Zawsze i na zawsze

Tekst
Autor:Jenny Han
Z serii: O Chłopcach #3
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Jest czwartek, dzień postaci, dzień, na który czekałam cały tydzień. Spędziliśmy z Peterem długie godziny na dyskusjach. Ja miałam mocne argumenty za Alexandrem Hamiltonem i Elizą Schuyler, ale musiałam się wycofać, kiedy zdałam sobie sprawę, ile kosztowałoby wypożyczenie od ręki kostiumów w stylu kolonialnym. Przebrania dla par lubiłam chyba w związku najbardziej. Poza całowaniem się, darmowym transportem i samym Peterem.

Chciał przebrać się za Spidermana, a mnie ubrać w rudą perukę Mary Jane Watson, głównie dlatego, że już miał kostium – i dlatego, że jest bardzo umięśniony dzięki uprawianiu sportu, więc czemu nie dać ludziom tego, co chcą? Jego słowa, nie moje.

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Tylera Durdena i Marlę Singer z Podziemnego kręgu. Pomysł był właściwie autorstwa mojej przyjaciółki Chris. Gdy oglądałam ten film z nią i Kitty, Chris powiedziała: „Powinniście z Kavinskym przebrać się za tych psycholi”. Stwierdziła, że to miałoby w sobie element zaskoczenia – przynajmniej w moim przypadku. Z początku się opierałam, bo Marla nie jest Azjatką, a ja mam swoją zasadę wyłącznie azjatyckich kostiumów, ale potem mama Petera znalazła dla niego na wyprzedaży kurtkę z czerwonej skóry, więc na tym stanęło. Co do mojego kostiumu to pani Rothschild pożyczyła mi ubrania z własnej garderoby, bo była młoda w latach dziewięćdziesiątych.

Tego ranka pani Rothschild wpada przed pracą, żeby pomóc mi się przygotować. Siedzę przy kuchennym stole w jej czarnej halce, kurtce ze sztucznego moheru i peruce, którą Kitty z przyjemnością czochra dla uzyskania szalonego efektu, jakbym wstała prosto z łóżka. Odganiam jej pełne pianki dłonie, a ona powtarza:

– Ale o to w tym chodzi.

– Masz szczęście, że tak wszystko chomikuję – mówi pani Rothschild, popijając kawę z termosu.

Sięga do torby i rzuca mi parę bardzo wysokich czarnych koturnów.

– Kiedy miałam dwadzieścia parę lat, uwielbiałam Halloween. Byłam królową przebierańców. Twoja kolej na przejęcie korony, Laro Jean.

– Wciąż możesz być królową – mówię jej.

– Nie, przebieranki to zabawa dla młodych. Gdybym włożyła teraz strój seksownego Sherlocka Holmesa, wyglądałabym na desperatkę. – A do Kitty mówi: − Jak myślisz? Trochę więcej grafitowego cienia do powiek, prawda?

– Nie przesadzajmy – mówię. – To mimo wszystko szkoła.

– Przebieranie się polega na przesadzaniu – rzuca pani Rothschild beztrosko. – Zrób mnóstwo zdjęć, kiedy już dotrzesz do szkoły. Prześlij mi je, żebym mogła pokazać koleżankom z pracy. Spodobają im się… Rany, skoro o pracy mowa, która godzina?

Pani Rothschild jest zawsze spóźniona, co doprowadza tatę do szału, bo on jest zawsze dziesięć minut przed czasem. A jednak!

Kiedy Peter po mnie przyjeżdża, wybiegam z domu, otwieram drzwi od strony pasażera i krzyczę na jego widok. Ma blond włosy!

– O matko! – piszczę, dotykając ich. – Utleniłeś je?

Uśmiecha się zadowolony z siebie.

– Farba w sprayu. Mama mi kupiła. Będę mógł użyć jej ponownie, kiedy przebierzemy się za Romea i Julię na halloween. – Lustruje mój kostium. – Podobają mi się te buty. Wyglądasz seksownie.

Czuję, jak zaczynają mi płonąć policzki.

– Siedź cicho.

Ruszając tyłem spod domu, zerka znów na mnie i mówi:

– Ale taka jest prawda.

Szturcham go.

– Mam nadzieję, że ludzie rozpoznają, kim jestem.

– Już ja się o to postaram – zapewnia mnie.

I tak też się dzieje. Kiedy idziemy korytarzem, Peter puszcza głośno Where Is My Mind Pixies z telefonu i ludzie nas oklaskują. Nikt nie pyta, czy jestem jakąś postacią z mangi.

Po szkole leżymy z Peterem na kanapie, jego stopy zwisają poza krawędzią. Wciąż ma na sobie kostium, ale ja przebrałam się w zwykłe ubranie.

– Zawsze masz urocze skarpetki – mówi, unosząc moją prawą stopę.

Te są szare w białe groszki i żółte głowy niedźwiedzi.

– Moja cioteczna babka przysyła mi je z Korei. W Korei można dostać najbardziej urocze rzeczy – mówię z dumą.

– Możesz poprosić, żeby mnie też takie przysłała? Nie w misie, ale może na przykład w tygrysy. Tygrysy są fajne.

– Masz za duże stopy na tak urocze skarpetki. Przebiłbyś się przez nie palcami na wylot. Wiesz co, założę się, że udałoby się znaleźć jakieś pasujące na ciebie w… hmm, zoo. – Peter siada i zaczyna mnie łaskotać, a ja wykrztuszam: − Założę się, że… pandy i goryle muszą… ogrzewać jakoś stopy… zimą. Może mają też takie usuwające przykre zapachy. – Wybucham śmiechem. – Przes… tań mnie łaskotać!

– To przestań się wyzłośliwiać na temat moich stóp!

Wcisnęłam rękę pod jego ramię i zaciekle go łaskoczę. Jednak tym sposobem naraziłam się na kolejne ataki.

Krzyczę:

– Dobra, dobra, rozejm!

Przerywa, a ja udaję, że przerywam, ale ukradkiem łaskoczę go pod pachą, a on wydaje z siebie niepodobny do Petera wysoki pisk.

– Powiedziałaś „rozejm”! – rzuca oskarżycielskim tonem.

Oboje kiwamy głowami i kładziemy się bez tchu na wznak.

– Naprawdę uważasz, że śmierdzą mi stopy?

Nie. Uwielbiam jego zapach po meczu lacrosse – pot, trawa i on. Ale lubię się z nim droczyć, żeby zobaczyć ten niepewny wyraz, który na ułamek sekundy pojawia się na jego twarzy.

– No, w dni meczu… − mówię.

A Peter przypuszcza na mnie kolejny atak, siłujemy się i śmiejemy, kiedy wraca Kitty, niosąc tacę z kanapką z serem i szklanką soku pomarańczowego.

– Przenieście się na górę – mówi, siadając na podłodze. – To miejsce publiczne.

Wyplątuję się i rzucam jej gniewne spojrzenie.

– Nie robimy niczego intymnego, Katherine.

– Twoja siostra twierdzi, że śmierdzą mi nogi – mówi Peter, wystawiając stopy w jej kierunku. – Kłamie, prawda?

Odpycha go szturchnięciem łokcia.

– Nie będę wąchać twoich stóp. – Wzdryga się. – Jesteście obleśni.

Wydaję z siebie okrzyk i rzucam w nią poduszką. Wciąga gwałtownie powietrze.

– Masz szczęście, że nie strąciłaś mojego soku! Tata cię zabije, jeśli znów pobrudzisz dywan. – I dodaje znacząco: − Pamiętasz chyba incydent ze zmywaczem do paznokci?

Peter mierzwi moje włosy.

– Niezdarna Lara Jean.

Odpycham go.

– Nie jestem niezdarna. To ty ostatnio potknąłeś się o własne nogi, próbując dostać się do pizzy u Gabe’a.

Kitty wybucha śmiechem, a Peter rzuca w nią poduszką.

– Przestańcie się przeciwko mnie zmawiać! – krzyczy Peter.

– Zostajesz na kolację? – pyta Kitty, kiedy jej śmiech cichnie.

– Nie mogę. Mama robi kotlety z kurczaka.

Kitty robi wielkie oczy.

– Szczęściarz. Laro Jean, a my co mamy?

– Odmrażam właśnie pierś kurczaka – mówię.

Krzywi się, a ja dodaję:

– Jeśli ci się nie podoba, to może sama nauczysz się gotować. Kiedy zacznę studia, nie będę już wam gotować.

– Ta, jasne. Pewnie będziesz tu co wieczór. – Odwraca się do Petera. – Mogę zjeść kolację u ciebie?

– Pewnie – mówi. – Obie możecie.

Kitty zaczyna wiwatować, a ja ją uciszam.

– Nie możemy, bo tata musiałby jeść sam. Pani Rothschild ma dziś trening w SoulCycle.

Kitty odgryza kęs kanapki z serem.

– W takim razie zrobię sobie kolejną kanapkę. Nie chcę w kółko jeść sflaczałego od mrożenia kurczaka.

Siadam gwałtownie do pionu.

– Kitty, przygotuję coś innego, jeśli jutro rano zapleciesz mi warkocze. Chcę mieć wyjątkową fryzurę do Nowego Jorku.

Nigdy wcześniej nie byłam w Nowym Jorku. W ostatnie wakacje urządziliśmy w domu głosowanie i ja wybrałam Nowy Jork, ale zostałam przegłosowana na rzecz Meksyku.

Kitty chciała jeść rybne taco i pływać w oceanie, a Margot chciała zwiedzić pozostałości cywilizacji Majów i mieć okazję, żeby poćwiczyć hiszpański. Ostatecznie dobrze się stało, że mnie przegłosowali. W życiu nie widziałam tak niebieskiej wody.

– Uczeszę cię, tylko jeśli zostanie mi czas po uczesaniu siebie – mówi Kitty i to chyba najlepsza odpowiedź, na jaką mogłam liczyć.

Jest świetna w robieniu fryzur.

– Kto będzie mi plótł warkocze, kiedy będę na studiach? – zastanawiam się.

– Ja – odpowiada Peter pewnym siebie tonem.

– Nie wiesz jak – rzucam kpiąco.

– Mała mnie nauczy. Prawda, mała?

– Nie za darmo – mówi Kitty.

Prowadzą negocjacje i wreszcie ustalają, że Peter zabierze Kitty z przyjaciółkami do kina w któreś sobotnie popołudnie. I w ten właśnie sposób ląduję po turecku na podłodze, a Kitty siedzi z Peterem na kanapie i demonstruje splatanie francuza, podczas gdy Peter nagrywa to na telefon.

– Teraz twoja kolej – mówi Kitty.

Ciągle wypada mu kosmyk i zaczyna się frustrować.

– Masz mnóstwo włosów, Laro Jean.

– Jeśli nie potrafisz zrobić francuza, to nauczę cię czegoś prostszego – mówi Kitty, a w jej głosie pobrzmiewa wyraźnie słyszalna pogarda.

Peter też ją słyszy.

– Nie, nauczę się. Daj mi chwilkę. Wprawię się tak, jak w innych francuskich aktywnościach. – Puszcza do mnie oczko.

Obie z Kitty krzyczymy na niego.

– Nie mów tak przy mojej siostrze! – Szturcham go w pierś.

– Żartowałem!

– Poza tym wcale nie jesteś aż taki dobry we francuskich pocałunkach. – Chociaż tak naprawdę jest.

Peter rzuca mi spojrzenie pod tytułem: „Kogo chcesz nabrać?”, a ja wzruszam ramionami, bo kogo ja chcę nabrać?

Później odprowadzam Petera do samochodu. Zatrzymuje się przy drzwiach od strony pasażera i pyta:

– Z iloma chłopakami się całowałaś?

– Z trzema. Z tobą, Johnem Ambrose’em McClarenem… − rzucam pospiesznie jego imię, jakbym zdzierała plaster, ale Peter i tak ma czas, żeby się wykrzywić. – I z kuzynem Allie Feldman.

– Tym, który ma zeza?

– Tak. Ma na imię Ross. Wydawał mi się słodki. Zrobiliśmy to, kiedy nocowałam u Allie. Pocałowałam go z powodu rzuconego wyzwania. Ale chciałam tego.

Posyła mi pytające spojrzenie.

 

– A więc ja, John i kuzyn Allie.

– Mhm.

– Zapominasz o kimś, Covey.

– O kim?

– Sandersonie!

Macham ręką.

– Oj, to się nie liczy.

– Ross, kuzyn Allie Feldman, którego pocałowałaś z powodu wyzwania, się liczy, ale Josh, z którym w zasadzie mnie zdradziłaś, już nie? – Peter kiwa na mnie palcem. – Nie-e. Nie idę na to.

Szturcham go.

– Nie byliśmy wtedy razem i dobrze o tym wiesz!

– Detal, ale niech ci będzie. – Patrzy na mnie z ukosa. – Twoja liczba jest wyższa od mojej, wiesz? Ja całowałem się tylko z Gen, Jamilą i z tobą.

– A co z dziewczyną, którą poznałeś z kuzynami w Myrtle Beach? Angeliną?

Na jego twarzy pojawia się dziwny wyraz.

– A tak. Skąd o niej wiesz?

– Wszystkim się tym chwaliłeś!

To było lato przed siódmą klasą. Pamiętam, jak Genevieve wściekała się, że jakaś inna dziewczyna pocałowała Petera przed nią. Usiłowałyśmy odszukać Angelinę w internecie, ale nie miałyśmy zbyt wielu informacji na jej temat. Tylko imię.

– Czyli całowałeś się z czterema dziewczynami i robiłeś z nimi znacznie więcej, Peterze.

– Dobra!

Ciągnę dalej:

– Jesteś jedynym chłopakiem, z którym się tak naprawdę całowałam. I byłeś pierwszy. Pierwszy pocałunek, pierwszy chłopak, pierwsze wszystko! Dostałeś ode mnie tyle pierwszych razów, a ja nie dostałam od ciebie żadnego.

– W zasadzie to niezupełnie prawda – mówi z zażenowaniem.

Mrużę oczy.

– Co masz na myśli?

– Nie było żadnej dziewczyny na plaży. Całą historyjkę zmyśliłem.

– Nie było Angeliny z dużym biustem?

– Nie twierdziłem, że miała duży biust!

– Owszem. Powiedziałeś tak Trevorowi.

– No dobra! Bosz. W ogóle to do ciebie nie dociera.

– Co do mnie nie dociera, Peterze?

Odchrząkuje.

– Tamtego dnia w piwnicy u McClarena. Ty też byłaś moim pierwszym pocałunkiem.

Natychmiast poważnieję.

– Tak?

– No.

Wpatruję się w niego.

– Czemu nigdy mi o tym nie powiedziałeś?

– Nie wiem. Chyba zapomniałem. Poza tym to żenada, że wymyśliłem sobie dziewczynę. Nie mów o tym nikomu!

Przepełnia mnie radosne zdumienie. Więc byłam pierwszym pocałunkiem Petera Kavinsky’ego. Ależ to cudowne!

Zarzucam mu ramiona na szyję i unoszę głowę w oczekiwaniu na mój pocałunek na dobranoc. Tuli swoją twarz do mojej i cieszę się, że ma gładkie policzki i prawie nie musi się golić. Przymykam oczy, wdycham jego zapach, czekam na pocałunek. A on cmoka mnie tylko w czoło.

– Dobranoc, Covey.

Otwieram gwałtownie oczy.

– Tylko tyle?

Rzuca bezczelnie:

– Powiedziałaś, że nie jestem taki dobry w całowaniu, pamiętasz?

– Żartowałam!

Mruga do mnie i wskakuje do samochodu. Patrzę, jak odjeżdża. Mimo całego roku razem to wszystko zdaje się takie nowe. Że kocham chłopaka, że on też mnie kocha. Mam wrażenie, że to niewiarygodne.

Nie wchodzę od razu do środka. Na wypadek gdyby wrócił. Z rękami na biodrach odczekuję całe dwadzieścia sekund, po czym odwracam się w kierunku schodków, a wtedy ulicą nadjeżdża na pełnym gazie z powrotem samochód i zatrzymuje się dokładnie przed naszym domem. Peter wystawia głowę przez okno:

– No dobra! – woła. – Potrenujmy.

Podbiegam do samochodu i przyciągam Petera za koszulkę, po czym przechylam głowę, a następnie odpycham go i biegnę roześmiana tyłem z włosami opadającymi mi na twarz.

– Covey! – woła.

– Na więcej nie zasłużyłeś! – odpowiadam rozbawiona. – Do zobaczenia jutro w autobusie!

Tego wieczoru, kiedy myjemy w łazience zęby, pytam Kitty:

– Jak bardzo będziesz za mną tęskniła, kiedy pójdę na studia, w skali od jednego do dziesięciu? Ale szczerze.

– Za wcześnie na takie rozmowy – mówi, opłukując szczoteczkę.

– Odpowiedz.

– Cztery.

– Cztery! Powiedziałaś, że za Margot tęsknisz sześć i pół!

Kitty kręci głową.

– Laro Jean, czemu musisz zapamiętywać każdy szczegół? To niezdrowe.

– Mogłabyś przynajmniej udawać, że będziesz za mną tęsknić! – Wybucham. – Miałabyś tyle przyzwoitości.

– Margot wyjeżdżała na drugi koniec świata. Ty będziesz kwadrans od domu, więc nawet nie będę miała okazji za tobą zatęsknić.

– Ale jednak.

Przyciska dłonie do serca.

– Dobra. Co powiesz na to? Będzie mi ciebie tak brakowało, że co wieczór będę płakać!

Uśmiecham się.

– Teraz lepiej.

– Będę tak bardzo tęskniła, że zapragnę podciąć sobie żyły! – wykrzykuje jak wariatka.

– Katherine. Nie mów takich rzeczy!

– To przestań domagać się komplementów – mówi i idzie do łóżka, a ja zostaję i pakuję kosmetyczkę na wyjazd do Nowego Jorku.

Jeśli dostanę się na UW, chyba zostawię zestaw do makijażu, kremy i grzebienie w domu, żebym nie musiała ich za każdym razem pakować. Margot musiała dobrze się zastanowić, co bierze do Saint Andrews, bo Szkocja jest tak daleko, że nie może sobie pozwolić na zbyt częste odwiedziny. Ja pewnie spakuję tylko rzeczy na jesień i zimę, te na lato zostawię w domu, a potem je wymienię, kiedy nadejdzie odpowiednia pora.

6

Rano tata odwozi mnie do szkoły, gdzie czeka autokar.

– Zadzwoń, jak tylko zameldujesz się w pokoju – mówi, kiedy czekamy na światłach pod szkołą.

– Dobrze.

– Spakowałaś awaryjną dwudziestkę?

– Tak.

Wczoraj wieczorem tata dał mi banknot dwudziestodolarowy, żebym schowała go w sekretnej kieszonce kurtki, na wszelki wypadek. Mam też na zakupy jego kartę kredytową. Pani Rothschild pożyczyła mi maleńką parasolkę i power bank do telefonu.

Tata rzuca mi z ukosa spojrzenie i wzdycha.

– Wszystko będzie się teraz działo w takim tempie. Najpierw wycieczka ostatniej klasy, potem bal i koniec szkoły. Kwestia czasu, kiedy ty też znikniesz z domu.

– Wciąż masz Kitty – mówię. – Choć to prawda, że nie jest takim promykiem słońca jak ja. – Tata się śmieje. – Jeśli dostanę się na UW, będę często wpadać, więc o nic nie musisz się martwić.

Kończę śpiewnie jak Stevie Wonder.

W autokarze siedzę koło Petera. Chris siedzi z Lucasem. Myślałam, że ciężko będzie przekonać Chris, żeby pojechała na tę wycieczkę, i pewnie tak by było, gdyby wygrał Disney World. Ale ona też nigdy dotąd nie była w Nowym Jorku, więc ostatecznie zgodziła się bez większych oporów.

Jesteśmy w drodze od godziny, kiedy Peter wciąga wszystkich w grę „Nigdy przenigdy”, w trakcie której ja udaję, że śpię, bo nigdy przenigdy nie robiłam prawie niczego w kwestii narkotyków ani seksu, a tylko to wszystkich interesuje. Na szczęście gra zamiera dość szybko, bo chyba jest znacznie mniej ekscytująca, kiedy nie uczestniczą w niej promile. Właśnie otwieram oczy, przeciągam się i „budzę”, gdy Gabe proponuje „Prawdę czy wyzwanie” i żołądek ściska mi się w supełek.

Od czasu zeszłorocznego skandalu z nagraniem w jacuzzi czułam się skrępowana na myśl, co ludzie mogą sobie wyobrażać na temat tego, co robimy, a czego nie. W sprawach seksu. A „Prawda czy wyzwanie” jest znacznie gorsza niż „Nigdy przenigdy”! Z iloma osobami uprawiałaś seks? Czy byłaś kiedyś w trójkącie? Ile razy dziennie się masturbujesz? ludzie zadają sobie tego typu pytania, a gdyby ktoś zadał je mnie, musiałabym powiedzieć, że jestem dziewicą, a w jakimś sensie to dużo bardziej ekstremalne niż jakakolwiek inna odpowiedź. Zwykle wymykam się do kuchni albo innego pomieszczenia, kiedy na imprezach zaczynają w to grać. Ale dziś nie mam gdzie się ukryć, bo jesteśmy w autokarze, i czuję się jak w pułapce.

Peter rzuca mi rozbawione spojrzenie. Wie, o czym myślę. Twierdzi, że nie obchodzi go, co myślą inni, ale wiem, że to nieprawda. Przeszłość potwierdza, że Petera istotnie obchodzi, co inni o nim myślą.

– Prawda albo wyzwanie – mówi Gabe do Lucasa.

Lucas bierze łyk napoju izotonicznego.

– Prawda.

– Czy kiedykolwiek uprawiałeś seks z kolesiem?

Całe moje ciało tężeje. Lucas jest gejem i to otwarcie, ale nie aż tak. Nie chce ciągle się przed wszystkimi tłumaczyć i właściwie czemu miałby to robić? Przecież to jego prywatna sprawa.

Po krótkiej ciszy Lucas odpowiada:

– Nie. Czy to propozycja?

Wszyscy wybuchają śmiechem, a Lucas z lekkim uśmieszkiem na twarzy pociąga kolejny łyk napoju, ale widzę napięcie w jego karku i ramionach. Efekt uzbrojenia się na tego rodzaju pytania, gotowości do odbicia piłeczki, do uśmiechu, do zbycia żartem. Moje pytanie o dziewictwo to w porównaniu z tym pestka. Ale i tak nie mam ochoty na nie odpowiadać.

Modlę się, żeby Lucas wybrał mnie jako następną, bo wiem, że mnie oszczędzi. Ale Lucas musi nie dostrzegać błagalnych spojrzeń, które rzucam w jego kierunku, bo zamiast mnie wybiera Genevieve, która siedzi kilka rzędów dalej, wpatrzona w swój telefon. Spotyka się z chłopakiem ze swojego Kościoła, a on chodzi do innej szkoły, więc mało się ją widuje. Słyszałam od Chris, że jej rodzice się rozwiedli, a tata przeprowadził się do nowego mieszkania ze swoją dziewczyną. Że mama Genevieve przeszła załamanie i wymagała kilkudniowej hospitalizacji, ale teraz już jest lepiej, z czego się cieszę. Kiedy jej mama wróciła do domu, Peter wysłał żonkile. Głowiliśmy się, co napisać na karneciku – a wreszcie postawiliśmy na proste: „Zdrowia, Wendy. Uściski, Peter”. Kwiaty były moim pomysłem i zrzuciłam się na nie, ale oczywiście nie podpisałam się pod życzeniami. Po prostu zawsze lubiłam Wendy. Zawsze była dla mnie miła. Wciąż na widok Genevieve czuję nerwowy ucisk w żołądku, ale nie tak mocny jak dawniej. Wiem, że już nigdy nie będziemy się przyjaźniły, i się z tym pogodziłam.

– Prawda albo wyzwanie, Gen – woła Lucas.

Genevieve podnosi wzrok. Odpowiada automatycznie:

– Wyzwanie.

Jasne, że wybiera wyzwanie. Można o niej powiedzieć wiele rzeczy, ale nie że jest tchórzliwa. Sama zrobiłabym wszystko, żeby nie odpowiadać na pytania o seks, więc pewnie też wybiorę wyzwanie.

Lucas rzuca Gen wyzwanie, żeby usiadła koło pana Jaina i położyła mu głowę na ramieniu.

– Tylko ma być wiarygodnie – mówi Lucas.

Wszyscy ryczą ze śmiechu. Widzę, że naprawdę nie ma na to ochoty, ale jak mówiłam, nie jest tchórzem.

Patrzymy, jak idzie między fotelami i zatrzymuje się przy rzędzie pana Jaina. Pan Jain jest nowy, uczy biologii. Jest raczej młody i przystojny. Nosi do szkoły wąskie dżinsy i koszule. Genevieve opada na siedzenie obok niego i widzę tylko tył jej głowy, kiedy z nim rozmawia. On się uśmiecha. Potem Gen przytula się do niego i kładzie głowę na jego ramieniu, a on podskakuje jak przerażony kot. Wszyscy się śmieją, a pan Jain odwraca się i kręci głową, czując ulgę, że to żart.

Genevieve wraca do nas tryumfalnie. Siada na swoim miejscu i rozgląda się po grupie. Nasze spojrzenia na moment się krzyżują i czuję ucisk w żołądku. Potem Gen odwraca wzrok.

– Prawda czy wyzwanie, Chrissy.

– Ta gra jest do bani – mówi Chris.

Gen wpatruje się w nią z wyzywająco uniesionymi brwiami, aż wreszcie Chris przewraca oczami i mówi:

– Obojętnie. Prawda.

Przy takiej konfrontacji trudno nie zauważyć, że są spokrewnione – kuzynki pierwszego stopnia od strony mamy.

Genevieve nie spieszy się z wymyśleniem pytania. A potem trafia szóstkę w totka.

– Czy w trzeciej klasie bawiłaś się w lekarza z naszym kuzynem Alexem? Nie kłam.

Wszyscy wykrzykują i gwiżdżą, a twarz Chris nabiera koloru jaskrawej czerwieni. Posyłam jej współczujące spojrzenie. Znam odpowiedź na to pytanie.

– Tak – mamrocze Chris, a wszyscy głośno się śmieją.

Na szczęście dla mnie mniej więcej w tej chwili pan Jain podnosi się i włącza DVD, więc gra umiera śmiercią naturalną i moja kolej wcale nie następuje. Chris się odwraca i mówi do mnie cicho:

– Wywinęłaś się.

– Jakbym nie wiedziała – szepczę, a Peter chichocze.

Niech sobie chichocze, ile chce, ale jestem pewna, że też czuje pewną ulgę. Nigdy nie powiedział tego głośno, ale przecież nie chce, żeby cała klasa maturalna wiedziała, że on i jego dziewczyna, z którą chodzi od roku – dłużej, jeśli wliczyć relację na niby – nigdy nie uprawiali seksu.

Prawie nikt z naszej klasy nie był w Nowym Jorku, więc wszystkim nam oczy trochę wychodzą z orbit. Chyba nigdy nie byłam w miejscu tak pełnym życia. To miasto ma własny puls. Nie mogę uwierzyć, ilu tu ludzi, jak tłoczno, jak wszyscy elegancko wyglądają. Jak… jak z miasta. Oprócz turystów takich jak my, rzecz jasna. Chris usiłuje udawać znudzoną i niewzruszoną, ale kiedy wsiadamy do metra, żeby dostać się do Empire State Building, nie chwyta poręczy i o mało się nie przewraca, kiedy gwałtownie się zatrzymujemy.

– Inaczej niż w DC – mruczy.

Z pewnością. Waszyngton to najbliższe Charlottesville duże miasto, ale i tak w porównaniu z Nowym Jorkiem jest tylko małą senną mieściną. Tak wiele można tu zobaczyć, tyle sklepów, w których chciałabym się zatrzymać. Wszyscy się dokądś spieszą. Wszyscy mają plany i umówione spotkania. Jakaś starsza pani krzyczy na Petera, że idzie wpatrzony w swój telefon, na co wszyscy wybuchają śmiechem i raz w życiu to Peter czuje się zawstydzony. To wszystko jest takie onieśmielające.

 

Kiedy docieramy do Empire State Building, zmuszam Petera, żeby zrobił sobie ze mną selfie przy windach. Na szczycie aż kręci mi się w głowię, tak wysoko jesteśmy. Pani Davenport mówi, żebym usiadła na chwilę z głową między nogami, co pomaga. Kiedy mdłości mijają, podnoszę się i szukam Petera, który zniknął gdzieś, choć go potrzebowałam.

Skręcam za róg i słyszę okrzyki Petera:

– Moment! Moment! Proszę pana!

Idzie za strażnikiem, który zbliża się do leżącego na ziemi czerwonego plecaka.

Strażnik pochyla się i go podnosi.

– Twój? – pyta.

– No, tak…

– Czemu zostawiłeś go na ziemi? – Otwiera plecak i wyciąga pluszowego misia.

Peter rozgląda się w panice dokoła.

– Mógłby go pan włożyć z powrotem do środka? Potrzebny mi jest do zaproszenia mojej dziewczyny na bal. To ma być niespodzianka.

Ochroniarz kręci głową. Mruczy coś pod nosem i znów zagląda do środka.

– Może pan ścisnąć misia.

– Nie będę ściskał żadnego misia – odpowiada strażnik.

Peter wyciąga rękę i ściska misia, a miś piszczy: „Pójdziesz ze mną na bal, Laro Jean?”. Zakrywam dłońmi usta z zachwytu.

Ochroniarz mówi surowo:

– Jesteś w Nowym Jorku, mały. Nie możesz tak po prostu zostawiać na ziemi plecaka, aż kogoś gdzieś zaprosisz.

– Nie gdzieś, tylko na bal – poprawia Peter, a strażnik rzuca mu gniewne spojrzenie. – Przepraszam. Mogę odzyskać misia? – Wtedy mnie zauważa. – Powiedz mu, że Bezsenność w Seattle to twój ulubiony film, Laro Jean!

Podbiegam.

– Proszę pana, to mój ulubiony film. Proszę go stąd nie wyrzucać.

Ochroniarz próbuje powstrzymać uśmiech.

– Nie zamierzałem go wyrzucać – mówi, a do Petera: − Następnym razem bardziej uważaj. W Nowym Jorku jesteśmy czujni. Jeśli coś widzimy, to reagujemy, łapiesz? To nie jakaś mała mieścina, z której przyjechaliście. To Nowy Jork. My się tu nie pieścimy.

Oboje z Peterem kiwamy głowami, a ochroniarz odchodzi. Kiedy tylko znika, patrzymy na siebie z Peterem i wybuchamy wariackim śmiechem.

– Ktoś doniósł na mój plecak! – mówi. – Zaproszenie na bal poszło się pieprzyć.

Wyjmuję z jego plecaka misia i przytulam do piersi. Jestem tak szczęśliwa, że nawet nie komentuję jego przekleństwa.

– Jest cudny.

– Miałaś wyjść zza rogu i zobaczyć pod teleskopem plecak. Potem miałaś wyjąć misia i go ścisnąć, i…

– Skąd miałabym wiedzieć, że trzeba go ścisnąć? – pytam.

Peter wyciąga z plecaka zmiętą kartkę. Jest na niej napisane: „Ściśnij mnie”.

– Odpadła, kiedy ochroniarz nim szarpnął. Widzisz? Wszystko przemyślałem.

Wszystko oprócz konsekwencji pozostawienia plecaka w miejscu publicznym w Nowym Jorku, ale co tam! Liczą się intencje, a intencje były supersłodkie. Ściskam misia, a on powtarza: „Pójdziesz ze mną na bal, Laro Jean?”.

– Tak, pójdę, Howardzie.

Howard to imię misia z Bezsenności w Seattle.

– Czemu odpowiadasz „tak” jemu, a nie mnie? – pyta Peter.

– Bo to on zapytał. – Unoszę brwi i czekam.

Przewróciwszy oczami, Peter mamrocze:

– Laro Jean, czy pójdziesz ze mną na bal? Rany, naprawdę wiele oczekujesz.

Wyciągam misia w jego stronę.

– Owszem, ale najpierw pocałuj Howarda.

– Covey. Nie. Za żadne skarby.

– Proszę! – Posyłam mu błagalne spojrzenie. – Tak jest w filmie.

Gdera, ale robi to na oczach wszystkich tam obecnych, dzięki czemu wiem, że jest mi całkowicie oddany.

W drodze powrotnej do hotelu w New Jersey Peter szepcze do mnie:

– Jak myślisz, wymkniemy się, jak już sprawdzą pokoje, i wrócimy do miasta?

To w znacznej mierze żart. Wie, że nie należę do osób wymykających się na wycieczkach szkolnych.

Robi wielkie oczy, kiedy odpowiadam:

– A jak się dostaniemy do miasta? Czy z New Jersey można zamówić taksówkę do Nowego Jorku?

Nie wierzę, że w ogóle to rozważam. To takie do mnie niepodobne. Pospiesznie dodaję:

– Nie, nie, nieważne. Nie możemy. Zgubilibyśmy się albo by nas napadli, odesłano by nas do domu, a potem byłabym wściekła, że nie zobaczyłam Central Parku i reszty.

Peter rzuca mi sceptyczne spojrzenie.

– Naprawdę myślisz, że Jain i Davenport odesłaliby nas do domu?

– Może nie, ale mogą kazać nam w ramach kary zostać cały dzień w hotelu, co byłoby jeszcze gorsze. Nie ryzykujmy. – A potem pytam: − A co byśmy robili?

Teraz już udaję, nie planuję tak naprawdę, ale Peter podejmuje zabawę.

– Moglibyśmy posłuchać muzyki na żywo albo obejrzeć jakiś komediowy show. Czasem słynni komicy mają występy niespodzianki.

– Chciałabym zobaczyć Hamiltona.

Kiedy jechaliśmy przez Times Square, oboje z Lucasem wyciągaliśmy szyje, żeby choć w przelocie zobaczyć afisz, ale nic z tego.

– Jutro chcę zjeść nowojorskiego bajgla i sprawdzić, jak się ma do bajgli Bodo.

Bajgle Bodo to legenda Charlottesville. Jesteśmy z nich strasznie dumni. Kładę głowę na jego ramieniu, ziewam i mówię:

– Chciałabym pójść do piekarni Levain, spróbować ich ciastek. Ponoć ich ciasteczka z czekoladą są niepowtarzalne. Chcę też zajrzeć do sklepu z czekoladą Jacques’a Torresa. Jego ciasteczka są niezrównane. Jest legendą…

Powieki mi opadają, a Peter głaszcze mnie po włosach. Zaczynam zasypiać, kiedy zdaję sobie sprawę, że rozplata moją koronę z warkoczy, które Kitty przypięła mi wsuwkami na czubku głowy. Otwieram gwałtownie oczy.

– Peter!

– Cii, śpij. Chcę coś poćwiczyć.

– Nigdy nie powtórzysz tego, co ona zrobiła.

– Pozwól, że spróbuję – mówi, zbierając wsuwki na jednej dłoni.

Kiedy dojeżdżamy do hotelu w New Jersey, mimo wysiłków moje warkocze są nierówne i luźne i nie chcą się trzymać upięte.

– Wyślę Kitty zdjęcie, żeby wiedziała, jakim kiepskim uczniem jesteś – mówię, zabierając rzeczy.

– Nie, nie rób tego – rzuca Peter szybko, co wywołuje uśmiech na mojej twarzy.

Następny dzień jest zaskakująco wiosenny jak na marzec. Słońce świeci, a kwiaty właśnie zaczynają wypuszczać pączki. Czuję się, jakbym grała w Masz wiadomość, w scenie kiedy Kathleen Kelly idzie spotkać się z Joe Foxem w Riverside Parku. Bardzo chciałabym zobaczyć ogród, w którym się całowali w końcówce filmu, ale nasz przewodnik zabiera nas do Central Parku. Robimy z Chris zdjęcia mozaiki Imagine na Strawberry Fields, kiedy zdaję sobie sprawę, że Peter zniknął mi z pola widzenia. Pytam Gabe’a i Darrella, ale go nie widzieli. Piszę do niego, ale nie odpowiada. Mamy właśnie przemieścić się na Sheep Meadow na piknik i zaczynam wpadać w panikę, bo co będzie, jeśli pan Jain albo pani Davenport zauważą, że go nie ma? Podbiega do nas w chwili, gdy wyruszamy. Nie brakuje mu tchu, nie jest też ani trochę zaniepokojony, że omal nie został w tyle.

– Gdzie się podziewałeś? – pytam. – Prawie cię zostawiliśmy!

Tryumfalnie podnosi brązową torbę.

– Otwórz i zobacz!

Biorę od niego torebkę i zaglądam do środka. To ciasteczko z czekoladą z piekarni Levain, jeszcze ciepłe.

– O rany, Peterze! Jakie to miłe, że o mnie pomyślałeś. – Wspinam się na czubki palców i go ściskam, a potem odwracam się do Chris. – Prawda, że to miłe, Chris?

Peter jest kochany, ale nigdy aż tak. To już drugi romantyczny gest, więc dochodzę do wniosku, że powinnam go za to odpowiednio pochwalić, bo chłopak dobrze reaguje na wzmocnienie pozytywne.

Chris już zdążyła włożyć rękę do torby i wpycha sobie do ust kawałek ciastka.

– Bardzo miłe.

Sięga po kolejny kawałek, ale Peter wyrywa jej torebkę.

– Cholera, Chris! Niech Covey spróbuje choć kęs, zanim wszystko pożresz.

– To czemu kupiłeś tylko jedno?

– Bo jest ogromne! I kosztuje jakieś pięć dolców.

– Nie wierzę, że po nie dla mnie pobiegłeś – mówię. – Nie obawiałeś się, że się zgubisz?

– Nie – mówi z dumą. – Spojrzałem na mapę Google’a i poleciałem. Trochę się zgubiłem po powrocie do parku, ale ktoś mnie pokierował. Nowojorczycy są naprawdę życzliwi. Wszystkie te historie, że są niesympatyczni, to bujdy.

– To prawda. Wszystkie osoby, które spotkaliśmy, były naprawdę miłe. Poza tą starszą panią, która nakrzyczała na ciebie, że chodzisz wpatrzony w telefon – mówi Chris, żartując z Petera, który rzuca jej gniewne spojrzenie.

Biorę kęs ciastka. Ich wersja przypomina raczej babeczkę, jest bardziej zwarta i masywna. Cięższa. Nie smakuje jak ciastka z czekoladą, których do tej pory próbowałam.

– I? – pyta Peter. – Jaki werdykt?

– Wyjątkowe. Jedyne w swoim rodzaju.

Biorę kolejny kęs, kiedy podchodzi do nas pani Davenport i nas pospiesza, przyglądając się badawczo ciastku w mojej dłoni.

Nasz przewodnik nosi znak rozpoznawczy, który wygląda jak pochodnia Statuy Wolności, i podnosi go w górę, żeby przeprowadzić nas przez park. To dość żenujące, żałuję, że nie możemy po prostu sami zwiedzać miasta. Przewodnik ma kucyk i kamizelkę w kolorze khaki i uważam, że wygląda w tym tandetnie, ale pani Davenport chyba się podoba. Po Central Parku wsiadamy do metra jadącego do centrum i wysiadamy, żeby przespacerować się po moście Brooklińskim. Kiedy wszyscy ustawiają się w kolejce po lody z brooklińskiej fabryki, Peter i ja biegniemy do sklepu z czekoladą Jacques’a Torresa. Pomysł Petera. Oczywiście najpierw proszę panią Davenport o pozwolenie. Jest zajęta rozmową z przewodnikiem, więc odprawia nas machnięciem ręki. Czuję się taka dorosła, spacerując bez opieki ulicami Nowego Jorku. Kiedy docieramy do sklepu, jestem tak podekscytowana, że aż się cała trzęsę. Wreszcie spróbuję słynnych ciasteczek Jacques’a. Nadgryzam jedno. Jest płaskie, mięsiste, ciągnie się. Czekolada rozlała się na wierzchu i stężała! Masło i cukier smakują niemal jak karmelizowane. Boskie.