Zemsta i przebaczenie Tom 4 Morze kłamstwaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zemsta i przebaczenie Tom 4 Morze kłamstwa
Zemsta i przebaczenie Tom 4 Morze kłamstwa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,85  44,68 
Zemsta i przebaczenie Tom 4 Morze kłamstwa
Audio
Zemsta i przebaczenie Tom 4 Morze kłamstwa
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redakcja

Anna Seweryn


Projekt okładki

Joanna Jax


Layout okładki

Marek J. Piwko {mjp}


Ilustracja na okładce

© Maksim Shmeljov / Shutterstock


Redakcja techniczna, skład i łamanie

Damian Walasek


Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek


Korekta

Urszula Bańcerek


Wydanie I, Chorzów 2017


Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C

tel. 600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl


Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl


© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2016

Tekst © Joanna Jakubczak


ISBN 978-83-7835-631-8

„Usta kłamliwe zabijają duszę” Mdr 1,11

Ukochanemu Tacie i Siostrom Ewie i Dorocie


1. Okolice Granady, 1943

Wpadające przez niedomknięte okiennice słońce zwiastowało kolejny upalny dzień. Jednak to nie pogoda była największym zmartwieniem leżącego na twardym sienniku Juliana Chełmickiego. Dla niego bowiem był to jeden z wielu poranków, które witały go tępym bólem głowy. Sięgnął, niemal odruchowo, po leżące na niskiej komodzie pigułki i popił je wodą z dzbanka, która w ciągu nocy zdążyła zrobić się ciepła. Miał nadzieję, że łomot w jego czaszce ucichnie, a on szybko powróci do równowagi, bo czekał go pracowity dzień. Nigdy nie pomyślałby, że jego niesamowite umiejętności jeździeckie pozwolą mu na zdobycie zajęcia polegającego na pędzeniu stada krów po wyschniętej o tej porze roku praderze. Musiał jednak z czegoś żyć, a przede wszystkim zdobyć pieniądze na powrót do Polski.

Człowiek, który uratował mu życie i dał dach nad głową, był zbyt ubogi, by mu pomóc, a i tak Julian był mu winien pieniądze za lekarstwa i wizyty doktora przyjeżdżającego do niego z Granady. Chełmicki miał też inne problemy. Pierwszym z nich był brak jakichkolwiek dokumentów. Ludzie, którzy chcieli pozbawić go życia, po prostu ogołocili go ze wszystkiego. Drugi problem był, zdaniem Juliana, dużo poważniejszy – Chełmicki nie pamiętał niczego, co zdarzyło się w ciągu ostatnich kilku tygodni. Nie wiedział, jak ani po co znalazł się na terenie Hiszpanii, nie miał również pojęcia, kto mu tutaj pomagał, a wreszcie kto i dlaczego usiłował pozbawić go życia. Cała reszta wspomnień znajdowała się we właściwym miejscu jego umysłu i miał nadzieję, podobnie jak odwiedzający go doktor, że te ostatnie także powrócą. A musiały, zanim opuści Hiszpanię. Jednak im bardziej wysilał się, by przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia, tym większą pustkę czuł w głowie. Ostatnie, co majaczyło mu się w umyśle, to jakaś kłótnia z Alicją. Nie wiedział jednak, czy doszło do pojednania przed jego wyjazdem, czy też ich związek już całkiem się rozpadł. Nie to jednak było najważniejsze, ale jego misja. To musiało być jakieś ważne zadanie, którego najpewniej nie wykonał. Nie wierzył, że znalazł się w tym miejscu, by podziwiać piękne andaluzyjskie widoki, podczas gdy w jego kraju nazistowski terror trwał w najlepsze. Nieznajomość hiszpańskiego utrudniała mu dodatkowo zadanie, ponieważ nie mógł nawet porozmawiać z gospodarzem domostwa, co zapewne wsparłoby jego pamięć. Był jednak pełen nadziei, podobnie jak wiekowy, siwy doktor, którego specyfiki okazały się błogosławieństwem dla jego obolałej głowy.

Wstał z łóżka, ubrał się i wszedł do kuchni, witając się skinieniem głowy z gospodarzem, Eduardem Carlo. Po chwili udał się na podwórze, zdjął koszulę i umył się w wielkiej drewnianej balii. Woda była zimna, najwyraźniej Eduardo niedawno ją nabrał ze studni, i ożywiła spocone ciało Chełmickiego. Wrócił do kuchni, napił się mleka, chwycił pajdę chleba i kilka minut później siedział w siodle. Naciągnął na głowę nieco zniszczony cordovan i ruszył powoli w stronę zagrody dla krów. Nie było to pokaźne stado, ale jałowe o tej porze roku łąki sprawiały, że musiał pędzić bydło niekiedy bardzo daleko, by znaleźć miejsce na wypas. Jak zawsze dobrze czuł się w siodle, ale dręczył go fakt, że zajmuje się takimi przyziemnymi sprawami, zamiast być tam, gdzie jego miejsce – w okupowanej ojczyźnie. Postanowił, że bez względu na to, czy odzyska pamięć o ostatnich wydarzeniach, czy też nie, wyruszy do ambasady w Madrycie i spróbuje wrócić do kraju. Musiał tylko zarobić trochę grosza, a potem będzie się zastanawiał, jak bezpiecznie dotrzeć do Polski.

Tego dnia postanowił pojechać do Granady, gdy skończy swoje zajęcia w gospodarstwie Eduarda, i wysłać kartkę do Weroniki. Nie był pewien, czy przesyłka dotrze, ale łudził się, że może los okaże się łaskawy, jego przyjaciółka otrzyma wiadomość i ktoś zechce mu pomóc.

Powrócił z rozległych andaluzyjskich łąk późnym popołudniem, pożyczył od Eduarda zdezelowaną furgonetkę i ruszył do Granady, by udać się na pocztę. Najpierw jednak postanowił odwiedzić dobrodusznego doktora. Lekarz nie tylko dostarczał mu pokrzepiających wieści na temat swojego stanu zdrowia i podawał leki przeciwbólowe, lecz był jedyną osobą, z którą Julian mógł się porozumieć. Doktor Franco Salazar posługiwał się bowiem angielskim w stopniu umożliwiającym nawiązanie jakiejkolwiek konwersacji.

– O, „Boląca Głowa” – przywitał go serdecznie Salazar, uśmiechając się szeroko.

– Dzień dobry, doktorze – odpowiedział Julian i dodał ze smutkiem: – Dzisiaj myślałem, że już po mnie, tak mnie łupało w czaszce.

Lekarz pokiwał głową i podrapał siwą, krótką brodę, co czynił zawsze, gdy się nad czymś intensywnie zastanawiał. Podszedł do Juliana i zaczął wpatrywać się w jego źrenice, wspomagając się niewielką lupą, którą nosił w kieszeni fartucha.

– Przejdzie… – mruknął od niechcenia i począł obmacywać Chełmickiego, zginając mu kark, przekręcając głowę to w przód, to w tył, a następnie założył mu na rękę nieco brudny mankiet uciskowy.

– Panie doktorze… – Chełmicki chciał indagować lekarza dalej, ale ten założył słuchawki na uszy i nakazał Julianowi milczenie.

– Wracasz do formy, „Boląca Głowo” – uśmiechnął się Salazar. – A twoje dolegliwości niebawem powinny ustąpić.

– Mam nadzieję – mruknął Julian.

– Pamiętaj, jeśli boli, oznacza to, że żyjesz – zarechotał doktor.

– A co z moją pamięcią?

– Nasz mózg to niezbadany organ. Ja, chłopcze, mam kapitalną pamięć, ale nie do wszystkiego. Mój umysł nie jest w stanie zapamiętywać imion i Bóg mi świadkiem, że niekiedy muszę się wysilić, by nie pomylić imienia żony. Zatem postanowiłem nadawać ludziom przydomki i w ten sposób pogodzić się ze swoją przypadłością. Nie zjednuje mi to przyjaciół, mój drogi, kiedy witam pacjentów „senior Czyrak” albo „seniora Hemoroida”. – Roześmiał się, po czym dodał: – Utrata pamięci z ostatniego czasu przed urazem nie jest niczym niezwykłym i najczęściej mija, gorzej byłoby, gdybyś nie wiedział, jak się nazywasz i skąd pochodzisz.

– Wiem, doktorze, ale przypomnienie sobie tych kilkunastu ostatnich dni przed atakiem jest dla mnie bardzo ważne. Kiedy był pan u mnie jakiś czas temu i dowiedziałem się o śmierci naszego generała, przed oczami stanęła mi twarz pewnej pięknej kobiety, ale do tej pory nie wiem, czy istniała ona w rzeczywistości, czy była jedynie sennym marzeniem. Dało mi to jednak nadzieję, że powoli przypomnę sobie wszystko, tymczasem wciąż mam pustkę w głowie – żalił się Chełmicki.

– Gdyby ktoś był przy tobie i opowiedział, co się wydarzyło albo zaprowadził w miejsca, gdzie przebywałeś, niewątpliwie byłoby łatwiej, ale w tej sytuacji jesteś zdany jedynie na siebie – westchnął doktor.

– Prosiłem wiele razy Eduarda, żeby zaprowadził mnie do miejsca, gdzie leżałem nieprzytomny, ale on tylko kręcił przecząco głową – burknął Julian.

– Bo ktoś cię w ten łeb uderzył i zapewne nie był to twój sprzymierzeniec. Myślę, że Eduardo obawia się, iż ten ktoś zechce zrobić to ponownie, a on przy okazji też oberwie. Ja również próbowałem coś od niego wyciągnąć, żeby dowiedzieć się, kim jesteś, ale milczy jak zaklęty. – Salazar machnął ręką.

– Tak… – Julian pokiwał głową. – Niedługo pojadę do Madrytu, do konsula, i spróbuję powrócić do kraju. Nic tu po mnie, szybciej czegoś się dowiem w Polsce, poza tym jest wojna, a ja jestem żołnierzem.

– Trochę wybrakowanym póki co. – Doktor roześmiał się ponownie i pożegnał swojego pacjenta, którego nazywał „Bolącą Głową”, co było zdecydowanie sympatyczniejszym określeniem niż „Czyrak” czy „Hemoroida”.

Chełmicki udał się do niewielkiego budynku o kamiennej elewacji, który wskazał mu doktor, i dość długo wpatrywał się w kartki pocztowe na drewnianym stojaku. Postronny obserwator mógłby sądzić, iż Julian intensywnie zastanawia się nad wyborem karty, nie mogąc się zdecydować, czy lepsze wrażenie zrobi zabudowa starej Granady, czy też andaluzyjskie połoniny. Chełmicki jednak miał inny dylemat. Co będzie, jeśli owa kartka dostanie się w niepowołane ręce? Czy miejscowy personel nie zacznie interesować się adresem w odległej Polsce? I wtedy kartka w ogóle nie opuści Granady, a ci, którzy chcieli pozbawić go życia, dowiedzą się, że wciąż tu jest? Nie miał pojęcia, ilu Polaków można było spotkać w Andaluzji, zapewne gdyby było ich wielu, natknąłby się na jakiegoś w Granadzie, tymczasem nie spotkał żadnego. Po kilkunastu minutach zrezygnował z nadania kartki albo depeszy i opuścił chłodny gmach niewielkiej poczty. Wsiadł do furgonetki i pojechał do finki. Postanowił, że powróci do swojego pierwotnego planu i po prostu zarobi u Eduarda na swój wyjazd do kraju.

 

2. Moskwa, 1943

Igor Łyszkin stał nieruchomo, niemal wstrzymując oddech, gdy zastępca szefa sztabu, Antonow, wpinał mu w mundur odznaczenie państwowe za zasługi dla Związku Radzieckiego i walkę w wielkiej wojnie ojczyźnianej. W istocie, Łyszkin mógł być z siebie dumny. Kiedy tylko zakończył swoją misję w Katyniu, został oddelegowany w okolice Kurska, by wywęszyć plany Hitlera. Jak zwykle udał się tam pod postacią Ottona Kriegego, ale i tak najwięcej informacji zdołał uzyskać od pewnego oficera Wehrmachtu, którego podstępem pojmał jako jeńca i oddał w ręce radzieckich „śledczych”. A oni już sprawili, że ów niemiecki oficer wyśpiewał im wszystkie plany dotyczące zajęcia Łuku Kurskiego, jak również przekazał informacje, dlaczego Hitler wciąż zwleka z ofensywą, której Rosjanie spodziewali się już od marca 1943 roku. Tego jednak można było się domyślić nawet bez informacji od jeńca. Armia niemiecka poniosła klęskę pod Stalingradem i straciła mnóstwo sprzętu, a produkcja nowego musiała trochę potrwać. Poza tym w tej ogromnej bitwie miały pojawić się najnowsze osiągnięcia niemieckiej technologii militarnej, czołgi tygrysy, którym nie dorównywały żadne dotychczas wyprodukowane. Ta zwłoka w ataku, jak również rozpoznanie planów wroga sprawiły, że Związek Radziecki mógł dobrze się przygotować, zaplanować strategię, zrobić setki kilometrów okopów, a wreszcie cierpliwie czekać na atak i z rozwagą i sprytem rozpocząć kontrofensywę. Generał Antonow bardzo skrupulatnie zbierał od swoich wywiadowców informacje na temat operacji „Cytadela” i nawet udało mu się przekonać Stalina, że lepsza będzie niejaka powściągliwość w działaniu niż zmasowany atak.

Pierwsze uderzenie nastąpiło z początkiem lipca i nic nie zapowiadało, aby miało się szybko zakończyć. Jednak dzięki dobremu przygotowaniu Armii Czerwonej, istniała nadzieja, że to Związek Radziecki odniesie sukces w tym starciu, a Igor Łyszkin był jedną z osób, która się do tego przyczyniła. Całą dumę i radość z otrzymanego odznaczenia zepsuła mu jednak myśl, że owo wyróżnienie otrzymał także za Katyń i za zdobycie materiałów, które mogły być prawdziwym problemem dla radzieckiej dyplomacji. Zapewne i to napawałoby go zadowoleniem, gdyby nie fakt, że pewnego dnia na Gibraltarze zginął najważniejszy polski generał, Władysław Sikorski. Igor nie wierzył w splot okoliczności, który doprowadził do nieszczęśliwego wypadku generała, zwłaszcza że w tym samym czasie gościem gubernatora Gibraltaru był także Iwan Majski i kilku agentów NKWD. Nie wiedzieć czemu nikt nie chciał mu powiedzieć, co wówczas się wydarzyło i to potęgowało frustrację Igora. Gdyby chodziło o niemieckiego lub włoskiego generała, nawet nie zatrzymywałby się nad tym na dłużej, ale Polska była mu bliska, w końcu sam był Polakiem. Wystarczająco podle czuł się, biorąc udział w zamiataniu pod dywan całej tej historii spod Smoleńska, ale nie sądził, że przez to zginie najważniejszy dla Polski człowiek. Wiedział od Waltera von Lossowa, że ambasador niemiecki w Ankarze ma przekazać wszystkie dokumenty dotyczące mordu na polskich oficerach i rezerwistach Sikorskiemu, gdy ten będzie robił przegląd wojsk polskich na Bliskim Wschodzie. Łyszkin sądził, że rozpęta się wówczas medialne i dyplomatyczne piekło, ale miał nadzieję, iż to będą jedyne konsekwencje. W końcu Polska nie była graczem pokroju Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, a na ataki tego typu radziecka dyplomacja była, właśnie dzięki niemu, dobrze przygotowana. Tymczasem raporty Niemców gdzieś przepadły, a generał Sikorski zginął w rzekomym wypadku lotniczym. Nie dawało to spokoju Łyszkinowi.

Oprócz odznaczenia, licznych pochwał i niewielkiej gratyfikacji finansowej Igor otrzymał także kilka dni wolnego, które mógł, a nawet musiał, spędzić w dobrze mu już znanym ośrodku pod Moskwą. Z uwagi na stan wojny panowała tam duża rotacja. Nikt nie mógł sobie pozwolić, by dawać długie urlopy, gdy krew radzieckich żołnierzy lała się strumieniami, terror na okupowanych terenach był niewyobrażalny, a wielki dyktator – Stalin – wciąż obawiał się utraty wpływów na świecie. Przechadzając się wokół krystalicznie czystego jeziora, które podczas upalnych lipcowych dni kusiło, by w nim popływać, natknął się na człowieka, który wraz z nim odbierał odznaczenie.

– Widzę, że obaj dostaliśmy taką samą nagrodę – powiedział Igor do stojącego na brzegu mężczyzny, który właśnie wyszedł z wody i dokładnie wycierał się grubym ręcznikiem. Był wysoki, o nieco pucołowatej twarzy, jasnych włosach i niemal szczupłej sylwetce.

– I kilku innych. – Mężczyzna roześmiał się i podszedł do Igora, wyciągając dłoń. – Mów mi Alosza.

– Prawdziwe? – Igor puścił do niego oko.

– Prawdziwe. A co to, mało chłopaków o takim imieniu? Chętnie z kimś pogadam, nikogo tu nie znam, ruch jak na Dworcu Kazańskim. – Pucołowaty chłopak ponownie się roześmiał.

– Ja też bym się z kimś napił wódki, bo samemu to tak nieswojo. Mam na imię Iwan – powiedział Łyszkin. Ukrywanie prawdziwego imienia weszło mu tak bardzo w nawyk, że nawet temu sympatycznemu chłopakowi postanowił go nie ujawniać. Zresztą jakie to miało znaczenie, skoro za kilka dni ich drogi się rozejdą.

***

Wieczorem w sali restauracyjnej raczyli się najlepszą radziecką wódką, którą zagryzali elegancko podanymi śledziami w słodkawej marynacie. Kompan Igora najwyraźniej zapałał sympatią do nowego towarzysza, bo przestał być dyskretny, uznając, że jeśli obaj otrzymali tak wysokie odznaczenia państwowe i są godni zaufania najwyższych władz, to mogą także polegać na sobie nawzajem.

– Wiesz, Iwan, czy jak ci tam… pułkownik Komarenko mówił, że zdobyłeś raporty katyńskie już kilka miesięcy temu. To była naprawdę… – Alosza czknął głośno. – …dobra robota. No, nie mówiąc już o tym majorze z Wehrmachtu.

– Robię tylko to, co do mnie należy – odpowiedział lakonicznie Igor.

– No tak, no tak… Ale wiesz, cały czas sądziłem, że to nasi chłopcy je zdobyli… Jak byliśmy z Majskim na Gibraltarze – wymamrotał nieco zawiedzionym głosem Alosza.

– Byłeś wtedy z Majskim? Jak zginął Sikorski? – Igor zainteresował się opowieścią pijanego kompana.

– Byłem. – Alosza uderzył się w pierś. – E tam… zginął. Ktoś go załatwił.

– Ty? – zapytał Łyszkin, czując, że trzeźwieje pod wpływem emocji. Gdyby w istocie to jego rodacy zabili Sikorskiego, stałoby się to przez niego oraz przez informacje, jakie uzyskał od Lossowa i przekazał zwierzchnikom.

– Ja? Nie… To nie ja – bąknął Alosza.

– A kto? – Igor poczuł, że serce zaczyna mu mocniej bić.

– A kto to wie, drugu mój – westchnął kompan od kieliszka.

– Ale to nasi? – nie dawał za wygraną Łyszkin.

– Jeśli to ktoś od nas, to zapewniam cię, że nie było go na rozdaniu odznaczeń. Ale jeśli nie nasi, to kto? – prawie retorycznie zapytał Alosza. – Te maminsynki, Angliki?

– Sam się nad tym zastanawiałem – mruknął Igor. – Co prawda ostatnio nasze stosunki z Polską nie są zbyt braterskie, ale w końcu ten kraj jest w obozie naszych sojuszników.

– Sra-ta-ta-ta… – Coraz bardziej pijany Alosza machnął ręką. – Jestem blisko i Mołotowa, i Majskiego. Każdy gra na swoich zasadach, a niewygodnych się usuwa, ot i cała filozofia. Jak pewnego dnia okażę się mało przydatny, to ktoś będzie za mną płakał? Albo za tobą? Chociaż my jesteśmy Rosjanami. Nikt. Ja ci to mówię, pies z kulawą nogą nie będzie pamiętał o nas i o tych zasranych medalach. Wykorzystają, przeżują, a potem wyplują, a nasze zasługi już ktoś sobie przypisze. Byłem tam i byłem dumny, ale jak nocą paru poszło w teren, to kazali mi siedzieć na dupie i udawać, że nic nie widziałem i nic nie słyszałem. A jak wrócili, bracie, to mówili, że mają kwity, a ja dostanę medal. No i dostałem, oni nie. A potem się dowiedziałem, że te tajne dokumenty już dawno ty im na tacy podałeś, więc wiesz, jak się teraz czuję… jak ostatni głupek, co to go uciszyli medalem, żeby za dużo nie myślał o wypadku tego generała.

Igor uznał, że była w tym jakaś logika. Zwłaszcza że Alosza co prawda był świetnym oficerem, ale nie umiał trzymać języka za zębami. Do pewnego momentu robił to, co mu kazali, a potem odsunęli go i na osłodę dali wyróżnienie. Alosza, z tego, co opowiadał, nie dość, że był znakomitym radiotelefonistą, to na dodatek dobrze władał angielskim, ale w istocie język miał stanowczo za długi, szczególnie jak na agenta do zadań specjalnych.

Rozstali się późno po północy. Alosza zataczał się tak bardzo, że Igor musiał podtrzymywać go, żeby nie spadł ze schodów. On zaś nie czuł się pijany prawie wcale. Bardzo chciał się upić tego wieczoru, ale zdawało mu się, że wódka przelatuje przez niego jak zwykła woda i w pewnej chwili już nie mógł nawet jej w siebie wlewać.

Następnego dnia już nie powrócili do tego tematu. Być może Alosza nawet nie pamiętał, co mówił Igorowi przy kieliszku i chyba tak było lepiej dla nich obu.

3. Magnuszew, 1943

Lato było ulubioną porą roku Hanki. A zadecydowały o tym względy praktyczne – nie musiała palić w piecach, Nadia cały czas bawiła się na podwórku, nie narzekając na nudę, a na stole częściej pojawiały się warzywa i owoce, co w znacznym stopniu urozmaicało ich proste i mało wykwintne posiłki. Jednakże Hanka Lewin nie mogła powiedzieć o sobie, że jest szczęśliwa i chciałaby na wsi spędzić resztę życia. Jedyną pozytywną stroną jej prostej egzystencji i mieszkania z dala od ludzkich siedzib było względne bezpieczeństwo. Nie potrafiła jednak, tak jak to było zaraz po wyjściu z Pawiaka, cieszyć się tylko tym, że żyje, a jej dzieci są zdrowe i radosne. To nie był jej świat i nawet odwiedziny Ireny nie dawały jej poczucia, iż znalazła swoje miejsce na ziemi.

– Coś taka skwaszona, Hanka? – pytała „Wariatka”, gdy przyłapała Hankę na beznamiętnym patrzeniu w przestrzeń.

– Wydaje ci się, Irenka – burczała wtedy pod nosem Hanka, nie chcąc przyznać się do swoich tęsknot i rozterek.

Nie chodziło nawet o to, że Irena nie była godna zaufania, ale czy byłaby w stanie zrozumieć pewne sprawy? Nie chciała także, aby „Wariatka” martwiła się o nią. Dla niej bowiem każdy frasunek Hanki był także jej problemem. Bez względu na to, czy chodziło o poważne kwestie, czy zwykłe kobiece humory.

– Przecie widzę, ślepa nie jestem. Gęba skwaszona jak po niedojrzałych śliwkach i mało co gadasz. A kiedyś to ci się buzia nie zamykała. Przyznaj się, to przez te urzędowe listy… – prychnęła Irena.

– Te listy… to nic ważnego – skłamała Hanka i chcąc odwrócić od nich uwagę, postanowiła zdradzić przyjaciółce tylko część prawdy. – Smutno mi. Tyle czasu na wsi siedzę, a ja jestem miastowa dziewczyna. Mój mąż za granicą, sama jak ten kołek w płocie zostałam. A kogo ja widuję, oprócz ciebie i dzieciaków? I za sceną tęsknię, bo jedynie w polu i w lesie mogę śpiewać. Jeszcze trochę i głos mi na zmarnowanie pójdzie.

– W dupie ci się poprzewracało, Hanka. – Irena machnęła ręką i dodała: – Masz co jeść, dzieci żadnej zarazy nie przywlekły i nawet Niemcy cię do roboty nie chcą. A chłopa to sobie innego znajdziesz, jak twój mąż przepadnie. Tego kwiatu to pół światu.

Tak, dla Ireny „Wariatki” szczęście było proste, a zadowolenie czerpała z każdego przeżytego dnia. Jakże Hanka jej zazdrościła takiego podejścia do życia. Irena tak niewiele wymagała od losu i dlatego wszystko ją cieszyło. Cóż z tego, że Kazio, jej małżonek, był pijakiem i leniem, ale miała go przy boku i to wystarczyło, by dziękować Bogu, że go zesłał. Hanka jednak posmakowała innego życia, w luksusie i spełnieniu, zaznała szalonej miłości, więc jak mogła przywyknąć do szarej i wypełnionej ciężką pracą egzystencji. Byle przetrwać, byle się najeść i zasypiać w ciszy. Próbowała być szczęśliwa. Starała się radować z tego, co ma, bo inni mieli gorzej. Chciała się tym pocieszać i patrzyć na otaczający ją świat łaskawym wzrokiem. Jednak po pewnym czasie spostrzegła, że oszukuje samą siebie. Tak naprawdę trzymała ją w ryzach nadzieja, że życie w końcu się zmieni, karta się odwróci, a ona poczuje, że jest właśnie tam, gdzie być powinna. Ale im dłużej trwała wojna, tym bardziej była zniecierpliwiona i przygnębiona. Alicja zrozumiałaby ją. Ona także pragnęła wyciskać życie jak cytrynę, nawet za cenę tak zwanego świętego spokoju. Miały inne cele i tak różne marzenia, ale obie nie chciały stać w miejscu, tylko dążyć do ich realizacji.

Hanka niekiedy wracała myślami do nocy spędzonej z Hermannem. Sądziła, że będzie dławić ją poczucie winy, wyrzuty sumienia i będzie oczekiwała kary boskiej za zdradzenie tak pięknego uczucia, jakie połączyło ją z Igorem. Nic takiego nie nastąpiło. Było jej tej nocy dobrze, po wielu miesiącach nareszcie poczuła się jak kobieta, piękna i pożądana. Niekiedy ze złością patrzyła w niebo i kłóciła się z Panem Bogiem, jakby uprzedzając jego ruch pogrożenia jej palcem i zesłania w ramach kary jakiegoś nieszczęścia.

 

Wciąż pisywali do siebie, ale na wschodzie sytuacja była niepewna i Hermann Ritz nie pojawił się u niej od tamtego czasu. A może uznał, że popełnili błąd? Potrafiła sobie wyobrazić, jak dopadają go wyrzuty sumienia za tamten spontaniczny przyjazd. Jednak jego listy wciąż były pełne ciepła i tęsknoty i miała nadzieję, że pewnego dnia zjawi się u niej kolejny raz, a ona rzuci mu się w ramiona. Nie chciała czekać wciąż na Igora, który zdawał się ułudą, pięknym wspomnieniem, a może nawet nie było go już wśród żywych. Tkwił w jej sercu, ale im więcej czasu mijało, tym bardziej traciła nadzieję, że pewnego dnia znowu go zobaczy.

– Ty nie słuchasz, co gadam. – Irena szturchnęła Hankę łokciem.

– Przepraszam, zamyśliłam się – odpowiedziała bezwiednie.

– Tyś się, Hanka, czasem nie zakochała? – podejrzliwie zapytała „Wariatka”.

– A w kim? – Hanka wybuchła śmiechem, bo w istocie wokół niej panowała istna ludzka pustynia.

– A bo ja wiem. Może w tym szkopie, co ci czekoladki przynosił. – Wzruszyła ramionami.

Hanka rozejrzała się dookoła i powiedziała złośliwie:

– Tak, pewnie siedzi w krzakach i czeka, aż sobie pójdziesz. Puknij się w głowę, Irka. Powiedziałam ci: nie chcę tak żyć i męczy mnie to wszystko. Nawet muchy mnie denerwują. Wszędzie pełno tego paskudztwa. Smród obory mnie drażni, wychodek na podwórku i to, że jak furmanka obok drogą przejedzie, to piach mam nawet w zębach. – Hankę zaczynała irytować ta rozmowa.

– Jak to na wsi. – Irena, ignorując rozterki Hanki, perorowała dalej, nie zważając, że jej rozmówczyni myślami jest zupełnie gdzieś indziej. – No i, proszę ciebie, Zawiejkowa w ciąży. Ja tam w rachowaniu dobra nie jestem, ale mówiła mi Zośka z piekarni, że to dziecko to Zawiejkowa chyba z młodym wikarym sobie zmajstrowała, bo to już rok, jak Antka na roboty wzięli. A młody wikary chodził do niej, niby jej z darów ubrania dla dzieci przynosił, i tak się nią zaopiekował, że do wyrka poszli. Ja tam nie wiem, ale coś na rzeczy musi być, bo proboszcz na mszy powiedział, że na parafię przyjedzie nowy ksiądz, bo tego przenoszą pod Lublin, czy gdzieś tam. To teraz Zawiejkowa zostanie z szóstką dzieci sama, ale może jak Antek wróci, to się nie doliczy i będzie dobrze.

Jeszcze do niedawna takie ploteczki, przyniesione z Magnuszewa, były dla Hanki odskocznią i słuchała ich z wypiekami na twarzy, jednak ostatnio nie bawiły jej ani trochę, jak zresztą wszystko, co składało się na jej egzystencję. Kiwała jednak głową jak zawsze i udawała zainteresowanie, żeby tylko Irena nie nękała ją pytaniami na temat jej melancholijnej miny i niechęci do rozmów.

– A ten nowy, co przyjechał po Ritzu, to porządny jakiś czy znęca się nad ludźmi? – zapytała Hanka, byle zapytać o cokolwiek.

– A jak kiedy. Ale i tak wszyscy mówią, że takiego jak Ritz to już Magnuszew mieć nie będzie. Teraz to, proszę ciebie, nie wiadomo. Ostatnio na rynku zaaresztowali młodego Kunicza. Że niby z partyzantami coś knuje. Zawinęli, do Kozienic wywieźli i tyle o nim wiadomo. A za Ritza to strach był tylko, jak kto obcy przyjeżdżał – powiedziała Irena.

– O proszę, jak to teraz Hermanna kochają. A wcześniej to go od czci i wiary odsądzali. Bo Niemiec. Mnie też wyklinali, że się z nim zadawałam, a teraz, jak im się dupy palą, to Ritza pod niebiosa wychwalają… – mruknęła Hanka.

– No widzisz, to tak jak z tobą. Jęczysz, że muchy, że kurz i nie masz do kogo gęby otworzyć, ale jakby cię znowu do więzienia wzięli albo na roboty do bauera wywieźli, to od razu byś do tych much i drewnianego wychodka zatęskniła – roześmiała się Irena.

Tak, ta prosta i nieco ułomna kobieta uświadomiła Hance tak oczywistą prawdę. Należy cieszyć się z tego, co jest, bo jutro może już tego nie być. Lewinówna przeżyła Pawiak i życie, jakie obecnie wiodła, zdawało się rajem na ziemi w porównaniu ze śmierdzącą uryną celą, codzienną niepewnością, czy ów dzień, który nadszedł, nie okaże się ostatnim. A jednak nawet to, co powiedziała Irena, nawet ta głęboka i oczywista prawda, nie sprowadziła Hanki na ziemię. Uznała, że ma prawo mieć marzenia i tęsknić za życiem pełniejszym i piękniejszym. Nie chciała rezygnować z pragnień śpiewania na wielkiej scenie, życia w luksusie i w otoczeniu wielbicieli. Marzyła także o mężczyźnie, tym jedynym, który będzie stał przy jej boku. Może los okaże się łaskawy i tym człowiekiem będzie Igor Łyszkin, a może ktoś, kto będzie wyglądał jak on, mówił jego głosem i kochał ją taką szaloną miłością. Nie wiedziała, jak pogodzić marzenia o bogactwie i życiu z Igorem, bo były to dwie sprzeczności, ale uznała, że nie będzie się nad tym zastanawiać. W końcu ludzie się zmieniali, więc może i Łyszkin po trudach wojennego życia zapragnie odrobiny blichtru i zrozumie, że umartwianie się należy pozostawić ascetom.

Gdy pożegnała się z Ireną i ułożyła do snu zmęczone całodziennymi harcami dzieci, usiadła przy stole w kuchni i wydarła z brulionu kolejną kartkę, by przelać swoje smutki na papier. Hermann był w stanie ją zrozumieć bardziej niż Irena „Wariatka”, która rozterki Hanki umiała jedynie kwitować stwierdzeniem „fiu-bździu” albo mawiała, że od czytania tych książek w głowie jej się poprzewracało. Gdyby tak mogła napisać list do Alicji albo porozmawiać z nią, wyrzucić swój żal i tęsknotę, opowiedzieć o swoich pragnieniach, nie pomijając niczego… Tak, Alicja zrozumiałaby wszystko, a na pewno zaakceptowałaby fakt, że jej przyjaciółka wciąż marzy o innym życiu, by mogła robić to, co kochała najbardziej.