Medycyna energetycznaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa


Uzdrowiciel i uczony Alex Tiberi był moim pierwszym mentorem

Tę książkę dedykuję jego pamięci

Wstęp

W latach 40. XIX wieku przez jeden z dwóch oddziałów położniczych na terenie wiedeńskiego szpitala publicznego przetoczyła się fala zachorowań na bakteryjne zakażenie jamy macicy, zwane gorączką połogową. Na pierwszym umieralność wśród rodzących kobiet wynosiła 10 procent, zaś na drugim – niecałe 4 procent. Oddziały przyjmowały pacjentki co drugi dzień. Gdy kobiety zaczynały rodzić w dniu, w którym przyjmowano na oddział dotknięty epidemią gorączki połogowej, często padały na kolana, błagając o odesłanie ich do domu. Niektóre z nich tak długo odwlekały wizytę w szpitalu, że rodziły przed budynkiem. Porody uliczne, jak zwykło się je nazywać, kwalifikowały do otrzymywania zasiłków na dziecko nawet bez konieczności pobytu w klinice. Później okazało się, że ryzyko zachorowania na gorączkę połogową u kobiet rodzących w ten sposób było o wiele mniejsze niż u pacjentek wiedeńskiego szpitala.

Ignaz Semmelweis, węgierski lekarz, który wówczas pracował na pierwszym ze wspomnianych oddziałów, zastanawiał się, co chroniło kobiety przed tą wysoce zakaźną infekcją. Na obu oddziałach stosowano niemalże identyczne procedury. Jedyna różnica polegała na tym, że na pierwszym pracowali studenci medycyny, zaś na drugim – położne. Po szczegółowej analizie Semmelweis doszedł do wniosku, że on sam oraz studenci przenosili na rękach jad trupi, nieobecny u położnych, które nie brały udziału w sekcjach zwłok i nie miały kontaktu z nieboszczykami (kobiety rodzące na ulicy ustrzegły się infekcji, bo były pozbawione opieki medycznej).

Wkrótce potem Semmelweis nakazał lekarzom z pierwszego oddziału mycie rąk podchlorynem wapnia po każdej autopsji i przed badaniem pacjentów. Po wprowadzeniu tego wymogu śmiertelność na pierwszym oddziale spadła aż o 90 procent. Lekarz wymusił to samo u położnych z drugiego oddziału oraz polecił im mycie narzędzi medycznych w roztworze chloru. Krok ten również zaowocował wyraźnym spadkiem umieralności wśród pacjentów szpitala.

Pomimo dowodów potwierdzających teorię i słuszność praktyk Semmelweisa pozostali lekarze obstawali przy swoim, uważając, że osiągnięte przez niego rezultaty to jedynie zbieg okoliczności. Nie widzieli przecież prawdziwej przyczyny zgonów: mikroskopijnych bakterii. Co więcej, dane zgromadzone przez Semmelweisa stały w sprzeczności z ich przekonaniami na temat funkcjonowania ludzkiego ciała. W Wiedniu nie wierzono jeszcze, że zarazki są źródłem chorób; uważano, że ich przyczyną jest wiele innych, niezwiązanych ze sobą czynników. Koledzy po fachu kpili z Semmelweisa i ostatecznie przestali się stosować do jego zaleceń. Wkrótce potem stracił pracę. Przez resztę życia walczył ze środowiskiem medycznym, promując zalety sterylizacji i higieny. W wieku 47 lat trafił do szpitala psychiatrycznego, gdzie zmarł na sepsę.

Podwaliny medycyny energetycznej są równie stare jak dzieje ludzkości. W pochodzącym z 1550 roku p.n.e. egipskim papirusie Ebersa, jednym z najstarszych tekstów medycznych, zawarto opis leżenia na dłoniach jako sposobu na uśmierzenie bólu. Pitagoras, grecki filozof i lekarz, uznawał uzdrawianie za swoje największe powołanie i był zdania, że pneuma (oddech) to siedlisko duszy. W hinduskiej ajurwedzie, systemie medycyny opracowanym przed tysiącami lat, życiodajną siłę określa się mianem prany, a w wierzeniach judeochrześcijańskich – tchnieniem życia. W tradycyjnej medycynie chińskiej, którą miałam okazję zgłębiać przez 20 lat, odgrywająca kluczową rolę w sprawach związanych ze zdrowiem i uzdrawianiem moc sprawcza nosi nazwę qi. W tym znaczeniu sfera duchowa, filozofia i nauka były niegdyś ze sobą związane, tworząc ważną część naszej historii. Od tamtego czasu wyraźnie oddaliliśmy się od tej więzi. Często rozmyślam, czy pewnego dnia przypomnimy sobie o uzdrawianiu energetycznym i będziemy z niedowierzaniem potrząsać głową, tak jak robimy to dziś, czytając o przypadku Semmelweisa. Czy kiedyś odpowiemy sobie na pytanie, dlaczego tak bardzo opieraliśmy się przed zaakceptowaniem filozofii, która daje nam tyle korzyści, i odrzuciliśmy ją tylko z powodu jej odmienności od naszych dotychczasowych poglądów na temat medycyny?

Muszę przyznać, że ja również nie od razu podzielałam ten pogląd. Moja kariera rozpoczęła się od instynktownej potrzeby niesienia pomocy bliźnim; było to równie silne, co naiwne. Wkrótce jednak moje zajęcia zaczęły nabierać konkretnych kształtów: studiowałam medycynę wschodnioazjatycką, uczyłam się akupunktury w hospicjum, a następnie otworzyłam własny gabinet w Nowym Jorku i wreszcie stopniowo dostrzegałam relacje łączące wszystkie formy uzdrawiania.

Od samego początku praktykowania akupunktury widok moich pacjentów wracających do pełni sił przepełniał mnie pokorą i fascynacją. Fantastyczne efekty tej pradawnej techniki, polegającej na wprowadzaniu w ciało cienkich igieł w celu zmiany przepływu energii w organizmie pacjenta, utwierdzały mnie w słuszności działań, ale jednocześnie rodziły wiele pytań. Przede wszystkim chciałam wiedzieć, dlaczego ta forma manipulowania energią ma tak wielką skuteczność. A może jest to jedynie efekt placebo? Czasem wydawało mi się, że moja funkcja jest ograniczona do roli kanału energetycznego dla pacjentów.

Według chińskiej filozofii energia qi przepływa przez organizm i otacza go, dając nam życie. Kryje w sobie wrodzoną inteligencję ciała – nieuchwytną, lecz możliwą do zmierzenia dzięki homeostazie, czyli umiejętności regulowania odpowiedniego środowiska wewnętrznego zapewniającego zdrowie. Qi jest też częścią większego schematu, uniwersalnego pola energii, które łączy nas wszystkich.

W miarę zdobywania doświadczenia zaczęłam odnosić wrażenie, że jakaś niewidzialna siła wpływa na to, co się dzieje w moim gabinecie. Dało się to porównać do intuicji dr. Semmelweisa, jaką miał, gdy pracował w swojej klinice. Podejrzewałam, że igły i zioła (które przepisuję jako uzupełnienie akupunktury) są jedynie częściowo odpowiedzialne za mój sukces w pracy z pacjentami. Podczas sesji coraz częściej odczuwałam coś… niezwykłego. Fizycznie czułam, jakby po kręgosłupie spływał mi leczniczy tonik, zaś mentalnie odbierałam wyraźny sygnał, że pobieram energię z zewnątrz i przekazuję ją swoim pacjentom.

Ta myśl mnie urzekała, ale odczuwałam też strach, niecierpliwość i nieufność wobec jej zasadności. Miałam wrażenie, że uzdrawiające pole energetyczne to jakaś szarlataneria. Lekarze tradycyjnej medycyny chińskiej, tacy jak ja, posiadają odpowiednie licencje i podlegają określonym wymogom natury zarówno medycznej, jak i etycznej. Praca z energią nie wiąże się z żadnymi standardami, jest dość niepewnym terytorium, a specjaliści w tej dziedzinie wymagają od pacjentów po prostu wiary w to, co robią. Nie chciałam dawać nikomu, w tym także sobie, złudnych nadziei. Nie lubię obiecywać zbyt wiele ani zawodzić oczekiwań (dodam, że zawsze zalecam, a czasami wręcz wymagam, aby pacjenci korzystający z moich usług kontaktowali się również z lekarzami odpowiednich specjalizacji). Tkwił jednak we mnie silny impuls nakazujący mi zbadanie tego starożytnego systemu medycyny łączącego wymiar fizyczny z energetycznym. Chciałam go zrozumieć i spojrzeć na niego przez pryzmat współczesnej nauki, duchowości i filozofii.

Jako osoba skrupulatnie monitorująca własne postępy nie mogłam się pogodzić z faktem, że moim pacjentom pomagają tajemnicze igły i niewidzialne pola energii. Chciałam wiedzieć, co się za tym wszystkim kryje i dlaczego to, co robię, przynosi efekty. Skontaktowałam się z wieloma uczonymi i specjalistami – uzdrowicielami, profesorami, doktorami, naukowcami i badaczami medycyny energetycznej. Odkryłam, że wszyscy ci ludzie w swojej pracy opierają się na zaskakująco podobnych i powiązanych ze sobą teoriach.

Praca nad tą książką zmusiła mnie do poruszania się na pograniczu nauki i mistyki, wskutek czego stała się ona zarówno bardzo osobistym projektem, jak i dochodzeniem o charakterze zawodowym. Musiałam się zmierzyć z własnymi doświadczeniami w pracy uzdrowicielki, ale jednocześnie dokonać pomiarów zmian zachodzących u pacjentów pod wpływem zabiegów, aby móc dowieść ich skuteczności na podstawie badań naukowych.

W ciągu ostatnich kilku lat studiowałam prace Roberta Jahna – byłego dziekana Wydziału Inżynieryjnego na Uniwersytecie w Princeton i współzałożyciela Laboratorium Badań Anomalii Technicznych w Princeton (PEAR – Princeton Engineering Anomalies Research), w którym opracowano metody badania zjawiska zbiorowej świadomości i jej wpływu na ludzi. Zasięgnęłam także informacji na temat duchowości i uzdrawiania u Neale’a Donalda Walscha, autora bestsellerów z cyklu Rozmowy z Bogiem. W Japonii odwiedziłam Hiroyukiego Abe, uzdrowiciela wykorzystującego przepływ energii przez punkty akupunkturowe bez stosowania igieł. Pytałam psychofizjologa o procesy zachodzące w moim ciele podczas pracy z pacjentami, opublikowałam swoje badania nad medycyną energetyczną w czasopiśmie „Journal of Alternative and Complementary Medicine”, a także rozmawiałam z pewnym brytyjskim lekarzem o jego ciekawych poglądach na temat meridianów akupunkturowych. Spędziłam również sporo czasu z dr. Williamem Bengstonem, autorem książki The Energy Cure: Unraveling the Mystery of Hands-On Healing, który jest zarówno uzdrowicielem, jak i naukowcem. Dr Bengston namówił swoich sceptycznie nastawionych kolegów po fachu, aby wypróbowali leczenie dotykiem na myszach, u których wcześniej wywołano raka piersi. W rezultacie dr Bengston i jego ekipa wyleczyli chore zwierzęta podczas każdego z przeprowadzonych eksperymentów.

 

Moja książka jest zbiorem wiedzy, którą udało mi się pozyskać na temat najbardziej niezawodnych i imponujących metod ujarzmiania uzdrawiającej energii. Opisuję tu także, w jaki sposób wykorzystać tę potężną energię z pożytkiem dla nas wszystkich. Mam nadzieję, że moi czytelnicy nie tylko zrozumieją, czym jest uzdrawiająca energia, ale przede wszystkim zaufają jej i będą skorzy do świadomego zgłębiania własnych potrzeb. Wierzę, że każdy z nas ma wrodzoną zdolność posługiwania się tą mocą, dlatego też w swojej książce zamieściłam opis ćwiczeń umożliwiających czytelnikom wykorzystanie ich własnego uzdrawiającego potencjału.

Tradycyjna medycyna chińska zawsze będzie stanowić dla mnie fundament i główny punkt zainteresowań, ale praca, którą aktualnie wykonuję, bardzo się różni od tego, co robiłam na początku swojej kariery. Obecnie czerpię z dorobku wielu dziedzin życia, kultury i religii. Tak jak się spodziewałam, służy to dobru moich pacjentów. Co ciekawe, moje poszukiwania zaowocowały niezłomną wiarą, że zjawiska, których nie potrafimy wyjaśnić, oraz tajemnice, które na zawsze pozostaną poza naszym zasięgiem, mogą odpowiadać na nasze potrzeby.

1
Na czubku palca

Gdy zaczynałam przygodę z akupunkturą, moją pierwszą pacjentką była kobieta, która złamała obie nogi. Zwiedzała z koleżankami remizę strażacką i namówiono ją, aby zjechała po słupie ześlizgu. W chwili naszego spotkania pacjentka była rok po tym wypadku, ale wciąż przy chodzeniu wspomagała się dwiema laskami inwalidzkimi.

Rozpoczynałam wówczas trzeci, przedostatni rok studiów magisterskich z zakresu akupunktury i medycyny chińskiej w San Diego w Kalifornii. Przebywałam daleko od mojej ojczystej Wielkiej Brytanii. Dotychczas jedynie asystowałam przy zabiegach akupunktury, a jeszcze wcześniej ćwiczyłam na workach z ryżem. To był mój pierwszy dzień pracy w klinice uniwersyteckiej w charakterze akupunkturzystki i zielarki i choć miałam opiekuna, to zajmował się on także wieloma innymi studentami. Tego dnia wszyscy po raz pierwszy wykonywaliśmy zabiegi samodzielnie.

W gabinecie pacjentka wręczyła mi zdjęcia rentgenowskie i spojrzała na mnie wyczekująco. Trzymając fotografie pod światło i próbując rozszyfrować, na co właściwie patrzę, starałam się udawać pewną siebie. W tym momencie zza drzwi wychylił się opiekun, który chciał sprawdzić, jak sobie radzę. Podszedł bliżej i pokazał mi, gdzie jest góra, a gdzie dół zdjęcia. „Wykonaj podstawowy zabieg”, powiedział szeptem.

Nie poddałam się. Poprosiłam kobietę, aby włożyła szpitalną koszulę i położyła się na niewielkim łóżku zabiegowym. Gdy była już gotowa, spokojnie zaczęłam umieszczać igły w podstawowych punktach jej ciała odpowiedzialnych za uśmierzanie bólu. Przez cały zabieg kobieta leżała nieruchomo, nie odezwała się słowem. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, czy to, co robię, przynosi jakiekolwiek pozytywne rezultaty. Ku mojemu rozczarowaniu sesja przebiegała raczej nieefektownie. Na koniec jednak wydarzyło się coś, w co być może trudno uwierzyć. Opowiadam o tym, aby podkreślić, że niewyjaśniony powrót do zdrowia często uznajemy za cud, podczas gdy w istocie jest to po prostu powrót do zdrowia, którego nie umiemy wyjaśnić.

Gdy wyjęłam ostatnią igłę i szepnęłam „dziękuję”, aby dać pacjentce do zrozumienia, że sesja dobiegła końca, kobieta otworzyła oczy i powiedziała: „To było niezwykłe uczucie!”. Usiadła na łóżku i oświadczyła, że spróbuje zrobić kilka kroków bez pomocy lasek. Tak też się stało. Powoli spacerowała po gabinecie. Miałam wrażenie, jakbyśmy się znalazły na planie jakiegoś talk-show – straciłam poczucie rzeczywistości. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to przypadkiem nie dowcip, który nauczyciele robią wszystkim debiutującym akupunkturzystom.

Patrzyłam na kobietę, która jeszcze godzinę temu z trudem poruszała się z dwiema laskami, a teraz zostawiwszy je oparte o ścianę, samodzielnie wychodziła z gabinetu. Chwyciłam je i ruszyłam na parking, gdzie moja pacjentka wsiadała już do samochodu. Gdy oddawałam jej laski, powiedziała jak gdyby nigdy nic „dziękuję”; chyba właśnie tego oczekiwała po sesji akupunktury. Wciąż nieco zdezorientowana również podziękowałam.

„Co z nią zrobiłaś?”, zapytał mnie opiekun, gdy wróciłam do kliniki. Sama tego nie wiedziałam. Od razu jednak zdałam sobie sprawę, że choć to kuszące, nie mogę uznać tego uzdrowienia za swoją zasługę. Po pierwsze nie byłam przekonana, że ten nagły i dramatyczny impuls do samodzielnego chodzenia jest aż tak niezwykły. Po całym roku wspomagania się laskami musiał przecież przyjść moment, w którym kobieta postanowi, że czas się ich pozbyć. Być może akupunktura przyniosła jej ulgę w bólu, dzięki czemu uznała, że to odpowiedni dzień, aby spróbować swoich sił. Możliwe też, że odegrałam rolę placebo, oferując jej psychologiczny impuls niezbędny do tego, aby stanęła na nogi (dosłownie).

Mimo wszystko było to istotne doświadczenie, ponieważ zrozumiałam, że ludzie niekiedy w zaskakujący sposób wracają do zdrowia. Poza tym przekonałam się, jak wielką satysfakcję przynosi pomaganie innym w odzyskiwaniu sił – nawet jeżeli do końca nie wiedziałam, jak się to dokonało. Gdy ulżyłam pacjentce w cierpieniu, nie tylko odczułam, że moje życie ma sens, ale również, że to moje przeznaczenie. Tego dnia zrozumiałam: właśnie po to tu jestem. Ta kobieta ze złamanymi nogami i jej zdumiewająca reakcja na zabieg – niezależnie od tego, czy chodziło o rezultat akupunktury, efekt placebo czy bardziej ekspansywne formy energii (dziś uważam, że było to połączenie tych trzech czynników) – ukierunkowały moje życie. Zrozumiałam, że uzdrawianie to nie magia, lecz raczej wynik wzajemnego oddziaływania okoliczności, umiejętności i otaczającego ciało pacjenta pola energetycznego, określanego przez Chińczyków mianem qi. Nie tylko Chińczykom udało się zidentyfikować siłę sprawczą odgrywającą kluczową rolę w utrzymywaniu prawidłowego stanu zdrowia i w skutecznej rekonwalescencji. W większości kultur i wierzeń można znaleźć wzmianki o energii rządzącej procesami fizycznymi i mentalnymi oraz umożliwiającej wszystkim istotom życie w zdrowiu i dostatku.

W pradawnych podaniach wyróżnia się zwykle dwa aspekty istnienia: materię i energię. Ciało jest uznawane za materię, a siłę wprawiającą je w ruch stanowi energia zwana inaczej pneumą, praną czy tchnieniem.

Filozofowie i naukowcy cywilizacji zachodniej także od lat starają się pojąć, co w gruncie rzeczy daje nam życie. Grecki filozof Arystoteles stworzył termin enérgeia, co dosłownie znaczy „energia” lub „akt”. Sam Arystoteles miał problemy z ustaleniem, co dokładnie rozumie przez słowo „energia”, ponieważ określał za jego pomocą wiele różnych pojęć, na przykład zamiar1, czyli chęć urzeczywistnienia decyzji pojawiających się wewnątrz umysłu. W XVII wieku w języku angielskim „energią” nazywano też moc, zaś w XIX wieku zaczęła dominować bardziej naukowa definicja energii jako właściwości, którą przekazuje się danemu obiektowi, aby mógł wykonać pracę albo wytworzyć ciepło. W 1905 roku Albert Einstein przedstawił nowy sposób postrzegania zależności między energią a materią, publikując pracę naukową zawierającą słynne równanie E=MC2, gdzie E to energia, M – masa (za pomocą której mierzymy materię), a C2, wywodzące się od łacińskiego słowa celeritas, czyli „szybkość”, odnosi się do prędkości światła.

Naukowcy już wcześniej uważali, że energia może być cechą materii, ale teoria Einsteina zakłada, że materia i energia są ze sobą związane – już poprzez sam fakt posiadania masy materia zawiera w sobie energię. To równanie pozwala obliczyć, jak wiele energii powstaje w rzadkich przypadkach, kiedy materia zostaje całkowicie przekształcona w energię.

Stwierdzenie, że materię można zmienić w energię, brzmi jak ezoteryka, a jednak to zasada, którą wszyscy dobrze znamy. Właśnie z tym zjawiskiem mamy do czynienia, gdy spalamy drewno w celu wytworzenia ciepła. Ta sama zasada pozwoliła skonstruować bombę atomową. Czy jednak równanie działa także w drugą stronę? Czy materia to nic innego jak skondensowana energia? Na to zdaje się wskazywać teoria Wielkiego Wybuchu: podczas powstania wszechświata energia zmieniła się w materię. C2 – prędkość światła do kwadratu – to jednak fragment równania, który bardzo trudno pokazać w praktyce. Osiągnięcie takiej ogromnej prędkości, a co za tym idzie ilości energii, w celu odtworzenia tego zjawiska uznano za niemożliwe.

W 2012 roku naukowcy z Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych (CERN – Conseil Européenne pour la Recherche Nucléaire), położonego nieopodal Genewy ośrodka badań nad cząsteczkami, zdołali wytworzyć bozon Higgsa, nazywany niekiedy boską cząstką2. W tym celu zderzono ze sobą dwie cząsteczki poruszające się w przeciwnym kierunku wzdłuż długiego na 27 kilometrów tunelu, wytwarzając przy tym olbrzymie ilości energii. Eksperyment przeprowadzono w Wielkim Zderzaczu Hadronów – najpotężniejszym na świecie akceleratorze cząsteczek, którego budowa trwała 30 lat, pochłonęła 6,4 miliarda dolarów i który rozciąga się na dwa kraje – Francję i Szwajcarię (naukowcy poruszają się po tunelu na rowerach).

Stworzenie bozonu Higgsa było olbrzymim sukcesem, ale do zainicjowania całego doświadczenia była potrzebna niewielka ilość materii, wskutek czego nie udało się jednoznacznie stwierdzić, że energię da się zamienić w materię3. Dopiero w 2014 roku fizycy z londyńskiego Imperial College i niemieckiego Instytutu Fizyki Jądrowej Maxa Plancka zaoferowali eleganckie rozwiązanie tego problemu. Za pomocą równań matematycznych dowiedli, że dwie cząsteczki światła (zwane fotonami) da się ze sobą zderzyć, tworząc w ten sposób materię .

Zgodnie z wierzeniami judeochrześcijańskimi pierwszego dnia stworzenia Bóg powiedział: „Niech się stanie światłość”. Okazuje się więc, że przekształcanie czystej energii w materię to zjawisko łączące wymiar naukowy z duchowym.

Taoistyczna historia stworzenia, opisana w filozofii chińskiej, rozpoczyna się od nicości, z której powstała dwoistość. Dwoistość ta, ściśle związana z pojęciem qi, czyli energią życiową, zakłada istnienie przeciwstawnych, choć połączonych ze sobą koncepcji yin i yang. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Obie siły wzajemnie się uzupełniają, tworząc jedność. Zimno to yin, które nie mogłoby istnieć bez porównywania go do ciepła, czyli yang. Dzień należy do yang, noc zaś do yin. W medycynie yin odnosi się do materii, a ściślej mówiąc, do ciała: kości, narządów, mięśni, naczyń krwionośnych itp. Yang to krążąca w nas życiodajna siła lub (jak ja to postrzegam) inteligencja organizmu. Wewnątrz ciała utrzymuje się dynamiczna równowaga: yin może się zmieniać w yang i odwrotnie. Gdy któraś z sił przeważa, druga słabnie i vice versa; ta relacja zawsze jest w ruchu. Według tradycyjnej medycyny chińskiej na yin i yang wpływają zarówno czynniki zewnętrzne (coś znajdującego się poza obszarem organizmu, na przykład zarazki czy nieprawidłowa dieta), jak i wewnętrzne (emocje lub geny).

Już przed tysiącami lat praktycy medycyny chińskiej opisali konsekwencje wpływu czynników zewnętrznych na sferę wewnętrzną. Przypomina to współczesne odkrycia z dziedziny epigenetyki, według których na przykład spożywane przez nas pokarmy4 mogą wywoływać szkodliwe zmiany w DNA. Tajniki tradycyjnej medycyny chińskiej uczą też, że niewyrażone lub skrajnie negatywne emocje mają moc doprowadzić do chorób, wywołując stagnacje lub blokady. W tym miejscu z pomocą przychodzi medycyna energetyczna: dzięki niej da się przywrócić prawidłowy przepływ energii i równowagę między yin i yang, dodając tym samym sił qi.

Filozofia chińska zakłada, że osobiste pole energii człowieka stanowi część większego pola energii, zwanego tao. Jest to rzekomo siła tak bezkresna, że wymyka się wszelkim próbom klasyfikacji – stanowi naturalny porządek wszechświata i macierz dla wszystkich ludzkich doświadczeń. W pochodzącym z VI wieku chińskim tekście Strofy wiary w umysł (Hsin-Hsin Ming) zawarto opis przedstawiający tao jako „bezkresną przestrzeń, w której niczego nie brakuje i nic nie występuje w nadmiarze”5.

Brzmi niezwykle błogo, nieprawdaż? Warto jednak wiedzieć, że każde uczucie, którego doświadczamy, każda myśl i każdy czyn zaburzają spokój tao niczym rzucony kamyk narusza spokojną taflę jeziora. Powstałe w ten sposób drgania wpływają nie tylko na nasze życie, ale także na egzystencję wszystkich pozostałych istot, ponieważ – jak głoszą Strofy wiary w umysł – „nic nie jest odrębne, nic nie istnieje poza tao”6. Innymi słowy, wszystkie żywe istoty są ze sobą powiązane.

 

W medycynie energetycznej ta więź w tao, naszej wspólnej macierzy, bywa niekiedy określana mianem uniwersalnego pola energii. Można w tym dostrzec związek z jednym z dziwniejszych odkryć z zakresu fizyki kwantowej: koncepcją nielokalności. Naukowcy zauważyli, że gdy rozdzieli się cząsteczki subatomowe (mniejsze niż atom), zachowują się one tak, jakby ani czas, ani przestrzeń nie istniały, i komunikują się ze sobą w sposób natychmiastowy. Gdy jedna cząsteczka podejmie decyzję, druga od razu o tym wie i reaguje w odpowiedni sposób. Na przykład gdy skierujemy wiązkę lasera na określony typ kryształu, cząsteczki światła ulegną rozszczepieniu i splątaniu, nawet pomimo że będzie je dzielić spory dystans. W takim przypadku zaobserwowano, że jeden ze sparowanych fotonów cechuje się spinem skierowanym w górę, zaś jego partner ma spin skierowany w dół. Ta dynamiczna równowaga wyraźnie przypomina zaobserwowany przez Chińczyków związek między yin i yang. Co więcej, międzycząsteczkowa komunikacja odbywa się przynajmniej 10 tysięcy razy szybciej, niż wynosi prędkość światła. Głęboko zdziwiło to Einsteina, który wierzył, że prędkość światła to maksymalna możliwa prędkość dla wszystkich zjawisk we wszechświecie. Lekceważąco nazwał je więc „upiornym działaniem na odległość”7, ale fizycy kwantowi dowiedli, że takie oddziaływania rzeczywiście istnieją. Ponadto gdy cząsteczki ulegną splątaniu, są na zawsze połączone i zachowują się, jakby były jednym tworem – nawet gdy dzieli je znaczna odległość.

Istoty ludzkie składają się z miliardów atomów, więc fizycy uważają, że podlegamy raczej prawom statystycznym niż kwantowym. Czy się mylą? Być może pozostajemy ze sobą połączeni w jakiś niezrozumiały jeszcze sposób. Co by było, gdyby się okazało, że jesteśmy częścią olbrzymiego pola energii, nazywanego przez starożytnych Chińczyków tao?

Moim zdaniem ludzie mogą być podobnie splątani w wielkim polu energii. Najczęściej odnoszę takie wrażenie podczas pracy z pacjentami. Większość informacji na ich temat uzyskuję dzięki standardowym procedurom tradycyjnej medycyny chińskiej – mierzeniu tętna, oględzinom języka (istnieje odrębny system diagnozowania na podstawie analizy kształtu i koloru tego mięśnia) czy wywiadowi chorobowemu. Niekiedy jednak moja wiedza pochodzi z innego źródła. Niedawno spotkałam się z Alexem, młodym pacjentem, który odwiedza mnie już od ponad 10 lat. Lekarz zdiagnozował u niego zapalenie płuc i choć Alex brał przepisane mu antybiotyki, cały czas skarżył się na uporczywy kaszel i zmęczenie. Oba te symptomy wystarczyły, abym doradziła mu ponowną wizytę u lekarza. Leki powinny były mu pomóc, tymczasem choroba nie mijała. Z doświadczenia wiem, że czasami można wykryć obszary zastoju w polu energetycznym poprzez uniesienie dłoni kilka centymetrów nad ciało pacjenta i szukanie miejsc, w których energia jest gęstsza, a dłonie przesuwają się z większym oporem. Odnalazłam taki obszar w prawym płucu Alexa i trzymałam dłoń nieruchomo, starając się zrozumieć, co to takiego. Uświadomiłam sobie, że odbieram złe przeczucia. Alex najwidoczniej dostrzegł moje zaniepokojenie, bo powiedział: „A tak, zapomniałem wspomnieć, że odczuwam ból w pewnym miejscu”. Dodał też, że ból umiejscowił się głęboko, a on starał się dużo odpoczywać, aby jak najszybciej wrócić do zdrowia, gdyż następnego dnia miał lecieć do Europy w celach służbowych.

„Nie możesz lecieć, zanim nie spotkasz się z lekarzem”, oświadczyłam stanowczo. Ton mojego głosu zdziwił nawet mnie. Gdy wypowiedziałam te słowa, poczułam lęk, choć nie wiedziałam dlaczego. Zaczęłam się wycofywać z tej dyspozycji, aby nie brzmieć zbyt złowieszczo. „Powinieneś poinformować lekarza, że antybiotyki nie pomogły – wyjaśniłam, starając się uzasadnić wcześniejszą reakcję. – Lepiej, żeby obejrzał twoje płuca; nie powinieneś wciąż odczuwać bólu”. Wiedziałam, że to uzasadniona rada, ale źródłem mojego niepokoju była też intuicja.

Gdy pracowałam w hospicjum, od czasu do czasu zdarzało mi się współdziałać z pewnym wspaniałym lekarzem, który mawiał: „Jeżeli twój pacjent jest w śpiączce, a ty czujesz niepokój, to on zapewne także go odczuwa”. Chciał przez to powiedzieć, że czasami intuicyjnie przejmujemy emocje naszych pacjentów. Być może dzięki naszemu doświadczeniu diagnoza pojawia się w naturalny sposób. Wierzę jednak, że jest w tym coś więcej, tak jak w przypadku Alexa. Mój strach uznałam wówczas za nieproporcjonalny do objawów, więc sądzę, że odbierane przeze mnie informacje nie pochodziły wyłącznie od Alexa, lecz brały się z łączącego nas wszystkich pola energii.

Tej nocy zadzwoniła do mnie żona pacjenta. Przebywała w szpitalu, gdzie jej mąż został poddany obserwacji. Posłuchał mojej rady i dowiedział się, że poprzednia diagnoza była błędna. Źródłem objawów okazała się zatorowość płucna, czyli zablokowanie tętnicy płucnej. Lekarz powiedział mu, że gdyby wsiadł na pokład samolotu, ograniczony dopływ krwi do płuc mógłby się skończyć zawałem serca.

Wiem, jak dziwna może się wydawać ta historia. Sama często się zastanawiam, czy dobrze zapamiętałam to, co się wówczas wydarzyło. Z upływem czasu w moich opowieściach pojawiają się luki, uchodzi z nich powietrze, a to sprawia, że wydają się bardziej racjonalne. Mimo to za każdym razem, gdy coś takiego mi się przytrafia – po raz kolejny wskrzeszając moje przekonanie o obcowaniu ze sferą zjawisk nadprzyrodzonych – robię kolejny krok do zrozumienia tej sieci wzajemnych powiązań, która pomaga nam uzdrawiać siebie i swoich bliźnich. Chociaż zawsze kwestionowałam i będę kwestionować swoje doświadczenia, nieustannie szukając ich logicznego wytłumaczenia, to jednak stopniowo nabieram przekonania, że pełnię rolę korytarza energetycznego i coraz mocniej wierzę, że wszechświat jest źródłem tej energii.

Jestem przeświadczona, że każdy potrafi wykształcić w sobie umiejętność leczenia energią, ale pewne doświadczenia sprawiają, że niektórzy ludzie są bardziej predysponowani do uzdrawiania. Osoby wrażliwe na otaczającą ich energię mają wiele wspólnych cech, takich jak na przykład stres lub urazy doświadczone w młodym wieku. Tak właśnie jest ze mną.

Życie mojej matki było pełne trudności i niepowodzeń. Dorastała w patologicznej rodzinie, od której chciała uciec, wychodząc za mąż w wieku 20 lat. Rok później urodziła mnie, a za trzy lata mojego braciszka. Zakładając własną rodzinę, pragnęła się uwolnić od przemocy, ale wkrótce do niej dotarło, że musi stawić czoło nowym wyzwaniom.

Mój ojciec, znany wówczas w całej Anglii motocyklista, często pojawiał się w telewizji. Sponsorowała go słynna firma motocyklowa, nieustannie podróżował, brał udział w wyścigach w całej Europie. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień to przejazd z ojcem w rundzie honorowej po jego zwycięstwie w zawodach motocrossowych. Hałas silników i wrzaski tłumu to było zbyt wiele jak dla dwuletniej dziewczynki. Pamiętam, że płakałam tak długo, aż oddano mnie z powrotem w ręce mamy.

Sukcesy ojca przytłoczyły nie tylko mnie. Moja matka, jeszcze nie tak dawno nastolatka, musiała sama zająć się wychowywaniem dwojga małych dzieci. Jej teściowa mieszkała po sąsiedzku, ale zamiast zaoferować swoją pomoc nieustannie krytykowała matkę, okazując jej pogardę. Babcia pochodziła z bogatej rodziny i uważała, że jej syn ożenił się z osobą poniżej swoich standardów. Była świecką kaznodziejką w Kościele metodystycznym, ale mimo to nigdy nie przegapiła okazji, aby skrytykować matkę. Młoda, wrażliwa i nieprzygotowana na takie traktowanie kobieta zaczęła się załamywać.

Zmagała się z chorobą psychiczną w czasach, gdy to zagadnienie leżało poza powszechną świadomością. Ówczesna opieka psychologiczna i dostęp do leków nie mogły się równać z obecnymi standardami. Gdyby ktoś odpowiednio zajął się jej problemem, na pewno otrzymałaby leki na depresję i zaburzenia paranoidalne. Być może udałoby się jej odnaleźć równowagę na tyle wcześnie, aby uniknąć tak wielkiej dawki bólu i gniewu. Niestety, zamiast tego udzielano jej złych rad i ostatecznie była zmuszona poddać się terapii elektrowstrząsowej. Wskutek tego całymi miesiącami pozostawała w stanie wegetatywnym, doznała trwałej utraty pamięci i czuła się oderwana od rzeczywistości.