że wszyscy byli już dorośli, nadal zachowywali się jak stado szczeniaków podgryzających sobie uszy. Ale też, kiedy trzeba było, stawali za sobą murem. Tęskniła za cichą życzliwością matki, której spojrzenie dostrzegało zbyt wiele. Tęskniła nawet za ojcem, z którym wiecznie się kłóciła, ale którego mimo to gorąco kochała. Tęskniła za murami zamku Mire-Mareil, które uwielbiała obserwować w świetle wschodzącego słońca, gdy wracała z porannego joggingu. Tęskniła za skokami z wodospadu do górskiej rzeki. Tęskniła za czarnymi oczami Michela, które paliły ją od środka, gdy on nocami przychodził do jej pokoju... Poczuła zimny dreszcz na plecach. Nie, za tym akurat nie miała prawa tęsknić.

Powrót z ostatniej akcji w jej życiu nie oznaczał jednak powrotu do świata beztroskiego dzieciństwa. Nie mogła nawet zrobić sobie wakacji, bo zgodnie z surową tradycją Królestwa nie miała wpływu na swoje życie. Praca w wywiadzie stanowiła tylko odroczenie wyroku. Taką umowę miała z ojcem. Ona może przez dobrych kilka lat pobawić się w wojsko, a on zawiesza na ten czas plany matrymonialne wobec niej. Gdy wróci do domu, bez gadania podporządkuje się jego woli. Westchnęła i pomyślała smętnie, że tak jak teraz tęskni za rodziną, tak za jakiś czas obarczona dziećmi i domowymi problemami będzie tęsknić za tą paskudną farbą na twarzy, która zawsze podrażniała jej spojówki.

A musiała wrócić jak najszybciej. Wojna między Królestwem a Cesarstwem była już nieunikniona i nawet ten krótki pobyt na terytorium wroga wiązał się dla księżniczki Królestwa z poważnym niebezpieczeństwem.

 

Właśnie tak. Aline nie była tylko oficerem wywiadu Sagessii. Była najmłodszym dzieckiem króla Richarda Lemerciera – władcy Królestwa Żeglarzy – i jedyną dziewczynką wśród licznego rodzeństwa. Szpiegować dla swojego państwa mogła tylko dzięki jego skostniałej tradycji, zgodnie z którą praktycznie od urodzenia na wszelkich uroczystościach występowała incognito. Starannie chroniono ją też przed mediami. Wbrew umowie jej ojciec nie dawał za wygraną i wciąż starał się ją swatać z każdą co lepszą partią na Kontynencie Zachodnim. Ale, jak dotąd, mogli ją poznać tylko nieliczni, bardzo wysoko postawieni arystokraci.

W taki właśnie sposób Aline poznała ojca Iana. Teraz trudno było w to uwierzyć, ale jeszcze kilka lat temu Cesarstwo i Królestwo miały dobre relacje. Przyjaźń cesarza Lancastera i króla Lemerciera, ojca Aline, była raczej szorstka i oparta bardziej na przyciąganiu się przeciwieństw niż na podobieństwach, ale za to została sprawdzona w wielu ciężkich bojach. To dzięki wzajemnemu zaufaniu mimo wielu ostrych dyskusji udało się im obu pokonać i zniszczyć Kontynent Wschodni podczas V wojny światowej – ostatniego konfliktu zbrojnego na tak wielką skalę.

W epoce, gdy Aline miała zaledwie kilka lat, władcy dwóch największych potęg na kontynencie lubili spędzać ze sobą i swoimi rodzinami wolny czas. Aline ponoć nawet kiedyś widziała Iana, jednak starszy od niej chłopiec zwracał na nią uwagę tak samo jak jej bracia, czyli wcale. Nie istniało więc ryzyko, że rozpozna rysy widzianej kiedyś przelotnie, małej blondyneczki w dorosłej wojowniczce.

Co innego, jeśli chodzi o jego ojca – Cesarza Słońca. Ten był niegdyś częstym gościem Lemercierów, kiedy spędzali oni rodzinne wakacje w Sagessii. Aline dobrze znała i bardzo ceniła energicznego i wesołego mężczyznę, który nigdy jej nie ignorował. Spędzała z nim długie godziny na pasjonujących dyskusjach o rządzeniu państwem, ekonomii, religiach, wojsku i wszystkim, o czym nie mogła otwarcie rozmawiać w domu. Skrycie marzyła o tym, żeby to on był jej ojcem.

Ostatni raz widzieli się, gdy Aline miała szesnaście lat i właśnie wtedy padł pomysł, żeby królewską córkę wydać za cesarskiego syna. Akurat siedzieli na tarasie willi, jedząc podwieczorek i dyskutując o najnowszych wydarzeniach w Cesarstwie.

– Odebranie przywilejów podatkowych producentom żywności w południowych krajach Cesarstwa było idiotyzmem! – krzyczała podniecona nastolatka, grożąc władcy łyżką umazaną lodami. – To przecież spowoduje wzrost cen w całym państwie, pogorszy sytuację najbardziej potrzebujących, a korzyści przyniesie tylko nielicznym, najbogatszym!

– Spójrz na to z innej strony – odpowiadał jej Edward Lancaster z zachwyconym, spokojnym uśmiechem, niedbale strzepując popiół z cygara. – W taki sposób ukrócimy spekulacje żywnością i zmniejszymy podatki, na czym skorzystają wszyscy, szczególnie najbiedniejsi. A co najważniejsze, otworzymy rynek. Wolny handel to...

Aline, gotowa na ripostę dotyczącą zgniłego kapitalizmu, już się napuszyła i lekko zarumieniła, ale jej ojciec był pierwszy.

– Ładujesz jej, Edward, takie rzeczy do głowy – powiedział sucho, siadając w fotelu po drugiej stronie. – A to dziewczyna! Ta wiedza nigdy się jej nie przyda, a tylko rozpali jej wyobraźnię.

Cesarz spojrzał na Aline z lekką tęsknotą we wzroku.

– Ty, Richard, mógłbyś się potknąć o diament i nie zauważyć go. Dałbyś mi ją. Mój syn potrzebuje żony. Ta się nada. – Mrugnął do dziewczyny, zupełnie niezrażony tym, że ta patrzy na niego wzrokiem wilkołaka. – Pyskata nieco, ale dobrze zrobi Ianowi ktoś, kto nie będzie mu tylko potakiwał...

Tym razem to ona odpowiedziała pierwsza, wchodząc na tak wysokie rejestry, że aż kieliszki na stole zadzwoniły.

– Po moim zdechłym, oślizgłym, omszonym trupiszczu! Nie będę za nikogo wychodzić za mąż ani rodzić jakichś obleśnych bachorów!

– Aliiiine! – przerwał jej ojciec ostrzegawczym tonem. Wstał gwałtownie z fotela i złapał ją za kark jak szczenię.

Zatopiona we wspomnieniach dwudziestoczteroletnia Aline otrząsnęła się i uśmiechnęła kwaśno do swojego odbicia w lustrze. Była naiwna i głupia, wierząc w socjalizm oraz w to, że uda jej się uciec od losu kobiety w Królestwie Żeglarzy. Wręcz przeciwnie. To właśnie jej dossier znalazło się wtedy na samym szczycie stosu propozycji matrymonialnych dla Iana. Na szczęście młody książę był tak samo zainteresowany małżeństwem jak ona i najprawdopodobniej nigdy nawet nie zerknął na zdjęcia kandydatek. Ale czy to założenie jest słuszne, okaże się za kilka godzin, podczas spotkania w centrum dowodzenia, gdy Ian zobaczy ją w dziennym świetle, bez kamuflażu.

Dużo wody upłynęło od ostatniego spotkania dwóch potężnych przyjaciół. Tamten beztroski poranek wydawał się teraz Aline absurdalnie odległy, a jego wspomnienie było mgliste, tak jakby zdarzyło się to w jakimś innym życiu. Konflikt pomiędzy Cesarstwem Słońca a Królestwem Żeglarzy narastał od dobrych kilku lat. Nikt już chyba nie wiedział, od czego w zasadzie się zaczęło. Nie było to nic spektakularnego. Ot, zakaz importu mięsa z Cesarstwa czy coś równie banalnego. Jedna akcja wywołała reakcję łańcuchową. Sankcje zaczęły gonić sankcje, pojawiły się regulacje antyimportowe, zaporowe cła, aż wreszcie wybuchła wojna ekonomiczna. Nie polepszyło sytuacji kilka wymyślnych ataków hakerskich na instytucje rządowe po obu stronach.

Mimo że relacje mocarstw stały się fatalne, jeszcze dwa lata temu nikt się nie spodziewał, że dojdzie do otwartego starcia. W końcu żyło jeszcze pokolenie walczących w ostatniej wojnie, które zbyt dobrze wiedziało, czym to pachnie. Iskrą na beczce prochu stał się wewnętrzny konflikt religijny w państwie-mieście Mandorii, niezwykle ważnym dla obu stron ze względów strategicznych. Królestwo poparło naturalnie fanatycznych wyznawców Jedynego Boga, Cesarstwo – ich przeciwników.

Na próżno w rozmowach pokojowych uczestniczyli mediatorzy z neutralnej Sagessii, na próżno wdowy i weterani ostatniej wojny apelowali o rozsądek – mocarstwa bezwzględnie dążyły do konfrontacji siłowej. I nie chodziło nawet o dominację, tylko o prestiż. Dlatego Aline była przekonana, że jej dossier – jako potencjalnej narzeczonej przyszłego cesarza – już dawno wylądowało w koszu lub w archiwum. Wciąż oczywiście istniało ryzyko, że ktoś ją pamięta, ale nie mogło jej to powstrzymać.

To miało być jej ostatnie zadanie, więc cieszyła się, że jest takie spektakularne. Sam fakt, że księżniczka pracująca dla wywiadu Królestwa pojawiła się w ściśle chronionej bazie Cesarstwa, pod samym nosem przyszłego cesarza, był w końcu bezprecedensowy. Ale w zasadzie nie stało się to przypadkowo. Aline była najlepszym człowiekiem do tej roboty, jedyną osobą na świecie – jak dotąd myślała – która po przejściu treningu w Zakonie Shan-Thi żyła poza Świętą Górą.

Całkiem niedawno, ku swojemu zdziwieniu, odkryła, że nie jest wyjątkiem. W zakonie wykształcony został również lider plemienia Sithathu, którego miała unieszkodliwić. Dlaczego trzeba to było zrobić? Święta Góra była miejscem kultu szanowanym na całym wieloreligijnym Kontynencie Zachodnim. Jednak mnisi nie zajmowali się tylko medytacją i modlitwą. Jak powiedział książę Lancaster – każdy z nich był niebezpiecznym wojownikiem. Ale to nie znajomość sztuk walki była ich największym atutem. Uczniowie wielkiego mistrza Shan-Li zdobyli umiejętności, które mogły zmienić równowagę militarną na kontynencie. Dzięki sztuce programowania umysłu, przy pomocy specjalnych gestów, dźwięków i słów potrafili zmusić innych do robienia nieprawdopodobnych rzeczy. Była to wiedza niebezpieczna, dlatego pilnie jej strzeżono. Każdy adept, zanim poddał się rytuałowi ostatecznego włączenia w poczet zakonników Shan-Thi, pił wodę ze Świętej Góry, co dawało mistrzowi wgląd w jego przyszłość. Mówiono, że ci, którzy nie byli godni tego, by wstąpić do zakonu, po jej wypiciu się nie budzili. Aline się obudziła... gdzieś na łące, kilkadziesiąt kilometrów od Świętej Góry, z malutką karteczką w dłoni, zapisaną ręką jej mistrza: „Do zobaczenia, mała Aline”. Od tego momentu nie miała żadnego kontaktu z Shan-Li ani innymi zakonnikami. Dlatego, gdy otrzymała od niego list z prośbą o wykonanie zadania, była naprawdę zdziwiona, choć nie wahała się ani chwili.

Dobrze wiedziała, że stawka jest bardzo wysoka. Plemię Sithathu, zamieszkujące dżunglę na wschodnim wybrzeżu Cesarstwa Słońca, przez wiele lat żyło jak pokojowa komuna. Nie stanowiło poważniejszego zagrożenia do momentu, gdy dołączył do niego renegat z zakonu Shan-Thi. Dziewczyna nie dziwiła się, że mistrz Shan-Li, który nigdy wcześniej nie angażował się w sprawy świata zewnętrznego, tym razem postanowił zareagować. Również Cesarstwo, tolerancyjne wobec wszelkich religii, odłamów i sekt, zaniepokoił taki stan rzeczy.

Trzeba było zlikwidować buntownika, zanim niebezpieczna wiedza zakonu zostanie przez kogoś przejęta. Mimo że Aline czuła respekt i wdzięczność dla swojego dawnego mentora, była nieco podminowana, ponieważ ostatnie zdanie w liście Shan-Li brzmiało: „Wreszcie dopadło cię przeznaczenie, Ā, watashi no akaru-sa”, co w języku Świętej Góry znaczyło: „O moja światłości”. Wyglądało to groźnie. Dziewczyna zastanawiała się, czy oznacza to, że podczas tej akcji zginie.

Zadzwonił alarm, który wyrwał ją z zamyślenia. Dość brutalnie przetarła twarz – jakby chciała się ukarać za bujanie w obłokach, ostatni raz spojrzała w podrapane lustro i wyszła na całkowicie wyludnioną ulicę. Słońce było już wysoko, ale w powietrzu ciągle jeszcze unosiło się wspomnienie świtu. Ulica, jak w każdym miasteczku Południa, była bardzo wąska, ściśnięta pomiędzy wysokimi domami z kamienia o białych, zamkniętych okiennicach. W promieniach porannego słońca, które odbijały się od żółtobiałych murów, wszystko wydawało się zbyt jaskrawe.

Zaczęła się lekko rozciągać przed biegiem – oparła stopę o mur i tak położyła tułów na nodze, że czołem dotykała kolana. Wciąż czuła się senna, więc rozpuściła włosy i zastygła w tej pozycji. Nagle na pustej ulicy rozbrzmiały czyjeś kroki. Odwróciła twarz w kierunku przechodnia, ale nie zmieniła ułożenia ciała.

To był Ian Lancaster. Przez wąskie prześwity między kamienicami słońce co chwila rzucało promienie na jego skupioną, klasycznie piękną twarz. Książę był wysoki i złoto-brązowy, wyglądał jak uosobienie stereotypu o surferach z Południa. Przystojny, nieco zbyt pewny siebie i nonszalancki. Zdawało się, że jego twarzy nigdy nie dręczyła zmarszczka smutku i niepokoju. Dlatego bracia Aline nazywali go „bananowym chłopcem” – urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, od dziecka był przyzwyczajony do rządzenia i do tego, że mógł mieć wszystko, czego zapragnął. Niespodziewanie zadźwięczało jej w głowie coś, co powiedział Marco – jej brat i szef wywiadu Królestwa, tuż przed tym, nim wyjechała na misję: „Nie popełnij błędu i nie zlekceważ młodego Lancastera. Niech cię nie zmyli jego niewinny wygląd. Łatwo jest oszacować go zbyt nisko, zwłaszcza jeśli ma się do czynienia tylko ze złowrogimi typami z naszych stron. Pamiętaj, że cesarska maszyna działa niezwykle skutecznie, bananowy chłopiec odebrał najlepsze wykształcenie i przeszedł najbardziej surowe szkolenie na całym Kontynencie Zachodnim. A kiedy był na ostatnim roku, na koleżeńskich manewrach akademii niemal wygrał z naszym Michelem, starszym przecież od niego o dwa lata”.

Inne książki tego autora