Laus feminae 2: Profesor Butrym

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Żuławski

Laus feminae 2: Profesor Butrym

Saga

Laus feminae 2: Profesor ButrymZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1916, 2020 Jerzy Żuławski i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426281

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

JERZY ŻUŁAWSKI

1874—1915.

Ile wojna zgasiła talentów, które kiedyś zakwitłyby może wspaniałym kwiatem na niwie poezyi polskiej—tego nie będziemy wiedzieli nigdy. Zostanie to na zawsze tajemnicą. Nie zdradzą nam jej samotne, milczące mogiły, rozrzucone na szerokiej przestrzeni ziem polskich — od Karpat aż po błota poleskie.

Wiemy jednak, że wojna trzebiła nietylko ten młody, nieznany nam bliżej, zagajnik literatury. Wdarła się ona także i do starszego jej lasu i obaliła tam bujne drzewo męskiej, dojrzałej twórczości Jerzego Żuławskiego.

Tragiczny zgon poety, zmarłego w sierpniu 1915 roku, w austryackim szpitalu dla tyfoidalnych w Dębicy, w Galicyi Zachodniej, szerokiem rozniósł się echem i przygnębiające wywarł wrażenie wśród wszystkich, którzy znali jego bujną, pełną ochoty do życia naturę.

Mimowoli wyrywały się wówczas na usta słowa Juliusza:

„ Gdyby przynajmniej przy rycerskiej śpiewce

Karabin jemu pod głowę żołnierski,

Gdyby miecz w sercu lub zabójcza kula!

Lecz nie! — szpitalne łoże i koszula...“

W tem „łożu szpitalnem“ tkwi bodaj największa tragedya życia i śmierci Żuławskiego.

Nie wchodzimy tu w ocenę jego działalności, jako uczestnika Legionów galicyjskich. Wystarcza nam fakt, że pragnął, „jak dziad i ojciec“, dać krew ojczyźnie. Tak przynajmniej pisał w porywie szczerego i głębokiego uczucia w pożegnalnym wierszu do swoich synów. Los zrządził, że dał tylko — im i ojczyźnie — przedwczesną śmierć i żałobę.

W poezyi polskiej wieku XX ma Żuławski swoją własną kartę. Zaczął pisać młodo, jeszcze jako student uniwersytetu berneńskiego w Szwajcaryi, gdzie u podnóża Alp, zapatrzony w ich śnieżne szczyty, zdobywał doktorat filozoficzny, przykładając się szczególnie do studyów nad Spinozą.

Spinoza też wywarł na niego niewątpliwy i głęboki wpływ. Od niego przejął ów „eudajmonizm etyczny“, który tak doskonale harmonizował z jego naturą, żądną pełni życia i szczęścia. Cała późniejsza filozofia Żuławskiego, na której podstawach ukształtował się jego stosunek do najżywotniejszych osobistych i ogólnych zagadnień, łączy się niemal bezpośrednio z pojęciem Spinozy o potędze ducha, która prowadzi do wolności, przez wolność do cnoty, a przez cnotę, jako wynik wolności, do szczęścia.

Ideałem jego, podobnie jak ideałem Spinozy, był „człowiek zdrowy, wesoły, swobodny, szczęśliwy, wrażliwy, choć niczego się nie bojący, poddany cały rządom rozumu i gorącą miłością Boga rozpalony“.

Kiedy w pracy swojej o Spinozie („Przed zwierciadłem prawdy“ str. 187 i nast.) mówi: „Pogoda, spokój, siła — to trzy błogosławieństwa, które Spinoza światu niesie; nad ideałem jego, nad ludzkością, którą sobie wymarzył, pali się jedna ogromna miłość do Boga, która jest miłością wszechświata i miłością życia“ — mówi to, jakby o sobie i od siebie.

W tych określeniach jest też klucz do zrozumienia całej jego indywidualności.

„Miłość wszechświata i miłość życia“ stanowiły treść jego duszy, a co za tem idzie, przejęty również od Spinozy dynamiczny panteizm, według którego jedyną substancyą, jedynym bezwarunkowym bytem jest nieskończona i identyczna w sobie energia, a świat jest tylko jej objawem — stanowił oś zasadniczą jego myśli badawczej, chciwej poznania, nie zasypiającej nigdy, nawet na różach poezyi.

Stąd w sztuce jego łączą się dwa, pozornie zwalczające się nawzajem, pierwiastki — czysty, na wskroś artystyczny pierwiastek marzenia z pierwiastkiem intelektualnym, który przy pomocy określonych, pilnie przestrzeganych dyscyplin umysłowych trzymał na wodzy to, co pospolicie nazywamy „natchnieniem poetyckiem“. W „natchnieniu“, które wybucha gejzerami z podświadomych pokładów duszy ludzkiej, Żuławski nie tworzył nigdy. Jego sztuka była świadomem dążeniem i świadomą pracą człowieka o kulturze rozległej i wysokiej, wypowiadającego kunsztownie istotę swoich przeżyć i nie mniej kunsztownie ścigającego swoją tęsknotę, która go unosiła „ponad życie“.

Zbliża go to raczej do typu literata w znaczeniu zachodnio-europejskiem, niż do typu poety, jaki przekazała nam do dzisiaj jeszcze żywa w Polsce tradycya romantycznego pojmowania sztuki i posłannictwa artysty.

Nie trudno stwierdzić, że cechę pełnej i kontrolowanej mniej lub więcej surowo, ale zawsze kontrolowanej świadomości twórczej noszą na sobie nawet młodzieńcze poezye autora „Erosa i Psychy“.

Przelewa się w nich tu i owdzie war uczucia, pali się siedmioma swemi barwami tęcza lotnego jak obłok marzenia, ale jednocześnie u podstaw łuku każdej z tych tęcz widać szary „granit“ intelektu, stojącego, jak szyldwach, na straży poezyi, aby nałożyć jej swoje wędzidło, gdyby zaszła tego potrzeba.

Potrzeby tej jednak nie było nigdy. Żuławski nie zapędził się na „bezdroża“ ani razu w okresie dwudziestoletnim swojej twórczości.

W wierszach lirycznych, których zostawił nam cztery obszerne tomy, w powieściach fantastycznych („Na srebrnym globie“, „Zwycięzca“, „Stara ziemia“), w powieściach współczesnych („Laus feminae“), w opowiadaniach i nowelach („Kuszenie szatana“, „Bajka o człowieku szczęśliwym“), wreszcie w dramacie, który go najsilniej ku sobie pociągnął, jako rodzaj sztuki, i olśnił możnością twórczą przekształcenia rodzących się w mózgu obrazów i słów na plastyczną rzeczywistość—potrafił zawsze utrzymać na wodzy marzenie i sprządz je z postulatami krytycznego umysłu.

Rzecz znamienna i wysoce charakterystyczna, że nawet w „nadziemskich“ swoich powieściach nie odbiegł zbyt daleko od „ziemi“, że potrafił swojej fantazyi księżycowej nadać cechy obronnej prawdy, której nigdy uczony specyalista nie będzie mógł w ogólnej bryle zakwestyonować.

W szeregu swoich dramatów, zaczynając od „Dyktatora“ poprzez „Wianek myrtowy“, „Jolę“, najpopularniejsze ze wszystkich dzieł swoich „Erosa i Psychę“, „Grę“, „Donnę Aluikę“ (La Bestia), „Za cenę łez“, „Koniec Mesyasza“ i nie wystawiony jeszcze dotąd na żadnej scenie polskiej „Gród słońca“ — dążył poeta konsekwentnie rozmaitemi drogami i przy pomocy różnych środków zawsze do jednego celu — do najpełniejszego wypowiedzenia swojej idei „pełnego życia“ i swojej tęsknoty do bohaterstwa, stanowiącej jeden z najwyższych wyrazów jego poezyi.

Ojcze!“ mówi bohater w „Grodzie Słońca“:

„ ja nazbyt kocham śmiech, swobodę,

życie i słońce i siły swe młode,

co szczęścia dreszczem idą przez me kości,

abym kupować miał za cene lęku

władztwo! Ja raczej z tym samym uśmiechem,

którym władałem, przyjmę śmierć, niż grzechem

trwogi się skalam“...

A kiedy dalej w tym samym dramacie (Str. 36) słyszymy płomienny wybuch żądzy życia:

„ Żyć będę! żyć będę!

Wszak mam tu jeszcze wiele do roboty.

Mój ojcze! myśli swych, zamiarów z łoty

pas taki jasny, taki barwny prz ęd ę,

i im się więcej moich marzeń wciela,

tem więcej pragnę! Chciałbym, by na świecie

słońce władało, by człek był, jak dziecię,

a z życia nie zna ł nic, oprócz wesela“...

— to zdaje nam się, że to woła do nas bezpośrednio sam Żuławski swojem pragnieniem, swoją wolą i ochotą życia, które było w nim tak bogate, tak rozlewne, tak pełne wiary w siebie i radości.

Radość bujna szła z nim wszędzie — czy w góry, które przemierzył własnemi stopami, wdzierając się na szczyty alpejskie i tatrzańskie, czy na słoneczny brzeg francuskiej i włoskiej Riviery, czy do Paryża i do Rzymu, gdzie pełnymi haustami pił z najczystszych źródeł kulturę renesansu, pociągającą go ku sobie tą właśnie „pełnią i bogactwem życia“, które szumiało w jego młodych tętnicach, czy wreszcie do Warszawy, gdzie zawsze przywoził z sobą nietylko reminiscencye zakopiańskich „wczasów letnich“ i echa długich z przyjaciółmi rozmów „na werandzie u Płonki“, ale i swobodny oddech z szerokiego świata, ów powiew „europeizmu“, który go czynił równouprawnionym obywatelem wszystkich kultur.

Wykształceniem wżyty w „Europę“, mocno związany z nią przez swoje studya humanistyczne, pogodzony z życiem, wolny od jakichkolwiek, drobnych nawet śladów przesączających się od wschodu do literatury polskiej metod „samoudręczenia“, zdrowy od pnia, silny, trzeźwy i śmiały, należał Żuławski do najbardziej sharmonizowanych wewnętrznie ustrojów pisarskich doby ostatniej. Nie było w nim rozdźwięków, chimer, skowytów duszy, nadewszystko jednak nie było elementu bezsilnej skargi i łamania rąk.

Naturę miał zdobywczą.

Tragedya przeznaczenia chciała, aby wbrew tej naturze, wbrew tej bujnej sile życia, która w nim tkwiła, legł na łożu szpitalnem w chwili wielkiego przełomu dziejowego, z oczyma chciwie wpatrzonemi w jutro.

Żył krótko. Za krótko, aby mógł wypowiedzieć całego siebie. Urodzony w r. 1874, padł na progu życia męskiego, ledwie go przekroczywszy, ledwie spojrzawszy w oczy zagadnieniom, które wiek dojrzały przynosi z sobą polskiemu artyście.

 

Pozostaje jednak po nim w literaturze ślad trwały i ślad własny, którego czas nie zatrze.

Na imię mu — samodzielny wysiłek twórczy.

Z. Dębicki.

I.

Z ciemnego rogu dużego salonu, popod pierzaste liście palmy, zwieszające się z wazonu, patrzył profesor Butrym na żonę.

Siedziała przed fortepianem. Skończyła przed chwilą grać; lewą, pieszczoną rękę, z dużym, starym turkusem w pierścieniu, trzymała jeszcze na klawiaturze, — uśmiechniętą twarzą zwracała się do kilku stojących obok mężczyzn. Mówili do niej wszyscy, jeden przez drugiego, drocząc się nawzajem i przekomarzając. Profesor widział ich wszystkich, jak przez mgłę, — raczej odczuwał tylko ich obecność, jakby dopełnienie obrazu, który miał przed sobą. Nie słyszał i nie słuchał, co mówią, cieszył się tylko, że są, że śmieją się i rozmawiają, bo dzięki temu patrzeć mógł tak zdala na delikatny, jakby rylcem w twardej kamei cięty profil swej żony, widzieć, jak w uśmiechu drga radością życia każdy nerw jej twarzy, jak błyszczą oczy jej o przedziwnym kolorze morskiej wody, w której ponad zielenią wzgórz odbija się błękitne niebo,

Opuścił nieco powieki na znużone jaskrawem światłem oczy i z pod spuszczonych rzęs łowił iskierki płowego złota, sypiące się z jej falistych włosów przy każdem głowy poruszeniu, — patrzył, jak w miarę uśmiechu jawił się na jej prawym policzku mały dołeczek, ukośnie padającem światłem fortepianowego kinkietu znaczony i znikał znów, kiedy z szeroko rozwartemi oczyma i rozchylonemi nieco usty słuchała niby poważnie jakichś mówionych do siebie słów...

— Zośka, Zośka — szeptał z cichem, dziecięcem niemal roztkliwieniem.

Uderzył go śmiech głośniejszy. Pani Zośka wstała, — mężczyźni rozstąpili się nieco, otwierając jej wolne przejście w głąb salonu. Ale ona nie szła. Widział ją smukłą i wysoką, z męskiemi trochę ramionami i przedziwnie kobiecą, miękką, szlachetnie wygiętą linią grzbietu i biódr. Powłóczysta suknia z czarnego aksamitu iskrzyła się na niej świetlnym pyłem, z żyrandolu i lamp padającym.

Zwróciła głowę.

Błysnęła mu na moment jej twarz wprost widziana o brutalnie rozwiniętych kościach szczękowych, wąskich ustach i banalnem, okrągłem czole. Wzrok jej chłodny, roztargniony — nie widząc go przesunął się po liściach stojącej obok palmy i zgasł gdzieś w czarnym prostokącie osłoniętego ciężką firanką okna.

Przeraził się, jakby nagle po raz pierwszy ujrzał tę kobietę, z którą żył już przecież sześć czy siedm lat... Spuścił na moment oczy. Gdy je znów wzniósł, śmiała się już, odpowiadając coś jednemu ze stojących wokół niej mężczyzn. Profesor teraz dopiero zwrócił na nich uwagę. Znał ich wszystkich. Był między nimi wysoki, smukły, poprawnego dżentelmena udający prawnik, który przed paru laty jeszcze nosił za krótkie, na kolanach wygniecione spodnie i wytarty płaszcz narzucał na ramiona. Obecnie — ubrany z wyszukaną starannością, z monoklem w oku, który zrzucał wciąż nerwowym ruchem, i z gładko wygoloną twarzą, nie pozwalającą poznać właściwego jego wieku, pochyliwszy cokolwiek małą głowę, mówił właśnie coś do pani Zośki, i patrząc na nią nieco z góry, uśmiechał się dziwnie nawpół dobrotliwym, nawpół szyderczym grymasem ust.

Butrymowa, cofając się z lekka wstecz ramionami, patrzyła nań z uśmiechem oczyma szeroko rozwartemi. dziecięcemi, pełnemi zdumienia i ciekawości. Bródkę subtelną wyciągnęła naprzód, ruchem z przyzwyczajenia już mimowolnym, aby nadać szyi linję doskonałą i ukryć równocześnie zbyt silnie rozwinięte mięśnie żuchw. Profesor doznał na chwilę wrażenia, że widzi ją pozującą do jakiegoś portretu czy fotografii i po przez maskę udanego zajęcia na twarzy spostrzega jej nudę i roztargnienie. Poruszył się, jakby chciał powstać i podejść ku niej, ale ogarnęło go znowu smutne onieśmielenie. Wiedział, że spojrzy na niego z tym samym uśmiechem, temi samemi dziecięco zdumionemi oczyma i — z tem samem wewnętrznem roztargnieniem, nie czując bynajmniej, że zbliżył się do niej ktoś bliski, drogi, ktoś, kogoby chciała w tej chwili mieć przy sobie.

Z poza pleców adwokata wysunął się teraz człowiek młody o doskonałej apolińskiej budowie, z ponętnemi, iście kobiecemi ustami w wygolonej twarzy. Poza tem szlachetna, spokojna męskość biła z całej jego postaci, którą szpeciła jeno przedwcześnie pojawiająca się nad czołem łysina. Butrym poznał Śniegockiego, młodszego kolegę swego z uniwersyteckiej katedry, niedawno przybyłego z zagranicy fizyologa i uśmiechnął się, ponieważ go lubił szczerze i serdecznie. A przytem zabawiło go to, co zobaczył. Adwokat, prym dotąd w małem kółku dzierżący, skwaśniał jakoś momentalnie. Pewny siebie i troszeczkę impertynecki uśmiech nie zniknął wprawdzie z jego warg, ale zastygł i jakby zamarzł, przemieniając się na jakiś grymas nerwowy i niecierpliwy. Ruchem coraz częstszym wkładał i wyrzucał szkła z oka — nonszalancya jego stawała się coraz bardziej sztuczną i nienaturalną. — Znać było, że jest zniechęcony i dotknięty, że ktoś w tej chwili osobą swą żywiej zajął towarzystwo, niż on — i ma ochotę odejść, nie mogąc się tylko zdecydować na wybór momentu właściwego, aby, odchodząc, dać uczuć dość silnie swój brak.

Śniegocki jednak nie spostrzegł tego, lub nie chciał spostrzedz. Z odrobiną przyjacielskiej poufałości nachylił się ku pani Zośce i zaczął jej mówić coś na prawdę zabawnego, gdyż z nagłem i szczerem ożywieniem pojrzała po sali, jakby szukając kogoś, o kim jej opowiadano, a potem, nie pożegnawszy nawet skinieniem głowy towarzystwa, pofrunęła po parkiecie, unosząc lewą ręką w żywym ruchu przeszkadzający jej tren czarnej, aksamitnej sukni i sypiąc z jasnych, falistych włosów złotemi iskrami.

__________

— Ty jednak jesteś na prawdę szczęśliwy!

Butrym teraz dopiero zauważył, że na małej, ukrytej poza palmą kanapce, siedzi obok niego tęgi człowiek z silnemi szkłami na wyłupiastych nieco oczach. Dłonie z przykrótkiemi palcami wsparł na krótkich, szeroko z powodu znacznego brzucha rozstawionych kolanach i patrzył przez grube okulary za niknącą w głębi salonu panią Butrymową.

— Ach, to ty jesteś...

— Tak, tak, moje złoto. I zazdroszczę ci.

Butrym zaśmiał się, nie wiadomo, dlaczego.

— Dajże spokój, Władku. Gotów się jestem zaniepokoić!

Tłuścioch machnął ręką z komiczną rezygnacyą.

— Kto, jak kto, ale ty możesz być zupełnie spokojnym. Pani Zośka, to szczere złoto. Nie każdy tak trafi, jak ty trafiłeś.

Butrym wiedział, że Władysław Krasołucki, pan niegdyś znacznych na Ukrainie majętności, a obecnie już tylko lekarz wzięty i znany, choć niezbyt lubiany z powodu wyniosłego i uszczypliwego usposobienia, był od lat wielu separowany z żoną, a nie mogąc uzyskać zupełnego rozwodu, na próżno wzdychał do powtórnego małżeństwa, do którego, jak mawiał, dojrzał dopiero teraz, minąwszy pięćdziesiątkę. — Zaśmiał się, ponieważ wiedział również, że Krasołucki, wzdychając do „ciszy domowego ogniska“, życie prowadzi dość szalone i, mimo lat, nie gardził licznemi stosunkami, wyrobiwszy sobie nawet w tym względzie opinię bardzo szczęśliwego, względnie „niebezpiecznego“ człowieka.

Lekarz tymczasem klasnął palcami na przechodzącego lokaja.

— Mój kochanku, daj nam tu jaką butelczynę szampańskiego. O, tu postaw, na stoliku pod palmą...

Wychylił szklankę i zaczął filozofować.

— Ot, kobiety. Zdaje im się Bóg wie co. Każą się czcić, uwielbiać, na rękach nosić, a przynajmniej już złotem opłacać za tę śmieszną drobnostkę, że się nam pozwalają kochać. Wszystko to dyabła warto. Jeśli się już komu wdzięczność za kochanie należy, to chyba nam, mężczyznom, bo mybyśmy się bardzo dobrze bez tej całej parady mogli obejść. Czyż nie?

Spostrzegł, że się Butrym uśmiecha.

— No, no, nie potrzebujesz się śmiać. Nie mówię naturalnie o fizyologicznej stronie tak zwanej miłości. To jest konieczność natury i to co innego. Ale te wszystkie idealności i poświęcenia są przecież zbytkiem lekkomyślnym i karygodnym. Zastanów się tylko, co to z ludzi robi. Wszak znasz Turskiego?

Profesor skinął głową w milczeniu.

— A widzisz. Przecie to człowiek stracony. Wrócił po dziesięciu latach z Azyi, jak osioł złotem obładowany i co mu z tego Chciał się niby wyzwolić, a wybudował teatr ostatecznie dla księżny Helenki, topi pieniądze i robi właściwie wszystko, co ona mu podyktuje...

— Tak, ale cóż to ma do rzeczy?

— Tak, nic. Chciałem tylko powiedzieć, że nie każdemu się tak uda, jak tobie. W żonie masz nietylko kobietę, ale towarzysza, przyjaciela, duszę bratnią, która z tobą czuje i myśli.

— Ależ, mój drogi, mówiłeś przecież przed chwilą, że wszystkie te idealności...

Krasołucki posmutniał.

— Eh, tak to się mówi. Przyznam ci się, że to... kwaśne winogrona tak mnie rozkwasiły. Starzeję się, a nie mam domu. Naprawdę uchodzicie oboje powszechnie za rzadki przykład szczęśliwego małżeństwa...

Urwał, a potem spytał niespodziewanie:

— Co robisz dzisiaj wieczorem?

— Wszakże wieczór już jest! — zaśmiał się Butrym.

— No tak, ale potem, gdy odprowadzisz żonę do domu...

— Będzie już późno. Przejrzę notatki na jutrzejszy wykład i pójdę spać.

— Pójdź ze mną do kawiarni... — Wymienił nazwę niedawno otwartego nocnego lokalu. — Jest parę tancerek naprawdę nadzwyczajnych... Możemy się zabawić doskonale.

— Czyż cię to bawi rzeczywiście?

— Moje złoto, i cóż mam robić? Co prawda, to szkodzi mi nawet, zwłaszcza, że pije się zwykle dosyć dużo. Nie jestem już z sercem w zupełnym porządku. Ale ostatecznie spotka się kilku ludzi... Wszystko jedno zresztą!

— Więc na co? po co?

Twarz Krasołuckiego osowiała; zdawało się, że się postarzał naraz o dziesięć lat.

— Nudzę się.

— Nudzę się, rozumiesz to? — powtórzył tonem bezradnej rozpaczy. — I co ja mam robić przez cały dzień, mając za jedyne towarzystwo mego służącego? Przyjmuję chorych i śmieję się z tego, bo przecież w całą tę medycynę naszą nie wierzę, a przytem wcale na cyrulika nie jestem stworzony, — potem czytam, potem gram trochę na fortepianie, odwiedzę kogo czasem, albo idę do teatru, na koncert... Ale wszystko jest nudne, a ja nie mam domu, a wieczór jest długi, długi!... Z tymi zaś ludźmi, z którymi się schodzę, mój Boże! przecie nikt na trzeźwo mówić nie zdoła: nazbyt są głupi!

— Więc po pijanemu! — uśmiechnął się Butrym.

— A naturalnie. Wtedy stajemy się sobie równi. Pijaństwo jest najbardziej demokratycznym wynalazkiem, jaki znam i jedynym demokratycznym i demokratyzującym wynalazkiem, który uznaję.

Wionęła po przed nimi smukła postać niewieścia z szumem lśniących pereł na czarnej fali włosów.

— Patrz, patrz! księżna Helena! — ożywił się Krasołucki. — Wygląda zawsze jeszcze bosko. A ileż ona to będzie miała lat? Czekaj... No, no, coś tam pono nie wiele do czterdziestki brakuje, jeśli wogóle brakuje jeszcze co.

— To jeszcze nie wiele...

— Moje złoto, dla niej to wiele. Wiem przecie, że sobie nigdy niczego nie żałowała. Dziwię się, że ją wogóle jeszcze przyjmują po tylu skandalach. Ale to chytra kobieta! Znalazła sobie nowy tytuł towarzyski, gdy zauważyła, że majątek po nieboszczyku księciu Hazaropeljanie i piękność nie wystarczą. Artystka! wielka artystka od dwóch lat. To tak, jakby w nową skórę wlazła. Ach, widzisz? rozmawia z twoją żoną.

— Znają się właściwie bardzo nie wiele.

— Mam wrażenie, że księżna nie może pani twojej darować, że jest tu dziś pierwsza i tak otaczana... Patrz, jak się słodko uśmiecha, ręczę, że powie jej coś nader przykrego.

Butrym powstał.

— Nie sądzę — rzekł z roztargnieniem i spojrzał na zegarek. — O! późno już jest. Spytam się żony, czy nie zechce iść do domu.

Krasołucki podawał mu rękę, nie wstając.

— A potem w kawiarni, co? Więc do widzenia.

— Nie. Wątpię, bardzo wątpię.

— Nie? Czyż? Na godzinkę, na małą godzinkę.

— Znam ja te twoje godzinki, — zaśmiał się profesor. — Przeciągają się zwykle do rana.

— A choćby — to cóż? Życie jest takie głupie. Ale jedną naprawdę tylko króciutko... Tylko proszę flaszkę extra dry. Tutaj nam dali słodkie, więc trzeba spłukać...

__________

Butrymowa, widząc zbliżającego się męża, zwróciła się doń z tym samym powabnym uśmiechem, z którym rozmawiała z otaczającymi ją znów mężczyznami.

Profesor podawał niektórym z nich rękę, nie mając dotąd sposobności przywitać się z nimi.

— Czy chciałeś czego ode mnie?—zapytała go żona.

— Nie. Myślałem owszem, że ty mnie może potrzebujesz...

 

Pani Zośka wzruszyła ramionami.

— Czy nie chcesz już iść do domu? — pytał.

— Jeśli ci na tem zależy...

— Nie, nie. Mnie bynajmniej. Ale zdawało mi się, że jesteś zmęczona...

Koło mężczyzn rozsunęło się, tak, że pozostali oboje sami w pośrodku sali.

— Po co przychodzisz? — mówiła nerwowym szep tem pani Zośka, uśmiechając się wciąż nadzwyczaj uroczo. — Masz minę taką poważną i nachmurzoną, że wszyscy boją się ciebie. Patrz, spłoszyłeś całe towarzystwo.

— Przepraszam cię. Nie miałem wcale tego zamiaru.

— Tak, zamiaru nie miałeś, ale ostatecznie psujesz mi każdą zabawę, której chyba przy tobie nie mam nazbyt wiele.

— Przepraszam cię jeszcze raz i odchodzę.

— Teraz zostań. Ludzie będą myśleli, że się sprzeczamy. Podaj mi rękę i chodźmy do bufetu.

— O czem mówiłaś z księżną Hazarapeljanową? — spytał, idąc obojętnie, aby przerwać milczenie.

— Jesteś dziwnie ciekawy. Nie mówiłam o niczem.

— Zdawało mi się, że byłaś zmieszana.

— Byłam zmieszana, bo zauważyłam, że patrzysz na mnie. Nie lubię, gdy mnie tak śledzisz wieczyście.

Przycisnął skrytym, porywczym ruchem jej dłoń, na ramieniu swem opartą.

— Zośka, Zośka! patrzę na ciebie, bo cię kocham, bo mi się podobasz, bo jesteś moja!

— Cicho! jeszcze kto posłyszy.

— To cóż?

— Nie lubię, gdy się tak ofiarujesz ze swoją miłością małżeńską. To jest śmieszne dla ludzi, a nawet i dla nas samych. Żyjemy już prawie siedm lat ze sobą.

— Z każdym dniem kocham cię więcej!

— Tak, początkowo byłam ci dość obojętna. Teraz przyzwyczajasz się do mnie, jak do psa lub kota. W miarę, jak się starzejesz, zaczyna się u ciebie tak zwana solidna, legalna miłość małżeńska... Szkoda, że ja tego u siebie nie mogę zauważyć.

— Zośka! nie mów. To boli.

— Nie mówię ci przecie nic nowego. Młodszą jestem od ciebie z górą o dziesięć lat i mam ochotę jeszcze żyć.

— Ale po co, po co mówić to wszystko?

— Wołałbyś, abym ci kłamała?

— Tak jest. Kłamiąc, aby mi nie zrobić przykrości, dałabyś dowód, że ci jednak chodzi o mnie cośkolwiek! A przytem, widzisz, to mi zaraz wiadomo, co jest kłamstwem, a co prawda.

— Ja wiem.

— Nie wiesz. Czasem, w pewnej chwili, w nastroju jakimś przypadkowym człowiek to lub owo odczuwa. Nie trzeba tego zaraz mówić, bo słowo pozostaje, i cofnąć się go nieda i pamięta się je. A nastrój przykry może minąć, zmienić się. Na cóż go utrwalać!

Stali już przy bufecie.

— Napijesz się szklankę wina?

— Nie. Nie chcę.

— Więc może lemoniady? herbaty?

— Nie chcę niczego.

— Pocóżeśmy tedy przyszli tutaj?

— Zaczynałeś już jakieś wymówki, a ludzie patrzyli, chciałam więc poprostu wzroku ludzkiego uniknąć.

— Wróćmy więc na salę. Pozostawię cię tam w towarzystwie i będę czekał, aż zechcesz iść do domu.

— Możemy iść zaraz do domu. I tak mi humor zepsułeś.

— Zostań, proszę cię. Zostań jeszcze trochę!

— Cóż ci na tem zależy. Przecież widzę i tak, że się nie bawisz.

— Idzie mi o ciebie, chcę, żebyś się ty bawiła.

— Ach, poco ta komedya... O mnie naprawdę nigdy ci nie szło. A zresztą nudzę się.

Ruszył ramionami i spytał sucho:

— Więc mam iść do garderoby po twój płaszcz

— Nie mogę przecież tak uciec. Myślanoby, żeś mnie zabrał przemocą. Muszę się jeszcze pokazać.

— Służę ci.

Zawrócili do sali z powrotem. Na progu pani Zośka wyciągnęła bródkę swoim zwyczajem i mówiąc do męża z miłym uśmiechem coś zgoła obojętnego, rzuciła wokół wzrokiem dziecięco jasnym i roztargnionym.

__________

Pani Zośka zrzuciła już suknię i ściągała z ramion lekki batystowy stanik, opinający jej szczupłą, niemal chłopięcą kibić, nie wymagającą sztucznych sznurowań, ani gorsetów. — Uniosła do góry krągłe nagie ręce i rozpięła włosy. Rozsypały jej się na barki, jak grzywa bajecznej nimfy leśnej: złocista, bujna, lekko falująca.

Butrym siedział w głębokim fotelu obok łóżka żony, we fraku jeszcze i w białym krawacie i, paląc papierosa, patrzył na nią w milczeniu.

Pochyliła się, aby zdjąć ze stóp płytkie czarne pantofelki. Widział jej nogę wysoką, z drobnem, suchem, doskonale okrągłem kolanem i szlachetną smukłą łydką, której biała skóra przeglądała przez cieniuchny jedwab pończochy.

— Zosik...

Odwróciła się ku niemu.

— Czemu nie idziesz jeszcze spać? Późno już jest i ja jestem zmęczona. Och! palisz znowu papierosa. Prosiłam cię tyle razy, ażebyś nie palił w moim pokoju — przynajmniej wieczorem. Duszę się.

Podeszła ku oknu i niecierpliwym ruchem targnęła je, otwierając szeroko.

— Zośka, daj pokój! Jesteś nie ubrana, widać z naprzeciwka.

— Więc czemu palisz? Zresztą tam śpią już wszyscy. Tobie się zdaje, że nikt niema nic lepszego do roboty, jak patrzeć wciąż w nasze okna.

Nie odpowiedział nic, lecz, zgasiwszy papierosa, podszedł do okna i zamknął je, zapuszczając firankę, poczem wrócił na dawne miejsce. Spojrzała nań przelotnie i dziwnie przykry ironiczny grymas przewinął jej się koło ust.

Zaległo na chwilę milczenie.

— No, dobranoc — rzekła wreszcie, musnąwszy mu czoło ustami. — Muszę się położyć. Idź już do swego pokoju i śpij.

Przytrzymał ją dłonią i zmusił, aby usiadła na jego kolanie.

— Czekaj. Jeszcze chwilę. Będziesz za to rano spała dłużej. Chciałbym jeszcze z tobą pogadać.

— Ach, rano! Jacuś mnie zbudzi rychło świt. Spać mogą długo tylko ci, co dzieci nie mają. A zresztą — o czem będziemy mówić? Wszak cały dzień jesteśmy razem... od siedmiu lat.

— Nie bardzo. Mam wykłady, mam swoją pracę... Dni całe mijają i pogadać z tobą nie mogę. A takbym chciał, tak bardzo chciałbym czasem...

Oparła się o niego głową, muskając mu twarz sypkiemi, złocistemi włosami o skomplikowanym zapachu stepowych kwiatów i skóry jakiegoś podzwrotnikowego drapieżca.

— Więc mów, mów, co masz do powiedzenia, tylko prędko, bo ja już naprawdę...

Ziewnęła, przymykając powieki.

— Kocham cię, Zosik, kocham cię — szepnął — i tak mi strasznie smutno...

— Dlaczego?

— Nie wiem. Coś jest takiego. Czuję, że z każdym dniem oddalasz się więcej ode mnie i tak mi się gubisz. Mam wrażenie, że otaczasz się powoli jakąś coraz twardszą i grubszą skorupą niewidzialną, na którą trafiają moje ręce, ilekroć dotknąć cię pragną...

— Owszem, dotykasz mnie, nawet ciśniesz, — rzekła sucho, usuwając jego palce ze swego nagiego ramienia. Patrz, mam pręgę czerwoną.

Powstał szybko, spychając ją ze swych kolan.

Przeszła obojętnie ku zwierciadłu i poczęła rozczesywać swe bujne włosy.

Chodził po pokoju niecierpliwie dużemi krokami.

— Nie chodź tak! — Wskazała ruchem głowy drzwi sąsiedniego pokoju. — Jacuś się zbudzi, a potem ja go będę musiała przez pół godziny usypiać. Tupiesz zanadto.

Przystanął posłuszny około małego biurka, założonego książkami i listami, wśród których leżały porzucone w nieładzie rękawiczki, zegarek na złotym łańcuchu, kolia jakaś i chustka batystowa.

— Więc nie chcesz mówić dziś ze mną! — warknął podrażniony.

— Przyznam ci się, że nie chcę. Śpiąca jestem; męczysz mnie.

Usta mu zadrgały tłumionym gniewem.

— Tak jest zawsze. Wesoła bywasz uśmiechnięta i słodka tylko dla ludzi. Ale gdy ja chcę kiedy z tobą tak szczerze..., gdy odnaleźć chcę napowrót kontakt między naszemi duszami, to zawsze jesteś śpiąca, zmęczona, albo zajęta.

Ruszyła ramionami.

— Złe momenty widocznie wybierasz.

Splatała włosy na noc w gruby warkocz. Wijące się złociste nitki wymykały jej się co chwilę z pod palców. Na jej odsłoniętem, okrągłem czole pojawiły się zaledwie widoczne, podłużne bruzdy.

— A zresztą — cóż my sobie tak dalece możemy mieć do powiedzenia? Był czas, kiedy cię może gotowa byłam słuchać. Ty wtenczas nie mówiłeś. A dziś, po siedmiu latach!...

— Nie kochasz mnie?

— Nie. Albo raczej i tak i nie. Jeśli miłością nazwiesz życzliwość, to naprawdę życzę ci jak najlepiej. Ale tamta miłość gorąca, którą się czasem w pierwszych latach czy miesiącach odczuwa, już przeszła.

— Kobieto! po co ty to wszystko mówisz?

Zaśmiała się nerwowo.

— Bo pytasz. Nie umiem i nie chcę kłamać.

Położyła rękę na klamce.

— Dobranoc. Idź spać. Idę się tylko umyć do łazienki i będę spała.