Rozmowy pokojowe

Tekst
Z serii: Seria Akta Dresdena #16
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  1

2  2

3  3

4  4

5  5

6  6

7  7

8  8

9  9

10  10

11  11

12  12

13  13

14  14

15  15

16  16

17  17

18  18

19  19

20  20

21  21

22  22

23  23

24  24

25  25

26  26

27  27

28  28

29  29

30  30

31  31

32  32

33  33

34  34

35  35

36  36

Tytuł ory­gi­nału: The Dres­den Files – Book Sixteen. Peace Talks

Copy­ri­ght © 2020 by Jim But­cher

Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2021 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Urszula Okrzeja

Korekta: Mag­da­lena Gór­nicka

Ilu­stra­cja na okładce: Chris McGarth

Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

ISBN 978-83-66712-69-0

Wyda­nie I

Wydawca:

Wydaw­nic­two MAG

ul. Kryp­ska 21 m. 63, 04-082 War­szawa

tel./fax 228 134 743

www.mag.com.pl

Wyłączny dys­try­bu­tor:

Dres­sler Dublin sp. z o. o.

ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Maz.

tel. 22 733 50 10

www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla Fro­st­bite’a Doom­re­avera McBane’a But­chera. Bra­kuje mi Cie­bie, mały.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Mój brat popsuł ide­alną prze­bieżkę, oznaj­mia­jąc: „Justine jest w ciąży”.

To cał­ko­wi­cie wybiło mnie z transu i nagle zda­łem sobie sprawę z pie­cze­nia w nogach i swo­jego cięż­kiego odde­chu. Zgu­bi­łem rytm i stop­niowo zwol­ni­łem do mar­szu. W błę­kit­nym świe­tle lip­co­wego przed­świtu plaża Mon­trose świe­ciła pust­kami. Jesz­cze nie było gorąco. Wła­śnie dla­tego wsta­łem o wpół do nie­ludz­kiej godziny.

Tho­mas także zwol­nił i teraz szli­śmy ramię w ramię. Ciemne włosy zwią­zał w kucyk. Tak samo jak ja miał na sobie stary T-shirt, spodnie od dresu i spor­towe buty. Był tak przy­stojny, że w jego towa­rzy­stwie ludzie roz­glą­dali się nie­spo­koj­nie, spraw­dza­jąc, czy nie padli ofiarą żartu.

Poza tym był wam­pi­rem.

– Nie wiem, czy dobrze zro­zu­mia­łem – ode­zwa­łem się. – Zabra­łeś mnie z domu z samego rana, przy­je­cha­li­śmy aż tutaj i prze­bie­gli­śmy dzie­sięć kilo­me­trów po pia­sku, a wszystko to bez choćby jed­nego słowa. Całe mia­sto jest pogrą­żone w ciszy i spo­koju. Nie widzie­li­śmy pra­wie żad­nych samo­cho­dów.

– Tak? – odrzekł Tho­mas.

Skrzy­wi­łem się.

– Dla­czego musia­łeś to wszystko popsuć?

Kącik jego ust drgnął.

– Wybacz, że zakłó­cam twoją cele­bra­cję męsko­ści, Hemin­gwayu.

– Nnngh – mruk­ną­łem.

Już pra­wie skoń­czy­li­śmy ostat­nie kółko i powoli wra­ca­li­śmy do samo­cho­dów. Zatrzy­ma­łem się, odwró­ci­łem w stronę jeziora i ode­tchną­łem. Obcią­żona kami­zelka, którą mia­łem na sobie, uwie­rała mnie w ramię i ogra­ni­czała ruchy, więc z iry­ta­cją poru­szy­łem ręką.

Daleko ponad jezio­rem błę­kit zaczął się roz­ja­śniać. Zbli­żał się wschód słońca.

– Jesteś pewien? – spy­ta­łem.

– Bar­dzo – odpo­wie­dział.

Zer­k­ną­łem na niego z ukosa. Na jego ide­al­nie syme­trycz­nej twa­rzy malo­wało się napię­cie. Jego oczy, cza­sami nie­bie­skie, a zazwy­czaj szare, przy­brały sre­brzy­sty, poły­skliwy odcień. Wie­dzia­łem, co się z nim dzieje. Był Głodny.

– Jak to się stało? – spy­ta­łem.

Popa­trzył na mnie, nie obra­ca­jąc głowy i uniósł brwi.

– Nikt ni­gdy nie roz­ma­wiał z tobą o tych spra­wach?

Skrzy­wi­łem się.

– Nie uwa­ża­li­ście?

– Ow­szem – odrzekł Tho­mas. – Poza tym mój lud zazwy­czaj jest bez­płodny. A jed­nak się stało.

– Co teraz będzie?

– To, co zazwy­czaj. Tylko że Głód dziecka będzie odbie­rał Justine ener­gię życiową i na następne sie­dem i pół mie­siąca zmieni ją w źró­dło pokarmu.

Przyj­rza­łem mu się uważ­nie.

– To nie­bez­pieczne?

Prze­łknął ślinę.

– Zgod­nie z rodzinną kar­to­teką nieco ponad połowa kobiet nie prze­żywa porodu albo umiera wkrótce potem.

– Na dzwony pie­kieł. – Wbi­łem wzrok w wodę. Błę­kit poja­śniał, a następ­nie ustą­pił przed pierw­szą falą zło­ci­stego bla­sku. Chi­cago budziło się wokół nas. Szmer samo­cho­dów na auto­stra­dach powoli przy­bie­rał na sile. W rezer­wa­cie na końcu plaży roz­śpie­wały się ptaki.

– Nie wiem, co mam robić – rzekł Tho­mas. – Jeśli ją stracę…

Nie dokoń­czył. Nie musiał. W tym urwa­nym zda­niu krył się cały wszech­świat cier­pie­nia.

– Pora­dzi­cie sobie – odpo­wie­dzia­łem. – Pomogę wam.

– Ty? – zdzi­wił się Tho­mas. Nie­wy­raźny uśmiech na chwilę roz­ja­śnił jego pro­fil.

– Musisz wie­dzieć, że od ponad mie­siąca jestem peł­no­eta­to­wym tatą, a Mag­gie wciąż żyje. To dowo­dzi, że mam obłędny talent rodzi­ciel­ski.

Uśmiech zgasł.

– Jasne. Ale… Harry…

Poło­ży­łem dłoń na jego ramie­niu.

– Nie szu­kaj pro­ble­mów na siłę, już i tak jest ich wystar­cza­jąco dużo. Ona potrze­buje opieki. Cokol­wiek będzie trzeba zro­bić, zaj­miemy się tym.

Przez chwilę przy­glą­dał mi się w mil­cze­niu, a potem ski­nął głową.

– A tym­cza­sem powi­nie­neś zadbać o sie­bie, żeby mogła na cie­bie liczyć – doda­łem.

– Nic mi nie jest – odparł, lek­ce­wa­żąco macha­jąc ręką.

– Nie wyglą­dasz dobrze.

Gwał­tow­nie się na mnie obej­rzał. Wyraz jego twa­rzy uległ zmia­nie. Nagle prze­stał przy­po­mi­nać czło­wieka, a upodob­nił się do mar­mu­ro­wego posągu. Bar­dzo wście­kłego posągu. Moje ciało odru­chowo się napięło, wyczu­wa­jąc bli­skość nie­zwy­kle groź­nej istoty.

Posłał mi surowe spoj­rze­nie, ale w tym celu musiał pod­nieść wzrok. Mój star­szy brat ma ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, ale ja prze­kra­czam dwa metry. Zazwy­czaj mam nad nim więk­szą prze­wagę pod­czas takich kon­fron­ta­cji, ale w tej chwili sta­łem w zagłę­bie­niu w pia­sku.

– Odpuść, Harry – ode­zwał się lodo­wa­tym tonem.

– Jeśli tego nie zro­bię, ude­rzysz mnie? – spy­ta­łem.

Skrzy­wił się.

– Ponie­waż teraz jestem Kapi­ta­nem Zimą, może nie pójść ci tak dobrze, jak podej­rze­wasz.

Uśmiech­nął się kpiąco.

– Nie żar­tuj. Zwią­zał­bym cię two­imi wła­snymi fla­kami.

Zmru­ży­łem oczy. Potem ode­zwa­łem się powoli, sta­ran­nie dobie­ra­jąc słowa.

– Jeśli o sie­bie nie zadbasz i nie prze­sta­niesz się zacho­wy­wać jak nie­spełna rozumu, być może się o tym prze­ko­namy.

 

Jego obli­cze spo­chmur­niało i otwo­rzył usta, żeby coś powie­dzieć.

– Nie – prze­rwa­łem mu. – Nie zro­bisz tego. Nie pogrą­żysz się teraz w egzy­sten­cjal­nych lękach jak jakiś emo wam­pir. To samo­lubne i nie możesz sobie pozwo­lić na takie myśle­nie. Już nie.

Wpa­try­wał się we mnie przez chwilę, naj­pierw z wście­kło­ścią, potem z zadumą, wresz­cie z nie­po­ko­jem.

Fale roz­bi­jały się o brzeg.

– Muszę o nich myśleć – ode­zwał się.

– Jak przy­stało na dobrego czło­wieka – odrze­kłem.

Jego szare oczy skie­ro­wały się w stronę jeziora.

– Wszystko się zmieni – stwier­dził.

– Tak.

– Boję się – dodał.

– Tak.

Jego ciało się roz­luź­niło i nagle znów stał się po pro­stu moim bra­tem.

– Prze­pra­szam, że się zde­ner­wo­wa­łem. Nie lubię… roz­ma­wiać z tobą o spra­wach wam­pi­rów.

– Wolał­byś, żeby­śmy byli nor­mal­nymi braćmi i mieli nor­malne pro­blemy – odrze­kłem.

– A ty nie? – spy­tał.

Przez chwilę wpa­try­wa­łem się w swoje stopy.

– Być może. Ale nie można igno­ro­wać prawdy tylko dla­tego, że jest nie­wy­godna. Jeśli będzie trzeba, przy­pil­nuję cię, żebyś o sie­bie zadbał, ale chyba będzie lepiej dla nich, jeżeli sam to zro­bisz.

Poki­wał głową.

– Zapewne. Mam w gło­wie pewne roz­wią­za­nie – dodał. – Popra­cuję nad nim. To wystar­czy?

Unio­słem obie dło­nie.

– Nie jestem twoim tatą – odrze­kłem, a następ­nie zmarsz­czy­łem czoło. – A skoro o tym mowa, czy rodzina two­jego taty będzie spra­wiała kło­poty?

– A kiedy ich nie spra­wia?

– Ha. – Zapa­dła długa cisza. Na niebo nad jezio­rem wypły­nęła pierw­sza fala poma­rań­czo­wego bla­sku. Dotarła już do dra­pa­czy chmur za naszymi ple­cami. Świa­tło mia­rowo sunęło w dół ścian budyn­ków.

– Cza­sami nie­na­wi­dzę tego, czym jestem – rzekł Tho­mas. – Nie­na­wi­dzę być sobą.

– Może czas nad tym popra­co­wać – odpar­łem. – Cze­goś takiego nie warto wpa­jać małemu dziecku.

Popa­trzył na mnie surowo.

– Od kiedy jesteś takim mędr­cem?

– Poprzez doświad­cze­nie mądrość zdo­by­łem – odrze­kłem gło­sem Yody, ale zała­sko­tało mnie od tego w gar­dle i zanio­słem się kasz­lem. Zma­ga­łem się z nim dłu­żej, niż to było konieczne, a kiedy znów się wypro­sto­wa­łem, Tho­mas nagle ode­zwał się napię­tym gło­sem:

– Harry.

Pod­nio­słem wzrok i zoba­czy­łem, że zbliża się do nas młody męż­czy­zna.

Carlo Rami­rez był śred­niego wzro­stu i miał wyspor­to­wane ciało. Wyraź­nie zmęż­niał i wydo­ro­ślał, ale z jakie­goś powodu wciąż widzia­łem w nim daw­nego paty­ko­wa­tego dwu­dzie­sto­latka. Zapu­ścił ciemne włosy, a jego skóra zbrą­zo­wiała, po czę­ści natu­ral­nie, a po czę­ści od słońca. Cho­dził z tru­dem, kule­jąc i pod­pie­ra­jąc się grubą laską pokrytą wyrzeź­bio­nymi sym­bo­lami – swoją laską maga. Miał na sobie jeansy, pod­ko­szu­lek bez ręka­wów i lekką kurtkę. Jako zapra­wio­nego w boju wojow­nika warto było mieć go u boku, a poza tym był jedną z nie­wielu osób w Bia­łej Radzie, którą uzna­wa­łem za przy­ja­ciela.

– Harry – ode­zwał się, a następ­nie ostroż­nie ski­nął głową do Tho­masa. – Raithu.

Mój brat odwza­jem­nił gest.

– Daw­no­śmy się nie widzieli.

– Od cza­sów Cze­lu­ści – przy­znał Rami­rez.

– Car­lo­sie, jak twoje plecy? – spy­ta­łem.

– Teraz potra­fię prze­wi­dzieć, kiedy będzie padać – odrzekł, posy­ła­jąc mi uśmiech. – Na jakiś czas muszę zre­zy­gno­wać z tańca, ale nie będę tęsk­nił za tym cho­ler­nym wóz­kiem.

Uniósł dłoń i zde­rzy­li­śmy się pię­ściami.

– Co cię spro­wa­dza z wybrzeża?

– Sprawy Rady – odpo­wie­dział.

Tho­mas poki­wał głową.

– Pójdę już.

– Nie ma takiej potrzeby – odrzekł Rami­rez. – Dzi­siaj rano zosta­nie to podane do publicz­nej wia­do­mo­ści. McCoy uznał, że lepiej będzie, jeśli powia­domi cię ktoś, kogo znasz, Harry.

Mruk­ną­łem pod nosem i roz­pią­łem obcią­żaną kami­zelkę. Sprawy Bia­łej Rady zazwy­czaj przy­pra­wiały mnie o ból głowy.

– O co cho­dzi tym razem?

– O roz­mowy poko­jowe – wyja­śnił Rami­rez.

Unio­słem brew.

– Poważ­nie? Z Fomo­rami?

Nad­przy­ro­dzony świat ostat­nio stał się nieco nie­sta­bilny. Jakie­muś sza­leń­cowi udało się zmieść z powierzchni ziemi Czer­wony Dwór Wam­pi­rów, a powstała w ten spo­sób próż­nia zabu­rzyła odwieczną rów­no­wagę wła­dzy. Naj­po­waż­niej­szym skut­kiem powsta­łego cha­osu było poja­wie­nie się Fomo­rów, pod­mor­skich istot, o któ­rych prak­tycz­nie nie wspo­mi­nano za mojego życia, a które zaczęły przej­mo­wać tery­to­rium innych potęg i siać znisz­cze­nie w świe­cie śmier­tel­ni­ków, obie­ra­jąc za cel głów­nie ludzi ubo­gich i imi­gran­tów, w któ­rych obro­nie nie miał kto sta­nąć.

– Odbę­dzie się zgro­ma­dze­nie sygna­ta­riu­szy Przy­mie­rza – potwier­dził Rami­rez. – Poja­wią się tam wszyst­kie naj­waż­niej­sze potęgi. Wygląda na to, że pro­po­zy­cja wyszła od Fomo­rów. Chcą zaże­gnać kon­flikt. Wszy­scy wysy­łają swo­ich przed­sta­wi­cieli.

Zagwiz­da­łem. To by było coś. Zgro­ma­dze­nie wpły­wo­wych człon­ków naj­więk­szych potęg nad­przy­ro­dzo­nego świata w cza­sach wiel­kich napięć i roz­pa­lo­nych tem­pe­ra­men­tów. Współ­czu­łem bied­nemu mia­stu, w któ­rym ta mała impreza doj­dzie do skutku. Cho­ciaż…

Poczu­łem, że opada mi szczęka.

– Chwi­leczkę. Zro­bią to tutaj? Tutaj? W Chi­cago?

Rami­rez wzru­szył ramio­nami.

– Tak, wła­śnie dla­tego McCoy posłał mnie do cie­bie.

– Kto wpadł na ten idio­tyczny pomysł? – spy­ta­łem.

– To drugi powód mojej wizyty – odrzekł Rami­rez z uśmie­chem. – Miej­scowy baron zapro­po­no­wał im gościnę.

– Mar­cone? – spy­ta­łem ostro.

Gen­tle­man John­nie Mar­cone, były przy­wódca zło­dziej­skiej ekipy z Chi­cago, był teraz Baro­nem Mar­cone’em, jedy­nym śmier­tel­ni­kiem, który pod­pi­sał Przy­mie­rze. Udało mu się to osią­gnąć kilka lat temu i od tam­tej pory roz­bu­do­wy­wał swoje impe­rium.

– Tam­ten numer, który wywi­nął razem z Mab wio­sną – ode­zwa­łem się z wście­kłym gry­ma­sem.

Rami­rez wzru­szył ramio­nami i roz­ło­żył ręce.

– Mar­cone zapę­dził Nico­de­musa Archle­one w kozi róg i wszystko mu ode­brał, nie łamiąc przy tym żad­nego z zapi­sów Przy­mie­rza. Cokol­wiek o nim myślisz, facet zna się na rze­czy. Zro­bił wra­że­nie na wielu oso­bach.

– Tak – przy­zna­łem ponuro. – To wszystko jego sprawka. Powiedz, że Rada nie chce, żebym to ja był naszym wysłan­ni­kiem.

Rami­rez zamru­gał.

– Co takiego? Och… mój Boże, ależ nie, Harry. To zna­czy… po pro­stu nie.

Mój brat zakrył usta dło­nią i zakasz­lał. Posta­no­wi­łem zigno­ro­wać zmarszczki w kąci­kach jego oczu.

Rami­rez odchrząk­nął.

– Ale spo­dzie­wają się, że w razie potrzeby będziesz pośred­ni­czył w roz­mo­wach Rady z Zimo­wym Dwo­rem i zapew­nisz bez­pie­czeń­stwo Radzie Star­szych. Wszy­scy będą korzy­stali ze sta­tusu gości, ale mimo wszystko zabie­rają ze sobą wła­sną ochronę.

– Ufaj, ale kon­tro­luj – odrze­kłem. Z obrzy­dze­niem zdją­łem obcią­żaną kami­zelkę i rzu­ci­łem ją na plażę. Upa­dła z cięż­kim łup­nię­ciem.

Rami­rez uniósł brew.

– Jezu, Harry. Ile to waży?

– Sto kilo­gra­mów.

Pokrę­cił głową. Na chwilę pogrą­żył się w myślach. Już wcze­śniej widzia­łem ten wyraz twa­rzy u ludzi, któ­rzy zasta­na­wiali się: „Cie­kawe, czy Harry Dres­den wciąż jest Har­rym Dres­denem, czy może Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści zmie­niła go w swo­jego oso­bi­stego potwora”.

Ostat­nio czę­sto się z nim spo­ty­kam. Cza­sami widzę go w lustrze.

Ponow­nie wbi­łem wzrok w swoje stopy i w zie­mię. Widzia­łem je wyraź­niej, skoro słońce zbli­żyło się do hory­zontu.

– Jesteś pewien, że Rada Star­szych chce, żebym zapew­niał im ochronę? – spy­ta­łem.

Rami­rez zde­cy­do­wa­nie poki­wał głową.

– Decy­zja należy do mnie. Powie­dzieli, że mogę zwer­bo­wać wła­sną dru­żynę, więc wybie­ram cie­bie. Przy­dasz mi się.

– Będziesz mógł go mieć na oku – mruk­nął Tho­mas.

Rami­rez uśmiech­nął się i skło­nił głowę.

– Być może. A może po pro­stu mam ochotę zoba­czyć, jak płoną kolejne budynki. – Ski­nął do mnie głową. – Harry. Będę w kon­tak­cie.

Odwza­jem­ni­łem gest.

– Miło było cię zoba­czyć, ‘Los.

– Raithu – rzekł Rami­rez.

– Straż­niku Rami­rez – odpo­wie­dział mój brat.

Carlo odszedł, pod­pie­ra­jąc się laską, poru­sza­jąc się bez gra­cji, ale dość ener­gicz­nie.

– No dobrze – ode­zwał się Tho­mas, ze zmru­żo­nymi oczami patrząc na odda­la­ją­cego się Rami­reza. – Chyba już pójdę. Sprawy wkrótce się skom­pli­kują.

– Nie możesz być tego pewien – odpar­łem. – Być może to będzie sym­pa­tyczna kola­cyjka, wszy­scy chwycą się za ręce i razem zaśpie­wają.

Zer­k­nął na mnie z ukosa.

Ponow­nie popa­trzy­łem na swoje stopy.

– A może nie.

Par­sk­nął, klep­nął mnie w ramię i bez słowa ruszył w stronę samo­chodu. Wie­dzia­łem, że na mnie zaczeka.

Kiedy odje­chał, pod­nio­słem swoją obcią­żoną kami­zelkę, a potem odwró­ci­łem się i w pro­mie­niach słońca, które wresz­cie wyło­niło się zza hory­zontu, uważ­nie przyj­rza­łem się zagłę­bie­niu, w któ­rym sta­łem.

To był odcisk stopy.

Miał ponad metr dłu­go­ści.

Dostrze­głem trzy takie ślady odda­lone o kilka metrów. Trop pro­wa­dził do wody. Przy­bie­ra­jący na sile wiatr znad jeziora już zaczy­nał zacie­rać kra­wę­dzie śla­dów.

Może ich poja­wie­nie się było cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe.

Albo i nie.

Zarzu­ci­łem sobie kami­zelkę na ramię i cięż­kim kro­kiem ruszy­łem w stronę auta. Mia­łem doj­mu­jące prze­czu­cie, że moje życie nie­długo znów się skom­pli­kuje.

2

Tho­mas wró­cił ze mną do domu na potre­nin­gowe śnia­da­nie.

Tak naprawdę to był dom Molly, ale ona rzadko się poja­wiała, a ja tam pomiesz­ki­wa­łem.

Amba­sada Ciem­nych Elfów w Chi­cago mie­ściła się w nie­wiel­kim ele­ganc­kim budynku w dziel­nicy biz­ne­so­wej i dys­po­no­wała ogrom­nym traw­ni­kiem, zwłasz­cza gdy weź­mie się pod uwagę cenę nie­ru­cho­mo­ści w mie­ście. Taki budy­nek powi­nien być pełen ludzi w suro­wych biz­ne­so­wych stro­jach, zaj­mu­ją­cych się pie­niędzmi oraz licz­bami, które są zbyt skom­pli­ko­wane, kło­po­tliwe i nudne, by kto­kol­wiek inny je zro­zu­miał.

Tak się składa, że nie było to dale­kie od prawdy.

Na pod­jeź­dzie od nie­dawna stała budka straż­nika, a sie­dzący w niej nijaki męż­czy­zna ubrany w rów­nie nijaki drogi, dosko­nale dopa­so­wany gar­ni­tur i ciemne oku­lary pod­niósł wzrok znad swo­jej książki. Zatrzy­ma­li­śmy się przy okienku.

– Fio­le­towy mustang wzbija się do lotu – ode­zwa­łem się.

Straż­nik wbił we mnie wzrok.

– Eee… chwi­leczkę – powie­dzia­łem i zamy­śli­łem się. – Smutny wto­rek to nie pro­blem dla lokal­nych władz?

Wciąż się we mnie wpa­try­wał.

– Nazwi­ska.

– Och, daj spo­kój, Austri – żach­ną­łem się. – Musimy bawić się w to od nowa każ­dego ranka? Wiesz, kim jestem. Psia­krew, wczo­raj wie­czo­rem przez godzinę patrzy­li­śmy, jak dzie­ciaki się ze sobą bawią.

– Wtedy nie byłem na służ­bie – odrzekł Austri cał­ko­wi­cie neu­tral­nym tonem, patrząc na mnie bez emo­cji. – Popro­szę o nazwi­ska.

– Naprawdę padł­byś tru­pem, gdy­byś cho­ciaż raz dał sobie spo­kój z pro­to­ko­łem bez­pie­czeń­stwa?

Znów popa­trzył na mnie obo­jęt­nie, a potem powoli zamru­gał.

– Nie­wy­klu­czone. Wła­śnie dla­tego sto­su­jemy pro­to­koły bez­pie­czeń­stwa.

Posła­łem mu surowe spoj­rze­nie maga, ale bez­sku­tecz­nie. W końcu zamru­cza­łem pod nosem jak Yose­mite Sam i zaczą­łem grze­bać w swo­jej tor­bie spor­to­wej.

– Nazy­wam się Harry Dres­den, jestem Ryce­rzem Zimy, wasa­lem Molly Car­pen­ter, Zimo­wej Panny Dworu Sidhe, i prze­by­wam tutaj jako jej gość. To jest Tho­mas Raith, rów­nież jej gość, przy­ja­ciel Lady Evanny.

– Jest jed­nym z kochan­ków Evanny – uści­ślił Austri i ski­nął głową do Tho­masa.

 

– Jak leci, Austri? – rzu­cił mój brat.

– Jestem na służ­bie – odpo­wie­dział Austri poważ­nie, otwo­rzył jakąś teczkę i zaczął prze­rzu­cać kartki ze zdję­ciami w gór­nym naroż­niku. Zatrzy­mał się na moim pro­filu, sta­ran­nie porów­nał mnie z wize­run­kiem na foto­gra­fii, potem zro­bił to samo z Tho­ma­sem i poki­wał głową. – Popro­szę hasło.

– Chwi­leczkę. – W końcu na dnie torby zna­la­złem zło­żoną kartkę z tygo­dnio­wymi hasłami. Roz­ło­ży­łem ją, otrze­pa­łem z pia­sku i odczy­ta­łem: – „Tort jest kłam­stwem”. Co to w ogóle zna­czy?

Austri przez chwilę wpa­try­wał się we mnie z fru­stra­cją, a potem wes­tchnął. Prze­niósł wzrok na Tho­masa.

– A ty?

– „Żeby kózka nie ska­kała, toby nóżki nie zła­mała” – bły­ska­wicz­nie opo­wie­dział Tho­mas, bez patrze­nia na kartkę. Widocz­nie nie miał nic lep­szego do roboty, tylko uczyć się na pamięć przy­pad­ko­wych haseł.

Austri poki­wał głową z uzna­niem, zamknął teczkę i ją scho­wał.

– Zacze­kaj­cie chwilę. – Wci­snął guzik i nie­mal bez­gło­śnie wypo­wie­dział jakieś słowo, by roz­broić dwa tysiące zabój­czych magicz­nych osłon, które oddzie­lały mnie od drzwi wej­ścio­wych. W końcu ski­nął głową. – Może­cie wejść.

– Dzię­kuję – odrze­kłem.

Roz­parł się na krze­śle i odprę­żył, a wtedy maska nija­kiego czło­wieka, która prze­sła­niała ciem­nego elfa, stała się płynna i przej­rzy­sta. Austri miał szarą skórę, mię­śnie gim­na­styka, głowę nieco za dużą wzglę­dem reszty ciała i olbrzy­mie czarne oczy, jak tam­ten obcy na nagra­niu z sek­cji zwłok. Pod powierz­chowną ilu­zją kryło się spo­kojne i sym­pa­tyczne obli­cze.

– Moja Ingri chęt­nie znów by się poba­wiła z Mag­gie i Sir Mysz­kiem.

– Mag­gie rów­nież mia­łaby na to ochotę. Może ode­zwę się do pani Austri?

Poki­wał głową.

– To leży w zakre­sie jej obo­wiąz­ków. Może wie­czo­rem pogramy w karty?

– Chciał­bym, ale nie mogę niczego obie­cać.

Lekko zmarsz­czył czoło.

– Lubię mieć kon­kretne plany na wie­czór.

– Służba – wytłu­ma­czy­łem.

Roz­po­go­dził się i wziął do ręki książkę.

– Ależ oczy­wi­ście, to zmie­nia postać rze­czy. Pro­szę, daj znać, kiedy obo­wiązki znów pozwolą ci na poświę­ce­nie nam czasu.

Ski­ną­łem głową i ruszy­łem dalej.

Austri był typo­wym ciem­nym elfem. Cho­ro­bli­wie skru­pu­lat­nym, wście­kle pedan­tycz­nym, nie­ludzko zdy­scy­pli­no­wa­nym, nie­ugię­cie odda­nym ideom honoru i obo­wiązku – ale po bliż­szym pozna­niu oka­zy­wał się porząd­nym gościem. Na świe­cie jest miej­sce dla każ­dego, co nie?

Prze­szli­śmy przez kolejne dwa punkty kon­tro­lne, jeden w holu budynku, a drugi w win­dzie, która zwio­zła nas do obszer­nego pod­ziem­nego kom­pleksu amba­sady. Kolejny ciemny elf obej­rzał moje prawo jazdy, potem mi się przyj­rzał i uparł się, żeby zmie­rzyć mój wzrost i wziąć ode mnie odci­ski pal­ców, by zwe­ry­fi­ko­wać, że jestem sobą, a nie oszu­stem ubra­nym w płaszcz Harry’ego.

Pew­nie nie powi­nie­nem krę­cić na to nosem. Wię­cej kon­troli to więk­sze bez­pie­czeń­stwo, nawet jeśli cza­sami zaj­mo­wali się tym tacy zło­śliwcy jak Gedwig. Cha­rak­te­ry­styczna dla ciem­nych elfów mie­szanka para­noi i dro­bia­zgo­wo­ści ozna­czała, że moja córka była bez­piecz­niej­sza pod ich dachem, ale cza­sami mi doskwie­rała i to był jeden z tych dni.

Wśli­zgnę­li­śmy się do miesz­ka­nia, które wciąż było ciemne i chłodne. Przez chwilę zachwy­ca­łem się cudem kli­ma­ty­za­cji w lecie. Magia i tech­no­lo­gia nie idą w parze, a aura ener­gii ota­cza­jąca maga takiego jak ja roz­straja każde urzą­dze­nie wypro­du­ko­wane po II woj­nie świa­to­wej. W żad­nym z miejsc, w któ­rych miesz­ka­łem, kli­ma­ty­za­cja nie prze­trwała dłu­żej niż kilka dni, ale ciemne elfy zbu­do­wały miesz­ka­nie spe­cjal­nie dla Molly. Miało dzia­ła­jące świa­tła, radio, gorącą wodę oraz kli­ma­ty­za­cję, a ja nie mia­łem poję­cia, jak ten sprytny lud tego doko­nał. Ciemne elfy były słyn­nymi rze­mieśl­ni­kami. Powia­dano, że potra­fią zbu­do­wać wszystko, czego sobie zaży­czysz.

Może powi­nie­nem skło­nić Molly, żeby popro­siła o tele­wi­zor. Albo to inter­ne­towe… coś. Urzą­dze­nie. Jeden z tych inter­ne­to­wych dynk­sów. Skoro wszy­scy sza­leją na punk­cie sieci, musi być w niej coś faj­nego.

Kiedy wresz­cie weszli­śmy do salonu, Mister, mój wielki szary kocur, jak zwy­kle dopadł do moich pisz­czeli, sta­wia­jąc powi­talną bary­kadę. Nachy­li­łem się, żeby podra­pać go za uszami, jak lubił naj­bar­dziej, a on z wiel­ko­dusz­no­ścią przy­jął piesz­czotę, a następ­nie pozwo­lił mi wró­cić do moich spraw. Minął Tho­masa, ocie­ra­jąc się pyszcz­kiem o jego nogę, by ozna­czyć go jako swoją wła­sność, a następ­nie odda­lił się z kró­lew­ską obo­jęt­no­ścią. Mister nie był już pierw­szej mło­do­ści kotem, ale wciąż wie­dział, kto rzą­dzi w miesz­ka­niu.

Moja córka wciąż spała na kana­pie, okryta gru­bym kocem. Obok niej spo­czy­wał kudłaty szary olbrzym wiel­ko­ści konia, mój świą­tynny pies, Myszek. Nawet nie pod­niósł łba ani nie otwo­rzył oczu, gdy weszli­śmy. Tylko ziew­nął i uło­żył się nieco wygod­niej, a następ­nie sap­nął ciężko i spał dalej. Oddech Mag­gie na chwilę zgu­bił rytm; potem zanu­rzyła dłoń w futrze psa. Oboje wes­tchnęli przez sen i znie­ru­cho­mieli.

Przez chwilę sta­łem nie­ru­chomo, tylko się im przy­glą­da­jąc.

Tho­mas w takich chwi­lach zazwy­czaj krzą­tał się w kuchni i parzył kawę, ale dzi­siaj sta­nął obok mnie i popa­trzył na dziew­czynkę i psa.

– A niech mnie – mruk­nął.

Poki­wa­łem głową.

– Wielka odpo­wie­dzial­ność.

– Tak.

– Pora­dzisz sobie.

Popa­trzy­łem na niego. Nie byłem w sta­nie zde­fi­nio­wać emo­cji, które malo­wały się na jego twa­rzy. Była to mie­szanka tęsk­noty i łagod­nego, ale dotkli­wego cier­pie­nia.

– Nie sądzę, Harry – odrzekł.

– Nie bądź głupi – odpar­łem. – Kochasz ją. Poko­chasz też dzie­ciaka. Oczy­wi­ście, że dasz sobie radę.

Smutny uśmiech dołą­czył do wcze­śniej­szych emo­cji na jego twa­rzy.

Obaj ponow­nie popa­trzy­li­śmy na śpiące dziecko.

W jej bez­ru­chu kryło się coś, czego nie zna­łem, dopóki nie zaczą­łem się nią opie­ko­wać. Wra­że­nie… dogłęb­nego zado­wo­le­nia, które było mi obce. Mag­gie spała szczę­śliwa i zdrowa – bez­pieczna.

Ode­tchną­łem, żeby odzy­skać rów­no­wagę. Zmę­cze­nie ustą­piło, nie z mojego ciała, ale z jakie­goś głęb­szego, o wiele istot­niej­szego miej­sca. Mój brat wypu­ścił powie­trze w tej samej chwili i trą­cił mnie pię­ścią w ramię. Potem poszedł do kuchni, a ja ruszy­łem w stronę prysz­nica.

Długo wygrze­wa­łem się pod stru­mie­niem wody, a kiedy w końcu zaczą­łem się ubie­rać, usły­sza­łem głosy dobie­ga­jące z kuchni.

– Mleko nie ma uczuć – mówiła Mag­gie.

– Dla­czego nie? – ode­zwał się ktoś jesz­cze młod­szy.

– Ponie­waż mleko jest nie­oży­wione – odrze­kła Mag­gie wesoło.

– Aha. – Przez chwilę pano­wała cisza. – Prze­cież się rusza.

– Ja je poru­szy­łam – wyja­śniła Mag­gie. – Potem jesz­cze przez chwilę chlu­po­cze.

– Dla­czego?

– Chyba z powodu gra­wi­ta­cji – odpo­wie­działa Mag­gie. – A może napędu.

– Chyba roz­pędu? – Ta druga osoba miała cień­szy głos.

– Moż­liwe.

– A skąd o tym wiesz?

– Kiedy będziesz miała dzie­sięć lat, też będziesz dużo wie­dzieć – odrze­kła Mag­gie.

– Dla­czego?

Wsze­dłem do nie­wiel­kiej kuchni i zasta­łem tam Mag­gie w piża­mie, zajętą robie­niem bała­ganu z pomocą Myszka i wyrzeź­bio­nej z drewna czaszki. W oczo­do­łach czaszki lśniły zie­lone punk­ciki świa­tła, jak roz­pa­lone węgle w jakimś dzi­wacz­nym ogni­sku. Na bla­cie pię­trzyła się połowa zawar­to­ści spi­żarni.

Zer­k­ną­łem na Tho­masa, który sie­dział przy kuchen­nym stole z kub­kiem kawy. Napeł­nił też mój kubek. Pod­sze­dłem i wzią­łem go do ręki.

– Nie zamie­rza­łeś zain­ter­we­nio­wać? – szep­ną­łem.

– Tak długo byłeś pod prysz­ni­cem, że już nie pamię­tam, co sobie wtedy myśla­łem – odparł.

– Jak ona sobie radzi? – spy­ta­łem nieco ciszej.

– Cał­kiem dobrze – odpo­wie­dział rów­nież przy­ci­szo­nym gło­sem. – Przy­wi­ta­li­śmy się, popa­trzy­li­śmy sobie w oczy i naj­wy­raź­niej spra­wiło jej to przy­jem­ność. Spy­tała, czy mam ochotę na nale­śniki.

– A ty się zgo­dzi­łeś?

– Harry, bądź poważny. Wszy­scy pra­gniemy, żeby ktoś usma­żył dla nas nale­śniki, po pro­stu jeste­śmy zbyt doro­śli, żeby się do tego przy­znać.

Upi­łem łyk kawy, ponie­waż nie spo­sób dys­ku­to­wać z takim argu­men­tem.

On rów­nież się napił.

– Powstrzy­masz ją? – spy­tał.

Roz­ko­szo­wa­łem się cudem kawy, więc odpo­wie­dzia­łem dopiero po prze­łknię­ciu pierw­szego łyku.

– Lepiej wyba­dam sytu­ację.

Zabra­łem swój kubek do kuchni i usły­sza­łem, że Tho­mas wstał, by mi towa­rzy­szyć. Kiedy sta­ną­łem w progu, drew­niana czaszka zwró­ciła na mnie wzrok i oznaj­miła z dumą:

– Nale­śniki są nie­oży­wione!

– Zga­dza się – ode­zwa­łem się do ducha wewnątrz czaszki. Zde­cy­do­wa­nie wola­łem, żeby prze­by­wał tam, a nie w mojej gło­wie. Duch inte­lektu, który powstał w moim umy­śle, cały czas rósł i już wkrótce miał się w nim nie pomie­ścić. Udało nam się sku­tecz­nie wydo­być go z mojej głowy i prze­pro­wa­dzić do drew­nia­nej czaszki, którą wyrzeź­bi­łem. Od tam­tej pory musie­li­śmy sobie radzić z nie­prze­rwaną rzeką pytań. – Jak się mie­wasz tego ranka, Bonea?

– Ranek to czas po wscho­dzie słońca! – odpo­wie­działa nie­wielka czaszka. – Koń­czy się w połu­dnie!

Bonea znała mnó­stwo nie­po­łą­czo­nych ze sobą fak­tów. Potra­fiła wyja­śnić mnó­stwo zaga­dek wszech­świata, ale nie miała poję­cia, jaki one mają wpływ na praw­dziwe życie. Dla­tego kon­takty z nią… wyma­gały wyczu­cia.

– Brawo, znów poprawna odpo­wiedź – odrze­kłem. – Dzień dobry, Mag­gie.

– Cześć, tato. Smażę dla nas nale­śniki na śnia­da­nie.

– To wspa­niale – ode­zwał się Tho­mas, dźga­jąc mnie pal­cem w kark.

Mag­gie zer­k­nęła na niego i posłała mu ukrad­kowy uśmiech. Nie musia­łem się oglą­dać, żeby wie­dzieć, że do niej mru­gnął. Unio­słem brwi.

– No tak. Nale­śniki. To coś nowego.

– Molly mówi, że trzeba być odważ­nym i pró­bo­wać nowych rze­czy, by się roz­wi­jać – odpo­wie­działa moja córka z powagą. – A Tho­mas mówi, że wszy­scy lubią nale­śniki.

– Wszy­scy lubią nale­śniki – powie­dział Tho­mas.

Obej­rza­łem się przez ramię, dając mu do zro­zu­mie­nia, żeby prze­stał mi poma­gać. Uśmiech­nął się do mnie nie­win­nie.

– No cóż, mają rację – odrze­kłem poważ­nie. – Potrze­bu­jesz pomocy?

– Pora­dzę sobie sama. Umiem obsłu­gi­wać kuchenkę, a Bon­nie zna prze­pis.

– Znam dwie­ście dwa­dzie­ścia sie­dem prze­pi­sów na nale­śniki! – oznaj­miła Bon­nie. – Pro­dukty obec­nie zgro­ma­dzone w kuchni pozwa­lają na zre­ali­zo­wa­nie szes­na­stu z nich!

– Zde­cy­do­wa­ły­śmy się na numer sie­dem – dodała Mag­gie. – Naj­le­piej zaczy­nać od zera.

Zapo­wia­dał się nie lada bała­gan. Myszek obli­zał pysk – mógł­bym przy­siąc, że wyglą­dał na zado­wo­lo­nego z sie­bie. Cze­kało nas wiel­kie sprzą­ta­nie, ale Mag­gie powinna pró­bo­wać nowych rze­czy, dla­tego nachy­li­łem się i poca­ło­wa­łem ją w głowę.