Odmieńcza rewolucjaTekst

Z serii: Mówi muzeum
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jo­an­na Kra­kow­ska

Od­mień­cza re­wo­lu­cja

Per­for­mans na cu­dzej zie­mi

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Mu­zeum Sztu­ki No­wo­cze­snej w War­sza­wie

Kra­ków–War­sza­wa 2020

Spis tre­ści

Osad­ni­cy. Wstęp

1. Pre­zy­dent­ki

2. Queer, kamp i miej­ska sztu­ka lu­do­wa

3. Te­atr idio­tycz­ny

4. Wo­jow­nicz­ki

5. AIDS. Ko­ali­cja nie­umar­łych

6. So­list­ki

7. Sa­rah Schul­man. Za­wsze wbrew

8. Li­ber­té, éga­li­té, les­bia­ni­té

9. Za­koń­cze­nie

Po­dzię­ko­wa­nia

In­deks osób, grup ar­ty­stycz­nych i ru­chów ak­ty­wi­stycz­nych

Źro­dła ilu­stra­cji i cy­to­wa­nych wier­szy

Przy­pi­sy

Osad­ni­cy. Wstęp

„Cu­dza zie­mia” to wol­ny prze­kład „Ren­ted Is­land”. Tak Jack Smith na­zy­wał Man­hat­tan. Wy­spa, wy­dzier­ża­wio­na od rdzen­nych miesz­kań­ców, sta­ła się w dru­giej po­ło­wie XX wie­ku ar­chi­pe­la­giem wy­se­pek, po któ­rych moż­na swo­bod­nie się prze­miesz­czać, któ­re moż­na za­jąć, od­mie­nić, po­rzu­cić, ko­lo­ni­zo­wać i re­ko­lo­ni­zo­wać. Gdzie moż­na usta­no­wić wła­sne in­sty­tu­cje i miej­sca kul­tu, przy­łą­czyć się al­bo roz­dzie­lić, żyć osob­no al­bo ko­lek­tyw­nie, upo­dab­niać się al­bo wy­róż­niać.

„Per­for­mans na cu­dzej zie­mi” to me­ta­fo­ra od­mień­czej in­wa­zji w prze­strzeń pu­blicz­ną, zwłasz­cza w ory­gi­nal­nej for­mu­le Jac­ka Smi­tha, bo „ren­ted” zna­czy wy­na­ję­ta, a więc za­ję­ta tym­cza­so­wo, z nie­pew­no­ścią ju­tra. A że ży­je­my dziś w cza­sach na­ra­sta­ją­cej nie­pew­no­ści i tym­cza­so­wo­ści – po­czu­cia, że od­mień­cy wciąż nie są u sie­bie, że ta zie­mia jest wciąż cu­dza – po­wrót do tam­tej, owoc­nej prze­cież, choć nie bez strat i ofiar, re­wo­lu­cji mo­że być in­spi­ra­cją, kon­so­la­cją, kon­spi­ra­cją, czy­li lek­cją oby­wa­tel­skie­go i spo­łecz­ne­go nie­po­słu­szeń­stwa.

Joe Ci­no, Jack Smith, Jo­nas Me­kas, El­len Ste­wart, Lau­rie An­der­son, John Vac­ca­ro, Yvon­ne Ra­iner, Char­les Lu­dlam, Ka­ren Fin­ley, Pen­ny Ar­ca­de, Da­vid Woj­na­ro­wicz, Eile­en My­les – to je­dy­nie przy­kła­do­we na­zwi­ska spo­śród se­tek czy ty­się­cy re­ko­lo­ni­za­to­rów, któ­rzy swo­imi no­wy­mi ry­tu­ała­mi od­mie­ni­li nie tyl­ko wy­spę, lecz tak­że współ­cze­sną sztu­kę, kul­tu­rę i myśl teo­re­tycz­ną. „Ame­ry­kań­ski sen” za ich spra­wą zy­skał no­we zna­cze­nie i na­praw­dę się zi­ścił. Mo­że à re­bo­urs i na pew­no ina­czej, niż wy­obra­ża­li to so­bie oj­co­wie za­ło­ży­cie­le, pu­ry­tań­scy piel­grzy­mi i pierw­si przy­by­sze na cu­dzą wy­spę, ale za to cał­ko­wi­cie ory­gi­nal­nie, bez opre­sji i przy­zwo­le­nia na na­rzu­ca­nie in­nym he­ge­mo­nicz­nych war­to­ści, wie­rzeń i oby­cza­jów.

Choć anar­chi­stycz­na, a więc z de­fi­ni­cji an­ty­to­ta­li­tar­na, od­mień­cza re­wo­lu­cja by­ła to­tal­na. Po­le­ga­ła bo­wiem na prze­kra­cza­niu wszel­kich gra­nic – te­go, co pięk­ne, te­go, co sto­sow­ne, te­go, co uzna­ne, te­go, co bez­piecz­ne, i te­go, co sil­ne. Jej na­rzę­dziem był per­for­mans – ga­tu­nek sztu­ki, a za­ra­zem stra­te­gii spo­łecz­nej, któ­ry za­gar­nia na swój uży­tek cu­dze prze­strze­nie, spra­wia­jąc, że mu­zy­ka, te­atr, sztu­ki wi­zu­al­ne, ta­niec i ży­cie nie­odwo­łal­nie tra­cą au­to­no­mię wo­bec sie­bie na­wza­jem. Na­rzę­dziem zaś per­for­man­su by­ła jak­że czę­sto od­mień­czość, czy­li queer – brak uzna­nia dla kul­tu­ro­wych norm pę­ta­ją­cych wy­obraź­nię, pra­gnie­nia, eks­pre­sję i fan­ta­zję.

„Po­trzeb­na jest mi ja­kaś toż­sa­mość, któ­rej mo­gę uży­wać jak bro­ni, bro­ni rów­nie sku­tecz­nej jak ta, któ­rą wy­mie­rzy­ło we mnie spo­łe­czeń­stwo” – na­pi­sa­ła Su­san Son­tag w 1959 ro­ku1. Ho­mo­sek­su­al­ność sta­ła się wi­dać ta­ką sku­tecz­ną bro­nią, sko­ro już dwa­na­ście lat póź­niej pre­zy­dent Ni­xon gło­sił, że „homo­sek­su­alizm, tra­wa i nie­mo­ral­ność” to wro­go­wie sil­nych spo­łe­czeństw. Queero­we, nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­ne, homo­sek­su­al­ne do­świad­cze­nie – a ra­czej je­go ujaw­nie­nie, ure­flek­syj­nie­nie, spo­żyt­ko­wa­nie, upo­li­tycz­nie­nie, prze­two­rze­nie i od­gry­wa­nie – roz­sa­dzi­ło więc nie tyl­ko ra­my sztu­ki, ale tak­że, a mo­że przede wszyst­kim, ra­my spo­łecz­ne.

Ta książ­ka ma opo­wie­dzieć ja­kąś drob­ną część tej hi­sto­rii, hi­sto­rii od­mień­cze­go per­for­man­su na Man­hat­ta­nie – na sce­nie, w piw­ni­cy, w klu­bie i na uli­cy – od lat sześć­dzie­sią­tych po dzie­więć­dzie­sią­te, z wy­ciecz­ka­mi w przy­szłość i w prze­szłość, a na­wet do Pol­ski. Sło­wa „per­for­mans” uży­wam tu cał­ko­wi­cie nie­orto­dok­syj­nie, z peł­ną swo­bo­dą re­kwi­ru­jąc je wszyst­kim stro­nom spo­rów o je­go po­cho­dze­nie i ro­zu­mie­nie. Im jest bar­dziej splą­ta­ne i nie­czy­ste, te­atral­ne, wi­zu­al­ne, wer­bal­ne i cho­re­ogra­ficz­ne, tym le­piej – i nie za­przą­tam so­bie gło­wy wy­my­śla­niem dlań żad­nej no­wej de­fi­ni­cji. Waż­ne na­to­miast, by pa­mię­tać, że ta książ­ka to tyl­ko ma­ły wy­ci­nek hi­sto­rii per­for­man­su, hi­sto­rii queeru, hi­sto­rii No­we­go Jor­ku, hi­sto­rii kontr­kul­tu­ry i za­ra­zem po­pkul­tu­ry. Wy­ci­nek tro­chę in­ny niż te naj­bar­dziej zna­ne i naj­czę­ściej opo­wia­da­ne, bo wię­cej tu ko­biet, a mniej mu­zy­ki, wię­cej te­atru, a mniej War­ho­la, choć i te­atr nie ten, co zwy­kle, a w uszach sta­le dźwię­czą mi sło­wa Jen­ny Di­ski, że je­dy­ną rze­czą ab­so­lut­nie pew­ną jest to, że w tam­tych cza­sach mu­zy­ka by­ła naj­lep­sza2.

Co zaś ty­czy się War­ho­la, to – je­śli ktoś po­czu­je się za­wie­dzio­ny – niech so­bie po­my­śli, jak mu­sie­li się czuć lu­dzie, któ­rzy przy­by­li na spo­tka­nie z nim do Ga­le­rii Re­mont w war­szaw­skiej Ri­vie­rze 11 li­sto­pa­da 1974 ro­ku. A przy­szło tam wte­dy po­dob­no „ca­łe mia­sto”, tłu­my, te­le­wi­zja, dzien­ni­ka­rze, tyl­ko nie War­hol, bo spo­tka­nie by­ło pro­wo­ka­cją pro­wa­dzą­ce­go ga­le­rię, Hen­ry­ka Ga­jew­skie­go: „To był mój wła­sny po­mysł. Na­wet oso­by współ­pra­cu­ją­ce wte­dy z ga­le­rią do­wie­dzia­ły się do­słow­nie dwie go­dzi­ny przed sa­mym spo­tka­niem. O ma­ło mnie nie po­bi­li. Mo­im za­ło­że­niem by­ło uświa­do­mie­nie pew­nych pro­ce­sów spo­łecz­nych. Współ­cze­śnie jest oczy­wi­ste, że po­pu­lar­ność jest war­to­ścią. Wte­dy nie by­ło to tak sze­ro­ko roz­po­zna­ne”3. War­hol swo­im za­pla­no­wa­nym (nie przez sie­bie) nie­przy­by­ciem dys­kon­to­wał więc swo­ją po­pu­lar­ność. Tym ra­zem jest od­wrot­nie – ar­tyst­ki i ar­ty­ści, o któ­rych przede wszyst­kim tu pi­szę, ra­czej lub wca­le nie są po­pu­lar­ni w sze­ro­kim te­go sło­wa zna­cze­niu, co po­zwa­la mi z sa­tys­fak­cją po­sze­rzać te­raz krąg wta­jem­ni­czo­nych.

Jest też dru­ga rzecz ab­so­lut­nie pew­na, o czym mó­wi zresz­tą Jen­ny Di­ski na ko­lej­nej stro­nie książ­ki La­ta sześć­dzie­sią­te: o ile wszy­scy re­ak­cjo­ni­ści są re­ak­cyj­ni mniej wię­cej w ten sam spo­sób, o ty­le ra­dy­kal­nym moż­na by­ło być wów­czas na wie­le spo­so­bów. O nie­któ­rych z tych spo­so­bów opo­wia­da­ją zu­peł­nie nie­złe se­ria­le, jak Kro­ni­ki Ti­mes Squ­are (HBO, 2017–2019), po­ka­zu­ją­cy na­ro­dzi­ny prze­my­słu por­no­gra­ficz­ne­go w No­wym Jor­ku, czy The Po­se (Net­flix, 2018–), po­świę­co­ny kul­tu­rze ba­lo­wej i vo­gu­in­go­wi. Wie­le fra­pu­ją­cych te­ma­tów po­dej­mu­je ame­ry­kań­ska se­ria książ­ko­wa wy­daw­nic­twa Czar­ne, a wcze­śniej se­ria „Twa­rze kontr­kul­tu­ry” łódz­kiej Of­fi­cy­ny pod re­dak­cją Je­rze­go Jar­nie­wi­cza i Ma­cie­ja Świer­koc­kie­go. Nie moż­na też nie wy­mie­nić au­tor­skich ksią­żek Jar­nie­wi­cza All you ne­ed is lo­ve (2016) i Bun­tu wi­zjo­ne­rów (2019) czy mo­no­gra­fii Mar­ci­na Bor­chard­ta Anio­ły nie zna­ją wsty­du. Trans­gre­sja w ki­nie No­we­go Jor­ku (2018). To tyl­ko przy­kła­do­we ty­tu­ły z ostat­nich lat, któ­re w pol­skim obie­gu osa­dza­ją ko­lej­ne na­zwi­ska, pra­ce i idee – świa­dec­twa od­mień­czej per­spek­ty­wy.

Ar­tyst­ki i ar­ty­ści, o któ­rych opo­wia­da Od­mień­cza re­wo­lu­cja, to lu­dzie bar­dzo róż­ni, ale de­fi­niu­je ich i łą­czy po­dob­ny sto­su­nek do wła­snej twór­czo­ści, któ­ry pre­cy­zyj­nie sfor­mu­ło­wał Da­vid Woj­na­ro­wicz: „Ni­g­dy nie czu­łem się do­brze, okre­śla­jąc się w spo­sób, któ­ry by ja­koś ety­kie­to­wał mo­ją twór­czość, po­nie­waż ni­g­dy nie chcia­łem trak­to­wać się do te­go stop­nia se­rio, by in­ni wy­cią­ga­li szkła po­więk­sza­ją­ce i pod­da­wa­li mnie, mo­je dzia­ła­nia i efek­ty tych dzia­łań oce­nom we­dług kry­te­riów obo­wią­zu­ją­cych w kon­kret­nych dzie­dzi­nach ŚWIA­TA SZTU­KI”4.

Za­tem po­myśl­my o in­nych kry­te­riach i o in­nych kon­tek­stach, któ­re po­zwo­lą le­piej po­znać lu­dzi Do­wn­town.

Jack Smith, The Se­cret of Ren­ted Is­land, 1976


Bar­ba­ra Ham­mer, Put a Les­bian in the Whi­te Ho­use, 1980

1.

Pre­zy­dent­ki

Nie za­miesz­ka­ją w Bia­łym Do­mu. Żad­na z nich nie za­sią­dzie w Ga­bi­ne­cie Owal­nym, nie za­koń­czy woj­ny, nie wdro­ży pak­tu kli­ma­tycz­ne­go i praw an­ty­dy­skry­mi­na­cyj­nych, ża­den z nich nie prze­mó­wi przed Kon­gre­sem, nie ogra­ni­czy do­stę­pu do bro­ni, nie pod­pi­sze usta­wy o opie­ce eme­ry­tal­nej. Ale to wła­śnie oni mie­li wła­dzę, to one do­ko­na­ły re­wol­ty – zmia­na kul­tu­ro­wa, do ja­kiej do­szło za ich ży­cia i za ich spra­wą, jest re­al­na, sku­tecz­na i, chcia­ło­by się wie­rzyć, trwa­ła.

 

Kie­dyś mó­wi­ło się po pro­stu o kontr­kul­tu­rze, o awan­gar­dzie i sztu­ce eks­pe­ry­men­tal­nej, dziś z per­spek­ty­wy ma­in­stre­amu moż­na po­wie­dzieć śmia­ło, że w cią­gu ostat­nie­go pół­wie­cza do­ko­na­ła się queero­wa – od­mień­cza – re­wo­lu­cja. Stra­te­gie po­li­tycz­ne les­bij­skie­go per­for­man­su, ge­jow­skie­go te­atru, queero­we­go ki­na i wszel­kiej osten­ta­cyj­nie nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nej sztu­ki – w po­łą­cze­niu ze spo­łecz­nym ak­ty­wi­zmem – przy­nio­sły sku­tek. Men­tal­ny, spo­łecz­ny, le­gi­sla­cyj­ny.

Trze­ba więc o tej re­wo­lu­cji opo­wie­dzieć, zwłasz­cza te­raz, kie­dy w róż­nych miej­scach na świe­cie, a tak­że – czy przede wszyst­kim – w Ame­ry­ce, mó­wi się gło­śno o kon­ser­wa­tyw­nej kontr­re­ak­cji, a za­ra­zem o de­fi­cy­cie rów­no­ści, spra­wie­dli­wo­ści, em­pa­tii li­be­ral­nych spo­łe­czeństw. Trud­no o lep­szy mo­ment na przyj­rze­nie się hi­sto­rii ar­ty­stek i ar­ty­stów, dla któ­rych nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­na toż­sa­mość by­ła te­ma­tem i środ­kiem wy­ra­zu ar­ty­stycz­ne­go, prze­słan­ką spo­łecz­nej ak­tyw­no­ści i na­rzę­dziem po­li­tycz­nym. Tak­że po to, by upew­nić się, że gi­gan­tycz­na pra­ca, któ­rą wy­ko­na­ły i wy­ko­na­li, a wraz z nią ich prze­ko­na­nia i oso­bi­ste świa­dec­twa nie od­cho­dzą bez­pow­rot­nie w prze­szłość, nie idą w za­po­mnie­nie i na zmar­no­wa­nie. Po­ko­le­nie kontr­kul­tu­ry i un­der­gro­un­du, Fa­bry­ki, La Ma­My, Stone­wall, Ren­ted Is­land, Ri­di­cu­lo­us, Hot Pe­aches, So­lo Ho­mo, WOW Ca­fé, ACT UP, Les­bij­skich Mści­cie­lek ma dla współ­cze­snych moc­ny prze­kaz. Nie­ko­niecz­nie po­zy­tyw­ny, ra­cjo­nal­ny, przy­jem­ny, opty­mi­stycz­ny i do po­do­ba­nia się, ale z pew­no­ścią ośmie­la­ją­cy wy­obraź­nię i po­sze­rza­ją­cy gra­ni­ce te­go, co re­al­ne, i te­go, co wy­obra­żo­ne.

Kan­dy­dat­ki

11 paź­dzier­ni­ka 2016 ro­ku z oka­zji zbli­ża­ją­cych się wła­śnie wy­bo­rów pre­zy­denc­kich w no­wo­jor­skim par­ku High Li­ne – utwo­rzo­nym na po­ło­żo­nych kil­ka me­trów nad zie­mią to­rach ko­lej­ki wą­sko­to­ro­wej, któ­ra nie­gdyś za­opa­try­wa­ła skła­dy han­dlo­we w Chel­sea – umiesz­czo­no in­sta­la­cję z wier­szem Zoe Le­onard z 1992 ro­ku. Au­tor­ka, uro­dzo­na w 1961 ro­ku, jest ar­tyst­ką wi­zu­al­ną, dla któ­rej la­ta osiem­dzie­sią­te i dzie­więć­dzie­sią­te to czas opła­ki­wa­nia umie­ra­ją­cych na AIDS przy­ja­ciół i in­ten­syw­nej ak­tyw­no­ści po­li­tycz­nej na rzecz prze­ciw­dzia­ła­nia pla­dze. Wiersz, da­jąc świa­dec­two kul­tu­rze, na­stro­jom, po­li­tycz­ne­mu kli­ma­to­wi tam­te­go cza­su, wró­cił po la­tach z nie­spo­dzie­wa­ną in­ten­syw­no­ścią.

Chcę les­bę na pre­zy­dent­kę. Chcę na pre­zy­den­ta ko­goś, kto ma AIDS, i chcę pe­da­ła na wi­ce­pre­zy­den­ta, i oso­bę bez ubez­pie­cze­nia zdro­wot­ne­go, i ko­goś, kto do­ra­stał w miej­scu tak za­tru­tym tok­sycz­ny­mi od­pa­da­mi, że nie by­ło wyj­ścia i mu­siał do­stać bia­łacz­ki. Chcę pre­zy­dent­kę, któ­ra w wie­ku szes­na­stu lat mia­ła abor­cję, i kan­dy­dat­kę, któ­ra nie jest mniej­szym złem, chcę pre­zy­den­ta, któ­re­mu AIDS za­bra­ło uko­cha­ne­go i któ­ry za każ­dym ra­zem, gdy kła­dzie się spać, ma to przed ocza­mi, któ­ry tu­lił w ra­mio­nach ko­chan­ka i wie­dział, że on umie­ra. Chcę pre­zy­dent­kę, któ­ra nie ma w do­mu kli­ma­ty­za­cji, pre­zy­den­ta, któ­ry cze­kał w ko­lej­ce w szpi­ta­lu, w urzę­dzie i po za­si­łek, któ­ra by­ła bez­ro­bot­na, wy­rzu­co­na z pra­cy, mo­le­sto­wa­na sek­su­al­nie i prze­śla­do­wa­na za homo­sek­su­alizm, i de­por­to­wa­na. Chcę oso­bę, któ­ra spę­dzi­ła noc pod ce­lą i któ­rej spa­lo­no przed do­mem krzyż, i któ­ra prze­ży­ła gwałt. Chcę oso­bę, któ­ra ko­cha­ła i zo­sta­ła zra­nio­na, któ­ra sza­nu­je seks, któ­ra po­peł­nia­ła błę­dy i na nich się uczy­ła. Chcę na pre­zy­dent­kę czar­ną ko­bie­tę. Chcę ko­goś, kto ma ze­psu­te zę­by i cha­rak­ter, kto jadł pa­skud­ne szpi­tal­ne je­dze­nie, kto jest trans­we­sty­tą, i brał nar­ko­ty­ki, i cho­dził na te­ra­pię. Chcę oso­bę, któ­ra po­peł­ni­ła oby­wa­tel­skie nie­po­słu­szeń­stwo. I chcę się do­wie­dzieć, dla­cze­go to nie jest moż­li­we. Chcę się do­wie­dzieć, dla­cze­go w pew­nym mo­men­cie przy­wy­kli­śmy, że pre­zy­dent za­wsze mu­si być pa­ja­cem, za­wsze dziw­ka­rzem, a ni­g­dy dziw­ką. Za­wsze sze­fem, a ni­g­dy ro­bo­lem, za­wsze kłam­cą, za­wsze zło­dzie­jem – a ni­g­dy go nie zła­pią1.

Ten wiersz na­pi­sa­ny dla queero­we­go pi­sma nie zdą­żył się uka­zać, bo pi­smo pa­dło, więc przez la­ta krą­żył w ko­piach i od­pi­sach, a po­tem na pocz­tów­kach wy­da­nych przez fe­mi­ni­stycz­ny i queero­wy ma­ga­zyn „LTTR”, aż w koń­cu prze­tłu­ma­czo­ny na kil­ka ję­zy­ków stał się sce­na­riu­szem i na­rzę­dziem w kam­pa­niach po­li­tycz­nych. Pierw­sze je­go zbio­ro­we czy­ta­nie zor­ga­ni­zo­wa­no w Szwe­cji w związ­ku z wy­bo­ra­mi par­la­men­tar­ny­mi w 2010 ro­ku. „Chcia­ły­śmy zgro­ma­dzić ak­ty­wi­stów, ar­ty­stów, przy­ja­ciół i ko­le­gów, by wspól­nie od­po­wie­dzieć na gwał­tow­ny wzrost w na­szym kra­ju na­stro­jów neo­li­be­ral­nych, któ­re otwie­ra­ły dro­gę do par­la­men­tu par­tii fa­szy­stow­skiej, ra­si­stow­skiej i homo­fo­bicz­nej” – na­pi­sa­ły or­ga­ni­za­tor­ki ma­ni­fe­sta­cji, pod­czas któ­rej wiersz Zoe Le­onard czy­ta­no w kół­ko przez go­dzi­nę2. Od tam­tej po­ry po­dob­ne ak­cje or­ga­ni­zo­wa­no mię­dzy in­ny­mi w Tal­li­nie, Ko­pen­ha­dze, Ma­dry­cie, Hel­sin­kach, Pa­ry­żu, a w paź­dzier­ni­ku 2016 ro­ku w Wa­szyng­to­nie.

Tym­cza­sem 6 li­sto­pa­da 2016, dwa dni przed ame­ry­kań­ski­mi wy­bo­ra­mi pre­zy­denc­ki­mi, na High Li­ne, w po­bli­żu in­sta­la­cji z wier­szem Zoe Le­onard, zgro­ma­dzi­li się ar­ty­ści, po­eci i per­for­me­rzy, by – we­dle ich wła­snych słów – „od­mra­ża­jąc so­bie tył­ki”3, przez kil­ka go­dzin czy­tać i śpie­wać. O sek­sie tak­że, ale przede wszyst­kim o wła­snej wście­kło­ści wy­wo­ła­nej sy­tu­acją po­li­tycz­ną. A prze­cież by­ło jesz­cze przed wy­bo­ra­mi, któ­re wy­grać miał kan­dy­dat uosa­bia­ją­cy wszyst­ko, cze­go nie­na­wi­dzi­li naj­bar­dziej. Na ra­zie nie­mal bez­tro­sko i na prze­kór sy­tu­acji, któ­ra już by­ła, i tej, któ­ra mia­ła za­raz na­dejść, dzie­li­li się swo­imi po­my­sła­mi i fan­ta­zja­mi o za­się­gu ogra­ni­czo­nym, jak zwy­kle, choć mo­że kie­dyś to się zmie­ni.

W tę zim­ną nie­dzie­lę wśród ar­ty­stek na High Li­ne by­ła też Eile­en My­les. To o niej, dla niej czy w związ­ku z nią Zoe Le­onard na­pi­sa­ła w 1992 ro­ku swój wiersz. Eile­en My­les – ko­bie­ta, les­bij­ka, po­et­ka i per­for­mer­ka z no­wo­jor­skiej East Vil­la­ge, dziel­ni­cy awan­gar­do­wych, queero­wych, ubo­gich ar­ty­stów – wy­star­to­wa­ła bo­wiem w wy­bo­rach w 1992 ro­ku ja­ko nie­za­leż­na i „otwar­cie ko­bie­ca” kan­dy­dat­ka na urząd pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, a tym sa­mym kontr­kan­dy­dat­ka Bil­la Clin­to­na oraz spra­wu­ją­ce­go tę funk­cję Geo­r­ge’a Bu­sha.

Nie pierw­sza zresz­tą wpa­dła na po­mysł, że­by za­de­mon­stro­wać, jak ab­sur­dal­nie nie­osią­gal­ne i nie-do-po­my­śle­nia jest zwy­cię­stwo w ta­kim wy­ści­gu ko­bie­ty, ar­tyst­ki i les­bij­ki.

W 1979 ro­ku Bar­ba­ra Ham­mer, re­ży­ser­ka fil­mo­wa, pio­nier­ka fe­mi­ni­stycz­ne­go eks­pe­ry­men­tal­ne­go ki­na queer, wy­ko­na­ła przed Bia­łym Do­mem per­for­mans Put a Les­bian in the Whi­te Ho­use (Po­sadź­cie les­bij­kę w Bia­łym Do­mu). Był to ta­ki mo­ment w jej ka­rie­rze, kie­dy usil­nie po­szu­ki­wa­ła spo­so­bów „wy­do­sta­nia się z ka­dru”. Od cza­su wła­sne­go co­ming outu w ro­ku 1970 zdą­ży­ła już bo­wiem przed­sta­wić na ekra­nie swo­ją, jak mó­wi­ła, świe­żo od­kry­tą toż­sa­mość fi­zycz­ną, ki­ne­ste­tycz­ną i emo­cjo­nal­ną: „Mo­ja stra­te­gia przez ca­łe la­ta sie­dem­dzie­sią­te po­le­ga­ła na wpro­wa­dza­niu les­bij­skie­go cia­ła na ekran, wno­sze­niu do fil­mu les­bij­skie­go su­biek­ty­wi­zmu, pod­wa­ża­niu he­te­ro­nor­ma­tyw­no­ści ki­na eks­pe­ry­men­tal­ne­go”4. Dy­ke­tac­tics (Tak­ty­ki les­bij­skie, 1974) Bar­ba­ry Ham­mer to fak­tycz­nie film eks­plo­ru­ją­cy sen­su­al­ność les­bij­skich ciał, ce­le­bru­ją­cy bli­skość i zbio­ro­wą idyl­lę. In­ny jej film, Mul­ti­ple Or­gasm (Wie­lo­krot­ny or­gazm, 1976), to na­to­miast sa­ma kwin­te­sen­cja les­bij­skie­go su­biek­ty­wi­zmu – ob­raz wa­gi­ny w trak­cie ma­stur­ba­cji, na któ­ry na­kła­da­ją się nie­zwy­kłej uro­dy kra­jo­bra­zy.

Zda­niem re­ży­ser­ki ta stra­te­gia dzia­ła­ła, choć nie­ko­niecz­nie w przy­pad­ku les­bij­skiej wi­dow­ni, tę­sk­nią­cej ra­czej za hi­sto­ria­mi ty­pu hol­ly­wo­odz­kie­go, z któ­ry­mi mo­gła­by się zi­den­ty­fi­ko­wać. Stąd po­mysł, by stra­te­gię zmie­nić, sko­ro bez­po­śred­nia re­pre­zen­ta­cja ciał i zmy­słów nie pro­wa­dzi­ła ani do „zmia­ny po­li­tycz­nej”, ani do „zwięk­sze­nia ak­cep­ta­cji”, ani do „ce­le­bro­wa­nia róż­ni­cy”. Bar­ba­ra Ham­mer po­sta­no­wi­ła za­tem wejść w in­te­rak­cję z wi­dow­nią, wy­mu­sić jej fi­zycz­ne za­an­ga­żo­wa­nie, a tym sa­mym wpro­wa­dzić ją w no­wą prze­strzeń.

Naj­pierw jed­nak sa­mą re­ży­ser­kę skło­ni­ła do te­go cen­zor­ka, któ­ra po­ja­wi­ła się na jed­nym z po­ka­zów Mul­ti­ple Or­gasm i oświad­czy­ła, że skon­fi­sku­je film, jak tyl­ko ta­śma znaj­dzie się w pro­jek­to­rze. „Nie chcia­łam stra­cić fil­mu, ale też nie chcia­łam się wy­co­fać. Wy­szłam przed pu­blicz­ność i przez sześć mi­nut, to jest ty­le, ile trwa film, opi­sy­wa­łam wszyst­kie przed­sta­wio­ne w nim or­ga­zmy! Ujaw­ni­łam tak­że akt cen­zu­ry, któ­ry wła­śnie się do­ko­nał”5 – mó­wi­ła Bar­ba­ra Ham­mer. By­ło to co praw­da wy­mu­szo­ne, ale ewi­dent­ne „wy­do­sta­nie się z ka­dru”. Ko­lej­ne mia­ło być już w peł­ni świa­do­me i do­bro­wol­ne, by nie po­wie­dzieć za­an­ga­żo­wa­ne:

W oko­li­cach ro­ku 1979 by­łam już znu­żo­na po­ka­zy­wa­niem fil­mów cał­ko­wi­cie bier­nej pu­blicz­no­ści. Po­my­śla­łam so­bie, że ta­ka wi­dow­nia nie mo­że prze­cież do­ko­ny­wać wy­bo­rów po­li­tycz­nych, sko­ro nie po­dej­mu­je żad­nej ak­tyw­no­ści. Że­by wy­cią­gnąć ją z fo­te­li, zro­bi­łam film Ava­ila­ble Spa­ce (Prze­strzeń do­stęp­na), któ­ry wy­świe­tla­łam z ob­ro­to­we­go sto­łu na kół­kach, prze­miesz­cza­jąc się z nim po ca­łej sa­li. Pu­blicz­ność mu­sia­ła się ru­szyć z miej­sca, że­by film zo­ba­czyć6.

Film wy­świe­tla­ny na ścia­nach, pod­ło­dze, su­fi­cie, w za­ła­ma­niach mu­ru al­bo w na­roż­ni­kach był czę­ścią per­for­man­su na te­mat ko­bie­ty usi­łu­ją­cej ro­ze­pchnąć fil­mo­wy kadr, wy­do­stać się z nie­go, prze­kro­czyć ba­rie­ry ar­chi­tek­to­nicz­ne, wyjść po­za ekran. Do­stęp­na prze­strzeń – zgod­nie z ty­tu­łem fil­mu – mo­gła zo­stać i zo­sta­ła zna­czą­co po­sze­rzo­na. Za­py­ta­na o la­ta sie­dem­dzie­sią­te, Bar­ba­ra Ham­mer od­po­wia­da więc bez wa­ha­nia: „Wte­dy wszyst­ko by­ło ra­dy­kal­ne. Po­rzu­ca­ły­śmy przy­pi­sa­ne so­bie ro­le i ocze­ki­wa­nia wo­bec ko­biet. Szu­ka­ły­śmy no­wych form sek­su­al­no­ści przez po­żą­da­nie. Od­kry­wa­ły­śmy, że mo­że­my funk­cjo­no­wać w świe­cie na wła­snych pra­wach, a nie na tych, któ­rych nas wy­uczo­no. Pierw­szy raz po­czu­ły­śmy się sil­ne”7.

W ja­kimś sen­sie per­for­mans Put a Les­bian in the Whi­te Ho­use był ta­kim wła­śnie osta­tecz­nym ge­stem po­rzu­ce­nia ra­my, wyj­ściem z ka­dru i wy­ar­ty­ku­ło­wa­niem pra­gnie­nia, któ­re za­pew­ne sa­mej ar­ty­st­ce wy­da­wa­ło się wów­czas ra­czej abs­trak­cyj­ne. Nie mo­że spe­cjal­nie dzi­wić, że Bar­ba­ra Ham­mer sa­ma sie­bie nie po­trak­to­wa­ła w tym po­waż­nie – wca­le nie chcia­ła się­gać po wła­dzę, choć­by sym­bo­licz­ną, a tyl­ko za­ba­wić się jej po­żą­da­niem. Je­dy­ne więc, co po tym zo­sta­ło, to ślad na pocz­tów­ce w ar­chi­wum.

Dwa­na­ście lat póź­niej Eile­en My­les, trak­tu­jąc swój start w wy­bo­rach tak­że ja­ko ro­dzaj per­for­man­su, po­szła jed­nak da­lej, bar­dziej kon­kret­nie, szcze­gó­ło­wo i jed­nak do pew­ne­go stop­nia – se­rio.

Kam­pa­nia wy­bor­cza

Ow­szem, Eile­en My­les włą­czy­ła po­ezję w kam­pa­nię, za­czy­na­jąc od Ame­ry­kań­skie­go wier­sza, w któ­rym przed­sta­wi­ła wła­sne ży­cie, pi­sa­ła o bez­dom­nych, cho­rych, umie­ra­ją­cych na AIDS, py­ta­ła o wy­so­kość czyn­szów, pie­nią­dze na den­ty­stę i kon­sta­to­wa­ła tyl­ko na po­ły iro­nicz­nie:

Tak, je­stem z Ken­ne­dych.

I cze­kam

na wa­sze roz­ka­zy.

[…]

Wszy­scy je­ste­śmy z Ken­ne­dych.

A ja je­stem wa­szą Pre­zy­dent­ką8.

Ale też ogło­si­ła swo­ją kan­dy­da­tu­rę ofi­cjal­nie i roz­po­czę­ła rze­czy­wi­stą kam­pa­nię, któ­ra po­le­ga­ła przede wszyst­kim na wy­sy­ła­niu li­stów do oby­wa­te­li i oby­wa­te­lek. W li­ście z 11 wrze­śnia 1991 na­pi­sa­ła mię­dzy in­ny­mi, że im­pul­sem do star­tu w wy­bo­rach by­ło dla niej prze­mó­wie­nie Geo­r­ge’a Bu­sha na Uni­wer­sy­te­cie Mi­chi­gan, gdzie przy­pu­ścił on atak na po­praw­ność po­li­tycz­ną ja­ko no­wą for­mę cen­zu­ry. Po­et­ka tak tłu­ma­czy­ła swo­je mo­ty­wa­cje:

 

[Bush] oświad­czył, że naj­więk­szym za­gro­że­niem dla wol­no­ści sło­wa w Ame­ry­ce są dziś „po­li­tycz­nie po­praw­ni”. Są to, je­go zda­niem, człon­ko­wie ru­chu ACT UP, ofia­ry prze­stępstw mo­ty­wo­wa­nych uprze­dze­nia­mi: ko­bie­ty, oso­by homo­sek­su­al­ne, przed­sta­wi­cie­le mniej­szo­ści et­nicz­nych i ra­so­wych. Chciał­by, że­by sie­dzie­li ci­cho. […]

Dziś ogrom­na więk­szość Ame­ry­ka­nów nie mo­że li­czyć na spe­cjal­ne trak­to­wa­nie. Na bar­dzo spe­cjal­ne trak­to­wa­nie mo­gą za to li­czyć bia­li he­te­ro­sek­su­al­ni męż­czyź­ni z wyż­szej kla­sy śred­niej, ich mał­żon­ki i dzie­ci. Na spe­cjal­ne trak­to­wa­nie mo­gą li­czyć chrze­ści­jań­scy fun­da­men­ta­li­ści oraz pło­dy9.

Przed­sta­wi­ła się wy­bor­com:

Je­stem Ame­ry­kan­ką, mam czter­dzie­ści je­den lat, je­stem ko­bie­tą, les­bij­ką, po­cho­dzę z ro­dzi­ny ro­bot­ni­czej, je­stem po­et­ką, per­for­mer­ką, pi­sar­ką i wy­łącz­nie z te­go czer­pię swo­je do­cho­dy. Pła­cę po­dat­ki. Więk­szość do­ro­słe­go ży­cia prze­ży­łam po­ni­żej po­zio­mu ubó­stwa, po­zba­wio­na opie­ki zdro­wot­nej.

I za­de­kla­ro­wa­ła, że:

Od tej chwi­li do dnia wy­bo­rów wszyst­kie mo­je ar­ty­stycz­ne przed­się­wzię­cia, czy­ta­nia i per­for­man­sy sta­ną się wy­da­rze­nia­mi po­li­tycz­ny­mi.

Mie­siąc póź­niej w ko­lej­nym li­ście spo­ro miej­sca po­świę­ci­ła swo­im na­stro­jom i emo­cjom. Przy­zna­ła, że do nie­daw­na za ich zmien­ność od­po­wia­da­ły u niej nar­ko­ty­ki i al­ko­hol, ale obec­nie za­wdzię­cza to głów­nie wła­snym hor­mo­nom. Zwłasz­cza ze­spół na­pię­cia przed­mie­siącz­ko­we­go sil­nie na nią dzia­ła i po­wo­du­je znacz­ne ob­ni­że­nie na­stro­ju, choć my­śli sa­mo­bój­cze na­wie­dza­ją ją rza­dziej, je­śli tyl­ko za­an­ga­żu­je się w ja­kiś pro­jekt czy spek­takl:

Mo­je kan­dy­do­wa­nie to tak­że te­go ro­dza­ju roz­pacz­li­wy gest, je­dy­ny moż­li­wy w na­szym roz­pacz­li­wym ży­ciu. Bo ży­je­my w roz­pacz­li­wych cza­sach. Nie wy­da­je się wam, że Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych mu­si być cza­sa­mi zroz­pa­czo­ny?

Eile­en My­les mia­ła więc do za­ofe­ro­wa­nia „kam­pa­nię zmien­nych na­stro­jów”, bo twier­dzi­ła, że wi­ze­run­kom za­wsze jed­na­ko­wych, nie­prze­nik­nio­nych twa­rzy po­li­ty­ków zwy­czaj­nie nie moż­na ufać. W li­sto­pa­do­wym li­ście za­mie­ści­ła też no­wy, smut­ny wiersz pod ty­tu­łem Wy­prze­daż ta­pet z po­wo­du ban­kruc­twa, któ­ry był czymś w ro­dza­ju ody do sza­ro­ści i zo­stał na­pi­sa­ny, o czym po­in­for­mo­wa­ła czy­tel­ni­ków, w po­nu­rym na­stro­ju przed­mie­siącz­ko­wym:

O sza­ro­ści je­steś

obo­jęt­na,

za­po­mnia­na,

o sza­ro­ści

mo­ja po­chmur­na

au­ro, bar­wo

burz

bu­dyn­ków

bez

ta­bli­czek z na­zwa­mi

in­sty­tu­cji10.

W tym sa­mym li­ście za­pra­sza­ła wy­bor­ców na „du­ży wiec” w stycz­niu w te­atrze La Ma­Ma z udzia­łem Hol­ly Hu­ghes, Ci­ti­zen Re­no, Fi­ve Les­bian Bro­thers i in­nych queero­wych per­for­me­rek i per­for­me­rów, z któ­ry­mi do­brze się zna­ła. W ich śro­do­wi­sku, zwią­za­nym z WOW Ca­fé The­atre, by­ła uwa­ża­na za sztan­da­ro­wą po­et­kę les­bij­skiej bo­he­my. Po­tra­fi­ła bo­wiem – jak twier­dzi Hol­ly Hu­ghes – prze­pu­ścić ryt­my bit­ni­ków przez pry­zmat fe­mi­ni­stycz­ne­go do­świad­cze­nia queero­we­go, a jej bra­wu­ra i eks­cen­trycz­ne po­czu­cie hu­mo­ru świet­nie ko­re­spon­do­wa­ły z wraż­li­wo­ścią WOW Ca­fé11. Eile­en My­les, bę­dąc po­et­ką, nie uwa­ża­ła te­atru za „swo­ją” prze­strzeń, cho­ciaż lu­dzi te­atru mia­ła zde­cy­do­wa­nie za „swo­ich”12. By­ła przy tym w WOW sta­łą by­wal­czy­nią, a póź­niej tak­że per­for­mer­ką. I wła­śnie w tym okre­sie, pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych, zna­czą­co oży­wi­ła swo­ją per­for­mer­ską dzia­łal­ność, nie tyl­ko stric­te te­atral­ną. Jej ar­ty­stycz­ne per­for­man­sy mia­ły stać się po­li­tycz­ny­mi. I od­wrot­nie. „The New York Ma­ga­zi­ne” z 20 stycz­nia 1992 w ru­bry­ce „Per­for­man­ce” za­po­wie­dział za­tem nie „du­ży wiec”, lecz wy­stęp Eile­en My­les w te­atrze La Ma­Ma, in­for­mu­jąc za­ra­zem, że ce­na bi­le­tu wy­no­si dwa­na­ście do­la­rów.


Ulot­ka z kam­pa­nii pre­zy­denc­kiej Eile­en My­les, 1992

Kan­dy­dat­ka na pre­zy­dent­kę na tym, co praw­da tyl­ko re­la­tyw­nie „du­żym”, wie­cu wy­gło­si­ła prze­mó­wie­nie, w któ­rym za­po­zna­ła zgro­ma­dzo­nych ze sta­nem swo­je­go zdro­wia: „Krwa­wią mi dzią­sła – ale mam to w mia­rę pod kon­tro­lą”. Przy­zna­ła, że już daw­no ostrze­gał ją den­ty­sta, że po­win­na się tym za­jąć, ale zro­bi­ła to do­pie­ro, jak rzu­ci­ła pi­cie i nar­ko­ty­ki. Po­tem mó­wi­ła o umie­ra­niu oj­ca i o utra­cie przy­ja­cie­la, któ­ry umarł na AIDS: „To nie jest pry­wat­na spra­wa. W Ame­ry­ce 130 ty­się­cy osób umar­ło z po­wo­du AIDS […]. 79 ty­się­cy zgi­nę­ło pod­czas woj­ny w Za­to­ce, 50 ty­się­cy na woj­nie w Wiet­na­mie”. A po­tem o gwał­tach: „Tyl­ko w 1991 ro­ku 87 600 ame­ry­kań­skich ko­biet zo­sta­ło zgwał­co­nych, z cze­go 3 000 w No­wym Jor­ku. Na­sze dziew­czy­ny. Czyż one też nie po­win­ny być we­te­ran­ka­mi wo­jen­ny­mi? Bo­ha­ter­ka­mi? […] Sa­ma by­łam zgwał­co­na. To był gwałt na rand­ce. W któ­ry część osób w ogó­le nie wie­rzy”13. Za­nim jesz­cze na ko­niec po­świę­ci­ła kil­ka­na­ście gorz­kich zdań sko­rum­po­wa­nej sce­nie po­li­tycz­nej, oświad­czy­ła, że star­tu­je w wy­bo­rach pre­zy­denc­kich, po­nie­waż uzmy­sło­wi­ła so­bie, jak wy­glą­da jej ży­cie oraz ży­cie tych, któ­rzy jej słu­cha­ją, i jest tym wstrzą­śnię­ta, a Kon­gres nie­ste­ty nie.

Pro­wa­dzi­ła swo­ją kam­pa­nię wy­bor­czą pod ha­sła­mi: re­duk­cji wy­dat­ków na zbro­je­nia, mię­dzy­na­ro­do­wej współ­pra­cy na rzecz po­ko­ju, rów­no­ści wszyst­kich bez wzglę­du na po­cho­dze­nie, ra­sę, płeć i sek­su­al­ność. Obie­ca­ła, że nie za­miesz­ka w Bia­łym Do­mu tak dłu­go, jak dłu­go w Ame­ry­ce bę­dą bez­dom­ni. Że po­wo­ła Mi­ni­ster­stwo Kul­tu­ry. Że w cią­gu trzech mie­się­cy od ob­ję­cia urzę­du za­pew­ni wszyst­kim opie­kę zdro­wot­ną, bo sa­ma jej po­trze­bu­je. I że sko­ro otwar­cie de­kla­ru­je się ja­ko ko­bie­ta i oso­ba nie­he­te­ro­sek­su­al­na, to ma po­wo­dy, że­by te wła­śnie gru­py fa­wo­ry­zo­wać.

W ra­mach kam­pa­nii wy­stą­pi­ła więc mię­dzy in­ny­mi na zgro­ma­dze­niu na rzecz or­ga­ni­za­cji Plan­ned Pa­ren­tho­od (Świa­do­me Ro­dzi­ciel­stwo), któ­re od­by­ło się w grud­niu 1991 w P.S. 122, gdzie na ogół wy­stę­po­wa­ły awan­gar­do­we ze­spo­ły i ar­ty­ści. Tak­że i tam za­czę­ła od wier­sza:

Je­stem rzecz­nicz­ką wszel­kie­go

ro­dza­ju kon­tro­li

uro­dzin, zwłasz­cza

les­bij­skie­go sek­su

ko­ściół ka­to­lic­ki

po­wi­nien dać

nam na­gro­dę

za na­tu­ral­ność

za ryt­micz­ność

i je­stem tak­że za ro­dze­niem14

A ści­ślej, za pra­wa­mi ko­biet, któ­re ro­dzi­ły, za uho­no­ro­wa­niem ich, sko­ro prze­ży­ły to gra­ni­czą­ce ze śmier­cią do­świad­cze­nie. Płyn­nie prze­cho­dząc od wier­sza do prze­mó­wie­nia, Eile­en My­les zwra­ca­ła uwa­gę, że ko­bie­ta, ro­dząc, prze­sta­je się li­czyć, bo za­czy­na li­czyć się tyl­ko dziec­ko. Że płód ja­ko przy­szły czło­wiek jest waż­niej­szy niż te­raź­niej­sza ko­bie­ta. Że na­wet ta­blicz­ki w ba­rach ostrze­ga­ją, że spo­ży­wa­nie al­ko­ho­lu jest nie­bez­piecz­ne dla pło­du. Tym­cza­sem na­praw­dę nie­bez­piecz­na dla pło­du jest prze­moc do­mo­wa, a ta naj­czę­ściej spo­ty­ka ko­bie­ty w cią­ży ze stro­ny ich pi­ja­nych part­ne­rów.

Każ­de z ko­lej­nych wy­stą­pień, roz­sy­ła­nych po­tem w for­mie li­stów do oby­wa­te­lek i oby­wa­te­li, mia­ło coś z ener­gii stand-upu, ry­zy­kow­ne sfor­mu­ło­wa­nia, za­ska­ku­ją­cą re­to­ry­kę, anar­chi­zu­ją­cy wy­dźwięk, ale przede wszyst­kim za­wsze by­ło umo­co­wa­ne w ja­kimś przy­ziem­nym kon­kre­cie, przy­wo­ły­wa­ło zwy­czaj­ne do­świad­cze­nia, od­no­si­ło się do pro­zy ży­cia, cia­ła i sa­mo­po­czu­cia, co po­zwa­la­ło na iden­ty­fi­ka­cję z kan­dy­dat­ką. Bo jak mó­wi­ła Eile­en My­les: „W mo­jej kam­pa­nii cho­dzi przede wszyst­kim o re­pre­zen­ta­cję”15. Ko­biet, od­mień­ców i lu­dzi nie­za­moż­nych. A jak do­tąd swo­ich rzecz­ni­ków ma­ją je­dy­nie – jak już wia­do­mo – he­te­ro­sek­su­al­ni męż­czyź­ni z kla­sy śred­niej, ich ro­dzi­ny, chrze­ści­jań­scy fun­da­men­ta­li­ści i pło­dy. Eile­en My­les mó­wi­ła więc wprost, że część swo­jej kam­pa­nii po­świę­cić chce kwe­stii wi­dzial­no­ści ko­biet nie­he­te­ro­sek­su­al­nych w Ame­ry­ce: „Po­dob­no jed­na na dzie­sięć ko­biet jest les­bij­ką, ale oprócz Mar­ti­ny [Na­vráti­lo­vej] nie ma żad­nej na­praw­dę sław­nej”16.

Inne książki tego autora