Sześć barw grozy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sześć barw grozy
Sześć barw grozy
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Sześć barw grozy
Sześć barw grozy
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
19,99  14,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Siewierski

Sześć barw grozy

CZYTELNIK WARSZAWA 1985

Saga

Sześć barw grozy

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1985, 2021 Jerzy Siewierski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726950991

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ZWIERCIADŁO WENUS

Po raz pierwszy ujrzałem ją w drugą niedzielę po Zielonych Świątkach. Siedziała w oknie austerii signory Lauretty wsparta o adamaszkową poduszkę i pozierała ciekawie na ulicę. Płeć miała słońcem nie zepsutą, białą jak marmur kararyjski, pierś bujną i krągłą, włos cudnie trefiony a oczy wielkie i gorejące jakoby dwa wspaniałe klejnoty ze skarbca Saladyna. Jakem ją zobaczył to w chwili tej samej zapłonęły we mnie chucie, żądze i namiętności. Tak mi się cudna wydała, że bez żadnej pamięci na stan mój chudopacholi, zapragnąłem natychmiast te płomienie ugasić i czasu nie tracąc wejść z cudną signorą w bliższą komitywę.

Podbiegłem tedy pod okno, dwornie się ukłoniłem i przyciskając prawę dłoń do serca, w którym gorzały miłosne płomienie, rzekłem:

– Witaj cudna madonno! Jakież to bogi sprowadziły Cię do naszego miasta? Powiedz mi swoje imię, o piękna nieznajomo!

A ona w odpowiedzi wydęła wzgardliwie różane usteczka, wzruszyła krągłymi ramionami i umknęła od okna w głąb izby, a ja zostałem na dole z sercem namiętnością przepełnionym. Jej płochliwe zniknienie nie ostudziło mych zapałów. Przeciwnie, choć już jej nie mogłem podziwiać, to obraz wdzięków pozostawiony w mej pamięci sprawiał, że płomienie trawiącej mnie miłości stały się jeszcze bardziej palące.

Nie wiele myśląc wszedłem tedy do austerii signory Lauretty. Kazałem sobie podać wina z korzeniami za cztery soldy, a kiedy Lauretta przyniosła mi dzban i czarkę zapytałem o piękną nieznajomą, która w austerii gościła.

Pytałem niby obojętnie, ale nie umiałem dobrze ukryć pomieszania i z drżenia głosu mego signora Lauretta w mig pojęła co się mi przytrafiło.

– Wybij ją sobie z głowy, Timoteo! – rzekła ze śmiechem nalewając wina do czarki. – Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota słonina. Obejść się musisz smakiem, biedaku. Tak dama to nie dla ciebie kąsek. Przyjechała z Florencji i na imię ma Veronica. Wiedz, że ma wiele bogatych strojów, klejnotów i z pewnością nawet nie spojrzy na takiego golca jak ty.

– Pani Lauretto – zawołałem z zapałem – nie wszystkie niewiasty łączą miłowanie z klejnotami i złotem... Serce nie jednej bardziej wzruszy kunsztowna miłosna cancona niż mieszek pełen dukatów... Nie mam wprawdzie złota, ale umiem dwornie mówić i układam pieśni, od których słuchania słodko dygoczą serduszka niewieście...

– A niech cię frybra ściśnie! O, głupi Timoteo! I ty chcesz sprawić aby pani Veronica była ci powolna gwoli twoim uciesznym piosneczkom? O święta Balbino! Nie widziałam większego dutka! Dowiedz się głupcze, że pani Veronica to rzetelna kurwa, sławna florencka kurtyzana! Taka co za najpiękniejszą piosneczkę nie da sobie nawet cycuszka pomacać! Mieszka u mnie już tydzień i co dzień nachodzi ją wielu frantów. Kogo tu już nie było! Najbogatsi i najcnotliwsi panowie z naszego miasta przysyłają jej swoje hołdy, najpiękniejsze suknie i drogie prezenty, a ona jeszcze żadnego z zalotników nie wybrała... Nosem kręci, bo jej się wydaje, że wszystkiego co jej ofiarowują jeszcze za mało, by mogła im za to usłużyć swoim wdzięcznym kuperkiem, więc żadnemu jeszcze dotąd nie wygodziła... Gdyby nawet sam boski Petrarka powstał z grobu i składał jej jako miłosną zapłatę swe najpiękniejsze sonety, pani Veronica w nos by mu się zaśmiała... Ona chce tylko złota, dużo, bardzo dużo brzęczącego złota. Dzwonienie dukatów w dobrze wypchanym mieszku milsze jest jej uszkom niż melodia nawet najpiękniejszej cancony.

Bardzo mnie zafrasowały słowa signory Lauretty. Nie miałem worka z dukatami, nie miałem klejnotów i nie mogłem przesłać pięknej florentynce wraz z hołdami kosztownych gościńców, które by skłoniły ją ku mnie. Byłem tylko skromnym uczniem i sekretarzem uczonego mesera Bartolomeo. Umiałem pisać, układać zmyślne triolety i sonety, grać na lutni a nawet czytać po grecku, ale mieszek miałem pusty.

Mój mistrz meser Bartolomeo był mężem wielce uczonym, wymieniał listy z najświetniejszymi humanistami całej Europy, cieszył się przyjaźnią książąt i królów, ale płacił mało, bo pogrążony w swej pracy nie dbał jakoś aby przyjaźń tylu świetnych władców zamieniła się w brzęczącą monetę. Zatopiony w uczonych rozmyślaniach lekce sobie ważył dobra doczesne. Ponad wino przekładał źródlaną wodę, a ser i ciemny chleb bez omasty wolał od pieczeni...

Przez dni kilka chodziłem smutny i zwarzony, jakbym cierpiał na niestrawność albo mnie zmora dusiła. Próbowałem znaleźć ukojenie w pracy i przykładałem się pilnie do tłumaczenia na łacinę starodawnego greckiego manuskryptu traktującego z punktu widzenia magii naturalnej o właściwościach pewnych kruszców, kamieni i ziół.

Praca jednak szła mi niesporo i mistrz Bartolomeo, dla któregom ją wykonywał wkrótce to zauważył. Mistrz był dla mnie niby ojciec, więc się zatroskał moim stanem.

– Smucisz mnie, Timoteo – rzekł – jesteś blady, roztargniony i mylisz przypadki deklinacyjne... Świadczy to dowodnie o tym, że dręczą cię jakieś niezdrowe wapory. Ale nie lękaj się, synu. Na szczęście żyjemy w czasach, kiedy uczeni mężowie odgrzebali z pyłu zapomnienia mądre nauki Galena i Hipokratesa. Znajdzie się więc rada na twe niedomagania. Czytałem niedawno co mistrz Paracelsus radzi czynić w takich przypadkach. Szybko wypędzimy z ciebie niezdrowe wapory! Przyrzekam ci, że wkrótce znowu będziesz miał lica rumiane oraz przestaniesz mylić przypadki i greckie koniugacje...

Próżnom się próbował wymówić tej kuracji. Mistrz ogarnięty wielką troską zarówno o moje zdrowie, jak i o dobry przekład greckiego manuskryptu poił mnie naparami ziół i miksturami różnych ingrediencji. Mocne to były leki i wielki mi czyniły wstręt w żołądku, ale jakoś nie potrafiły uleczyć mojego cierpienia. Obraz pięknej kurtyzany głęboko zapadł mi w serce. Płonąłem nadal wielką ku niej miłością, której płomieni nic nie potrafiło ugasić.

Często wymykałem się z domu mistrza i pozostawiwszy nieszczęsne tłumaczenie greckiego manuskryptu, które szło mi coraz bardziej kulawo, biegłem pod austerię signory Lauretty, aby choć z daleka pozierać na panią, ku której zwracały się me pragnienia. Widziałem ją kilkakroć w oknie i za każdym razem widok ten sprawiał, iż trawiące mą duszę płomienie rozżarzały się na nowo. Szczególnego doznałem cierpienia, gdym pewnego dnia pojął, że piękna Veronica dokonała już wyboru galanta, bo w oknie obok niej pojawiła się spasiona na podobieństwo wieprza postać signora Matteo Unzzoni, najbogatszego bankiera w naszym mieście...

Nieznośna myśl o tym, że ta kufa tłuszczu, ten zafajdany obleśny grubas obłapia wdzięczne ciałko pięknej florentynki i że za swoje dukaty może ją bóść dowoli swoim rożenkiem sprawiła ból okrutny... Krew mi do głowy uderzyła i uciekłem co prędzej spod okna austerii, cierpiąc męki straszliwe niby nieszczęsny skazaniec szarpany przez kata rozpalonymi cęgami. Tego wieczora nie przetłumaczyłem już ani jednego zdania greckiego manuskryptu i zachowywałem się jakbym cierpiał na rozumu pomieszanie, czym sprawiłem mistrzowi wielką troskę. Meser Bartolomeo srodze moim stanem zafrasowany przyrządził mi szczególnie mocną miksturę i zmusił do jej wypicia. Ale widać mój dobry mistrz krzynę przesadził w gorliwości i zmieszał zbyt mocne ingrediencje, gdyż mój żołądek się zbuntował i zwróciłem w jednej chwili wszystko com wypił. Lekarstwo więc podziałać nie zdążyło i pozostałem smutny, cierpiący i nieszczęśliwy.

Noc całą przepłakałem gorzko i garściami rwałem sobie włosy z bezsilnej rozpaczy. Nad ranem przyszło opamiętanie. Pojąłem że muszę, jeśli chcę spokój odzyskać, wytrzebić z serca i głowy wszelką myśl o pięknej kurtyzanie i wymazać z pamięci jej obraz. Poprzysiągłem sobie, że moja noga nie stanie więcej w pobliżu austerii signory. Lauretty i ślubowałem kupić świętemu Julianowi, do którego mam od pacholęcych lat szczególne nabożeństwo, najgrubszą woskową świecę, jeśli pomoże mi wytrwać w tym rozsądnym postanowieniu.

Po śniadaniu złożonym z koziego sera, sałaty i dzbanka wody źródlanej zabrałem się do tłumaczenia uczonego Greka, starając się przełożyć na piękną łacinę ustęp wyjaśniający właściwości magiczne heliotropu, zielonego kamienia, który zmienia barwy w zależności od słonecznego światła, a odpowiednio użyty może uczynić człowieka niewidzialnym. Ale i tym razem szło mi niesporo, a obraz nadobnej florentynki dalej był obecny w mym sercu i pamięci. Spoglądając na pożółkły pergamin zamiast greckich liter widziałem na nim jej perłowe ząbki, toczone ramiona i różane policzki...

Święty Julian jakoś wzgardził woskową świecą i nie wspomógł mnie swoją protekcją. Około południa zapomniawszy o uczynionych ślubach, rzuciłem w kąt grecki manuskrypt i ogarnięty pragnieniem ujrzenia choć z oddali pani mych myśli, pobiegłem w stronę austerii signory Lauretty. Po drodze przypomniał mi się ten wieprz spasiony meser Matteo. Niech się udławi własnymi bździnami! Gniewnie ścisnąłem pięści i zrozumiałem, żem gotów rozpruć sztyletem jego obwisły kałdun i wypruć z niego wszystkie flaki!

 

Anim nawet pomyślał, że za taki czyn srogo by mi przyszło pokutować, bo podesta naszego miasta surowo karał mężobójców... Namacałem ręką sztylet ukryty w fałdach kaftana. Nosiłem go tam od dawna, nie wiedzieć zresztą czemu, ukrywając to przed swoim mistrzem, który brzydził się żelazem i jak na prawdziwego męża uczonego przystało nienawidził przemocy. Biegnąc rozkoszowałem się myślą o tym jak ukarzę śmierdzącego capa, który dzięki swym bogactwom mógł używać sobie dowolnie z moją ukochaną.

Na szczęście jednak dla ser Matteo, bankiera tym razem nie było u pięknej flotentynki. Boska Veronica siedziała w swym oknie wsparta o poduszkę, a za jej plecami stała signora Lauretta. Na widok tej, ku której wyrywało się serce moje natychmiast zapomniałem o swych morderczych zamysłach. Tkliwość mnie ogarnęła i wielkie pomieszanie. Wzroku nie mogłem oderwać od jej lica cudnego, od łapek bielutkich, od włosów złocistych w misterne loczki utrefionych, i od piersiątek wdzięcznych, śmiało wyglądających z obszernego dekoltu. Gapiłem się w mą panią jak sroka w gnat wyrażając zachwyconym spojrzeniem swe dla jej wdzięków uwielbienie.

Dostrzegła mnie po chwili, gdy tak stałem pod oknem z podziwu skamieniały niby żona Lota. Spoglądała na mnie z niejakim zaciekawieniem, a ja aż topniałem z rozczulenia, bo po raz pierwszy od czasu gdy umknęła z okna, słysząc śmiałe pozdrowienie, raczyła mnie zauważyć. Zerkając na mnie zapytała o coś signorę Laurettę, która pochylona ku niej słuchała uważnie. Pojąłem, że Veronica o mnie pyta i błogo mi się zrobiło... Ale zaraz znowu w smutek i boleść popadłem, bom zrozumiał, że signora Lauretta niczego dobrego jej o mnie nie powie, tylko pewnie wyszydzi i poda na pośmiewisko me afekty, o których było jej wiadomo.

I widać takoż się stało, bom zobaczył, że Lauretta – a niech ją kat świeci! – pogardliwie się roześmiała, bez żadnej żenady palcem na mnie wskazując i zaczęła coś ze śmiechem opowiadać nachylona nad uszkiem nadobnej florentynki. Nie mogłem znieść tego widoku i przeniknięty na wskroś dojmującą żałością uciekać zacząłem poganiany niby smagnięciami gałązek cierniowych po gołym zadku szyderczym śmiechem signory Lauretty...

Wałęsałem się potem po ulicach naszego miasta potrącany przez przechodniów, nic nie widzący i nie słyszący, świadom tylko, że piękna Veronica nigdy, przenigdy nie dopuści mnie do łask swoich i nie pozwoli się obłapić. I tak wałęsałem się gorzko płacząc i skręcając z bólu niewypowiedzianego jakby mnie żywym ogniem siarczanym przypiekali. W końcu – nie wiem jak to się stało, widać nogi same mnie przyniosły – znalazłem się znowu obok austerii signory Lauretty. Gdy to spostrzegłem od razu za wróciłem by uciekać od miejsca gdzie przed tygodniem na.swe wielkie nieszczęście dojrzałem w oknie moją gołąbeczkę...

Ale gdy już zawróciłem, usłyszałem że ktoś za mną woła:

– Stój, Timoteo! Nie uciekaj! Poczekaj chwileczkę!

Nie chciałem poczekać. Poznałem, że to signora Lauretta za mną woła. Po co więc miałem się zatrzymywać? Po to może, żeby słuchać jej drwin i przyśmieszków? A niech ją gadzinę przeklętą franca zeżre! A niech ją diabeł kosmaty dojeżdża! Tylko na takiego miłośnika zasłużyła ta prukwa sprośna!

Kroku przyspieszyłem i odchodzę, ale ona mnie dopada. Zadyszana jest, czerwona na gębie i porządnie rozzłoszczona. Za ramię mnie chwyta i krzyczy:

– A stójże ty antychryście, otroku przeklęty! Cóżem to ja zawiniła, że na stare lata muszę po ulicy gonić za jakimś młokosem, gołowąsem! Uszanuj mój wiek i tuszę, zatrzymaj się, daj oddechu złapać i wysłuchaj spokojnie co ci rzec mam.

Zatrzymałem się i powiadam:

– Signora Lauretta, poniechaj mnie pani. Znajdź sobie inny obiekt dla swych szyderstw i przyśmieszków. Uszanuj boleść moją i daj mi się spokojnie oddalić... Nie wypada aby dama tak jak wy czcigodna naśmiewała się z nieszczęśliwego młodzieńca!

– O święty Antoni! O święta Balbino! Na cycuszki świętej Barbary męczennicy! Cóżeś ty, chłopczyku, oszalał? Szaleju się napiłeś, czy co?! Wysłuchaj mnie, młodziku. Przysyła mnie signora Veronica. Nadstaw uszu uważnie! Otóż signora Veronica zapałała chęcią poznania ciebie i to wielką chęcią, i dlatego pragnie abyś dziś, kiedy tylko wybije godzina vespro przybył do niej na wieczerzę.

– Nie drwij, pani... Poniechaj niewczesnych żartów...

– O, ty głuptasie zatracony! Toż ani mi w głowie żarty! Zrozum zatraceńcze, że w tym co mówię nie ma żadnej zdrady... Signora Veronica naprawdę prosi cię na wieczerzę i muszę wyznać, że wcale nie pojmuję co jej do głowy strzeliło! Nie wiem co sobie w takim golcu, w takiej zatraconej jak ty chudzinie upatrzała, podczas gdy ty u innym znacznie od ciebie godniejszym drzwi pokazała wydrwiwając ich niewczesne zapędy. Odejść musieli jak niepyszni, jako te psy ogony podwijając, co im już z ochoty raźnie sterczały. Ochędóż się tedy szybko i przysposób. I módl się huncwocie do świętego Juliana, aby się signora Veronica w czas nie opamiętała i do wieczora nie odmieniła wobec ciebie zamiarów...

I tego się właśnie bałem najwięcej. Przez czas jaki pozostał jeszcze do vespro, godziny zmierzchu, która późno o tej porze roku wybijała, modliłem się żarliwie, aby Veronica nie poniechała swego względem mnie kaprysu i abym mógł na jej łonie ugasić trawiące mnie płomienie.

Kiedy, drżący z niepokoju pojawiłem się o zmierzchu w progach austerii niosąc ze sobą swą lutnię, czekała już na mnie przy wnijściu signora Lauretta i krętymi schodami zawiodła na piętro do komnatki nadobnej kurtyzany. Piękność jej tak z bliska oglądana prawie, że mnie jasnym gromem poraziła i choć zwykle bywam wobec dam wymowny tak teraz zapomniałem języka w gębie. Zgiąłem się tylko w dwornym ukłonie, z czcią ucałowałem rączkę bielutką, którą mi podała i w milczeniu pożerałem ją wzrokiem niezdolny wyrazić słowami uczuć mnie przepełniających.

Nadobna Veronica bawiła się mym pomieszaniem aż nad to widocznym i od czasu do czasu wybuchała śmiechem perlistym, który dźwięczał w moich uszach niby najpiękniejsza muzyka. Siedzieliśmy we dwoje na karłach ozdobnych przy stole białym obrusem nakrytym. Oświetlał go świecznik cudnej weneckiej roboty, w którym tkwiły grube świece woskowe gorejące równymi i dużymi płomykami. Do wieczerzy posługiwała signora Lauretta wnosząc na srebrnych półmiskach potrawy i nalewając nam wino do kryształowych pucharów. Tak byłem przejęty bliskością mojej bogini, tak pochłonięty podziwianiem jej cudnych lic i kształtów przeczuwanych pod strojną suknią, że nie zważałem zupełnie co jem i piję i gdyby mnie moja boginka w czas nie powstrzymała wypiłbym też w roztargnieniu wodę ze srebrnej miedniczki, którą mi signora Lauretta podała gwoli obmycia palców.

Kiedy już na stole pojawiły się wety, signora Veronica dała znak posługującej nam Lauretcie i ta się oddaliła pozostawiając nas w słodkim sam na sam.

Zebrawszy całą odwagę chciałem więc wyznać wreszcie nadobnej kurtyzanie wszystkie me uczucia i o łaski błagać, ale zanim zdołałem jako tako zgrabną orację ułożyć i gębę odemknąć, ona przemówiła bawiąc się pucharem pełnym wina.

– Słyszałam, cny młodzieńcze, że pomimo młodego wieku bardzo już jesteś mądry i uczony...

Zmieszany niespodziewaną pochwałą wybąkałem:

– Zbytek łaskawości okazujesz mi, pani... Jestem tylko skromnym uczniem wielce uczonego mesera Bartolomeo, który jest moim mistrzem i darzy mnie ojcowskimi uczuciami. Cała moja wiedza to jeno słabe odbicie blasku, którym jego rozum goreje...

– Słyszałam, panie, że twój mistrz jest wielkim czarownikiem...

– Co mówisz, pani? Meser Bartolomeo miałby być czarownikiem?

– Tak wszyscy mówią, młodzieńcze...

– Nie wierz temu, pani. Złe języki głupich i ciemnych ludzi rozsiewają głupie plotki. Mistrz Bartolomeo jest szczerym chrześcijaninem i brzydzi się czarną sztuką, którą parają się pomocnicy piekła i wiedźmy z Norcji.

– Więc mówisz młodzieńcze, że twój mistrz nie czaruje?

– Tak, pani. Czary to niegodne zajęcie dla wiernego syna kościoła i światłego humanisty. Meser Bartolomeo para się tylko magią naturalną według systemu boskiego Marsilio Ficino wyłożonego w traktacie „Pimandra”. Sławny Ficino traktat ten napisał gdy zdarzyło mu się przestudiować starożytny manuskrypt „Corpus hermeticum”. Magowie parający się dyscypliną zwaną magia naturalis, której mistrz mój jest adeptem, nie zajmują się czarowaniem. Są tylko sługami natury... Zgłębiają jej tajnie, odsłaniają ukryte w niej znaczenia i przenikają do jej najgłębszych sekretów aby wykorzystać je dla chwały, bożej i na pożytek ludzi...

– Zadziwiasz mnie, mój panie. Mówisz mi o sprawach, o których jeszcze nikt mi nie powiadał. Zawszeć myślałam, że wszyscy magowie to jednacy czarownicy, którzy warzą o północy nalewki na zębach trupich a noszą na gołym ciele kaftany wykrojone ze skóry nieboszczyków. Bardzo ich się bałam i podziwiałam zarazem... Nie zwodzisz mnie aby, piękny młodzieńcze? Spójrz mi w oczy i prawdę powiedz...

Mówiąc to Veronica ujęła moją głowę w swoje piękne łapki, wycisnęła mi na wargach płomienny pocałunek a potem zajrzała w me oczy przepastnym spojrzeniem. Poczułem jakbym się w warze skąpał. Chucie we mnie nagle wezbrały i nie mogąc zdzierżyć im dłużej, spróbowałem pochwycić florentynkę w ramiona. Powstrzymała z wielką stanowczością moje zapędy.

– Powoli, młodzieńcze! Pohamuj się nieco i poczekaj trochę z obłapką. Nie mówię, że gdy nadejdzie stosowna chwila nie wygodzę twoim pragnieniom, które’aż nadto są widoczne, ale jeszcze nie czas na miłosne igry. Zachowaj się więc jak na grzecznego kawalera przystało i baw mnie rozmową, bo tego teraz właśnie pragnę. Odpowiadaj, proszę, na moje pytania...

– Pytaj, pani. Jestem na twoje usługi.

– Przysięgnij przeto, że prawdę mi będziesz mówić i niczego nie zataisz...

– Przysięgam pani! Na zbawienie duszy mojej przysięgam, że cię nie zwiodę! Pytaj o co zechcesz, a zaspokoję twą ciekawość jako tylko będę najlepiej potrafił...

– Powiadasz więc, że czcigodny meser Bartolomeo nie para się czarami... Ze zdziwieniem tego słucham, bo ludzie tutejsi sądzą inaczej. Uwierzę ci dopiero jeśli pod świętą przysięgą to samo powtórzysz.

– Przysięgam ci, pani, że szczerą prawdę rzekłem.

– A więc ci wierzę, Timoteo. Powiedz mi jeszcze czy mistrz twój czarami się nie bawi tylko dlatego bo jest dobrym i poczciwym synem kościoła, matki naszej, czy też z tej przyczyny, że czarnej sztuki nie zna i czarować nie potrafi?

– Dla pierwszej przyczyny, o pani Veronico. Tylko dla niej. Meser Bartolomeo jest naprawdę mężem wielce uczonym i zgłębił wszelką wiedzę człowiekowi dostępną. Przestudiował wszystkie księgi tajemne traktujące o czarnym kunszcie i gdyby zechciał mógłby czarować lepiej niż niejedna sławna strega, która swe ezartowskie umiejętności zdobyła w owej szkole ezarownie na górze Wenery.

– To właśnie chciałam usłyszeć, Timoteo. Powiedz mi jeszcze, ma twój mistrz i nauczyciel w swoim domu jakoweś przedmioty, które zwyczajnie służą czarodziejom do zaklinania czartów, demonów i sprawiania czarów?

Uśmiechnąłem się, widząc z jaką ciekawością piękna florentynka wypytuje o sprawy magii. Wiedziałem dobrze, że białogłowy łase są słuchać o rzeczach tajemnych i strasznych, których pojęcie przekracza ich przyrodzone zrozumienie. Okazało się, że i moja boginka dzieli z innymi niewiastami ową płochą ciekawość, a że jej nieba gdybym mógł przychylić, to bym i przychylił, więc pośpieszyłem z wyjaśnieniami:

– Mistrz mój nie ma u siebie tych wszystkich okropnych przedmiotów, niezbędnych dla przebrzydłych czarowników, którzy nie zważając na surowe zakazy kościoła i nieuchronną grozę potępienia wiecznego parają się nekromancją, wywoływaniem nieczystych demonów i rzucaniem uroków. Dlatego nie znajdziesz w jego domu ani puzderek z trupim sadłem, flakoników z krwią ropuchy, kosteczek czarnego kota uwarzonego żywcem w gorącej oliwie, ni proszków z tartych zębów nieboszczyka, ani nawet zasuszonych nietoperzy. Nie ma też w domu mistrza Bartolomeo przemyślnych pentagramów malowanych na wołowej skórze, w pośrodku której chroni się czarownik gdy zaczyna wzywać książąt piekieł i ich pomocników, aby mu służyli.

Znajdziesz za to pani w kuferkach mojego mistrza, czcigodnego mesera Bartolomeo, przybory stosowane dla uprawiania magii naturalnej, niewinnej i w pełni przez uczonych w piśmie teologów dozwalanej.

 

– A jakież to są te przybory, mój miły Timoteo?

– A więc alembiki do destylacji wywarów z ziół obdarzonych najrozmaitszymi pożytecznymi dla człowieka właściwościami, tygielki do prażenia kruszców i czynienia stagiryckiej sztuki, kryształy i zwierciadła, które służą dla krystalomancji i katopromancji czyli do sztuki mówienia o przyszłości i przeszłości, jako też odnajdywania ukrytych skarbów i rozpoznawania chorób...

– Jakie są te zwierciadła? Mów mi o nich.

– Rozmaite, moja królowo. Wykonane z kryształu lub z metalu mocno polerowanego. Jedne dobre są do przepowiadania rzeczy przyszłych, w innych mąż posiadający wiedzę zobaczyć może miejsca, w których starożytni ukryli swoje skarby... Co jeszcze chcesz wiedzieć, o piękna? Pytaj a odpowiem na wszelkie twoje pytania...

– Na razie wystarczy mi tego eom już usłyszała, Timoteo. To są sprawy bardzo wielkie i poważne, przekraczające pojmowanie słabej białogłowy... Dziwnie i ciekawie mi opowiadałeś, Timoteo, jestem już jednak znużona. Czas do łożnicy... Czy zechcesz mi, młodzieńcze, towarzyszyć we słodkim wywczasie?

– Czy zechcę?! O boska! Jakże możesz pytać mnie o to!? Cały płonę z miłości do ciebie! Czekałem na tę chwilę długo przez dni i noce wszystkie! Usychałem z pragnienia i myślałem, że już nie wydolę żyć bez ciebie, bez twych wdzięków nadobnych, wizerunek których tak mnie rozpalał, iż krew we mnie kipiała, wszelkie soki się burzyły a serce z bólu pękało...

– Podoba mi się twój zapał, Timoteo, a gdy się jeszcze okaże, że w obłapce równie mocny jesteś jak w gębie, to i powodów nie będę miała do narzekań.

– Przekonasz się, pani, że nie uchybię tobie i rzetelnie przyłożę się do roboty, abyś była zadowolona ze swojego pachołka.

– Oby tak było, Timoteo – zaśmiała się piękna florentynka – bo mój ogródek spragniony jest już solidnej uprawy. Czcigodny meser Matteo, który mi go ostatnimi czasy uprawiał, kiepskim był dojeżdżaczem i chocia starał się, biedaczek, jak potrafił, niewielki miałam pożytek z jego znojnej mitręgi.

– Nie wspominaj mi pani o tym sprośnym wieprzu! Serca mi nie rań. Niech paskudnika trąd stoczy i niech go diabli na ożogu do największego piekielnego pieca wepchną! Zapomnij o nim Veronico!

– Jużem zapomniała. A teraz już czasu nie traćmy i idźmy do łożnicy.

Zawiodła mnie do komnatki sąsiedniej, gdzie łoże wielkie stało zwieńczone baldachimem z najprzedniejszego adamaszku. Świecy uprzednio nie zgasiwszy w mig się z szatek swoich rozdziała i pozwoliła mi dowoli oczy napaść widokiem swych członeczków przecudnych, piersiątek toczonych, sterczących niby różki młodych koźlątek, pupeczki kształtnej a apetycznej i wdzięcznej kosmatki przywabiającej wzrok mój łakomy, jako magnes przyciąga metalowe okruchy.

A po dobrej chwili kiedy już uznała, żem dosyć oczy swoje napasł, wskoczyła pod pierzynę i rzekła:

– Do roboty, do której wypadnie ci się przyłożyć, najzręczniejszy wydaje się strój naszego praojca Adama. Rozdziej się tedy i pospieszaj do mnie.

Nie trza mi było tego dwa razy powtarzać. Zbywszy się w pośpiechu szatek wszystkich, jako rycerz zmierzający do boju z włócznią krzepko nastawioną szybkom przybył na miejsce, które miało stać się polem bitwy okrutnej. Pod pierzynę wlazłszy zaraz chciałem ciasno ją obłapić i bez zwłoki do rzeczy się zabrać. Aleć się okazało, że sprawa wcale nie była taka prosta. Mnie chęci wprawdzie do igrów nie zbywało, ale Veronica nagle ochotę do miłości straciła. Sztywna leżała i nieruchoma niby bela drewniana. Wprawdzie się obszczypywać, obmacywać i obśliniać pozwalała, ale nożęta ze sobą splotłszy mocno ściśnięte obie trzymała i mimo, żem się bardzo starał, ani rusz nie mogłem swego wrzeciona w jej kądziel wprowadzić. Zasapany i poruszony niezrozumiałym uporem prosić ją począłem:

– Zmiłuj się wreszcie, o piękna! Nie dręcz mnie tak okrutnie! Uchyl mi drzwiczek choć kapeczkę, choć odrobinkę, bo ginę z pragnienia!

Ale ona nic na te błagania nie zważała i umykała dalej moim zabiegom. A gdym siły używszy, już, już prawiem nożęta jej od siebie rozdzielił, to mi się w chwili ostatniej zgrabnie wywinęła i leżąc zadkiem do góry mocno do pościeli przywarła. Popróbowałem jeszcze od tyłu, ale próżne były moje wysiłki! Nic z tego! Rozpacz i gniew mnie ogarnęły i cierpiałem straszliwie, bom był jak pochodnia rozpalony i żadnej nie mogłem znaleźć ochłody. W oczach mi pociemniało, zęby o zęby w straszliwym paroksyzmie trzaskały aż iskry szły i drżączka mną trzęsła jakbym był fybrą porażony. Zrozumiałem, żem padł ofiarą okrutnego żartu kurtyzany, która rozpaliwszy we mnie chucie do białości, naigrywać się teraz będzie patrząc jak cierpię niby potępieniec nie mogąc soków sobie upuścić. Gniewem strasznym zdjęty szarpać ją zacząłem za włosy i tęgo walić łapą po tyłeczku nadobnym!

A ona wtedy przemówiła w te słowa:

– Gwałtu mi nie zadawaj, bo o ratunek będę wołać musiała! Dla miłosnych igrów cię tu zaprosiłam a nie po to, żebyś żywot ze mnie wytrząsał i pięściami mnie okładał! Nie tegom się po takim galantym kawalerze spodziewała!

– Okrutnico! – zawyłem. – I ty mi śmiesz mówić o igrach miłosnych! Toż ja od godziny nic innego nie robię, tylko chcę cię dosiąść jak należy, a ty mi umykasz i niewypowiedziane wstręty czynisz! Dłużej już tego nie wytrzymam i chyba sam sobie będę musiał wyświadczyć przysługę!

– Wstrzymaj się z tym nieco – powiedziała – i wysłuchaj, co ci rzec muszę. Krzepki z ciebie pachołek i chwacko się zabierasz do dzieła, aleś o jednym zapomniał. Wszak jestem kurtyzaną i uczciwie swoje rzemiosło uprawiam. Nam kurtyzanom nie godzi dać się obłapiać bez nijakiego wynagrodzenia. Zapłać mi, a będziesz mógł sobie wygodzić ile zechcesz i sposobem jaki ci się najbardziej podoba...

– O ja, nieszczęsny! – zakrzyknąłem. – Jakże ja mam ci za przysługę zapłacić, kiedym goły jak święty turecki i biedny jak święty Franciszek! Mieszek u mnie pusty i nie mam ani pereł, ani klejnotów, żeby ci je ofiarować! Ulituj się i skredytuj proszę. Zapłacę ci gdy tylko będę miałczym zapłacić!

– To niemożliwe. Święte reguły mojego rzemiosła na to nie pozwalają, a nie wypada mi ich gwałcić. Nic więc nie będzie z obłapki. Smutno mi z tej przyczyny bo mi się widzisz bardzo zdatny do cielesnego uczynku, a po niezdarnych wyczynach tego fajtłapy mesera Matteo, bardzo jestem tęgiego chłopa spragniona...

Słysząc jej słowa zrozumiałem, że już nie ma nadziei żadnej by mi uległa i biadać zacząłem, płakać gorzko i włosy sobie z głowy rwać pełnymi garściami.

Patrzyła na moją boleść tak widomie okazywaną i rzekła:

– Nie płacz, Timoteo. Serca mi nie rań. Pomyślałam, że może by się i rada znalazła na twoje cierpienia... Przestań za włosy się bezrozumnie szarpać i posłuchaj uważnie. Słyszałam od osób, które wiedzą co mówią, że twój mistrz i nauczyciel meser Bartolomeo ma w swoim kufrze jedno zwierciadło metalowe bardzo starożytne...

– Mistrz Bartolomeo ma wiele zwierciadeł. Służą mu do sztuki katopromantycznej, w której nie ma sobie równych w całej Italii.

– Mnie chodzi o to jedno, jedyne, najważniejsze. Wykopano je na Sycylii w pobliżu góry Eryx razem z figurą cudnej piękności wykonaną z marmuru...

– Rozumiem, pani! – przerwałem jej spiesznie bo mi pilnie było zawrzeć z nią ostateczne porozumienie. – Mówisz o starym srebrnym zwierciadle, które spoczywało w ziemi obok marmurowego posągu pani Wenus... Mój mistrz ma je w swoim kufrze. Chowa je na samym dnie w oddzielnym puzdrze... Meser Bartolomeo jakoś nigdy go nie używa. Wiem o tym zwierciadle, alem go nigdy nie oglądał...

– To ponoć – ciągnęła florentynka uśmiechając się zalotnie – zwierciadło samej bogini. Czarodziejskie zwierciadło Wenus. Ilekroć bogini w nie zerknęła, tylekroć stawała się młodsza i jeszcze piękniejsza...

– Kto wam, pani, o tym naopowiadał?! Mój mistrz Bartolomeo nigdy mi tego nie mówił! Toż to brednie czyste...