Eros i PsycheTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Żuławski

Eros i Psyche

Powieść sceniczna w siedmiu rozdziałach

Warszawa 2020

Spis treści

[Motto]

I. W Arkadii

SCENA I

SCENA II

II. Zmierzch bogów

III. Pod krzyżem

IV. Na przełomie

V. Przez krew

VI. Dzień dzisiejszy

VII. WYZWOLENIE

SCENA I

SCENA II

[Motto]

ὁδὸς ἄνω κάτω μία

Heraklit

Tuum fac nec respicias finem

I. W Arkadii

Psyche, arkadyjska królewna

Arete

Hedone, Kallone, Melike, Hagne, służebne dziewki Psychy

Blaks, parobek

Eros, bóg

Hermes, poseł bogów

Rzecz działa się w kraju szczęśliwym, w czasie, kiedy bogowie chodzili po ziemi.

Łąka przerznięta strumieniem, płynącym pośród traw i kwiatów. Za strumieniem drzewa, a za nimi w głębi skały ogromne, strome i czarne, wyglądające jak mur, który kwiecistą i cichą łąkę oddziela od świata. Po skałach tu i ówdzie pną się bujne bluszcze. Na lewo w dali, na łagodnym trawiastym wzgórzu widno zamek królewski, do greckiej świątyni podobny. – Nad strumieniem rozłożyste drzewo i wielki kamień pod nim. Widać też głazy, z rzadka po łące porozrzucane. W głębi wiedzie przez strumień kładka z obalonego pnia. Krajobraz pełen zachodniego słońca, ciszy i wesela.

SCENA I

Arete rozwiesza na głazach i gałęziach nad strumieniem świeżo wyprane białe szaty.

Blaks leży na wznak z rękoma pod głową i śpi.

DZIEWKI SŁUŻEBNE

trzymając się za ręce, pląsają dokoła stojącej w pośrodku Psychy i śpiewają:

Razem z wiatrem, co rozwiewa

nasze śnieżnobiałe szaty,

między strojne, wonne drzewa,

z których w słońcu kapią kwiaty,

po równinie,

co tak płynie,

– od skał płynie

traw puszystych słodką falą:

dalej w pląsy! w pląsy! W pląsy!

stopy się nam palą! – O hej!

BLAKS

budzi się i wstaje

Zmierżone dziewki! drą się, jakby sojki! ani się człowiek zdrzemnąć nie może!

Idzie w głąb i kładzie się znowu, zatykając uszy.

DZIEWKI SŁUŻEBNE

tańcząc, znów śpiewają:

Wiatr się z włosem naszym pieści

i tak śpiewa,

– jak ptak śpiewa;

ptasząt śpiewu pełne drzewa –

a złocisty liść szeleści,

a do wtóru

dzwoni strumień, gęśl z lazuru – o hej!

Dalej w pląsy! W pląsy! W pląsy – o hej!

ARETE

od pracy:

A sam, dziewczęta! W główkach wam pustoty,

a tu jest jeszcze tyle do roboty!

Dziewki służebne rozwiązują taneczne koło i biegną do Arety.

Psyche zbliża się z wolna ku strumieniowi.

KALLONE

do Arety tonem usprawiedliwienia:

Prałyśmy matko, od samego świtu

w strumyku pełnym srebra i błękitu

dziane odzieże i bieluchną wełnę...

HEDONE

Czyż nie czas teraz, gdy karoca chyża

słońca ku ziemi pod wieczór się zniża

a fale złota i purpury pełne,

potańczyć, ciesząc się słońcu i wiośnie,

i tak dzień pracy zakończyć radośnie?

ARETE

Praca nie wszystka jeszcze ukończona,

choć słońce długą już przebyło drogę.

Zwińcie się, dziewki!

HAGNE

Ja ci dopomogę!

ARETE

Pomóżcie wszystkie! Z szat wilgłego łona

niech wszystkie pary wyssie i wypije

wiatr i słoneczny boski żar, co bije

z niebios, spragniony woni i wilgoci –

i wełnę bieli, a twarz dziewcząt złoci.

Służebne wraz z Aretą krzątają się, rozwieszając wyprane szaty na głazach i gałęziach.

Psyche siada na przodzie nad strumieniem i zapatrzona w nurt, igra palcami po wodzie.

SŁUŻEBNE

śpiewają przy pracy:

Suszcie się rychło, białośnieżne szaty,

bo was przywdzieje pan nasz, król bogaty,

co mieszka w dworcu o smukłych kolumnach,

stad ma bez liku i moc zboża w gumnach,

zbroje i złoto, i drogą purpurę,

a przenajdroższą bogolicą córę,

– a przenajdroższą bogolicą córę.

HAGNE

odłączywszy się od dziewcząt, podchodzi ku królewnie i z wolna osuwa się przed nią na kolana

Cóż bogolica, nie pląsałaś z nami

ani nie śpiewasz? Czy ci co dolega?

Czy tak twe oczy równe gwiazdom mami

lic twych odbitych obraz, co tak biega

z fali na falę po szybie strumyka

w błyszczących kropel świetlistej koronie?

Na białej dłoni białe wsparłaś skronie

i zapatrzona w nurt, jak w dal pomyka,

nie spojrzysz nawet na twoje służebne,

co wiodą pląsy i śpiewy gędziebne

dla ciebie – jeno na serca kądzieli

przędziesz zadumę...

Psyche z tęsknym uśmiechem kładzie dłoń na głowie Hagny i z wolna głaszcze jej włosy.

MELIKE

która się była odłączyła od pracujących w głębi dziewcząt i zbliżyła się do Psychy podczas ostatnich słów Hagny, mówi:

Otośmy radosne,

że bogi słońce dały, młodość, wiosnę;

wszystko się w okrąg cieszy i weseli –

ty jedna – cicha – patrzysz na te skały,

na dworzec ojca twego okazały

i na wawrzynów gaj kwieciem różowy,

na ciemne, liściem szumiące dąbrowy,

na łąki, strumyk i to białe płótno

– i łzy masz w oczach, pani?

PSYCHE

po chwili:

Tak mi smutno...

MELIKE

Smutno? I o co?

HAGNE

Wszakżeśmy przy tobie!

PSYCHE

Pójdźcie tu do mnie, pójdźcie bliżej, obie...

Czyście wy nigdy o tym nie myślały,

aby się wyrwać za te czarne skały –

tam! I zobaczyć, co tam jest za niemi?

Czy, jako tutaj, szmat zielonej ziemi,

czy też kraina jaka dziwna, złota, wyśniona...?

Nigdy o tym nie myślicie?

MELIKE

Nigdy!

HAGNE

Ja – nigdy!

MELIKE

Tu – tak słodkie życie,

cóż cię tam ciągnie, królewno?

PSYCHE

Tęsknota...

HAGNE

Co to?

MELIKE

Królewno, cóż to jest? Nie wiemy...

PSYCHE

Wiemże ja sama?...

ARETE

w głębi:

Schną już w słońcu szatki

na białe głazy rzucone i kwiatki;

teraz już pora przynieść kosze z łozy

i piękną, w wodzie wybieloną wełnę

znieść na wysokie, na koleśne wozy,

aby do domu powróciły pełne,

jako tu pełne przyjechały z rana,

ciążąc leniwym mułom.

HEDONE

klaszcze w ręce

Hejże, dana!

Teraz już mogę oddać się zabawie,

pląsać, ach, pląsać po puszystej trawie

i echu rzucać pieśni, jako pragnę!

Zawołam tamte, Melikę i Hagnę.

ARETE

Zawołaj wprzódy jeszcze na parobka,

by przyniósł żwawo kosze wyplecione...

HEDONE

spostrzega Blaksa i biegnie ku niemu

Śpi tam! Dalibóg! Wstawajże, mazgaju,

rusz się nareszcie, szkaradny leniuchu!

BLAKS

przeciera oczy

Co tam?

ARETE

A wstawaj!

BLAKS

Jest co do roboty?

HEDONE

I on się pyta! Biegaj jeno żwawo

i przynieś kosze, które tam za ławą

ponad strumykiem zostały od rana. –

Bielizna schnie już, od dawna wyprana!

Blaks podnosi się z wolna, przeciąga i ziewa.

KALLONE

wybucha śmiechem

Jeszcze po drodze drzemkę sobie utnie!

HEDONE

 

rzuca na Blaksa zerwane liście

Nuże!

BLAKS

A idźcież, uprzykrzone dziewki,

bo pókim dobry, tom dobry okrutnie,

lecz jak się zgniewam – mówię – nie przelewki!

Odchodzi poza strumyk w stronę zarośli i szuka koszów wśród krzewin. Po chwili wraca, wlokąc kosze za ucha.

HEDONE

Teraz do tańca! Hejże! Pójdźcie do mnie!

KALLONE

Albo – dziewczęta – naprzód do kąpieli,

potem oliwą namaścim się złotą

i tak w wspaniałej, nieskażonej bieli

ciał naszych młodych staniemy tu wieńcem,

aż pląsy łona ubarwią rumieńcem!

HEDONE

Więc dalej, dziewy! Niechaj zabrzmią echa

zbudzone głosem pieśni i ochoty

naszej – niech złota zadzwoni uciecha –

dalej!...

ARETE

Hej, Blaksie, chodź tu do roboty!

BLAKS

idzie, mrucząc:

Tamte sroki mogą sobie skakać do woli, ale ty Blaksie, chodź do roboty!

Zbiera wraz z Aretą bieliznę do koszów i wychodzi z nią razem.

MELIKE

Ja pieśń zawiodę – taneczną, rozlewną!

HEDONE

Królewna z nami! Królewno, królewno!

PSYCHE

Tańczcie wy same...

HAGNE

O, nigdy bez ciebie!

PSYCHE

Tańczcie... To słońce gasnące na niebie,

ta woń na ziemi dziwnie mnie rozmarza...

Z ziemi woń bije, jak gdyby z ołtarza,

na którym leży słońce, żertwa krwawa...

Cóż to? Siadłyście wszystkie wkoło, ciche?

Tańczcie, dziewczęta, pozwala wam Psyche –

bawcie się, proszę!

KALLONE

Bez ciebie zabawa

jest dla nas niczym!

HEDONE

Słuchaj, bogolica,

czymże rozchmurzyć twoje jasne czoło?

MELIKE

Chcesz pieśni może? – Zaśpiewam – wesołą!

Lub... o potędze twojego rodzica,

tajemniczego pana mnogich włości,

albo... o wiośnie lub o twej piękności? –

Rozkazuj, pani!

PSYCHE

Czy słyszysz te drzewa?

Każdy liść na nich pieśń przedziwną śpiewa,

hymn uroczysty jakiś na przybycie

wieczornych, świętych, tajemniczych godzin...

MELIKE

nadsłuchuje

Pono szum taki w dniu twoich narodzin

niósł się po świecie... Stara wieść tak prawi...

PSYCHE

Wieść...?

MELIKE

Czy jej nie znasz? Może cię zabawi...

Ta pieśń odwieczna, dziwna, która baje,

jak raz w wiosenne i słoneczne rano

dziki Człek, idąc przez rosiste gaje,

zobaczył zorzę na niebie świetlaną,

której nie widział do onejże pory,

po nocy jeno goniąc łup przez bory –

i nagle tknięty jakąś wielką mocą,

ten pan potężny, co dotąd żył nocą,

padł na kolana i podniósł ramiona:

– O zorzo, zorzo! O zorzo złocona!...

I wtedy pono wystrzelił mu z łona

kwiat tajemniczy, ukochanie świata,

motyl złocisty, co ku słońcu wzlata

i światłem żyje... W pieśni owej rymie

królewno, twoje powtarza się imię...

PSYCHE

I co pieśń mówi?

MELIKE

Mówi, że w tej porze

śpiewać poczęły drzewa i strumienie –

i hymn ogromny szedł przez wszechstworzenie:

śpiewały góry, śpiewał las i morze...

PSYCHE

A dalej? Dalej?

MELIKE

Prawi... o tęsknocie,

o jakimś wielkim, niebosiężnym locie,

któremu skrzydło motyle nie sprosta –

i o kimś, co ma przyjść po latach wielu...

PSYCHE

Ma przyjść?

MELIKE

...o bogu i poświęcicielu

jakimś, co zbawia i wznosi, choć chłosta...

Więcej nie pomnę...

PSYCHE

O moja tęsknoto!

HAGNE

To pieśń o tobie, o tobie, królewno!

Gdy wieczór słońcu twarz zakryje złotą,

na czole twoim widno jasność zwiewną,

a u twych ramion, jak dwie nikłe tęcze,

coś jakby barwne dwie błonki pajęcze

lub listki róży: skrzydełka motyle

z świateł utkane, co błysną na chwilę

i nikną znowu... i znów widne, rosą

ranną się mienią...

ARETE

zbliża się do grupy dziewcząt

Wstawajcie! Dziewczęta!

Oto zachodu już godzina święta

spływa na ziemię. Pokłon – po zwyczaju –

oddajmy bóstwom strumienia i gaju,

który nam w żarach dnia dał słodkie cienie –

i pójdźmy. Czas nam zejść z tej wonnej łąki,

gdzie pośród trawy skryte kwiatów pąki

czekają w ciszy na ożywcze tchnienie

tajnego bóstwa, co okrąża światy

i błogosławi nocą drzewa, kwiaty

i wszystko żywe a łaknące płodu.

Nam się nie godzi przeszkadzać mu w dziele,

które tu pocznie już za chwil niewiele;

do królewskiego zatem spieszmy grodu,

by do zamczystej poznosić komnaty

pracą dnia czysto wybielone szaty.

Dziewki służebne, powstawszy, odchodzą za idącą naprzód Aretą. Tuż za nią postępuje Hedone, potem Kallone, za nią Melike, a Hagne na końcu.

HEDONE

odwraca się

A ty czy z nami nie idziesz, królewno?

PSYCHE

Idźcie! Za chwilę podążę za wami!

MELIKE

My biegniem szybko! Możesz nie dogonić...

HAGNE

przypada do stóp Psychy

Zostanę z tobą!

Arete wychodzi wraz z trzema służebnymi.

PSYCHE

do Hagny:

Zostaniesz! – Czy długo?

HAGNE

Jak sama zechcesz, jestem twoją sługą...

PSYCHE

Tamte już poszły... Arete czcigodna

tak je odwiodła ode mnie do domu

rodzica mego, potężnego króla...

Hedone, w której złota radość płonie,

i bogom równa pięknością Kallone

poszła – i słodka Melike, ptak śpiewny...

Kiedyż je ujrzę? – Kiedy ujrzę znowu?

HAGNE

Możemy jeszcze podążyć za nimi...

PSYCHE

Nie, już za późno, już ich nie dognamy!

Patrz! Oto weszły na zielone wzgórze

i – białe – kroczą po schodach w marmurze

kutych, co wiodą do złocistej bramy –

zamku mojego ojca... Patrz! Przez wrota

rozwarte jasność wybuchnęła złota –

już je zamknięto...

HAGNE

Co tobie, królewno?

PSYCHE

Ta powieść stara tak mnie poruszyła,

powieść Meliki... Tak śni mi się czasem,

żem to istotnie ja była, przed wiekiem,

zrodzona z człeczej ogromnej tęsknoty

za słońcem, pięknem, niebem i zaświatem...

Zda się, pamiętam jakieś złote gaje

i zawieszone na głazach ruczaje,

morza ogromne, niebosiężne szczyty

i w zórz uśmiechach rozlśnione błękity,

w które mię kiedyś szczęśliwą uniesie

On...

HAGNE

Kto?

PSYCHE

Ja nie wiem... On! mój nienazwany,

którego łąki czekają i łany,

uśpione ptaki po lasach i kwiaty

i ja – stęskniona, pragnąca, a pewna,

że przyjdzie w jakąś najsłodszą godzinę,

kiedy dokoła wszystko będzie ciche,

i po imieniu zawoła mnie: Psyche! –

i zbudzi we mnie coś, co jest mną samą...

Wtedy te skały otworzą się bramą

i ja na skrzydłach jego – bo skrzydlaty

będzie! – polecę na te jasne światy,

na czarodziejskie te ziemie i niwy,

na łąki, kędy lśni w brylantach rosa,

w kraj jakiś dziwny, szeroki, szczęśliwy,

w chmury – nad chmury – i w błękit, w niebiosa!

BLAKS

ukazuje się na ścieżce w głębi

Cienie Hadesu na tę głupią zorzę czerwoną, rozmazaną po niebie, jak rumieniec na pyzatej gębie! W ślepia mnie razi, a gdy się od niej odwrócę – wszystko czarne dokoła!

HAGNE

To Blaks się wlecze... Idzie w tę stronę...

BLAKS

Ho, hop! Królewno!

HAGNE

Czego tam, parobku!

BLAKS

do Psychy:

A! jesteście, dostojna panno! I ta dzierlatka z wami...

HAGNE

Po co tu przyszedłeś?

BLAKS

Nie z własnej ochoty, to pewna! Wysłała mnie Arete, zaniepokojona waszą nieobecnością. To jest – nieobecnością królewny. Mam was zaprowadzić do domu...

PSYCHE

Możesz odejść, sługo. Nie jesteś mi potrzebny...

BLAKS

odchodzi w stronę zarośli, mrucząc:

Możesz odejść!... A Arete wygarbuje mi skórę, żem nie przyprowadził królewny... Wolę tu w krzaku zaczekać, aż skończą swoje pogwarki. Prześpię się chociaż tymczasem.

Układa się w głębi na ziemi pod krzakiem, niespostrzeżony przez kobiety, które sądzą, że odszedł do domu.

HAGNE

A jednak może czas i nam, królewno,

iść już do domu?... Rosa już opada

i twarz miesiąca wypłynęła blada

z niknącej zorzy... Czekają nas pewno

w złotym pałacu twojego rodzica...

PSYCHE

Więc pójdziem w blaskach srebrzystych księżyca...

Patrz, ten ostatni rąbek krwawej zorzy

lśni pośród drzewin, jakby uśmiech boży,

przed nadchodzącym snem rzucony światu...

Tam, gdzie przed chwilą był namiot z szkarłatu,

teraz się błękit bezdenny rozpina

i mży gwiazdami... O, słodka godzina!

O, przenajświętsza godzina przemiany!

Czy słyszysz, jak się szmer strumienia szklany

zmienia w głęboki, cichy szept zachwytu?

Wiatr wstrząsnął szczytem drzew i z drzew tych szczytu

strącił pieśń jakąś... Czy słyszysz, jak liście

dźwięczą i szemrzą, szeleszczą srebrzyście

i wieszczą chwile przedziwne, jedyne?

HAGNE

Pójdźmy do domu...

PSYCHE

Widzisz, jak się krzewy

gną wawrzynowe? Rozkoszne powiewy

przeszły przez senną ciemnych krzów gęstwinę...

Nie! To krok jakiś! Słyszysz, jak się skrada

cicho, cichutko...

HAGNE

To Noc idzie blada...

PSYCHE

Noc bez szelestu płynie – czarna po dniu wdowa...

Czy słyszysz? – skrzydeł jakichś wielkich wianie –

i ten szept kwiatów, taki niesłychanie

słodki, jak jakieś w sercu śnione słowa...

Czy czujesz dziwną powietrza omdlałość

i tę gwiazd białych nadzwyczajną białość...?

Dreszcz przeszedł wszystkie drzewa, wszystkie kwiaty...

HAGNE

To Sen nad światem waży się skrzydlaty –

pójdźmy, królewno!

PSYCHE

O, Hagne! O, Hagne!

Wszak On jest tutaj! On jest tu gdzieś blisko,

On! Wszechpotężny, święty, nienazwany!

Wszak to pod jego stopą drży to kwiecie

i z jego skrzydeł wiew ten idzie lasem,

co daje drzewom zachwycone głosy

i do rozkosznych łkań przymusza strumień...

O, przybądź! Przybądź! Czekam cię! Przybywaj!

HAGNE

Królewno! Kogo ty wołasz? Mnie straszno!

PSYCHE

Jestem jak strumień, jak te drżące drzewa:

harfą jedynie, co pieśń wieczną śpiewa,

 

kiedy ją palcem tknie twa ręka święta!

Czekam posłuszna, pod twą dłoń ugięta:

przybywaj, panie! I połóż swe dłonie

na strunach, które napięte w mym łonie

z dawien czekają, byś je zmienił w dźwięki

jednym dotknięciem czarodziejskiej ręki:

niczym bez ciebie jestem, cichym listkiem

na drzewie świata – z tobą będę wszystkiem,

wichrze! Wioń!

HAGNE

Pani! Ja się ciebie boję!

Królewno moja!...

Wybiega.

PSYCHE

Oto jestem sama,

oto tęsknota moja cię przyzywa:

przybądź na skrzydłach, jako wichr szerokich,

o, ty potężny, ty nieznany boże,

któryś jest – czuję! – jak otchłań, jak morze,

jak niezgłębione powietrzne przestworze! –

Weź mię i pochłoń, jako morze sine:

niechaj utonę w tobie, niechaj zginę,

boże! Niech będę jeno ust twych tchnieniem,

echem twej piersi, twoich skrzydeł cieniem,

o, wielki! Święty! O, boże nieznany!

Od wieków śniony i oczekiwany!

po chwili:

Przez tę tęsknotę zaklinam cię moją

i przez te kwiaty, których woń się wzmaga

i ciężkie, słodkie kadzidła rozlewa

między rozkosznym szeptem drżące drzewa –

przez strumień, co mi twoją bliskość wieści,

od łkań serdecznych zanosząc się w ciszy –

przez rozmodlonych wiatrów szept namiętny –

i przez te gwiazdy, błogością pijane

co sennie patrzą z głębiny błękitu –

przez serce moje, które drży i pęka

z nadmiaru szczęścia – Panie! Łaknę płodu,

jak kwiat! Chcę skrzydeł! – przybądź – niech się stanie!

Na ciemnym tle drzew, poza plecyma Psychy ukazuje się w księżycowym obrzasku młodzieńcza, smukła, olbrzymimi opuszczonymi skrzydłami obarczona, boska i promienna postać Erosa i zbliża się z wolna do królewny.

PSYCHE

która nie widzi zbliżającego się boga:

Głos mi zamiera i lękiem drży łono:

jakież to wonie niewymowne wioną?...

Przedziwna jakaś rozkoszna muzyka

dźwięcznych mgieł srebrnych dreszczem mnie przenika...

wszystko mi w oczach ćmi się, drży, wiruje,

– jesteś tu blisko! Jesteś tutaj! Czuję... –

gwiazdy dokoła mnie krążą i dźwięczą

i skrzą się w oczach przesłoniętych tęczą –

mdleję ze szczęścia, z rozkosznego bólu:

panie mój! Panie! Mój panie i królu!

Osuwa się w tył i pada w ramiona stojącego już za nią Erosa.

Eros nachyla się nad nią i całuje w usta. Biała, gęsta mgła wstaje z łąki, spowija Erosa i zwieszoną w jego ramionach Psychę i zasłania cały krajobraz.