3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Powiastka o kocie morskim

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Powiastka o kocie morskim
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jerzy Bandrowski

Powiastka o kocie morskim

Saga

Powiastka o kocie morskim

Copyright © 1930, 2021 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728050231

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

— Słyszeliście co kiedy o kocie morskim? Oczywiście — nie!

— A cóż to takiego? Pewnie ryba jakaś!...

— Nie! Kot morski to zwierzę takie samo jak kot lądowy z tą tylko różnicą, że przednią część ciała ma znacznie silniej rozwiniętą, jest trochę wyższy od kota lądowego, zawsze szary i żyje — w wodzie jak ryba.

— Ależ to niemożliwe!

— U Boga wszystko możliwe!

— Niedorzeczność! O takim kocie nikt nigdy nie słyszał!

— Nie słyszał! A słyszeliście wy kiedy, jak zimą na naszej zatoce Puckiej śpiewają dzikie łabędzie? A słyszeliście, jak na lodzie szczekają i tańczą foki? Nie słyszeliście — a jednak tak jest i ja to słyszałem i widziałem.

— Kota morskiego też?

— Nie, kota morskiego ja nie widziałem, ale widział go mój przyjaciel Dawid Długi, stary rybak z tatuowanemi sino, mocnemi dłońmi i ze złotym kolczykiem w lewem uchu.

— Pocóż ten kolczyk?

— Chroni od dalekowidztwa. Otóż ten rybak na pewno twierdził, że kot morski istnieje, bo osobiście miał z nim dużo do roboty. Mianowicie kot morski wyrządzał mu wielkie szkody.

— Jakim sposobem?

— Ten kot żywi się rybami, ale choć jest bardzo zwinny, ryba w wodzie jest od niego przecie zwinniejsza, więc mu o nią nie tak łatwo, jakby się zdawało. Dlatego bardzo chętnie odwiedza sieci zastawione w morzu przez rybaków, bo tam ma zwykle zdobycz łatwą i bardzo obfitą. Naprzykład taki „żak“ czyli więcierz na węgorze — lejowata, leżąca na dnie morza sieć — niby beczka, a tak zrobiona, że gdy węgorz, który swą szlamowatą skórę lubi o twarde rzeczy wycierać, raz się do niej wśliźnie, już się wyśliznąć nie może. Tak w ciemne, ciepłe noce jesienne, gdy morze huczy trochę, czyli jak to rybacy nazywają „chrapie“, węgorze, idąc na ten „chrap“, tłumami rojnemi włażą w te więcierze, to jest „żaki“, ustawione w rzędy, zwane przez rybaków „linkami“. Dopieroż ma tam kot morski używanie! Włazi w żak, pełen ryb, wybiera sobie co najtłustsze i pożera, a potem, nie mogąc się z żaka wydostać, bez trudu potężnemi pazurami rozdziera oczka z mocnej manilli — oni to tam nazywają „jadro“ — robi sobie wygodny otwór i ucieka, przez co rybak ma wielką szkodę, bo za kotem oczywiście uciekają i ryby. Memu Dawidowi kot morski podarł w ten sposób kilka żaków, a Dawid do dziś dnia nie może odżałować ryb, które w nich być mogły.

— No i cóż? Złapał tego kota morskiego? Zabił?

— Nie. Ten kot sam odszedł za węgorzami w inną stronę.

— Więc gdzież dowód na to, że to był kot morski?

— A dziury w żaku?

— Mogła je robić foka!

— Mogła. Ale to był kot morski, bo on tak zawsze robi.

— A ten rybak widział kiedy kota morskiego?

— Nie, alepewienjegoprzy jaciel z Kuźnicy[ 1 ] złapał raz takiego kota w żak, widział go i opowiadał Dawidowi, jak wygląda.

— A Dawid go nie widział?

— Nie, bo to było bardzo dawno.

— A tamten rybak co z tym swoim kotem morskim zrobił?

— Zabił go i zakopał.

— I nikomu go nie pokazał?

— Poco? Cóż w tem ciekawego? Kot jak kot, a wszyscy wiedzą, że koty morskie istnieją. I nie takie cuda są w naszem morzu!

— No, to już trudno. Więc cóż było z tym kotem?

— A, to był kot wyjątkowy, bo tak się jakoś złożyło, że właśnie w całej zatoce i w Małem Morzu żadnych kotów morskich nie było. Więc tedy ten kot królował sobie w morzu i opływał we wielkie dostatki, tak że wyrósł ponad zwykłą miarę i był bardzo silny, skutkiem czego znów miał stale doskonały apetyt i pochłaniał wielką ilość ryb, zwłaszcza węgorzy, tych bezbronnych marzycieli morza...

— Cóż znowu! Obrzydliwy, czarny, leniwy węgorz — marzycielem!

— I to jakim! Ten obrzydliwy, czarny, leniwy węgorz, żyjący w błotnistych, brudnych lecz zacisznych i ciepłych stawach i rzeczułkach, gdzie właściwie ni mu nie grozi i gdzie pędzi żywot wygodny — marzy o wielkiem, czystem morzu, o jego rozkołysanych, śpiewających falach, o sławie i rozlicznych przygodach dalekiej wędrówki w świat nieznany. Skąd się w nim to bierze, niewiadomo, ale ten sen jest tak potężny, odległe o setki mil morze woła tak głośno, że w leniwym węgorzu budzi się niezłomna, nieprzeparta wola, która zmienia się w czyn.

I otóż latem, gdy w naszych stawach i rzekach woda staje się ciepła jak zupa, a na polach zaczynają brzęczeć kosy i sierpy, nieprzeliczone armje węgorzy zewsząd dążą do Wisły i korytem jej prą ku morzu. Jednakowoż wydostawszy się na to upragnione morze, nie rozstają się jeszcze z ojczyzną, lecz jakby chcąc się z nią pożegnać, obchodzą jej wybrzeża, a dla nabrania sił i stopniowego przyzwyczajania się do słonych wód oceanu, dłuższy czas bawią w naszem Małem Morzu. a zwłaszcza we „wiku“, to jest zatoce Puckiej. Dopiero późną jesienią, pod osłoną burz wszystkich Świętych wyruszają stąd dalej i, obszedłszy cały nasz półwysep, przepadają w Bałtyku, aby pokazać się później na Atlantyku u wybrzeży Antyllów, czyli dawnych wysp Karaibskich.

— Czy to istotnie prawda?

— Jak dotąd — niewzruszalna.

— A cóż nasze węgorze robią u Wysp Karaibskich?

— Składają jaja, które w postaci larw kształtu listków wracają znów morzem ku naszym słodkim wodom. Nieraz już po drodze larwy te przechodzą przemianę, i wtenczas morzem wędrują ku Wiśle całe kolumny, całe słupy małych węgorzyków, sięgające od dna aż do powierzchni, tak że można je łapać kapeluszem. Te oto larwy i węgorzyki przynoszą do naszych wód słodkich, rzek, rzeczułek, jezior i stawów wieści z morza i zarodek owego snu o morzu, który w przyszłości znowu je wypchnie z wód polskich ku cichym, niezmierzonym głębiom Atlantyku, u słonecznych wybrzeży wysp dalekich, umajonych czubami giętkich palm i pachnących tytoniem, korzeniami, trzciną cukrową i arakiem. Taki to z węgorza marzyciel i nieustraszony, pełen żądzy przygód romantyk.

Rozumie się, iż podczas pobytu węgorzy na naszem morzu, rybacy obstawiają wybrzeże tysiącami żaków, w które poławiają tysiące centnarów ryb. Węgorze jednak niewiele sobie z tego robią, wiedząc, że ciągną ich miljardy, i dlatego bawią w zatoce długo, wycierając szlamiste ciało w piasku morskim i jędrniejąc w słonawych jej wodach. Rade gnieżdżą się w głębokich „kulach“, czyli jamach podwodnych, w chłodnych „szurach“, to jest głębinach morskich, przyzwyczajając się równocześnie do nowego pożywienia w postaci krabów, malutkich srebrnych rybek — tobijaszków, szprotek i śledzików, nocą zaś, zwłaszcza w czas burzy, wychodząc na brzeg do rybackich grochowisk, w których objadają groch.

— To już jawna niedorzeczność! żeby węgorze groch jadły!

— Ja tego nie widziałem, ale wszyscy rybacy tak mówią i niezłomnie w to wierzą. Mój przyjaciel Dawid Długi opowiadał mi, że jeden z jego przyjaciół, który miał grochowisko na brzegu zatoki wpobliżu "kuli" słynnej z bogactwa węgorzy, zrobił wielki majątek na tem, iż węgorze te w grochu wyłapywał, a robił to bardzo zmyślnie, mianowicie: pewnej nocy księżycowej zauważył na piasku wiodące z morza do jego grochu jak gdyby rowki, w których świecił szlam. A przyszedł tam dlatego, że poprzednio zauważył był, iż ktoś mu groch podbiera w polu, więc zaczaił się w nocy na złodzieja. Kiedy tak rozmyślał, coby te lśniące od szlamu rowki mogły znaczyć, spostrzegł węgorza pełzającego piaskiem ku jego polu i rozmyślnie wypuszczającego szlam. Otóż jest tak: węgorz na lądzie porusza się bardzo niezgrabnie, dlatego te węgorze, które chodziły na groch, wydrążały sobie własnem ciałem ścieżynki i napuszczały je szlamem, aby na wypadek ucieczki nie potrzebować czołgać się po piasku, lecz móc się szybko prześliznąć do morza. Zrozumiawszy to, rybak ów rozkopał im butem owe ścieżynki i wszystkie węgorze w grochu wyłapał. Tak Czynił codzień i w ten sposób zrobił majątek.

— Gdzież ten rybak mieszka?

— On? Umarł.

Słowem, w czasie pobytu węgorzy w Małem Morzu i w zatoce panuje tam bardzo żywe życie. Łatwo sobie wyobrazić, jak używał wśród tego wszystkiego nasz kot morski, który w zimie musiał poprzestawać na szprotkach lub dzikich kaczkach. Próbował wprawdzie podchodzić dzikie łabędzie, i nawet raz złapał jednego za ogon, ale olbrzymi ptak uderzył tylko dwa razy skrzydłami wielkiemi jak żagle, wzbił się w powietrze i zaczął krążyć wkółko tak szybko, że kot morski, do latania nieprzywykły, dostał zawrotu głowy i, zleciawszy z wielkiej wysokości, omal się nie zabił.

Zima była wogóle ciężka. Za to ta ciepła a ciemna i burzliwa jesień — to był istny raj. Wystarczyło przejść się koło „linki“ i wybrać sobie żak najpełniejszy, potem wejść weń i zjeść choćby dziesięć grubych jak ramię węgorzy, wijących się bezsilnie wśród mocnych a sprężystych manillowych nici. Ale cóż znaczy sieć dla pazurów morskiego kota! Najadłszy się, rozdzierał ją w mgnieniu oka i dumny, zadowolony z siebie wychodził, król zatoki, jaśnie oświecony przez jedyną w tych stronach latarnię morską w Oksywji. Nie patrzyła ona na niego okiem gniewnem, przeciwnie, ile razy udało mu się spłatać dobrego figla, mrugała doń filuternie: Raz — dwa — trzy — cztery, a potem znowu — Raz — dwa — trzy — cztery! — I kot morski się śmiał.

 

Ale nie śmiały się bynajmniej węgorze, które były świadkami tych jego postępków, a które korzystając z dziury w żaku, wydostawały się na morze zpowrotem. Nie jest rzeczą miłą uwięznąć w żaku i siedzieć w nim, zwłaszcza jeśli się nie jest do tego przyzwyczajonym. Ale znacznie gorzej patrzyć bezsilnie na to, jak braci żywcem jakiś potwór pożera. Żaki były podejrzane, któż jednak wiedział, co dalej dzieje się z węgorzami, którc się w nie złapały? Może człowiek przenosi je do jakichś lepszych wód, i karmiąc je jak bożyszcza, oddaje im cześć? Wogóle nic o tem nie było wiadomo, bo ani jeden węgorz złapany przez człowieka nie wrócił, a wszakże gdyby im tam było źle, toby się starały uciekać i z pewnością któryś dotarłby zpowrotem do morza. Wprawdzie rzeczą, źle świadczącą o człowieku, było to, iż rybacy nieraz po sześć tygodni nawet trzymali węgorze w niewoli, zamknięte w mocnych skrzyniach z grubych belek, ale nikt nigdy nie wiedział, aby przez ten czas robili im kiedy co złego, i jeńcy nie skarżyli się ani na brak powietrza ani na brak wody. Poza tem już samo uganianie się człowieka za węgorzami świadczyło, iż je sobie wysoce cenił, a z tem należało się liczyć. Ale kot morski był dzikim potworem, okrutnikiem, pożerającym ryby żywcem, do czego nie miał zresztą żadnego prawa, bo nie był nawet foką, nawet „morszwinem“ to jest delfinem tych stron, a tylko kotem i to morskim, nie uznawanym ani przez świat rybi ani naukowy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?