Więcej krwi

Tekst
Autor:Jo Nesbø
Z serii: Krew na śniegu #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Więcej krwi
Więcej krwi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,82  43,06 
Więcej krwi
Więcej krwi
Audiobook
Czyta Jo Nesbø, Krzysztof Gosztyła
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015

Tytuł oryginału

Mere blod

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© Dan Kosmayer/Shutterstock

Redakcja

IWONA GAWRYŚ

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna

ADAM KOLENDA

Copyright © Jo Nesbø 2015

Published by agreement with Salomonsson Agency

Polish edition © Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5433-0

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


SPIS TREŚCI

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Od czego zaczniemy tę opowieść? Chciałbym móc powiedzieć, że zaczniemy od początku. Ale przecież nie wiem, gdzie ona ma początek. Nie lepiej niż inni znam p r a w d z i w e związki przyczynowo-skutkowe w swoim życiu.

Czy opowieść zaczyna się wtedy, gdy zrozumiałem, że pod względem umiejętności gry w piłkę nożną zajmuję w klasie dopiero czwarte miejsce? Kiedy Basse, mój dziadek, pokazał mi projekty – własne – kościoła La Sagrada Família? Kiedy zaciągnąłem się pierwszym papierosem i po raz pierwszy usłyszałem utwór Grateful Dead? Kiedy na uniwersytecie studiowałem Kanta i wydawało mi się, że go zrozumiałem? Kiedy sprzedałem swoją pierwszą porcję haszyszu? Czy też wtedy, gdy pocałowałem Bobby, która faktycznie jest dziewczyną? Czy może kiedy pierwszy raz zobaczyłem tę małą pomarszczoną istotkę, która tak wrzeszczała na mój widok i miała otrzymać imię Anna? Może wtedy, kiedy siedziałem w smrodzie na zapleczu u Rybaka, a on mi mówił, czego ode mnie oczekuje. Nie wiem. Tworzymy sobie historię z ogonem i głową, zmyślamy logikę, próbując nadać naszemu życiu sens.

Równie dobrze więc mogę zacząć tutaj, w samym środku zagubienia, w miejscu i czasie, w którym los, jak się wydaje, zrobił sobie przerwę, wstrzymał oddech. Kiedy przez moment pomyślałem, że jestem w drodze, a mimo wszystko u celu.

Wysiadłem z autobusu w środku nocy. Zmrużyłem oczy od słońca. Wędrowało powolutku nad wyspą zanurzoną w morzu na północy. Czerwone i słabe. Tak jak ja. Za wyspą znów było morze. A jeszcze dalej biegun północny. Może tam by mnie nie znaleźli.

Rozejrzałem się. Z trzech pozostałych stron świata opadały w moją stronę zbocza niskich wzgórz. Czerwone i zielone krzewinki, kamienie, tu i ówdzie kępa niewyrośniętych brzóz. Na wschodzie ziemia spływała do morza, płaska jak naleśnik i kamienista, na południowym zachodzie wyglądała jak ucięta nożem przy brzegu. Mniej więcej sto metrów ponad gładką jak tafla powierzchnią wody zaczynał się otwarty płaskowyż, który ciągnął się w głąb lądu. Finnmarksvidda. Dziadek mawiał, że w tym miejscu mapa powinna się kończyć.

Wydeptana szutrowa droga prowadziła do grupki niskich domów. Ponad nimi wystawała jedynie niewysoka wieża kościoła. Obudziłem się na siedzeniu autobusu w chwili, gdy mijaliśmy tablicę z nazwą Kåsund, ustawioną blisko morza, przy drewnianej przystani. Pomyślałem sobie wtedy: „Dlaczego nie?”, i pociągnąłem za sznurek nad oknem, żeby u kierowcy zapaliło się światełko oznaczające przystanek na żądanie.

Włożyłem marynarkę, chwyciłem skórzaną torbę i ruszyłem przed siebie. Pistolet w kieszeni marynarki obijał mi się o biodro. Walił prosto w kość, zawsze byłem za chudy. Zatrzymałem się i trochę obciągnąłem zapiętą na pasie saszetkę z pieniędzmi, żeby banknoty nieco zamortyzowały uderzenia.

Na niebie nie dostrzegłem ani jednej chmurki, a powietrze było tak przejrzyste, iż miałem wrażenie, że widzę nieskończoność. Jak okiem sięgnąć, jak się to mówi. Powiadają, że płaskowyż Finnmarksvidda jest piękny. Cholera, nie wiem. Czy nie tak ludzie mówią o niegościnnych miejscach? Może po to, żeby udawać twardzieli i w ten sposób się wywyższać, tak jak wywyższają się słuchaniem niepojętej muzyki lub czytaniem niestrawnej literatury? Sam tak robiłem. Myślałem, że to zrekompensuje przynajmniej niektóre moje cechy, te niewystarczająco dobre. A może mają to być jedynie słowa pociechy dla nielicznych skazanych na mieszkanie tutaj: „Tak tu pięknie”. No bo co jest pięknego w tym płaskim, monotonnym, jałowym krajobrazie? To Mars. Czerwona pustynia. Nienadająca się do zamieszkania i brzydka. Idealna kryjówka. Miejmy nadzieję.

Gałęzie w kępie drzew przede mną nagle się poruszyły. Sekundę później ktoś przeskoczył przez rów i znalazł się na drodze. Moja ręka automatycznie chciała sięgnąć po pistolet, ale ją powstrzymałem, to nie był jeden z nich. Ten typek wyglądał jak dżoker, który wypadł wprost z talii kart.

– Dobry wieczór! – zawołał.

Ruszył w moją stronę dziwnym, kolebiącym się krokiem, nogi miał prostowane na beczce, tak krzywe, że między nimi widziałem drogę biegnącą w stronę wioski. Kiedy się zbliżył, spostrzegłem, że to, co nosi na głowie, nie jest czapką błazeńską, tylko lapońską. Niebiesko-czerwono-żółtą. Brakowało jedynie dzwoneczków. Na nogach miał buty z jasnej skóry, a na niebieskiej puchówce zauważyłem zaklejone kawałkami czarnej taśmy rozdarcia, z których wystawało żółtawe wypełnienie, przypominające raczej watę do izolacji niż puch.

– Przepraszam, że spytam – odezwał się. – Ale coś ty za jeden?

Był co najmniej o dwie głowy niższy ode mnie. Twarz miał szeroką, uśmiech też szeroki, a oczy lekko skośne jak u Azjaty. Gdyby połączyć wszystkie stereotypy na temat wyglądu Lapończyków, jakimi posługują się ludzie z Oslo, to powstałby z nich właśnie ten facet.

– Przyjechałem autobusem – wyjaśniłem.

– Widziałem. Jestem Mattis.

– Mattis? – powtórzyłem powoli, chcąc zyskać kilka sekund na wymyślenie odpowiedzi na jego następne nieuniknione pytanie.

– A ty kto jesteś?

– Ulf – odparłem.

Imię chyba równie dobre, jak każde inne.

– I czego szukasz w Kåsund?

– Przyjechałem w odwiedziny. – Głową wskazałem na domy.

– A kogo zamierzasz odwiedzić?

Wzruszyłem ramionami.

– Nikogo szczególnego.

– Komisja Łowiecka? Czy może jesteś kaznodzieją?

Nie wiem, jak wyglądają ludzie z Komisji Łowieckiej, ale pokręciłem głową i przeciągnąłem palcami przez swoje długie hipisowskie włosy. Może powinienem je obciąć. Mniej rzucałyby się w oczy.

– Przepraszam, że spytam – powtórzył. – Ale kim ty wobec tego jesteś?

– Myśliwym – powiedziałem. Pewnie tak na mnie zadziałała ta Komisja Łowiecka. Było w tym zresztą tyle samo prawdy, co kłamstwa.

– Tak? Zamierzasz tu polować, Ulf?

– Okolica wygląda na dobre tereny łowieckie.

– Owszem, ale przyjechałeś o tydzień za wcześnie, sezon zaczyna się dopiero piętnastego sierpnia.

– Jest tu jakiś hotel? – spytałem.

Lapończyk głośno się roześmiał. Charknął i splunął brunatną plwociną, głośno plasnęła o ziemię. Miałem nadzieję, że to był snus, tytoń czy coś podobnego.

 

– Pensjonat?

Pokręcił głową.

– Domek kempingowy? Pokój do wynajęcia?

Na słupie telefonicznym tuż za nim wisiał plakat reklamujący zespół do tańca, który miał grać w Alcie. Czyli miasto nie mogło być zbyt daleko. Może powinienem był dojechać autobusem aż tam?

– A co z tobą, Mattis? – Zabiłem komara, który ukąsił mnie w czoło. – Nie masz przypadkiem łóżka, które mógłbyś mi wypożyczyć na dzisiejszą noc?

– W maju napaliłem łóżkiem w piecu. Mieliśmy zimny maj.

– A kanapa? Materac?

– Materac? – Zamaszystym gestem omiótł porośnięty krzewinkami płaskowyż.

– Dziękuję, ale lubię mieć sufit i ściany. Wobec tego rozejrzę się za jakąś psią budą. Dobranoc. – Ruszyłem w stronę zabudowań.

– Jedyna psia buda, jaką znajdziesz w Kåsund, jest tam! – zawołał opadającym, jakby skarżącym się tonem.

Odwróciłem się. Jego palec wskazujący był skierowany w budynek przed gromadką domów.

– Kościół?

Potwierdził.

– Jest otwarty w środku nocy?

Mattis przechylił głowę.

– Wiesz, dlaczego w Kåsund nikt nie kradnie? Bo oprócz reniferów nie ma tu nic do zabrania.

Zaskakująco pełnym gracji susem nieduży okrągły człowieczek przeskoczył przez rów i podreptał przed siebie. Na zachód. Moimi punktami orientacyjnymi były słońce na północy oraz to, że kościoły – według mojego dziadka – bez względu na to, w jakim miejscu na świecie się znajdują, budowano tak, by wieża znalazła się na zachodzie. Osłoniłem oczy od słońca i spojrzałem na okolicę, która rozciągała się przed Mattisem. Dokąd on się, u diabła, wybierał?

Może dlatego, że świeciło słońce, a jednak był środek nocy i panowała grobowa cisza, wieś wydawała się dziwnie opuszczona. Domy wyglądały na budowane w pośpiechu, bez troski i miłości. Owszem, były dość solidne, ale sprawiały wrażenie, że są po prostu dachem nad głową, a nie czyimś domem. Praktyczne. Niewymagające konserwacji płyty chroniące przed wiatrem i deszczem. Pozbawione tablic rejestracyjnych wraki samochodów w ogrodach niebędących ogrodami, tylko kawałkami ogrodzonego terenu, na którym rosły krzewinki i karłowate brzozy. Wózki dziecięce, ale żadnych zabawek. Jedynie w kilku oknach widać było zasłony czy rolety. W pozostałych szybach odbijało się słońce, uniemożliwiając zajrzenie do środka. Jak przeciwsłoneczne okulary u kogoś, kto nie chce, by zbyt wnikliwie zaglądano mu w duszę.

Kościół był rzeczywiście otwarty. To znaczy drzwi się zacinały, więc nie otworzyły się tak życzliwie, jak w innych kościołach, które odwiedzałem. Nawa okazała się maleńka, skromnie urządzona, lecz również piękna w swojej prostocie. Niezachodzące słońce rozświetlało witraże, a nad ołtarzem wisiał jak zwykle udręczony Jezus na krzyżu przed tryptykiem przedstawiającym po bokach Dawida z Goliatem i Dzieciątko Jezus, a pośrodku – Maryję.

Drzwi do zakrystii znalazłem z boku za ołtarzem. Przeszukałem szafy i natknąłem się na dwie alby, szczotkę do szorowania i wiadro, ale nie było żadnego wina mszalnego, jedynie dwa pudełka opłatków z nadrukiem „Piekarnia Olsena”. Włożyłem do ust cztery czy pięć, ale poczułem się tak, jakbym jadł bibułę – pęczniejąc, wysuszyły mi śluzówkę, musiałem więc je wypluć na leżącą na stole gazetę. Poinformowała mnie – jeżeli było to dzisiejsze wydanie „Finnmark Dagblad” – że jest ósmy sierpnia 1977 roku, że protesty przeciwko budowie elektrowni wodnej na rzece Altaelva się wzmagają, że tak wygląda gubernator regionu Arnulf Olsen, że po śmierci Gunvor Galtung Haavik, która pozostawała na usługach KGB, Finnmark jako jedyny region graniczący ze Związkiem Radzieckim czuje się nieco bezpieczniejszy oraz że zapowiadają tu lepszą pogodę niż w Oslo.

Kamienna posadzka w zakrystii była zbyt twarda, a ławki za wąskie, żeby się na nich położyć, wziąłem więc albę i wszedłem na półkoliste prezbiterium. Marynarkę powiesiłem na otaczającej je balustradzie, ułożyłem się na podłodze, a skórzaną torbę wsunąłem sobie pod głowę.

Poczułem coś mokrego na policzku. Wytarłem to dłonią i spojrzałem na koniuszki palców. Były rdzawoczerwone.

Przeniosłem wzrok na Ukrzyżowanego, który wisiał tuż nade mną. W końcu jednak zrozumiałem, że musi kapać z sufitu. Dziurawy dach, wilgoć, woda zabarwiona gliną lub żelazem. Obróciłem się, żeby nie leżeć na bolącym barku, i dla osłony przed słońcem naciągnąłem albę na głowę. Zamknąłem oczy.

Już. Nie myśleć. Zamknąć się na wszystko.

Zamknięcie.

Zerwałem albę, z trudem łapiąc oddech.

Cholera.

Leżałem, gapiąc się w sufit. Zaraz po pogrzebie, kiedy nie mogłem spać, zażywałem valium. Nie wiem, czy się uzależniłem, w każdym razie z trudem zasypiałem bez niego. Teraz zaśnięcie pozostawało jedynie kwestią odpowiednio dużego zmęczenia.

Znów naciągnąłem albę na głowę i zamknąłem oczy. Siedemdziesiąt godzin ucieczki. Tysiąc osiemset kilometrów. Parę godzin snu na siedzeniach w pociągu i w autobusie. Powinienem być dostatecznie zmęczony.

Teraz tylko dobre myśli.

Usiłowałem skierować je na to, co było dawniej. I jeszcze dawniej. Ale to nie chciało przyjść. Przyszło natomiast wszystko inne. Ubrany na biało mężczyzna. Zapach ryb. Czarna lufa pistoletu. Tłukące się szkło. Upadek. Odepchnąłem to od siebie, wyciągnąłem rękę, szeptem wymówiłem jej imię.

I wtedy wreszcie przyszła.

Obudziłem się. Leżałem całkiem nieruchomo.

Coś mnie szturchało. Ktoś. Ostrożnie, jakby nie po to, żeby mnie zbudzić, tylko żeby się upewnić, że pod albą ktoś jest.

Skoncentrowałem się na równym oddechu. Może jeszcze się nie zorientowali, że się obudziłem.

Ukradkiem przysunąłem rękę do boku i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że marynarkę z pistoletem powiesiłem na balustradzie otaczającej prezbiterium.

Amatorszczyzna jak na profesjonalistę.

2

Dalej oddychałem, czułem, że puls się uspokaja. Moje ciało zrozumiało to, do czego jeszcze nie doszła głowa: gdyby to byli oni, to nie szturchaliby mnie, tylko zdarli ze mnie albę i nafaszerowali kulami tak, że byłoby ich we mnie więcej niż pieprzu w nadpsutej baraninie w kapuście.

Ostrożnie zsunąłem okrycie z oczu.

Twarz, która na mnie spoglądała, miała piegi, zadarty nos, plaster na czole i jasne rzęsy okalające parę niewiarygodnie niebieskich oczu. Nad czołem sterczał gęsty grzebień rudych włosów. Ile ten dzieciak mógł mieć lat? Dziewięć? Trzynaście? Nie miałem pojęcia. Nie znam się na niczym, co ma związek z dziećmi.

– Nie możesz tutaj leżeć.

Rozejrzałem się. Wyglądało na to, że jest sam.

– Dlaczego? – spytałem niewyraźnym głosem.

– Bo mama będzie tu sprzątać.

Podniosłem się na nogi, zwinąłem albę, zdjąłem marynarkę z balustrady wokół prezbiterium, sprawdziłem, że pistolet wciąż jest w kieszeni. Lewy bark przeszył ból, kiedy wciskałem ramię w rękaw.

– Jesteś z południa? – zainteresował się chłopiec.

– Pytanie, co oznacza południe.

– No, na południe stąd.

– Wszyscy są z jakiegoś miejsca na południe stąd.

Chłopiec przechylił głowę.

– Mam na imię Knut i mam dziesięć lat. A ty jak się nazywasz?

Już miałem powiedzieć coś innego, ale w końcu zdecydowałem się na wczorajszą wersję. Ulf.

– A ile masz lat, Ulf?

– Stary jestem – odparłem, rozciągając mięśnie karku.

– Więcej niż trzydzieści?

Otworzyły się drzwi zakrystii. Odwróciłem się. Wyszła z nich kobieta, zatrzymała się i wbiła we mnie wzrok. Najpierw mnie uderzyło, że jest młoda jak na sprzątaczkę. I że wygląda na silną. Na przedramieniu i dłoni trzymającej wiadro, w którym chlupotała woda, rysowały się niebieskie żyły. Miała szerokie ramiona, za to wąską talię. Nogi zakrywała staromodna czarna plisowana spódnica. Drugą rzeczą, która mnie uderzyła, były włosy kobiety. Długie i tak ciemne, że w świetle wpadającym przez wysokie okna aż lśniły. Poskramiała je prosta spinka.

Kobieta ruszyła w moją stronę, buty zastukały o posadzkę. Gdy była już dość blisko, dostrzegłem, że ma ładne usta, ale z blizną po zajęczej wardze. Wydawało się wręcz nienaturalne, by osoba o tak ciemnej cerze i włosach mogła mieć tak niebieskie oczy.

– Dzień dobry – odezwała się.

– Dzień dobry. Przyjechałem dziś w nocy autobusem i nie mogłem nigdzie...

– W porządku. U nas wierzchy bram są podniesione[1].

Nie słyszałem serdeczności w jej głosie. Odstawiła wiadro i szczotkę, wyciągnęła rękę.

– Ulf – powiedziałem, chcąc ją uścisnąć.

– Alba. – Gestem odprawiła moją dłoń. Spojrzałem na zawiniątko, które trzymałem w drugiej ręce.

– Nie mogłem znaleźć żadnego okrycia. – Oddałem jej albę.

– I nic innego do jedzenia niż nasze opłatki? – dodała, rozwijając ciężką białą szatę, żeby ją obejrzeć.

– Przepraszam. Oczywiście zapłacę za...

– Niech idzie na zdrowie, z błogosławieństwem czy bez. Tylko następnym razem niech pan nie pluje na naszego gubernatora.

Nie wiem, czy zobaczyłem wtedy uśmiech, w każdym razie blizna nad górną wargą się poruszyła. Nie mówiąc nic więcej, kobieta odwróciła się i zniknęła w zakrystii.

Chwyciłem torbę, przeszedłem nad balustradą prezbiterium.

– Dokąd idziesz? – spytał chłopiec.

– Wychodzę.

– Dlaczego?

– Dlaczego? Bo tu nie mieszkam.

– Mama nie jest wcale taka zła, jak się wydaje.

– Pozdrów ją ode mnie.

– To znaczy od kogo? – rozległ się jej głos. Już szła z powrotem w stronę ołtarza.

– Od Ulfa. – Powoli przyzwyczajałem się do tego imienia.

– A co pan zamierza robić w Kåsund, panie Ulf? – Wykręciła ścierkę nad wiadrem.

– Polować. – Domyślałem się, że w tak niedużej wiosce najlepiej trzymać się jednej wersji.

Owinęła szczotkę szmatą.

– Na co?

– Na pardwy – zaryzykowałem. Czy pardwy żyją tak daleko na północy? – Albo na cokolwiek, co żyje – dodałem szybko.

– Marnie w tym roku z myszami i lemingami – powiedziała.

Roześmiałem się.

– Aha. Miałem na myśli t r o c h ę większe zwierzęta.

Uniosła brew.

– A ja miałam na myśli tylko to, że w tym roku jest mało pardw.

Zapadła cisza.

W końcu przerwał ją Knut.

– Kiedy jest za mało myszy i lemingów, drapieżniki zjadają pardwie jajka.

– A, o to chodzi. – Kiwnąłem głową i poczułem, że mam spocone plecy. Że potrzebuję wody do mycia. Że koszula i saszetka z pieniędzmi potrzebują wody do prania. Że marynarka też potrzebuje wody.

– Na pewno znajdę coś, do czego będę mógł strzelać. Problem chyba raczej w tym, że przyjechałem trochę za wcześnie. Sezon polowań, jak wiadomo, zaczyna się dopiero w przyszłym tygodniu. Będę więc musiał uzbroić się w cierpliwość. – Miałem nadzieję, że Lapończyk udzielił mi właściwych informacji.

– Sezon jak sezon. – Kobieta przeciągnęła ścierką po miejscu, na którym spałem, z taką siłą, że aż zaskrzypiała gumowa nasadka szczotki. – Wam z południa wydaje się, że to wy o tym decydujecie. A my tu polujemy, żeby zdobyć pożywienie. Kiedy go nie potrzebujemy, to nie strzelamy.

– À propos potrzeb. Zna pani jakiś dom w wiosce, w którym mógłbym się zatrzymać?

Przerwała mycie podłogi, oparła się o szczotkę.

– Wystarczy zapukać do pierwszych lepszych drzwi, a dadzą panu łóżko.

– Wszystko jedno gdzie?

– Tak sądzę. Ale niewiele osób jest teraz w domu, oczywiście.

– Aha. – Spojrzałem na Knuta. – Letnie wakacje?

Z uśmiechem pokręciła głową.

– Letnie pastwiska. Wszyscy, którzy mają renifery, obozują w namiotach albo w przyczepach kempingowych przy pastwiskach na wybrzeżu. Niektórzy ciągle są na łowiskach. No i wiele osób wybrało się na zjazd do Kautokeino.

– Rozumiem. A istnieje możliwość wynajęcia łóżka u was? – spytałem. Widząc jej wahanie, dodałem prędko: – Dobrze zapłacę. Bardzo dobrze.

– Tutaj nikt nie pozwoli panu dużo zapłacić. Ale mojego męża nie ma w domu, więc to raczej nie przystoi.

Nie przystoi? Spojrzałem na jej spódnicę. Na długie włosy.

– Jasne. A czy jest jakiś dom, który nie stałby tak... hm... w środku wsi? Jakieś miejsce, w którym można by liczyć na ciszę i spokój? I na piękny widok? – Miałem na myśli taki, który pozwoliłby zobaczyć, że ktoś się zbliża.

– Hm... – mruknęła. – Ponieważ przyjechał pan na polowanie, mógłby pan skorzystać z chaty myśliwskiej. Wszyscy z niej korzystają. Stoi w pewnym oddaleniu od wioski. Ciasno tam i bardzo skromnie, ale przynajmniej miałby pan spokój i ciszę. I widok na wszystkie strony świata, to przynajmniej jest pewne.

 

– Brzmi idealnie.

– Knut może pana zaprowadzić.

– Nie musi, sam znajdę...

– Właśnie, że tak! – przerwał Knut. – Bardzo proszę!

Znów spojrzałem na chłopca. Letnie wakacje. Wszyscy wyjechali. Tak nudno, że przyszedł z matką sprzątać. A tu nareszcie coś się dzieje.

– Oczywiście – powiedziałem. – To co, idziemy?

– Tak!

– Zastanawiam się tylko... – Ciemnowłosa kobieta zanurzyła szmatę w wiadrze. – Z czego pan będzie strzelał? W tej torbie raczej nie ma strzelby.

Spojrzałem na swoją torbę, jakbym musiał wzrokiem sprawdzić jej wymiary, żeby się upewnić, czy zgadzam się z kobietą.

– Zostawiłem w pociągu – wyjaśniłem. – Dzwoniłem już, obiecali, że za parę dni podeślą ją autobusem.

– Ale przecież potrzebuje pan czegoś, żeby uzbroić się w cierpliwość – uśmiechnęła się. – Dopóki s e z o n się nie rozpocznie.

– Ja...

– Mogę panu pożyczyć strzelbę mojego męża. Zaczekajcie na zewnątrz, aż tutaj skończę. To nie potrwa długo.

Strzelbę? Cholera, dlaczego nie? A ponieważ żadne z wypowiedzianych przez nią teraz zdań nie kończyło się znakiem zapytania, skinąłem tylko głową i ruszyłem do drzwi. Za sobą słyszałem przyspieszony oddech, więc nieco zwolniłem. Chłopiec nadepnął mi na piętę.

– Ulf?

– Słucham.

– Znasz jakieś dowcipy?

Siedziałem przy południowej ścianie kościoła i paliłem papierosa. Nie bardzo wiem, dlaczego palę. Nie jestem uzależniony. To znaczy moja krew nie domaga się nikotyny. Nie o to chodzi. To coś innego. Chodzi o czynność. Uspokaja mnie. Prawdopodobnie równie dobrze mógłbym palić słomę. Czy jestem uzależniony od narkotyków? Nie, zdecydowanie tak nie uważam. Możliwe za to, że jestem alkoholikiem, ale, do diaska, tego też nie jestem pewien. Lubię jednak być na rauszu, podniecony, pijany, nie da się ukryć. No i valium. Lubiłem brać valium. A ściślej mówiąc, nie lubiłem nie brać valium. Dlatego był to jedyny środek odurzający, który, jak czułem, powinienem stanowczo odstawić.

Zacząłem sprzedawać haszysz po to, by sfinansować jointy na własny użytek. Było to równie proste, co logiczne: kupujesz taką ilość, żebyś mógł stargować cenę, dwie trzecie z tego sprzedajesz drożej w mniejszych porcjach i bęc! – masz darmowego skręta. Dalsza droga do zajęcia się tym na cały etat jest już krótka. Długa była do pierwszej transakcji. Długa, kręta i wymagająca paru decyzji dotyczących wyboru kierunku, których wolałbym nie podejmować. No ale w końcu stałem w parku Zamkowym, mamrocząc pod nosem krótkie hasło reklamowe („Skręcik?”), skierowane do przechodniów, którzy w mojej opinii mieli dostatecznie długie włosy lub dostatecznie ekstrawagancki strój. No i tak już na ogół w życiu bywa, że pierwszy raz zawsze jest najgorszy. Kiedy zatrzymał się przede mną ostrzyżony na jeża facet w niebieskiej koszuli i spytał o dwa gramy, stchórzyłem i uciekłem.

Wiedziałem, że to nie tajniak, tajniacy nosili najdłuższe włosy i najbardziej ekstrawaganckie ubrania. Bałem się, że to któryś z ludzi Rybaka. Z czasem jednak zrozumiałem, że Rybaka nie obchodzą takie płotki jak ja. Że trzeba się jedynie pilnować, by zanadto nie urosnąć w siłę. I nie wchodzić na jego rynek amfetaminy i heroiny. Tak jak zrobił Hoffmann. Hoffmann źle skończył. Już nie było żadnego Hoffmanna.

Pstryknięciem posłałem niedopałek między nagrobki.

Masz czas, spalasz do filtra, a potem jest nieubłagany koniec. Ale sens polega na tym, żeby spalać do filtra, nie gasić wcześniej. To znaczy sens jak sens. Taki był w każdym razie mój c e l. Sens w zasadzie olewam. A po pogrzebie nie byłem codziennie przekonany również co do celu.

Zamknąłem oczy i skupiłem się na słońcu. Na rozkoszowaniu się tym, jak ogrzewa skórę. Hedon. Był chyba taki grecki bóg? A raczej bożek, jak się to pewnie nazywało tu, na poświęconej ziemi. To niezła arogancja określać wszystkich innych bogów oprócz tego, którego samemu się wymyśliło, b o ż k a m i. „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Oczywisty nakaz każdego dyktatora dla poddanych. Komizm polegał tylko na tym, że sami chrześcijanie nie dostrzegali tkwiącego w tym mechanizmu. To samospełnianie, samowzmacnianie, samonarastanie sprawiło, że dwa tysiące lat zdołał przetrwać przesąd, którego kluczowe pojęcie – zbawienie – było zastrzeżone dla szczęśliwców urodzonych w okresie będącym zaledwie mrugnięciem okiem w historii ludzkości. W dodatku zamieszkiwali oni ten maleńki skrawek Ziemi, do którego w ogóle dotarło przesłanie, dzięki czemu mogli się ustosunkować do krótkiego hasła reklamowego: „Raj?”.

Ciepło ustało. Na słońce nasunęła się chmura.

– To babcia!

Otworzyłem oczy. To nie chmura. Słońce utworzyło aureolę wokół rudych włosów chłopca. Czyżby kobieta w kościele naprawdę była jego babcią?

– Słucham?

Pokazał palcem.

– Ten grób, na który rzuciłeś peta.

Popatrzyłem w tamtą stronę. Zobaczyłem smużkę dymu wznoszącą się z rabatki przy czarnym kamieniu.

– Przepraszam. Celowałem w alejkę pomiędzy grobami.

Skrzyżował ręce na piersi.

– Tak? Jak chcesz celować do pardw, skoro nie potrafić wcelować nawet w ścieżkę?

– Dobre pytanie.

– Przypomniał ci się jakiś dowcip?

– Nie. Mówiłem przecież, że to może potrwać.

– Minęło już... – spojrzał na zegarek, którego nie miał – ...dwadzieścia pięć minut.

Wcale tak nie było. Zacząłem przeczuwać, że droga do chaty myśliwskiej może okazać się długa.

– Knut! Nie męcz pana – rozległ się głos matki chłopca. Wyszła z kościoła i kierowała się teraz do furtki.

Wstałem i poszedłem za nią. Miała sprężysty krok, a jej wygięte plecy kojarzyły mi się z łabędziem. Szutrowy trakt biegnący obok kościoła prowadził do skupiska domów, noszących nazwę Kåsund. Cisza wręcz przerażała. Na razie nie widziałem żadnych innych ludzi oprócz tych dwojga, no i Lapończyka, którego spotkałem w nocy.

– Dlaczego w tych domach nie ma zasłon? – spytałem.

– Ponieważ Læstadius nauczał, że mamy wpuszczać do środka boże światło – wyjaśniła kobieta.

– Læstadius?

– Lars Levi Læstadius. Naprawdę nie zna pan jego nauk?

Pokręciłem głową. Chyba coś czytałem o tym szwedzkim pastorze z ubiegłego stulecia, który postanowił zaprowadzić porządek w rozpustnym życiu miejscowej ludności, ale jego nauk nie znałem i w zasadzie chyba sądziłem, że te staroświeckie wymysły już wymarły.

– Nie jesteś laestadianinem? – spytał chłopiec. – No to będziesz smażył się w piekle.

– Knut!

– Przecież dziadek tak mówi. A on to wie, bo był wędrownym kaznodzieją w całym regionie Finnmark i w Nord-Troms.

– Dziadek mówi też, że nie wolno wykrzykiwać swojej wiary, stojąc na rogu ulicy. – Popatrzyła na mnie przepraszająco. – Knuta czasami ogarnia zbyt duży zapał. Pan jest z Oslo?

– Born and raised. Tam urodzony i wychowany.

– Rodzina?

Pokręciłem głową.

– Na pewno?

– Słucham?

Uśmiechnęła się.

– Zawahał się pan. Może jest pan rozwiedziony?

– No to już na pewno będziesz się smażył w piekle! – zawołał Knut i poruszył palcami, naśladując płomienie, jak się domyśliłem.

– Nie jestem rozwodnikiem – zaprzeczyłem.

Wyczułem, że matka Knuta przygląda mi się z boku.

– A więc samotny myśliwy z dala od domu. Czym oprócz tego się pan zajmuje?

– Jestem ekspedytorem – odpowiedziałem. Jakiś ruch kazał mi podnieść oczy i przez moment mignęła mi w oknie męska twarz, ale zasłona zaraz się zasunęła. – Chociaż właśnie złożyłem wymówienie. Próbuję znaleźć sobie coś nowego.

– Coś nowego – powtórzyła. Zabrzmiało to jak westchnienie.

– A pani sprząta? – spytałem, głównie po to, by w ogóle coś powiedzieć.

– Mama jest dzwonniczką i kościelną – wyjaśnił Knut. – Dziadek, jej ojciec, mówi, że powinna też przejąć pracę pastora. To znaczy, gdyby była mężczyzną.

– Myślałem, że kobiety już mogą być pastorami.

Roześmiała się.

– Kobieta pastor w Kåsund?

Chłopiec znów zaczął naśladować palcami ruch płomieni.

– No, jesteśmy. – Skręciła w stronę niewielkiego budynku bez zasłon w oknach. Na podwórzu stało pozbawione kół volvo, oparte na pustakach, obok taczka, w której leżały dwie zardzewiałe felgi.

– To samochód taty – wyjaśnił Knut. – A to mamy. – Wskazał na garbusa stojącego w cieniu, w garażu.

Weszliśmy do domu, którego drzwi nie były zamknięte na klucz. Kobieta zaprowadziła mnie do salonu i powiedziała, że pójdzie poszukać strzelby. Zostałem razem z Knutem. Pokój był urządzony po spartańsku, lecz ładnie, czysto i porządnie. Solidne meble, chociaż bez telewizora i wieży stereo. Żadnych roślin doniczkowych. A ściany zdobił jedynie obraz Jezusa niosącego owcę i zdjęcie ślubne.

Podszedłem bliżej. To była ona. Nie miałem co do tego najmniejszych wątpliwości. W białej sukni ślubnej wyglądała ładnie, wręcz pięknie. Stojący obok niej mężczyzna był wysoki i barczysty. Jego uśmiechnięta, lecz mimo to twarda i zamknięta twarz z jakiegoś powodu skojarzyła mi się z tą, która chwilę wcześniej mignęła mi w oknie.

– Panie Ulfie, niech pan tu przyjdzie!

Ruszyłem korytarzem do otwartych drzwi pomieszczenia, które wyglądało na warsztat. Jego warsztat. Stół stolarski z zardzewiałymi częściami samochodowymi, zniszczonymi zabawkami, wyraźnie leżącymi tam już od jakiegoś czasu, oraz inne niedokończone projekty.

Matka Knuta wyjęła puszkę z pudełkami nabojów i wskazała na strzelbę zawieszoną na ścianie na dwóch gwoździach obok sztucera. Strzelba wisiała tak wysoko, że kobieta nie mogła jej dosięgnąć. Podejrzewałem, że kazała mi czekać w salonie, żeby najpierw schować tu parę rzeczy. Dostrzegłem okrągłe ślady po butelkach, nie przeoczyłem też zapachu fuzli[2], alkoholu i papierosów.

– Ma pani naboje do tego sztucera? – spytałem.

– Oczywiście. Ale pan przecież zamierza polować na pardwy?

– Ze sztucerem wyzwanie jest większe – stwierdziłem, sięgnąłem po niego i zdjąłem ze ściany. Wycelowałem w okno. W sąsiednim domu poruszyła się zasłona. – No i nie trzeba sobie zawracać głowy wybieraniem śrutu. Jak to się ładuje?