NóżTekst

Autor:Jo Nesbø
Z serii: Seria Harry Hole #12
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nóż
Nóż
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 72,40  57,92 
Nóż
Nóż
Nóż
E-book
34,50 
Szczegóły
Nóż
Nóż
Nóż
Audiobook
Czyta Mariusz Bonaszewski
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Okej. Oto skrócony raport – zaczął Bjørn. – Kiedy przyszedłem do baru Jealousy o dwudziestej pierwszej piętnaście, byłeś pijany. A kiedy cię odwoziłem do domu o dwudziestej drugiej trzydzieści, mówiłeś wyłącznie o jednym. O jednej osobie. Możesz zgadywać o kim.

Harry nie odpowiedział; potrząsnął butelką, obserwując kroplę spływającą po wewnętrznej ściance.

– O Rakel – uzupełnił Bjørn. – W samochodzie całkiem odjechałeś, ale udało mi się doprowadzić cię do mieszkania, i tyle.

Po postępach kropli Harry zorientował się, że ma sporo czasu, więc odsunął butelkę od ust.

– Mhm. Nic więcej?

– To wersja skrócona.

– Pobiliśmy się?

– Ty i ja?

– Z takiego nacisku na „ja” wynika, że w każdym razie ja się biłem. Z kim?

– Nowy właściciel Jealousy zaliczył przynajmniej raz.

– Raz? Obudziłem się z trzema zakrwawionymi knykciami i mam jeszcze krew na spodniach.

– Pierwszym ciosem trafiłeś go w nos, krew aż trysnęła. Ale za drugim razem się uchylił, a ty wcelowałeś w ścianę. I to nie tylko jednym uderzeniem. Przypuszczam, że na murze ciągle są ślady twojej krwi.

– Ringdal nie chciał mi oddać?

– Prawdę powiedziawszy, byłeś tak nachlany, że nie miałeś mocy obrażania kogokolwiek. We dwóch z Øysteinem jakoś cię powstrzymaliśmy, zanim zrobiłeś sobie większą krzywdę.

– Cholera, nic z tego nie pamiętam.

– Na jeden cios ten Ringdal zasłużył. Puścił całą White Ladder raz i szykował się do drugiej rundy. Zacząłeś na niego wrzeszczeć, że zepsuł dobrą opinię baru, którą w twoim przekonaniu zbudowaliście wy, to znaczy ty, Øystein i Rakel.

– Bo to prawda! Ten bar był kopalnią złota, Bjørn. On go przejął za grosze, a ja postawiłem tylko jeden warunek: że się obroni przed gównem. Że będzie puszczał porządną muzykę.

– Twoją muzykę?

– Naszą, Bjørn. Twoją, moją, Øysteina, Mehmeta… A nie jakiegoś pieprzonego Davida Graya!

– Powinieneś może zdefiniować… O rany, mały płacze, Harry!

– Aha, przepraszam. I dziękuję. No i przepraszam za wczoraj. Cholera, mówię jak jakiś klaun. Kończmy. Pozdrów Katrine.

– Jest w pracy.

Rozłączyli się. W tym samym momencie, niczym w przebłysku światła, Harry’emu mignęło coś przed oczami. Stało się to tak prędko, że nie zdążył dojrzeć, co to było, ale serce nagle zakołatało mu tak mocno, że z trudem łapał oddech.

Spojrzał na butelkę, którą wciąż trzymał w górze. Kropla spłynęła. Popatrzył w dół. Na białym brudnym kafelku widać było brązową plamkę.

Westchnął. Nagi osunął się na podłogę, poczuł zimne płytki pod kolanami. Wystawił język, wziął głęboki oddech i nachylił się, czołem dotykając posadzki jak do modlitwy.

Długimi krokami Harry pokonywał Pilestredet. Martensy zostawiały czarne ślady w cienkiej warstwie śniegu spadłego poprzedniej nocy, który z całych sił starało się roztopić niskie wiosenne słońce, zanim osunęło się za fasady starych trzy- i czteropiętrowych domów. Harry słyszał rytmiczne tarcie o asfalt drobnego żwiru wbitego w podeszwy z grubym bieżnikiem, kiedy mijał wyższe nowoczesne budynki mieszkalne na dawnej parceli Szpitala Centralnego, gdzie przed blisko pięćdziesięcioma laty przyszedł na świat. Obejrzał najnowszą sztukę ulicy na fasadzie Blitzu, starej, niegdyś okupowanej przez radykalną młodzież kamienicy, będącej twierdzą punka, gdzie jako nastolatek przychodził na podejrzane koncerty, chociaż sam nigdy nie zaliczał się do punków. Minął pub Rex, w którym się upijał, kiedy ten przybytek nazywał się inaczej, piwo było tańsze, a bramkarze bardziej elastyczni, i kiedy kręcili się tu fani jazzu. Ale do nich też się nie zaliczał. Ani do mówiących językami nawróconych ze zboru Filadelfia po przeciwnej stronie ulicy. Minął budynek sądu. Ilu zabójców doprowadził do skazania w tym miejscu? Wielu. Ale niewystarczająco wielu. Bo w koszmarach nie nawiedzają ci, których się złapało, ale ci, którzy uszli wolno – no i ich ofiary. Mimo to schwytał dostatecznie wielu, aby zyskać pewną sławę. I dobrą, i złą. Składało się na nią również to, że pośrednio lub bezpośrednio zawinił śmierci kolegów. Dotarł do Grønlandsleiret. Tam, gdzie monoetniczne niegdyś Oslo zetknęło się w latach siedemdziesiątych z otaczającym je światem lub odwrotnie. Restauracje o arabskich nazwach, sklepy z warzywami i przyprawami sprowadzanymi z Karaczi, Somalijki w hidżabach na niedzielnym spacerze z wózkami, a trzy kroki za nimi mężczyźni pochłonięci głośną rozmową. Ale Harry rozpoznawał również dwa puby z czasów, gdy Oslo miało białą klasę robotniczą – i to był jej rewir. Minął kościół na Grønland i ruszył pod górkę w stronę szklanego pałacu na końcu parku. Zanim pchnął ciężkie metalowe drzwi z bulajem, jeszcze się odwrócił. Spojrzał na Oslo. Brzydkie i piękne. Zimne i gorące. W niektóre dni kochał to miasto, w inne go nienawidził. Ale nie potrafił go opuścić. Owszem, zrobić sobie od niego przerwę, wyjechać na jakiś czas, ale nigdy opuścić na dobre. Nie tak jak ona go opuściła.

Zaczekał, aż strażnik pozwoli mu wejść, a przy windach rozpiął bosmankę, lecz i tak poczuł oblewający go pot. I drżenie na widok rozsuwających się drzwi windy. Zrozumiał, że dzisiaj się to nie uda, więc zawrócił i schodami wszedł na szóste piętro.

– Niedziela w robocie? – Katrine Bratt oderwała wzrok od komputera, kiedy Harry bez zaproszenia wszedł do jej pokoju.

– Nawzajem. – Rozsiadł się w fotelu stojącym koło jej biurka.

Ich spojrzenia się spotkały.

Harry zamknął oczy, odchylił głowę i wyciągnął długie nogi, sięgając nimi aż do biurka. Biurka towarzyszącego stanowisku, które Katrine przejęła po Gunnarze Hagenie. Kazała pomalować ściany na jaśniejszy kolor i wycyklinować parkiet, ale poza tym gabinet szefa wydziału wyglądał jak dawniej. I chociaż Katrine Bratt była świeżo upieczoną naczelniczką Wydziału Zabójstw oraz matką, Harry wciąż widział w niej ciemnooką szaloną dziewczynę, przybyłą z Komendy Okręgowej Policji w Bergen, z planem, mentalnym bagażem, czarną grzywką i tego samego koloru skórzanym płaszczem skrywającym ciało, które stanowiło dowód na to, iż nieprawdą jest, że w Bergen nie ma rodzaju żeńskiego1, i do którego przyklejały się spojrzenia kolegów Harry’ego. Sama Katrine patrzyła jednak wyłącznie w kierunku Harry’ego ze zwyczajnych, choć paradoksalnych powodów. Jego złej sławy. Tego, że był już zajęty. I tego, że traktował ją wyłącznie jak koleżankę z pracy.

– Możliwe, że się mylę – Harry ziewnął – ale przez telefon brzmiało to niemal tak, jakby temu twojemu chłopkowi z Toten dobrze było na urlopie tacierzyńskim.

– Bo tak jest. – Katrine wstukała coś w komputer. – A co z tobą? Dobrze ci…

– Na urlopie mężowskim?

– Zamierzałam spytać, czy dobrze ci z powrotem w Wydziale Zabójstw.

Harry otworzył jedno oko.

– Z zadaniami na poziomie szeregowego funkcjonariusza?

Katrine westchnęła.

– To najlepsze, co Gunnar i ja mogliśmy osiągnąć w takiej sytuacji, Harry. Czego ty się właściwie spodziewałeś?

Harry powiódł jednookim spojrzeniem po gabinecie, zastanawiając się, czego się spodziewał. Że gabinet Katrine będzie miał pewien kobiecy sznyt? Że zostawią mu tyle samo przestrzeni, ile miał, zanim zrezygnował z funkcji śledczego specjalizującego się w sprawach zabójstw, został wykładowcą w Wyższej Szkole Policyjnej, ożenił się z Rakel i podjął próbę życia w spokoju i trzeźwości? Oczywiście nie mogli tego zrobić. Katrine, przy błogosławieństwie Gunnara Hagena i z pomocą Bjørna, dosłownie wyciągnęła go z rynsztoka i zapewniła mu miejsce, gdzie mógł się podziać. Powód, żeby wstawać rano, pomyśleć o czymś innym niż Rakel; powód, żeby nie zapić się na śmierć. Zgodził się na siedzenie i sortowanie papierów, na przeglądanie cold cases, co świadczyło jedynie o tym, że był w większym dole, niż przypuszczał, że kiedykolwiek osiągnie. Chociaż doświadczenie mówiło, że zawsze można spaść jeszcze niżej. Harry więc chrząknął.

– Możesz mi pożyczyć pięć stów?

– Cholera, Harry! – Katrine popatrzyła na niego z rezygnacją. – Po to tu przyszedłeś? Mało ci wczorajszego?

– To tak nie działa – odparł Harry. – Wysłałaś wczoraj Bjørna, żeby mnie ściągnął?

– Nie.

– No to jak mnie znalazł?

– Harry, wszyscy wiedzą, gdzie przesiadujesz wieczorami. Chociaż wiele osób uznałoby wybór baru, który właśnie się sprzedało, za dziwaczny.

– Bo w takich miejscach na ogół nie mają odwagi odmówić obsłużenia byłego właściciela.

– Pewnie do wczoraj. Z tego, co opowiadał Bjørn, ostatni komunikat skierowany do ciebie mówił o dożywotnim zakazie wstępu.

– Naprawdę? Nic nie pamiętam.

– No to pozwól, że ci przypomnę. Próbowałeś nakłonić Bjørna, żeby pomógł ci w zgłoszeniu Jealousy na policję z powodu rodzaju muzyki, którą tam puszczają, a następnie żeby zadzwonił do Rakel i przemówił jej do rozsądku. Z własnego telefonu. Bo swój zostawiłeś w domu, a poza tym nie wierzyłeś, że Rakel odbierze, jeśli zobaczy, że to ty dzwonisz.

– Boże – jęknął Harry, zasłaniając twarz rękami i jednocześnie masując sobie czoło.

– Harry, nie mówię tego, żeby ci dokuczyć. Chcę ci tylko pokazać, co się dzieje, kiedy pijesz.

– Dzięki. – Złożył ręce na brzuchu. Zobaczył, że na brzegu biurka tuż przed nim leży dwustukoronowy banknot.

– Za mało, żeby się schlać – powiedziała Katrine. – Ale wystarczy, żeby zasnąć. Bo ty właśnie tego potrzebujesz. Snu.

Popatrzył na nią. Jej spojrzenie z latami zmiękło. Nie była już tamtą rozgniewaną dziewczyną, która chciała się zemścić na świecie. Może wynikało to z odpowiedzialności za innych ludzi, za tych pracujących w wydziale i za dziewięciomiesięcznego chłopczyka. Tak, podobno takie okoliczności potrafiły obudzić instynkt opiekuńczy i sprawić, że ludzie łagodnieli. W trakcie sprawy wampirysty przed półtora rokiem, kiedy Rakel znalazła się w szpitalu, a on się upił, Katrine wyciągnęła go z baru i zabrała do siebie. Pozwoliła mu zarzygać nieskazitelną łazienkę i zapewniła kilka godzin nieprzytomnego snu w łóżku swoim i Bjørna.

 

– Nie – zaprotestował Harry. – Nie potrzebuję snu, tylko sprawy.

– Dostałeś sprawę…

– Potrzebuję sprawy Finnego.

Katrine westchnęła.

– Zabójstwa, które masz na myśli, nie nazywają się sprawą Finnego. Nic w nich nie wskazuje, że to on jest sprawcą. A poza tym, tak jak ci mówiłam, mam już ludzi, którzy nad tym pracują.

– Trzy zabójstwa. Trzy nierozwiązane zabójstwa. I ty uważasz, że nie potrzebujesz kogoś, kto potrafi udowodnić to, co oboje wiemy, a mianowicie, że zrobił to Finne?

– Dostałeś swoją sprawę, Harry. Rozwiąż ją, a mnie pozwól kierować tą budą.

– Moja sprawa to żadna sprawa. Zwykła awantura małżeńska. Mąż przyznał się do zabójstwa, mamy i motyw, i dowody techniczne.

– Przyznanie się do winy można w każdej chwili wycofać. A wtedy będziemy potrzebowali czegoś mocniejszego.

– Taką sprawę mogłaś dać Wyllerowi albo Skarremu czy któremuś z młodych. Finne to maniak seksualny i seryjny zabójca, a ja jestem, do cholery, jedynym śledczym ze specjalnymi kompetencjami akurat w tej dziedzinie, jakiego masz.

– Nie, Harry! To ostateczna decyzja.

– Ale dlaczego?

– Dlaczego? Popatrz na siebie! Gdybyś kierował Wydziałem Zabójstw, wysłałbyś zapijaczonego, niezrównoważonego śledczego do naszych już i tak sceptycznie nastawionych kolegów z Kopenhagi albo ze Sztokholmu? Oni są przekonani, że za zabójstwami w ich miastach absolutnie nie stoi ten sam człowiek. Dostrzegasz seryjnych morderców wszędzie, bo twój mózg jest nastawiony na jedno.

– Na pewno masz rację. Ale ja i tak wiem, że to Finne. Wszystkie cechy charakterystyczne…

– Przestań! Musisz się pozbyć tych myśli. To natręctwo, Harry.

– Natręctwo?

– Bjørn mówi, że po pijaku ciągle gadasz o Finnem. Że musisz go dopaść, zanim on dopadnie ciebie.

Harry wziął dwusetkę z biurka i schował ją do kieszeni spodni.

– Miłej niedzieli.

– Dokąd idziesz?

– Tam, gdzie będę mógł dzień święty święcić.

– Masz kamyki powbijane w podeszwy, więc podnoś nogi, kiedy będziesz szedł po moim parkiecie.

Harry maszerował Grønlandsleiret w stronę dwóch knajp, Olympen i Pigalle. Nie były to jego ulubione miejsca, w których serwowano alkohol, ale za to najbliższe. Na głównej arterii dzielnicy Grønland panował tak mały ruch, że Harry mógł przejść na czerwonym świetle, sprawdzając jednocześnie telefon. Zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Alexandry, ale zrezygnował. Nie miał do tego nerwów. W historii połączeń zobaczył, że wczoraj między szóstą a ósmą usiłował sześć razy zadzwonić do Rakel. Zadrżał. Połączenia odrzucone. Czasami język nowych technologii bywał bezlitośnie precyzyjny.

W momencie wejścia na chodnik po drugiej stronie ulicy poczuł nagły ból w piersi, a serce przyspieszyło, jakby zgubiło gdzieś sprężynkę kontrolującą tempo. Ból minął, ledwie Harry zdążył pomyśleć o zawale. I o tym, że nie byłoby to najgorsze wyjście. Ukłucie w sercu. Osunięcie się na kolana. Uderzenie czołem o asfalt. The End. Kilka dni picia w tym tempie i wcale nie będzie to aż tak nierealne. Ruszył dalej. Całej tej sytuacji towarzyszył kolejny przebłysk. Zobaczył teraz więcej niż rano. Ale i to uciekło, jak sen po obudzeniu.

Zatrzymał się przed drzwiami Olympen i zajrzał do środka. W jednej z najbardziej zapyziałych knajp w Oslo kilka lat temu przeprowadzono remont, i to tak gruntowny, że Harry się zawahał. Obrzucił wzrokiem nową klientelę siedzącą w środku. Mieszanka hipsterów i bardziej elegancko ubranych par, lecz również rodziny z małymi dziećmi, cierpiące na brak czasu, ale cieszące się na tyle dobrą sytuacją finansową, że mogą sobie pozwolić na niedzielny obiad w restauracji.

Na próbę wsunął rękę do kieszeni. Znalazł dwustukoronowy banknot, ale i coś jeszcze. Klucz. Nie jego własny – do mieszkania, w którym doszło do rodzinnego zabójstwa. Borggata na Tøyen. Nie bardzo wiedział, dlaczego poprosił o klucz w sprawie, która już była rozwiązana. Ale dzięki temu mógł mieć miejsce zdarzenia tylko dla siebie. I to wyłącznie dla siebie, ponieważ drugi z przydzielonych do tej sprawy śledczych, tak zwany techniczny, Truls Berntsen, nie zamierzał kiwnąć palcem. O przyjęciu Trulsa Berntsena do Wydziału Zabójstw nie zdecydowały, łagodnie mówiąc, względy merytoryczne, lecz protekcja przyjaciela z dzieciństwa, byłego komendanta okręgowego policji, a obecnie ministra sprawiedliwości Mikaela Bellmana. Truls Berntsen do niczego się nie nadawał, więc Katrine zawarła z nim niepisaną umowę, że będzie się trzymał z dala od śledztw, a koncentrował na parzeniu kawy i prostych pracach biurowych – w praktyce oznaczało to pasjanse i Tetris. Kawa nie była lepsza niż dawniej, ale ostatnio zdarzało się, że w Tetris Truls pokonywał Harry’ego. Prawdę powiedziawszy, stanowili dość żałosną parę, kiedy tak siedzieli we dwóch na końcu otwartej przestrzeni biurowej, rozdzieleni półtorametrową spróchniałą ścianką na kółkach.

Harry jeszcze raz zajrzał do lokalu. Dostrzegł wolny boks obok rodziny z małym dzieckiem, usadowionej tuż przy oknie. W tym samym momencie chłopczyk przy stole go zauważył, zaśmiał się i zaczął na niego pokazywać. Siedzący tyłem ojciec odwrócił się, a Harry odruchowo cofnął się o krok w ciemność. Stamtąd zobaczył w lustrze odbicie własnej twarzy, bladej i pomarszczonej, nakładającej się na odbicie buzi chłopczyka. Przypłynęło skądś wspomnienie. Dziadek i on jako chłopiec. Letnie wakacje i rodzinny obiad w Romsdalen. On sam śmiejący się z dziadka. Rodzice ze zmartwionymi minami. Dziadek był pijany.

Harry znów dotknął klucza. Borggata. Pięć, sześć minut piechotą.

Wyjął telefon. Sprawdził połączenia. Zadzwonił. Czekając, przyglądał się knykciom prawej ręki. Ból już mijał, co oznaczało, że nie uderzał bardzo mocno. Ale to oczywiste, że dziewiczy nos wielbiciela Davida Graya nie miał zbyt dużej tolerancji i od razu trysnął krwią.

– Tak, Harry?

– „Tak, Harry”?

– Jem obiad.

– Okej, będę się streszczał. Możesz po obiedzie się ze mną spotkać?

– Nie.

– Błędna odpowiedź. Próbuj jeszcze raz.

– Tak?

– Trafione. Borggata pięć. Zadzwoń do mnie, kiedy tam dotrzesz. Zejdę i otworzę.

Usłyszał głębokie westchnienie psychologa Stålego Aune, jego wieloletniego przyjaciela i eksperta, z którego pomocy stale korzystał Wydział Zabójstw.

– Czyli to nie jest po prostu zaproszenie do baru, za które będę musiał zapłacić, a ty najzwyczajniej w świecie jesteś trzeźwy?

– Czy kiedykolwiek pozwoliłem ci płacić? – Harry wyjął z kieszeni paczkę cameli.

– Miałeś zwyczaj zarówno brania rachunków na siebie, jak i pamiętania. Ale alkohol zżera i twoje finanse, i pamięć. Wiesz o tym?

– Tak. Chodzi o to zabójstwo żony przez męża. Nożem i…

– Czytałem o tym.

Harry wsunął papierosa do ust.

– Przyjdziesz?

Usłyszał kolejne głębokie westchnienie.

– Jeśli to chociaż na kilka godzin oderwie cię od butelki.

– Świetnie – powiedział Harry, rozłączył się i schował telefon do kieszeni kurtki. Zapalił papierosa. Głęboko się zaciągnął. Stał odwrócony plecami do zamkniętych drzwi knajpy. Zdążyłby wypić piwo i dotrzeć na Borggata przed Aunem. Ze środka sączyła się muzyka. Wyznanie miłości z autotune’a. Wszedł na jezdnię i przepraszającym gestem wysunął rękę w stronę hamującego samochodu.

Za starą fasadą dzielnicy robotniczej na Borggata kryły się nowo wybudowane mieszkania z jasnymi pokojami, otwartymi kuchniami, nowoczesnymi łazienkami i balkonami wychodzącymi na tylne podwórze. Harry traktował to jako ostrzeżenie, że również Tøyen doczeka się rewitalizacji, cena za metr kwadratowy wzrośnie jak nadmuchana, mieszkańców się wymieni, a społeczny status dzielnicy wzrośnie. Prowadzone przez imigrantów sklepy spożywcze i niewielkie bary ustąpią miejsca klubom fitness i hipsterskim restauracjom.

Psycholog, siedzący na jednym z dwóch prostych drewnianych krzeseł, które Harry wyciągnął na środek jasnego parkietu, najwyraźniej nie czuł się komfortowo. Harry przypuszczał, że mogło to wynikać z dysproporcji między wielkością krzesła a rozmiarami cierpiącego na nadwagę Stålego. W dodatku szkła małych okrągłych okularków psychologa wciąż były zaparowane, ponieważ niechętnie zrezygnował z windy i usiłując dotrzymać Harry’emu kroku, wspiął się na drugie piętro. Uczucie dyskomfortu mogła też wywoływać kałuża krwi, która rozciągała się między nimi jak zakrzepła czarna pieczęć. W pewne letnie wakacje, kiedy Harry był jeszcze mały, jego dziadek powiedział, że nie da się zjeść pieniędzy. Harry po przyjściu do swojego pokoju wziął pięciokoronówkę, którą dostał od dziadka, i podjął taką próbę. Pamiętał lód przeszywający zęby, metaliczny zapach i słodkawy smak. Dokładnie taki, jak smak krwi wysysanej z własnych ran. I jak zapach miejsc zbrodni, nawet gdy krew nie była już świeża. W pokoju, w którym teraz siedzieli, unosił się zapach. Monety. Krwawych pieniędzy.

– Nóż – odezwał się Ståle Aune, wciskając dłonie pod pachy, jakby się bał, że ktoś mu je porwie. – Noże istotnie coś w sobie mają. Myśl o zimnej stali przebijającej skórę i wnikającej w ciało. To mnie jara, że użyję młodzieżowego wyrażenia.

Harry nie odpowiedział. Wraz z Wydziałem Zabójstw korzystał z pomocy Aunego od tylu lat, że nie potrafił już dokładnie określić, w którym momencie zaczął uważać starszego o dziesięć lat psychologa za przyjaciela. Znał jednak Aunego na tyle dobrze, aby rozpoznać kokieterię, gdy psycholog udawał, iż nie wie, że określenie „jara” jest starsze od nich obu. Aune lubił uchodzić za starego konserwatystę, oderwanego od ducha czasu, którego jego koledzy po fachu usiłowali z zapałem doścignąć w nadziei, że zostaną uznani za „liczących się”. Ståle Aune zarówno w prasie, jak i w kręgach fachowych mówił, że „psychologię łączy z religią udzielanie na ogół takich odpowiedzi, jakie ludzie pragną uzyskać. W głębi ciemności, do której nie dotarło jeszcze światło nauki, psychologia i religia mogą się swobodnie poruszać. Gdyby trzymały się tego, co wiemy naprawdę, nie byłoby pracy ani dla wszystkich tych psychologów, ani dla kapłanów”.

– A więc to tutaj ojciec rodziny dźgnął żonę… Ile razy?

– Trzynaście – odparł Harry, rozglądając się. Na ścianie tuż przed nimi wisiało duże, oprawione w ramę czarno-białe zdjęcie panoramy Manhattanu z budynkiem Chryslera na środku. Możliwe, że kupione w Ikei. I co z tego? Fotografia była dobra. Jeśli komuś nie przeszkadza, że sporo innych osób może mieć to samo zdjęcie i że niektórzy goście niewątpliwie potraktują je z dezaprobatą wcale nie dlatego, że nie jest dobre, tylko dlatego, że zostało kupione w Ikei, to można je mieć. Przedstawił te argumenty Rakel, gdy powiedziała, że chciałaby powiesić na ścianie numerowane zdjęcie Torbjørna Rødlanda – białą długą limuzynę stojącą w poprzek ostrego zakrętu w Hollywood Hills – które kosztowało osiemdziesiąt tysięcy koron. Rakel bez zastrzeżeń przyznała Harry’emu rację. A jego tak to ucieszyło, że kupił jej tę limuzynę. I nie dlatego, iż nie zrozumiał, że go nabrała, tylko w duchu przyznawał, że to rzeczywiście fajna fotografia.

– Był zagniewany. – Aune rozpiął guzik koszuli, do której na co dzień nosił muszkę, zwykle z motywem albo we wzór na granicy powagi i żartu. Tak jak ta niebieska muszka z żółtymi gwiazdkami Unii Europejskiej.

W którymś z sąsiednich mieszkań rozpłakało się dziecko.

Harry strząsnął popiół z papierosa.

– Twierdzi, że nie pamięta szczegółów samego zabójstwa.

– Wyparcie. Powinniście mi pozwolić go zahipnotyzować.

– Nie sądziłem, że zajmujesz się takimi rzeczami.

– Hipnozą? A w jaki sposób, twoim zdaniem, doprowadziłem do własnego ślubu?

– Tu w każdym razie nie była potrzebna. Ślady kryminalistyczne wskazują, że ona się od niego oddalała, a on szedł za nią i pierwszy cios zadał jej od tyłu. Ostrze weszło nisko w plecy i wbiło się w nerkę. Prawdopodobnie dlatego sąsiedzi nie słyszeli żadnego krzyku.

– Tak?

– Przy takim ciosie ból dosłownie paraliżuje ofiarę. Zaatakowany nie jest w stanie krzyknąć, prawie natychmiast traci świadomość i umiera. To zresztą preferowana przez wojskowych profesjonalistów metoda tak zwanego silent killing.

– Naprawdę? A co ze starym, dobrym sposobem zajścia ofiary od tyłu, zakrycia jej ust jedną ręką i poderżnięcia gardła drugą?

 

– Ten sposób jest przestarzały i nigdy nie był aż tak dobry. Wymaga zbyt dużej koordynacji i pewności ręki. Zaskakująco często żołnierze ranili się przy tym w dłoń zasłaniającą ofierze usta.

Aune się skrzywił.

– Zakładam, że mąż nie jest byłym komandosem czy kimś takim?

– Prawdopodobnie tak celny cios to absolutny przypadek. Nic nie wskazuje na to, by mąż miał zamiar jakkolwiek ukryć to zabójstwo.

– Zamiar? Chcesz powiedzieć, że to było zaplanowane działanie, a nie impuls?

Harry kiwnął głową.

– Córka wyszła pobiegać. Ojciec zadzwonił na policję przed jej powrotem do domu. Funkcjonariusze mieli być na miejscu przed kamienicą i nie dopuścić, żeby dziewczyna weszła na górę i znalazła matkę.

– Co za troska.

– Właśnie tak mówią ludzie. Że był troskliwy. – Harry znów strzepnął papierosa. Popiół upadł na zakrzepłą krew.

– Nie powinieneś wziąć sobie popielniczki, Harry?

– Technicy już tu skończyli. Wszystko się zgadza.

– To bez znaczenia.

– Nie spytałeś o motyw.

– Okej. Jaki motyw?

– Klasyczny. Wyładowała mu się bateria w telefonie, więc pożyczył sobie komórkę żony bez jej wiedzy. Odkrył wtedy SMS-a, który wzbudził jego podejrzenia, więc przeczytał cały wątek. Wiadomości były sprzed pół roku i wyraźnie świadczyły o tym, że w grę wchodził kochanek.

– Skonfrontował się z nim?

– Nie. Ale z raportów wynika, że nasi ludzie sprawdzili telefon, znaleźli SMS-y i skontaktowali się z kochankiem. To młody człowiek, dwudziestokilkulatek. O piętnaście lat młodszy od niej. Potwierdził romans.

– Coś jeszcze powinienem wiedzieć?

– Mąż jest człowiekiem wykształconym, ma dobrą pracę, nieźle zarabia i nigdy nie miał żadnych kłopotów z policją. Rodzina, koledzy, przyjaciele i sąsiedzi opisują go jako chodzącą solidność. Otwarty i pogodny. A poza tym troskliwy. W jednym z raportów przeczytałem: „Mężczyzna, który był gotów oddać wszystko dla rodziny”. – Harry mocno zaciągnął się dymem.

– Rozmawiasz ze mną, bo uważasz, że sprawa nie jest rozwiązana?

Harry wypuścił dym przez nos.

– Sprawa jest no-brainer, dowody zabezpieczone i nic nie można spieprzyć. Właśnie dlatego Katrine dała ją mnie. I Trulsowi Berntsenowi. – Harry podniósł kąciki ust w niby-uśmiechu.

Ta rodzina była zamożna. Ale wybrała mieszkanie na Tøyen, w tańszej dzielnicy pełnej imigrantów, i kupowanie dzieł sztuki w Ikei. Może po prostu dobrze się tu czuli? On sam dobrze się czuł na Tøyen. A zdjęcie na ścianie mogło być oryginałem, wartym teraz fortunę.

– Pytasz więc, ponieważ…

– Ponieważ chcę zrozumieć – odparł Harry.

– Chcesz zrozumieć, dlaczego facet zabija żonę mającą romans za jego plecami?

– Z reguły mąż zabija wtedy, gdy widzi, że został poniżony w oczach innych. A według zeznań kochanka utrzymywali romans w całkowitej tajemnicy. W dodatku już się rozstawali.

– I co? Nie zdążyła powiedzieć o tym mężowi, zanim ją dźgnął?

– Zdążyła. Ale on twierdzi, że i tak jej nie uwierzył. Poza wszystkim już zdradziła rodzinę.

– Sam widzisz. Dla mężczyzny, który zawsze poświęcał wszystko dla rodziny, taka zdrada jest jeszcze bardziej bolesna. Czuje się urażony, a kiedy uraza sięga dostatecznie głęboko, może nas wszystkich skłonić do zabójstwa.

– Wszystkich?

Aune zmrużonymi oczami wpatrywał się w półki z książkami obok zdjęcia Manhattanu.

– Mają literaturę piękną.

– Widziałem – powiedział Harry.

Aune hołdował teorii, że zabójcy nie czytają. A jeśli już, to literaturę faktu.

– Słyszałeś o Paulu Mattiuzzim? – spytał Aune.

– Mhm.

– Psycholog, ekspert od zabójstw i przemocy. Operuje ośmioma głównymi kategoriami przestępców. Ty i ja nie pasujemy do żadnej z siedmiu pierwszych. Ale w ósmej, tej, którą nazywa straumatyzowanymi, jest miejsce dla wszystkich. Stajemy się mordercami w reakcji na pojedynczy, ale bardzo mocny atak na naszą tożsamość. Atak ten postrzegamy jako obrazę, jest dla nas wręcz nieznośny. W jego wyniku stajemy się bezradni, bezsilni i jeśli na niego nie zareagujemy, zostaniemy pozbawieni usprawiedliwienia dla własnego istnienia albo męskości. Zdrada oczywiście może być tak postrzegana.

– Ale przez każdego?

– Zabójca naznaczony traumą nie ma żadnych wyraźnych cech osobowości takich jak typy w siedmiu pozostałych grupach. W tej kategorii, i tylko w tej, znajdziesz zabójców czytających Dickensa i Balzaka. – Aune głęboko odetchnął i obciągnął rękawy tweedowej marynarki. – Nad czym ty się właściwie zastanawiasz, Harry?

– Właściwie?

– Wiesz o zabójcach więcej niż którykolwiek z innych znanych mi ludzi. I nic z tego, co mówię na temat urazy czy kategorii, nie jest dla ciebie nowością.

Harry wzruszył ramionami.

– Może po prostu chcę, żeby ktoś jeszcze raz powiedział to na głos. Żebym mógł w to uwierzyć.

– A w co ty nie wierzysz?

Harry podrapał się w krótko ostrzyżone, sterczące buntowniczo jasne włosy, które powoli nabierały odcienia siwizny. Rakel powiedziała, że zaczął przypominać jeża.

– Nie wiem.

– Może to tylko twoje ego, Harry?

– Jak to?

– Czy to nie oczywiste? Dostałeś tę sprawę, rozwiązaną już przez kogoś innego. Teraz bardzo chciałbyś znaleźć coś, co zasieje wątpliwości. Co pokaże, że Harry Hole widzi to, czego nie widzą inni.

– A jeśli to znajdę? Jeśli urodziłem się ze wspaniałym talentem śledczym i rozwinęły się we mnie instynkty, jakich sam nie potrafię przeanalizować?

– Mam nadzieję, że żartujesz.

– O tyle o ile. Czytałem raporty z przesłuchań. Sądząc po odpowiedziach, mąż wyglądał na osobę, która przeszła ciężką traumę. Ale potem posłuchałem nagrań. – Harry zapatrzył się przed siebie.

– I co?

– Nagle zaczął sprawiać wrażenie bardziej wystraszonego niż zrezygnowanego. Przyznanie się do winy to rezygnacja. Wtedy człowiek już nie musi się niczego bać.

– Jest jeszcze kara.

– Karę ma za sobą. Upokorzenie. Ból. Patrzenie na śmierć najbliższej osoby. Więzienie to izolacja. Cisza. Rutyna. Spokój. To musi oznaczać ulgę. Może chodzi mu o córkę? O to, co z nią będzie?

– No i jeszcze będzie się smażył w piekle.

– W piekle już się smaży.

Aune westchnął.

– Pozwól, że spytam jeszcze raz. Czego ty właściwie chcesz?

– Chcę, żebyś zadzwonił do Rakel i wyjaśnił jej, że musi do mnie wrócić.

Ståle Aune szeroko otworzył oczy.

– Tym razem to był żart – powiedział Harry. – Mam kołatanie serca. Napady lęku. Nie, nie w tym rzecz. Śniło mi się… Coś. Coś, czego nie mogę zobaczyć, ale co do mnie wraca.

– Nareszcie jakieś łatwe pytanie – stwierdził Aune. – Odurzenie. Psychologia to nauka, która nie może się powołać na zbyt wiele solidnych faktów. Ale akurat zażywanie środków odurzających i mentalny rozpad są bardzo dobrze udokumentowane. Od jak dawna to trwa?

Harry spojrzał na zegarek.

– Od dwóch i pół godziny.

Aune zaśmiał się głucho.

– I postanowiłeś porozmawiać ze mną, żebyś przynajmniej samemu sobie mógł powiedzieć, że szukałeś pomocy medycznej na zewnątrz, zanim wróciłeś do samoleczenia?

– Tu nie chodzi o to, co zawsze – mruknął Harry. – Nie o upiory.

– Bo one przychodzą nocą?

– Tak. I się nie chowają. Widzę je i poznaję. To ofiary, zmarli koledzy. Zabójcy. Tym razem to co innego.

– Żadnego pomysłu, co to mogło być?

Harry pokręcił głową.

– Osoba przebywająca w zamknięciu, podobna do…

Nachylił się i zgasił papierosa w kałuży krwi.

– …do Sveina „Narzeczonego” Finne – dokończył Aune.

Harry spojrzał na niego, unosząc jedną brew.

– Dlaczego tak uważasz?

– Podobno sądzisz, że on na ciebie czyha.

– Rozmawiałeś z Katrine.

– Ona się o ciebie martwi. Chce, żebyś ktoś cię zbadał.

– I ty się zgodziłeś?

– Powiedziałem, że jako psycholog nie mam do ciebie odpowiedniego dystansu. Ale oczywiście paranoja wiąże się z nadużywaniem alkoholu.

– Ja go ostatecznie zapuszkowałem, Ståle. To była moja pierwsza sprawa. Został skazany na dwadzieścia lat za napaści na tle seksualnym i zabójstwo.

– Wykonywałeś tylko swoją pracę. Nie było powodu, żeby Finne wziął to osobiście do siebie.

– Przyznał się do napaści, ale uważał, że nie jest winny zabójstwa, i twierdził, że spreparowaliśmy dowody. Odwiedziłem go w zeszłym roku w więzieniu, żeby sprawdzić, czy nie pomógłby nam przy sprawie wampirysty. Na sam koniec, tuż przed moim wyjściem, powiedział mi, kiedy dokładnie wyjdzie na wolność, i spytał, czy moja rodzina mieszka w bezpiecznym miejscu.

– Rakel o tym wiedziała?

– Tak. Na początku nowego roku znalazłem w lesie w pobliżu domu, od strony kuchni, odcisk buta, więc zamontowałem kamerę leśną, fotopułapkę.

– To mógł być każdy, Harry. Ktoś, kto zabłądził.

– Na terenie prywatnej posiadłości? Forsując bramę i pięćdziesiąt metrów stromego oblodzonego podjazdu?

1W dialekcie bergeńskim nie występuje rodzaj żeński rzeczowników, są tylko rodzaje wspólny (męsko-żeński) i nijaki [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].