Stracone milionyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Waterbury, 1909 rok

Część 1

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Młody, 1864

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Jules, 1909

Część 2

Rozdział 11

Rozdział 12

Gemma

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Urszula Wspaniała

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Del Dalveaux

Część 3

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Del Dalveaux, 1909

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Gurley

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Gig

Część 4

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Gig

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Gig, 1910

Rozdział 37

Sullivan, 1911

Epilog

Rye, 1964

Podziękowania

Przypisy

The Cold Millions

Copyright © 2020 by Jess Walter

Copyright © for the Polish translation by Dorota Pomadowska

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2021

Wydanie I

Redaktor prowadząca: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: MONIKA ABRAMOWICZ

Korekta: MAGDALENA GERAGA

Konsultacja tekstu: dr hab. JUSTYNA WIERZCHOWSKA

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Zdjęcie na 1. stronie okładki: ysbrandcosijn (stock.adobe.com)

Map copyright © Springer Cartographics

ISBN 978-83-66555-40-2

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

Prezes: Joanna Bażyńska

00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6

e-mail: poradniak@poradniak.pl

Poznaj nasze inne książki.

Zapraszamy do księgarni:

www.poradniak.pl facebook.com/poradniak instagram.com/poradnia_k_wydawnictwo


Konwersja: eLitera s.c.

Mojemu ojcu Bruce’owi i mojemu bratu Ralphowi

.


Waterbury, 1909 rok

Ciemność zasnuła miasteczko niczym dym ze zdmuchniętej świecy. Moja żona właśnie to zjawisko miała najbardziej za złe Spokane, gdzie służyłem w policji od dwóch lat, nazywając je drakońskimi ciemnościami jesieni. Przybyliśmy tutaj ze Sioux City, miasteczka, które ona wciąż nazywała domem, a w którym ja wiodłem spokojniejszy żywot. Natknąłem się na Spokane w reklamie specyfikacji gruntów, ale ziemia, którą kupiłem, okazała się skałą bazaltową zakończoną urwiskiem i nie nadawała się do uprawy, więc wynajęliśmy cztery pokoje w murowanym budynku, na północ od rzeki, a ja zacząłem tę robotę w policji, ciężki kawałek chleba. Lata tysiąc dziewięćset osiem i tysiąc dziewięćset dziewięć były męczące, życie w Spokane było męczące, przywodziło na myśl to słowo Rebeki, drakońskie. Strome wzgórza, głębokie kaniony, mroźne zimy, upalne lata i mroczne jesienne wieczory, które wpędzały ją w melancholię, kiedy o siedemnastej zdawało się, jakby już wybiła północ.

Właśnie jednego z takich wieczorów szeryf Sullivan wziął mnie na bok. Jakiś włamywacz grasował po zamożnych domach na Cannon Hill i szeryf potrzebował do tej sprawy dobrych, solidnych policjantów. Nic tak nie psuło nerwów burmistrzowi jak to, że ktoś wyważał okna od południowej strony i kradł świece właścicielom wiktoriańskiej posiadłości na wzgórzu, i wtedy pospiesznie przypominał Sullivanowi, że pełni przecież urząd szeryfa i jego powinnością jest dopilnowanie, żeby majętne żony milionerów węglowych czuły się bezpieczne. Sullivan wyznaczył mnie i dwóch innych policjantów do patrolowania dolnego South Hill i ujęcia króla włamywaczy.

Nadeszła pora włóczęgów.

– Ominie was jedynie polowanie na łachudry – oznajmił szeryf Sullivan. Lepiej dla mnie, bo i tak wolę policyjną robotę z krwi i kości niż bezustanne uganianie się za kloszardami.

Sullivan wypowiadał się na temat tej okiennej gnidy, jakby to było wcielenie jakiegoś nikczemnego demona z piekła rodem. Jeden z magnatów kopalni srebra zagroził, że sprowadzi detektywa z agencji Pinkertona, a nic tak nie psuło krwi Sullivanowi jak to, że ktoś wynajmował prywatnego detektywa. W Spokane działało sześć agencji detektywistycznych, trzy o zasięgu ogólnokrajowym – Pinkerton, Thiel i Allied – i trzy agencje zatrudniające najemników, lokalnych bandziorów, wykorzystywane przez spółki węglowe do nękania związków zawodowych. Detektywi z agencji o zasięgu krajowym traktowali nas, policjantów, niczym niedorajdy na koniach, dobre do uganiania się za kloszardami i dziwkami, ale równie skuteczne w rozwiązywaniu spraw kryminalnych jak ślepy pies w pilnowaniu farmy. Uważałem, że ta opinia nie była tak zupełnie niezasłużona, i nieraz sam skarżyłem się na lenistwo i łapownictwo starszych, zajadłych policjantów. Zastanawiałem się nawet, czy nie przelać tych moich prywatnych obserwacji na papier.

 

Gdybym został w policji, zrobiłbym to wyłącznie dla Johna Sullivana, ponieważ podziwiałem tego człowieka. Sully był uczciwy i życzliwy, przybył niedawno z hrabstwa Kerry, miał metr dziewięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i prawie sto kilogramów wagi, z czego pewnie ponad dwa kilogramy ważyły same jego sumiaste wąsy. Wstąpił w szeregi policji tuż po Wielkim Pożarze z tysiąc osiemset osiemdziesiątego dziewiątego roku, razem z brutalami pokroju Shannona i Clegga, a jeśli wierzyć temu, co mówiono, we trzech wypędzili ostatnich Indian i ujarzmili miasto leżące na pograniczu.

Jednak Sullivan, w przeciwieństwie do innych, nie był wyłącznie bezwzględny. Był odważny. Łebski. W tysiąc dziewięćset pierwszym roku dwóch rzezimieszków założyło sklep na północnym krańcu mostu Howarda i rabowali, niczym legendarne ogry, każdy przejeżdżający tamtędy wóz. Kiedy Sullivan przyjechał, żeby ich aresztować, jeden z mężczyzn wyciągnął pistolet i kilkakrotnie nacisnął spust, zanim duży John zdołał wytrącić mu z ręki broń. Walcząc z rabusiami, Sully poczuł, jak but z cholewą napełnia mu się krwią. Ogr postrzelił go w nogę, poniżej krocza. Sullivan zaciągnął dwóch opryszków do więzienia, po czym konno pojechał do szpitala, gdzie natychmiast wylądował na stole operacyjnym. Tam poznał pielęgniarkę o połowę młodszą od siebie i ją poślubił.

Jak można by nie chcieć pracować dla takiego człowieka?

Może i Sully popadał w nostalgię za starymi burzliwymi czasami, ale też nie miał złudzeń – dawna mieścina nad rzeką Klondike stała się miastem pełną gębą, a czasy sprzyjały takim brutalom jak Clegg, który postrzegał swoją służbę jako chandryczenie się z kloszardami i dziwkami, żeby płacili mu za ochronę, i nie odmawiał sobie zerżnięcia dziewczyny, jeśli nie uzbierała na zapłatę.

– Czasy starej gwardii dobiegają końca – powiedział Sullivan, kiedy poskarżyłem się na Clegga, który wziął sobie alkohol z archiwum dowodów.

Sullivan nie omieszkał awansować takich policjantów jak Hage, Roff i ja za to, że mieliśmy łeb na karku, i za naszą prawość, jak sądzę, ale również dlatego, że nie przeszkadzało nam, że Bill Shannon był gotów wyrzucić beczkę przez okno, ani to, że Hub Clegg pewnego razu wpadł z patrolem konnym do płonącej tawerny, żeby uratować swoją ulubioną damę lekkich obyczajów.

Właśnie dlatego to nam powierzył sprawę włamywacza z Cannon Hill. Ale oddelegowanie trzech policjantów w sezonie włóczęgów, kiedy we wschodniej części miasta aż roiło się od tułaczy i związkowców, którzy przybywali zewsząd, żeby agitować przeciwko agencjom pracy przy Stevens Street, naprawdę było dla niego poświęceniem. Nie byłem obojętny na ich los, bowiem nie dało się zaprzeczyć korupcji pośredników, którzy zdzierali z najuboższych ostatniego dolara w zamian za niepewne propozycje pracy. Ale protesty Robotników Przemysłowych Świata powodowały zalew miasta cuchnącym motłochem z zagranicy, a ten z kolei przyciągał dziewki z tawern, młodzieńców palących opium i grających w faraona, mistyków, jasnowidzów i kieszonkowców, całe mrowie występku, które roiło się w dzielnicach rozpusty niczym jętki nad zatrutą rzeką.

– Przyskrzyńcie szybko tego włamywacza, chłopcy – powiedział nam Sullivan – bo będziemy potrzebować waszych pałek po drugiej stronie miasta.

I tak Hage, Roff i ja odważnie zanurzyliśmy się w zimny, mroczny wieczór. Wsiedliśmy do pustego tramwaju jadącego na South Hill i wysiedliśmy na pierwszym przystanku. Byliśmy po cywilu – mieliśmy na sobie płaszcze, a na głowach futrzane czapki, żeby nie zmarznąć, a ja także dlatego, żeby w mojej łysinie nie odbijały się światła ulicznych latarni. Plan był taki, że Hage będzie się przechadzał wolnym krokiem bocznymi uliczkami, ja pójdę główną ulicą, z przodu, a Roff z tyłu. Obeszliśmy tą metodą każdy kwartał ulic, weszliśmy na wzgórze, zaczynając od siódemki. Dym z kominów snuł się nisko nad ziemią, a uliczne latarnie rzucały długie i upiorne cienie. Idąc, zaglądałem przez szpary w zasłonach do tych okazałych domów, które płonęły blaskiem ognia z kominków i świec, i zatęskniłem za swoim ogniskiem domowym, za Rebeką i dzieciakami, w tę noc tak zimną i cichą, że wątpiłem, by naszemu złodziejowi chciało się coś szykować.

Po siódemce spotkaliśmy się z Hage przed domem Adamsów, przy wejściu w aleję, gdzie Roff przystanął, żeby odlać się na zgrabiałe korzenie klonu.

– Nie podoba mi się to – powiedział Hage.

– Roff sikający na drzewa?

– To też, ale miałem na myśli to wspinanie się na wzgórze w nadziei, że wpadniemy przypadkiem na jakiegoś wirtuoza włamywaczy i przyłapiemy go na gorącym uczynku.

– Na pewno nie znajdziemy go, uganiając się z Cleggiem za kloszardami w centrum miasta.

– Znajdziemy, jeśli jest kloszardem.

– Ekstrawaganckie zajęcie jak na kloszarda.

– Też tak myślę.

Roff skończył sikać. Skręciliśmy w najbliższą przecznicę i znowu rozdzieliliśmy się przy numerze dziewięć, gdy podziwiałem wsparte na kolumnach ganki okazałych domów i przystanąłem, żeby zapalić fajkę. Wtedy przyszło mi na myśl, że nastawienie Rebeki do Spokane mogłoby się zmienić, gdybym kiedyś wyrwał nas z nędznego mieszkania i przeprowadził do jednego z tych imponujących domów na zboczu wzgórza.

To prawie niemożliwe z pensji policjanta. Szeryf Sullivan sam mieszkał w takim mieszkaniu jak nasze. W każdym razie miałem wątpliwości, czy nawet tak okazały dom byłby w stanie uszczęśliwić moją żonę. Już nie. Nie tutaj. O co chodzi z tymi górzystymi, położonymi na zachodzie i otoczonymi wodą miastami – Seattle, Spokane, San Francisco? Zwiedziłem wszystkie trzy i wiem, że we wszystkich trzech pieniądze topniały w rękach. Przywodziło mi to na myśl coś, co usłyszałem kiedyś na temat Orientu, że woda spływa tam w odwrotnym kierunku. Kto chciałby mieszkać w miejscu, w którym woda się cofa, a pieniądze wypływają z kieszeni? Te miasta, które nie miały żadnego interesu w tym, żeby być miastami, rozciągały się wzdłuż wysp i zatok, klifów, kanionów i wodospadów.

Pogrążyłem się jeszcze bardziej w tym ponurym nastroju i przyszło mi na myśl to słowo Rebeki, drakoński, kiedy z cienia wyłonił się Roff.

– Masz coś? – zapytałem. – Czy...

Nie potrafię powiedzieć, co nastąpiło później – trzask, mój krzyk: „Stać”, błysk i uświadomienie sobie, że to nie jest Roff. Nie mam natomiast żadnych wątpliwości, jak to się zakończyło, ponieważ zgiąłem się wpół i trzymałem za brzuch, który palił mnie żywym ogniem. Możliwa była również inna kolejność zdarzeń, która wydawała się sensowna (to nie Roff, „Stać”, błysk, trzask, zgięcie wpół, brzuch, który palił mnie żywym ogniem), ale nie mogłem sobie tego przypomnieć...

Mężczyzna, który nie był Roffem, uciekał, powiewając połami długiego czarnego płaszcza i stukając butami po bruku, i wtedy przypomniałem sobie Sullivana, który został postrzelony w nogę, a i tak ujął sprawcę, i zdołałem wyciągnąć rewolwer i nacisnąć czterokrotnie na spust, ale strzelałem bezładnie i mężczyzna schował się między dwoma domami na końcu ulicy.

Zgięty wpół, z głęboką raną na brzuchu, upadłem do przodu, na kolana, na żwir i przyznaję ze wstydem, że zawyłem z bólu...

Pierwszy przybiegł Hage, powtarzając w kółko moje imię.

– Alfred, Alfred, Alfred.

– Postrzelił mnie! – Co za wielki zawód, brak wyobraźni. Kiedy pomyślę o tym, co człowiek mógłby w takim momencie powiedzieć. Szekspir albo Grecy, a nawet Biblia. Właściwe ostatnie słowa. A ja zdołałem jedynie wydusić z siebie – Postrzelił mnie.

– Wiem, Alfredzie – powiedział Hage. – Tak mi przykro.

Hage sięgnął do mojego płaszcza, pomacał mnie po plecach.

– Roff! – wrzasnął. Słyszałem, jak mówił, że kula nie przebiła mnie na wylot. Tkwiła w środku. Będą musieli ją wyciągnąć.

Słyszałem od starszych stażem policjantów, że rana śmiertelna aż tak nie boli, ale to stwierdzenie, podobnie jak wszystko, co mówili ci brutale, każde słowo, które wyszło z ich tłustych gęb, było bujdą, wykrętem, szkodliwym kłamstwem.

– Roff! – wydzierał się Hage. – Postrzelili Waterbury’ego!

– Skąd mogli wiedzieć? – zapytałem.

– Co?

– Skąd mogli wiedzieć, jak to jest mieć śmiertelną ranę? – Nawet w moich uszach te słowa brzmiały jak zniekształcone, jakbym mówił spod wody. Moje myśli też wyszły na jaw – z raną postrzałową brzucha mogłem przeżyć kilka godzin, dni, ale na końcu i tak czeka mnie agonia, i...

W głowie zaczęły mi się kłębić różne myśli. Czy jadłem kolację? Czy to był mój ostatni posiłek? Kto zawiadomi Rebekę? Czy ona zaceruje tę koszulę? Może powinna sprzedać moje ubrania i zarobić trochę grosza. Sięgnąłem ręką, żeby sprawdzić, czy kula przeszyła mi płaszcz na wylot.

– Płaszcz jest cały – powiedziałem, ale mój głos brzmiał, jakby dobiegał gdzieś z oddali.

– Roff! – krzyknął znowu Hage. – On postrzelił Alfreda!

– Połóż mnie – poprosiłem i Hage pomógł mi ułożyć się na boku.

– Roff! – krzyknął znowu Hage.

– Rebeka – powiedziałem, ale zabrzmiało to niczym bulgot bąbelków powietrza w wodzie. Chciałem się upewnić, że ona wie – o czym? Nie miałem pojęcia. – Rebeka – wyszeptałem znowu, tym razem wyraźniej. I nawet jeśli znałbym na pamięć wszystkie dzieła Szekspira i całą Biblię, przypuszczam, że właśnie to słowo chciałbym wypowiedzieć jako ostatnie, Rebeka na moich ustach, Rebeka, Rebeka, szeptałem raz za razem, w ciemność.

CZĘŚĆ 1

...najbardziej kochamy to, co wydaje nam się, że musimy mieć, ale mieć tego nie możemy, i tak wciąż płyniemy dalej, obierając kurs na zachód, a potem jeszcze bardziej na zachód.

– Brian Doyle, The Plover

1

Obudzili się na boisku do baseballu – łachudry, kloszardzi, pracownicy sezonowi, menele. Dwa tuziny osób leżało wyciągniętych na śpiworach i kocach na wąskim skrawku obszaru zalewowego poniżej szlaku zrywkowego, obok tawern, zakładów garbarskich i namiotów, nędznych chat, które niczym jęzory psów gończych wisiały nad rzeką Spokane. Ludzie pozbawieni prac sezonowych napływali do miasta z kopalni, farm i osad drwali, wypełniając po brzegi wszystkie noclegownie i pensjonaty, nocując w parkach, w alejach i pawilonach wędrownych kaznodziei, a w minioną noc też na opuszczonym boisku do baseballu, pole bramkowe było wprost pokryte wędrowcami, kloszardami, tułaczami, Amerykanami.

Słońce zaczęło właśnie wstawać zza gór, kiedy Rye Dolan usiadł w połowie linii pierwszej bazy. Spojrzał na to wybrzuszone pole śpiących, na swojego brata, Giga, zwiniętego w kłębek przy jego boku, jakieś pół metra od wzgórka miotacza.

Rye odwrócił się, żeby zobaczyć wschód słońca nad Górami Selkirk – to przydymione, czerwone pęknięcie, w którym ktoś podłożył ogień, żeby dostać pracę przy gaszeniu pożaru. W zeszłym roku Rye może by i nawet zapłacił, żeby pomachać łopatą przy tej pożodze, ale Gig wyjechał i wstąpił do Robotników Przemysłowych Świata, związku zawodowego walczącego z korupcją pośredników pracy, którzy pobierali dolara za każdą ofertę.

Pozostawiony sam sobie dolar mógł wpędzić jego starszego brata w ciężkie tarapaty.

Gig Dolan lubił włóczyć się z zapłatą w kieszeni od Dutch Jake’s do Jimmy’ego Durkinsa tak długo, aż skończyły mu się pieniądze. Choć opiekował się przez cały poprzedni rok Rye’em, co go nieco utemperowało, teraz nie widzieli się od trzech tygodni – Rye pracował przy ostatnim zbiorze plonów w okolicach Rockford, a Gig dołączył do brygady drwali przy wycince drzew w Springdale. Zwolniony z pracy za agitację Gig wrócił do swoich popijaw z kumplami ze związków zawodowych we wschodniej części miasta i do dorywczej pracy w miejskich teatrach, w których wystawiano wodewile, i to właśnie tam, pośród dziwolągów i kuglarzy, przedstawień variété i pokazów kankana, poznał aktorkę o imieniu Urszula – Rye wrócił do Spokane przed niespełna godziną, a brat już zdążył pokazać mu gazetę z recenzją jej występu.

– O, właśnie tutaj – powiedział Gig.

– W zeszłym tygodniu jestem w Teatrze Komediowym i przewożę jakieś rupiecie do stolarza, aż tu nagle to rudowłose zjawisko wyłania się ze swojej garderoby i mówi: „A ty kto?”, a ja odpowiadam: „Cóż, bohater, oczywista”, a ona na to: „Wobec tego potrzebujesz damy”, a ja: „Co wieczór. W soboty dwa razy”. A ona mówi: „Założę się, że za drugim razem już jest kiepsko”. A ja uśmiecham się w odpowiedzi i mówię: „No nie wiem. Dłużej wytrzymuję, ale kiedy traci się zapał, nadrabia się obeznaniem”.

 

Występowała pod pseudonimem Urszula Wspaniała, w „Spokesman-Review” nazywano ją „widowiskiem nieprzyzwoitości” i „ostatnim z czterech aktów rosnącej deprawacji”. Gig namówił Rye’a, żeby wydali pieniądze odłożone na czarną godzinę na wspólną kąpiel w miejskiej łaźni – starszy brat wziął gorącą kąpiel dla zalotników, a Rye usadowił się w ciepłej kąpieli dla bezdomnych, ostrzygli się i ogolili za piątaka, chociaż akurat chłopięca twarz Rye’a tego nie potrzebowała, i zamiast gotować ubrania nad ogniem, zapłacili za porządne pranie i wyprasowanie ubrań w chińskiej dzielnicy. Wyszykowani, kupili miejsca po pięćdziesiąt pięć centów w Teatrze Komediowym i zasiedli w oczekiwaniu na przyjemną deprawację – po kolei wystąpili niewidomy akordeonista, bawarski żongler, pojedynek zapaśniczy między beznogimi i bezrękimi mężczyznami (zawsze zakładaj się o nogi), aż w końcu kurtyna rozsunęła się na wielki finał i przyćmione światła sceniczne ukazały obiekt fascynacji Giga. Tymczasem Rye zastanawiał się, co za uszczypliwy krytyk wymyślił słowo zdeprawowana, kiedy po raz pierwszy ujrzał tę płomiennowłosą piękność, która sprężystym krokiem weszła w snop świateł reflektorów i stanęła przed ogromną żelazną klatką...

W środku był dorosły kuguar! Przechadzał się tam i z powrotem, warcząc, a tymczasem zespół grał na lirze korbowej, duży kot skradał się, a Urszula tańczyła wokół niego, śpiewając kilka numerów, rozbierała się do gorsetu i pończoch, wierzgając coraz wyżej swoimi długimi nogami, opierając się plecami o klatkę, aż wszystkie światła zgasły, a cała widownia wstrzymała oddech, i pojawił się snop światła reflektora i w nim Urszula otworzyła drzwi do klatki, a ogromny kot pochylił głowę, zasyczał i fuknął – a odważna Urszula wolnym krokiem weszła do środka, jakby szła do spiżarni po masło, zamknęła za sobą drzwi do klatki i zaśpiewała bestii serenadę, wydobywając z siebie nadludzko wysokie tony i zdzierając gorset, i ach! Ten blask ciała, wąska talia i porcelanowo białe plecy i furia górskiego lwa, jakby chciał się rzucić na jej nagie piersi – które Rye mógł sobie jedynie wyobrazić, ponieważ kobieta stała tyłem – i wtedy właśnie Urszula Wspaniała rzuciła gorsetem w kuguara, a ten porwał go na strzępy zamiast jej jasnej skóry, i kobieta, zagłuszona okrzykami i gwizdami, podniosła jedwabny peniuar leżący w tylnej części klatki, wślizgnęła się w niego, zawiązała pasek i wciąż śpiewając ponad rykiem kuguara i tłumu, wyszła z klatki, cała i cudowna.

Rye musiał to przyznać – ta Urszula to było naprawdę coś. Sprawiła, że niewidomy akordeonista wyglądał jak... niewidomy akordeonista. Potem Rye pobiegł między rzędami w poszukiwaniu resztek jedzenia, a Gig był oczarowany, a kiedy Gig jest zauroczony jakąś sprawą albo kobietą, traci zdrowy rozsądek, więc wyciągnął brata z ciepłego teatru i poszli alejką do wejścia dla aktorów.

Wejścia pilnował jakiś gruby odźwierny i mimo że bracia mieli świeżo ogolone twarze i wyprane w pralni koszule, nie miał zamiaru wpuścić właścicieli tak znoszonych butów na spotkanie z gwiazdą. Gig błagał, ale odźwierny wyjaśnił – Urszula jest zajęta czymś innym, a za dwa centy powiedział, czym była zajęta, zabawianiem pewnego dżentelmena, a za kolejne dwa centy, kim był ów dżentelmen, bogatym właścicielem kopalni, nazywał się Lemuel Brand. Bracia Dolanowie stracili już tyle na skutek działań Lema Branda, żeby wiedzieć, że urok osobisty i uroda Giga nie miały żadnego znaczenia, człowiek ze slumsów nie mógł się równać z takim wpływowym mężczyzną, jakim był Brand, więc poszli z powrotem alejką, a Rye powiedział: „Mam nadzieję, że następnym razem to kuguar wygra”, kiedy z wejścia dla aktorów dobiegło wołanie: „Gregory!” i Urszula, wciąż w peniuarze, pojawiła się w migoczącym świetle latarni gazowej.

– Gregory – zawołała jeszcze raz, jakby za pierwszym razem nie uderzyła w odpowiedni ton, i Gig pobiegł do niej alejką. Słuchał wyjaśnień Panny Wspaniałej, trzymając ręce w kieszeniach spodni, jakby spodziewał się złych wieści, Urszula dotykała jego klatki piersiowej, Gig kiwał głową, odwrócił się na pięcie i zostawiwszy ją pod drzwiami, wrócił do Rye’a, który stał na końcu alejki. Obserwowała go, jak odchodził, trzymając rękę na sercu, a Gig nie dał jej tej satysfakcji i nie obejrzał się za siebie.

– I co?

– Przysięga, że nie pójdzie do łóżka z tym kolesiem – wyjaśnił Gig – ale on jest właścicielem tego teatru, więc...

Pozostawił niedopowiedzenie po tym „więc” i wrócili na ulicę, żeby uleczyć zranioną duszę Giga.

W Spokane działało dwieście pięćdziesiąt tawern, a poprzedniego wieczoru z każdej z nich dobiegał donośny szum niczym z garnka tuż przed wrzeniem wody, uliczne patrole policji szukały pijaków, żeby ich zgarnąć, dzielnica rozpusty była wypełniona po brzegi ludźmi, którzy powrócili po żniwach, wyrębie drzew i w związku ze zbliżającymi się protestami związkowców, a centrum miasta było rogorączkowane niczym podsycany wiatrem pożar. Tydzień wcześniej aresztowano jakiegoś mówcę związkowego i na łamach „Industrial Worker” apelowano do pracowników sezonowych, żeby przybyli na Bitwę o Wolność Słowa w Spokane, i tułacze wysypywali się jak jabłka z wagonów towarowych i zeskakiwali z kratownic – zgarbione postaci z Chicago, Denver, Seattle – biali, czarni, Hindusi, Chińczycy, Kozacy, Irlandczycy, Włosi, Finowie – stołki barowe i ławki były aż powyginane od ich pleców. Rye zachwycał się tym nieskończonym gwarem niebiańsko-ruso-flamo-serbo-saliszo-hiszpańskiego.

Bracia Dolanowie spotkali kilku przyjaciół Giga, związkowców, którzy przyszli z ogromnej hali Robotników Przemysłowych Świata przy Font Street – towarzyskiego Jamesa Walsha przysłanego z Chicago, żeby poprowadził akcje ruchu robotniczego w Spokane, i zasadniczego Montanańczyka nazywanego Małym Frankiem, którego Walsh przedstawił, mówiąc: „częściowo Indianin, a reszta to same kłopoty”.

Rye nie lubił, kiedy Gig zadawał się z tymi typami ze związków zawodowych. Uważał te ich rewolucyjne żarciki za na wpół głupawe, a na wpół niebezpieczne, choć nigdy nie miał pewności, co tak naprawdę oznaczało i jedno, i drugie. Nie był w stanie dotrzymać im kroku w popijawach, bibach i gadaniu o najemnym niewolnictwie, i o tych wszystkich sprawach związanych z walką o równość. Wolał spokój pensjonatu pani Ricci we włoskiej dzielnicy, po drugiej stronie rzeki. Ciepłą zupę, twarde łóżko, wczesne wstawanie, żeby załapać się jako pierwszy na dobrą robotę.

Ale tego wieczoru, ze współczucia dla złamanego serca Giga, Rye dał się wciągnąć w towarzystwo związkowców, którzy przemycili go do ogromnej piwiarni Jimmy’ego Durkina, na której widniał szyld: NIE KUPUJ WÓDKI, JEŚLI DZIECIAKI W DOMU POTRZEBUJĄ PAPUTKI. Wznosili toasty za znoszone buty Rye’a i opowiadali dramatyczne historie o lichwiarzach i brygadzistach, a Rye kiwał głową, wybuchał śmiechem i śpiewał razem z nimi.

To bardzo wiele znaczy, kiedy cały świat się wali, a ktoś powie ci, że wcale tak nie musi być – że człowiek mógłby zarabiać na tyle godziwie, żeby móc się sam wyżywić i mieć dach nad głową. Po dwóch piwach Rye poczuł się podniesiony na duchu tym cieniem nadziei.

James Walsh był muzykiem i górnikiem, który pewnego razu zgarnął dwudziestu opryszków, ubrał ich na czerwono i zabrał na włóczęgę po kraju wagonami do przewozu bydła, żeby wesprzeć kongres Robotników Przemysłowych Świata, który odbywał się w tysiąc dziewięćset dziewiątym roku w Chicago. Po drodze zatrzymywali się, by dawać występy w obozach pracy. Walsh nazwał ich Brygadą Kombinezonów i oznajmił, że robi to wszystko dlatego, „żeby przypomnieć tym elegancikom w garniturach i okularkach, którzy dyskutowali na temat paragrafów i nowelizacji prawa, że chodzi o cholerne prawa cholernych ludzi”. W tę noc w zatłoczonej piwiarni Durkina roztaczał swój urok osobisty, nazywając Rye’a „chłoptasiem”, a Giga „szanowanym senatorem Dolanem”, stawiając kolejkę za kolejką, aż Rye po raz pierwszy w życiu był pijany, stojąc ramię w ramię z mężczyznami ze związków zawodowych i zawodząc pieśń ze śpiewnika Robotników Przemysłowych Świata autorstwa Małego Franka:

Och, dlaczegóż nie pracujesz tak jak inni ludzie?

Jak, do cholery, mam pracować, skoro nie ma żadnej roboty?

Alleluja, jestem włóczęgą,

Alleluja, znowu jestem włóczęgą...

Potem piwo się skończyło, jak to bywa z piwem, whisky, zegarki i pięciocentówki też, związkowcy sobie poszli, a Gig i Rye zostali sami, teraz rozkręceni na całego, wymykając się patrolom szukającym kloszardów i wyśpiewując na ulicy swój gniew, przejmującą pieśń, której nauczył ich ojciec – Niech będzie cześć wszystkim tym chłopcom, którzy odeszli, chłopcom...którzy odeszli! – zbyt sfatygowani, żeby pokazać się pani Ricci, wdowie, która prowadziła pensjonat i nie znosiła, kiedy Gig pił alkohol. Właśnie wtedy starszy brat powiedział młodszemu o tym zarośniętym chwastami boisku do baseballu i dużym palenisku na wzniesieniu, na mecie miotacza, chociaż zanim, zataczając się, zeszli ze wzgórza do Peaceful Valley, ogień już dogasał, a murawa boiska była usiana rozłożonymi posłaniami. Rye i Gig zostawili swoje tobołki na ganku u pani Ricci i zwinęli się w kłębek na płaszczach położonych na gołej ziemi w polu bramkowym, bynajmniej nie dlatego, że nie mieli ambicji na zapole, a dlatego, że jeśli człowiek ulegnie pokusie miękkiej murawy pola środkowego, to rano będzie cały w rosie, i zamiast się obudzić, może zamarznąć na śmierć...

Zamarznąć na śmierć. To dopiero była myśl. Przyglądając się tej przydymionej czerwieni wschodu słońca na niebie, Ryan Dolan przypomniał sobie te słowa, które matka powtarzała, kiedy był małym chłopcem i wychodził na zewnątrz bez kurtki i butów. Cóż, w międzyczasie dość dobrze zaznajomił się ze śmiercią, właściwie był z nią po imieniu, i z tego, co zdążył się zorientować, to śmierć grała na pozycji łapacza.

Rye szturchnął brata:

– Hej, Gig, chodź, sprawdzimy, czy ten odźwierny w Empire zapłaci nam dwa centy za wyrzucenie śmieci do rzeki.

Gig usiadł i ziewnął. Zaczął się obmacywać rękami w poszukiwaniu bibułki i tytoniu, ale nie miał ani jednego, ani drugiego.

– Sam sobie idź, Rye, chłopcze – odparł. – Ja wybieram się dzisiaj do piwiarni.

Oto główne zastrzeżenie Rye’a – to, jak bardzo Gig był zaangażowany w ruch Robotników Przemysłowych Świata, duży ruch związkowy, do którego przyjmowano każdego: fińskiego drwala, czarnoskórą szwaczkę, hinduskiego robotnika z rancza, a nawet takich sezonowych pracowników jak oni. Bo jak niby ta organizacja chciała pomóc im w szukaniu lepszej pracy, skoro spędzali w niej tyle czasu co Gig, i przez to nie mogli niczego znaleźć?

Gregory Dolan był mężczyzną krępej budowy – kwadratowe ramiona, i szczęka, gęste brązowe włosy nad łobuzerskimi niebieskimi oczami. Był bystry, jeśli chodzi o książki, i nieco mniej w kwestii szukania pracy, co było w większym stopniu domeną Rye’a. Gig zdołał skończyć jedenastą klasę, zaszedł trzy klasy wyżej niż pozostali członkowie rodziny Dolanów, a potem sam zajął się własną edukacją. Zawsze nosił książkę w swoim tobołku i czytał ją, jakby miał zaraz zdawać jakiś egzamin. Rye potrafił dobrze czytać, na tyle dobrze, żeby odszyfrować listę płac albo ulotkę w sprawie pracy przy sprzątaniu, ale nigdy nie widział sensu w tym, żeby studiować ekonomię po to tylko, by wypielić pole za sześćdziesiąt centów dniówki.

Kolejna różnica między nimi dotyczyła płci pięknej. Rye Dolan był na tyle wysoki, żeby nabrać agenta pracy, jednak nie kobiety – z bliska widać było, że ma chłopięcą twarz, drobne ramiona i uszy przypominające uchwyty od wazy. A kiedy Gig przechadzał się ulicą, nawet damy w automobilach rzucały mu powłóczyste spojrzenia. Rye podejrzewał, że żaden włóczęga w historii nie dostał tylu rzeczy za pół ceny i darmowych bułek od różnego autoramentu dziewcząt, dam lekkich obyczajów, ropuch z tawern i ptaszyn o splamionej reputacji co jego starszy, uroczy brat.

– Chodź ze mną tylko do Empire – poprosił Rye. – Potem pójdziemy do piwiarni.

– Nie. – Uśmiech Giga przeszedł w ziewanie. – Chyba poleżę sobie tutaj i podumam jeszcze trochę nad ludzką naturą.

– Bez ciebie nigdzie nie idę – odparł Rye. Cały jego świat to Gig. Gig i Rye Dolanowie, na boisku do basaballu, to ostatni Dolanowie z Whitehall – siostra Lace zmarła w wieku szesnastu lat, wydając na świat martwe dziecko w szpitalu w Butte, brat Danny pracował przy spływie drzew w osadzie drwali, aż nadział się bokiem na szpikulec śliskiego od deszczu bala, stracił równowagę i utonął. Był jeszcze ich ojciec-któryś-nie-jest-w-niebie, który przeklął tego starego gnoja z kopalni, Dana Seniora, a kiedy zginął, leżał tak długo na ziemi, że bracia z trudem rozpoznali jego twarz, a przecież tak dobrze pamiętali jego smętne piosenki i każdy centymetr na jego dłoni.