P.S. Wciąż cię kocham. Chłopcy. Tom 2

Tekst
Autor:Jenny Han
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Logana. Dopiero co Cię poznałam, a już Cię kocham

Była szczęśliwa, że ten przytulny dom,

Pa i Ma, i blask ognia, i muzyka są właśnie teraz.

„Nie wolno o nich zapomnieć – pomyślała

– bo teraz jest właśnie teraz.

I nigdy nie będzie dawno, dawno temu”.

– Laura Ingalls Wilder

Mały domek w wielkich lasach*

…czas jest najdłuższą odległością

między dwoma punktami.

– Tennessee Williams

Szklana menażeria**

* Przekład Małgorzata Goraj, Nasza Księgarnia, Warszawa 1990, s. 142.

** Scena 7, przekład Kazimierz Piotrowski, w: Współczesny dramat amerykański, PIW, Warszawa 1967.

Drogi Peterze,

tęsknię za Tobą. Minęło zaledwie pięć dni, ale tęsknię, jakby to było pięć lat. Może dlatego, że nie wiem, czy to koniec, czy jeszcze kiedyś ze sobą porozmawiamy. To znaczy, na pewno będziemy sobie mówili „cześć” przed chemią albo na korytarzu, ale czy kiedykolwiek będzie jak dawniej? To właśnie mnie przygnębia. Miałam wrażenie, że mogę Ci powiedzieć o wszystkim. Myślę, że czułeś to samo. Mam taką nadzieję.

Zamierzam więc powiedzieć Ci wszystko teraz, póki wciąż mam odwagę. Przestraszyło mnie to, co się wydarzyło między nami w jacuzzi. Wiem, że dla Ciebie to był dzień jak co dzień, kolejny dzień z życia Petera, ale dla mnie znaczyło to znacznie więcej i dlatego tak zareagowałam. Spanikowałam nie tyle przez to, co ludzie mówili o tym zdarzeniu i o mnie, ale raczej przez sam fakt, że to się zdarzyło. Jakie to było proste, jak dużą sprawiło mi przyjemność. Poczułam strach i wyładowałam napięcie na Tobie. Przepraszam Cię za to z całego serca.

Przykro mi też, że na przyjęciu recitalowym nie stanęłam po Twojej stronie. Wiem, że byłam Ci to winna. To i wiele więcej. Wciąż nie mogę uwierzyć, że przyszedłeś i przyniosłeś te owocowe ciastka. Nawiasem mówiąc, wyglądałeś słodko w tym swoim swetrze. Nie piszę tego, żeby się podlizać. Naprawdę tak uważam.

Czasem podobasz mi się tak, że nie mogę tego wytrzymać. To uczucie wypełnia mnie po brzegi i mam wrażenie, że lada chwila się przeleje. Lubię cię do tego stopnia, że nie wiem, co z tym począć. Kiedy wiem, że niebawem znów Cię zobaczę, serce wali mi jak młotem. A kiedy patrzysz na mnie, tak jak patrzysz, czuję się najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.

To, co powiedział o Tobie Josh, nie jest prawdą. Wcale nie pociągnąłeś mnie na dno. Wręcz przeciwnie. Ty mnie obudziłeś. Ofiarowałeś mi pierwszą historię miłosną, Peterze. Proszę, nie pozwól, by już dobiegła końca.

Twoja Lara Jean

1

Kitty marudziła przez cały ranek, a zarówno Margot, jak i tatę podejrzewam o noworocznego kaca. A ja? Mam różowe okulary i list, który wypala dziurę w kieszeni mojej kurtki.

Jeszcze kiedy wkładamy buty, Kitty usiłuje się wykręcić od włożenia hanboka do cioci Carrie i wujka Victora.

– Popatrz na rękawy! Sięgają mi ledwie poniżej łokcia!

– Takie mają być – mówi tata bez przekonania.

Kitty wskazuje na mnie i Margot.

– To czemu ich są odpowiedniej długości? – chce wiedzieć.

Babcia kupiła nam hanboki, kiedy ostatnim razem była w Korei. Hanbok Margot ma żółte bolerko i soczyście zieloną spódnicę. Mój jest intensywnie różowy z bolerkiem w kolorze kości słoniowej i długą jaskraworóżową wstążką w haftowane kwiaty. Spódnica jest obszerna, szeroka jak dzwonek i sięga samej podłogi. W odróżnieniu od stroju Kitty, który kończy się na wysokości kostek.

– Nie nasza wina, że rośniesz jak na drożdżach – mówię, poprawiając kokardę.

Kokardę najtrudniej właściwie przypiąć. Musiałam wiele razy obejrzeć filmik na YouTubie, żeby zrozumieć, jak to zrobić, a mimo to wygląda koślawo i smętnie.

– Spódnica też jest za krótka – burczy, unosząc ją do góry.

Prawda jest taka, że Kitty nienawidzi nosić hanboka, bo trzeba się w nim delikatnie poruszać i przytrzymywać jedną ręką poły spódnicy – w przeciwnym razie się rozejdą.

– Wszyscy kuzyni będą tak ubrani i babcia będzie zadowolona – mówi tata, pocierając skronie. – Koniec tematu.

W samochodzie Kitty powtarza w kółko: „Nie cierpię Nowego Roku”, co wprawia wszystkich oprócz mnie w nie najlepszy nastrój. Margot już i tak była na wpół struta, bo musiała wstać bladym świtem, żeby dotrzeć z górskiej chatki przyjaciół na czas do domu. Pozostaje też kwestia prawdopodobnego kaca. Mojego nastroju nic nie jest jednak w stanie popsuć, bo właściwie nawet nie ma mnie w tym aucie. Jestem zupełnie gdzie indziej, rozmyślam o liście do Petera i zastanawiam się, czy widać, że płynie z głębi serca, i kiedy mu go wręczę, i co Peter powie, i co to będzie oznaczało. Czy powinnam wrzucić mu go do skrzynki? Zostawić w szkolnej szafce? Kiedy go znów zobaczę, czy się do mnie uśmiechnie, zażartuje dla rozładowania atmosfery? Czy będzie udawał, że go nie przeczytał, żeby obojgu nam oszczędzić przykrości? To byłoby chyba najgorsze. Muszę sobie przypominać, że Peter jest mimo wszystko życzliwy i otwarty i niezależnie od sytuacji nie będzie okrutny. Przynajmniej tego mogę być pewna.

– Nad czym się tak głęboko zastanawiasz? – pyta mnie Kitty.

Ledwo ją słyszę.

– Halo?

Zamykam oczy i udaję, że śpię, ale w wyobraźni widzę wyłącznie twarz Petera. Nie wiem, czego dokładnie od niego chcę, na co jestem gotowa – czy damsko-męskiej poważnej miłości dużego kalibru, czy tylko tego, co było między nami wcześniej, zabawy i całowania się, czy czegoś w połowie drogi – ale wiem, że nie mogę wymazać z myśli jego twarzy Przystojnego Chłopca. Jego uśmieszku, który pojawia się, kiedy wymawia moje imię. Tego, że kiedy jest blisko, zapominam czasem o oddychaniu.

U cioci Carrie i wujka Victora oczywiście żadna z naszych kuzynek nie ma na sobie hanboka, a Kitty robi się fioletowa z wysiłku, by nie nawrzeszczeć na tatę. Margot i ja też krzywo na niego patrzymy. Niezbyt wygodnie jest siedzieć cały dzień w hanboku. Ale babcia posyła mi pełen aprobaty uśmiech, co wszystko wynagradza.

Kiedy w przedpokoju zdejmujemy buty i kurtki, szepczę do Kitty:

– Może dorośli dadzą nam więcej kasy za to, że się przebrałyśmy.

– Dziewczynki, wyglądacie uroczo – mówi, ściskając nas, ciocia Carrie. – Haven odmówiła włożenia swojego stroju!

Haven przewraca na te słowa oczami.

– Świetna fryzura – mówi do Margot.

Między mną a Haven jest zaledwie kilka miesięcy różnicy, ale czuje się ode mnie o wiele starsza. Zawsze próbuje się trzymać z Margot.

Najpierw odbębniamy ukłony. W kulturze koreańskiej należy w Nowy Rok ukłonić się starszym i życzyć im szczęścia, a w zamian dostaje się pieniądze. O kolejności decyduje wiek, więc kiedy najstarsza dorosła osoba, czyli babcia, siada jako pierwsza na kanapie, kłaniają jej się najpierw ciocia Carrie i wujek Victor, potem tata, a potem wszyscy aż do Kitty, która jest najmłodsza. Kiedy nadchodzi kolej taty, by usiąść na kanapie i otrzymać swoje pokłony, koło niego leży pusta poduszka, jak w każdy Nowy Rok od śmierci mamy. Czuję ucisk w piersi na widok taty siedzącego samotnie, uśmiechającego się dzielnie i rozdającego dziesięciodolarowe banknoty. Babcia zagląda mi znacząco w oczy i chyba myśli o tym samym co ja. Kiedy przychodzi moja kolej, klękam z rękami złożonymi przed czołem i przysięgam sobie, że w przyszłym roku nie zobaczę już taty samotnie siedzącego na kanapie.

Dostajemy dziesięć dolarów od cioci Carrie i wujka Victora, dziesięć od taty, dziesięć od cioci Min i wujka Sama, którzy nie są prawdziwymi ciocią i wujkiem, tylko dalszymi kuzynami (a może są wujostwem? tak czy inaczej są kuzynami mamy), a od babci dwadzieścia! Nie zgarnęłyśmy więcej za włożenie hanboków, ale i tak wyszła niezła sumka. W zeszłym roku ciocie i wujkowie dawali tylko po piątce na łebka.

Następnie jemy zupę z ciastkami ryżowymi na szczęście. Ciocia Carry przygotowała też ciastka z fasolą czarne oczko i nalega, żebyśmy spróbowali przynajmniej po jednym, choć nikt nie ma ochoty. Harry i Leon – kuzyni trzeciego stopnia? kuzyni w drugiej linii? – odmawiają i zupy, i ciastek z fasoli i jedzą przed telewizorem nuggetsy z kurczaka. Nie ma wystarczająco dużo miejsca przy stole w jadalni, więc Kitty i ja siedzimy na taboretach przy kuchennej wyspie. Słyszymy dobiegające z jadalni śmiechy.

Zabierając się do zupy, myślę życzenie. Proszę, niech sprawy między mną i Peterem się ułożą.

– Czemu dostałam mniejszą miskę niż wszyscy? – pyta mnie szeptem Kitty.

– Bo jesteś najmniejsza.

– Czemu nie dostałyśmy osobnej miski z kimchi?

– Ciocia Carry sądzi, że go nie lubimy, bo nie jesteśmy w stu procentach Koreankami.

– Idź i poproś o trochę – szepcze Kitty.

Tak też robię, ale głównie dlatego, że sama mam na nie ochotę.

Podczas gdy dorośli piją kawę, Margot, Haven i ja idziemy do pokoju Haven, a Kitty przyłącza się do nas na doczepkę. Zazwyczaj bawi się z bliźniakami, ale tym razem bierze yorka cioci Carrie, Smitty’ego, i rusza za nami po schodach jako jedna z dziewczyn.

 

Na ścianach u Haven wiszą plakaty zespołów indie--rockowych. O większości w życiu nie słyszałam. Ciągle je wymienia. Jest jeden nowy, wypukły poster grupy Belle and Sebastian. Przypomina dżinsowy materiał.

– Ale fajny – mówię.

– Właśnie miałam go na coś podmienić – rzuca Haven. – Jeśli chcesz, możesz go sobie wziąć.

– Nie, dzięki – mówię.

Wiem, że proponuje mi go wyłącznie po to, żeby poczuć wyższość, taka już jest.

– Ja go wezmę – mówi Kitty, a Haven ściąga na moment brwi, ale Kitty już zdejmuje plakat ze ściany. – Dzięki, Haven.

Patrzymy po sobie z Margot i próbujemy zachować powagę. Haven nigdy nie miała wiele cierpliwości do Kitty, ale mała z całą pewnością odwzajemnia to uczucie.

– Margot, byłaś na jakichś koncertach, odkąd wyjechałaś do Szkocji? – pyta Haven.

Opada na łóżko i otwiera laptop.

– Nie bardzo – odpowiada Margot. – Byłam zajęta nauką.

Margot i tak nie jest szczególną fanką muzyki na żywo. Patrzy w ekran swojego telefonu. Spódnicę hanboka rozłożyła wokół siebie. Jest jedyną siostrą Song wciąż w kompletnym stroju. Ja zdjęłam bolerko, więc zostałam z halce i spódnicy, a Kitty zdjęła bolerko i spódnicę i została w samym podkoszulku i pantalonach.

Siadam na łóżku koło Haven, żeby mogła mi pokazać na Instagramie zdjęcia z wakacji na Bermudach. W trakcie przewijania postów pojawia się zdjęcie z wycieczki narciarskiej. Haven należy do Młodzieżowej Orkiestry Charlottesville, więc zna wiele osób z różnych szkół, w tym z mojej.

Nie mogę powstrzymać cichego westchnienia, gdy ono się pojawia – zdjęcie naszej grupki w autobusie w drodze powrotnej. Peter obejmuje mnie ramieniem i szepcze mi coś do ucha. Szkoda, że nie pamiętam co.

Haven podnosi zdziwione spojrzenie i mówi:

– O, patrz, to ty, Laro Jean. Skąd to?

– Ze szkolnej wycieczki.

– Czy to twój chłopak? – pyta mnie Haven, a ja widzę, że jest pod wrażeniem i próbuje tego nie okazywać.

Chciałabym móc powiedzieć, że tak. Ale…

Kitty podbiega do nas i zagląda nam przez ramię.

– Tak, to najseksowniejszy chłopak, jakiego w życiu widziałaś, Haven.

Rzuca to jak wyzwanie. Margot, która przeglądała swój telefon, patrzy na nas i chichocze.

– No, to nie do końca prawda – mówię wymijająco.

Jest najseksowniejszym chłopakiem, jakiego ja widziałam w swoim życiu, ale nie wiem, z kim Haven chodzi do szkoły.

– Nie, Kitty ma rację, ciacho z niego – przyznaje Haven. – Jak go zdobyłaś? Bez urazy. Po prostu sądziłam, że należysz do nierandkującego gatunku.

Marszczę brwi. Nierandkujący gatunek? A jaki to niby gatunek? Mały grzybek, który siedzi w domu w półmroku i porasta mchem?

– Lara Jean często chodzi na randki – mówi lojalnie Margot.

Czerwienię się.

Nigdy nie chodzę na randki, Peter ledwo się liczy, ale jestem wdzięczna za to kłamstwo.

– Jak ma na imię? – pyta Haven.

– Peter. Peter Kavinsky.

Samo wymówienie jego imienia sprawia mi znajomą przyjemność, którą się delektuję, jak kawałkiem czekolady rozpływającym się na języku.

– O – mówi. – Sądziłam, że spotyka się z tą ładną blondynką. Jak ona się nazywa? Jenna? Nie przyjaźniłyście się czasem w dzieciństwie?

Czuję ucisk w sercu.

– Ma na imię Genevieve. Byłyśmy przyjaciółkami, już nie jesteśmy. A ona i Peter zerwali jakiś czas temu.

– To od jak dawna jesteś z Peterem? – pyta Haven.

W jej oczach czai się powątpiewanie, jakby wierzyła mi w dziewięćdziesięciu procentach, ale wciąż istniało w niej to dręczące dziesięć procent wątpliwości.

– Zaczęliśmy się spotykać we wrześniu. – To przynajmniej prawda. – W tej chwili nie jesteśmy razem, mamy coś w rodzaju przerwy… Ale jestem… dobrej myśli.

Kitty robi mi małym palcem dołeczek w policzku.

– Uśmiechasz się – mówi i też się uśmiecha.

Przytula się do mnie mocniej.

– Pogódź się z nim dzisiaj, okej? Chcę, żeby Peter wrócił.

– To nie takie proste – mówię. Chociaż może mogłoby być proste?

– A właśnie że to łatwizna. Wciąż bardzo cię lubi, po prostu powiedz mu, że ty też go nadal lubisz. I już! Jesteście z powrotem razem, tak jakbyś go nigdy nie wykopała z domu.

Oczy Haven robią się wielkie.

– Laro Jean, to ty zerwałaś z nim?

– Boszsz, czy tak trudno w to uwierzyć? – mrużę oczy, a Haven otwiera usta, a następnie je zamyka, i słusznie.

Znów rzuca okiem na zdjęcie Petera. A potem wstaje i idzie do łazienki. Zamykając drzwi, mówi:

– Mogę powiedzieć tylko tyle, że gdyby ten chłopak był mój, nigdy nie pozwoliłabym mu odejść.

Na te słowa całe ciało zaczyna mnie mrowić.

Przyszła mi kiedyś do głowy dokładnie taka sama myśl na temat Josha, a teraz proszę – wydaje się, jakby to było setki lat temu, a on pozostał jedynie wspomnieniem. Nie chcę, żeby Peter podzielił jego los. Nie chcę tego dystansu minionych uczuć, kiedy mimo największych wysiłków, zamknąwszy oczy, z trudem przypominasz sobie rysy byłego. Cokolwiek by się działo, chcę zawsze pamiętać jego twarz.

Kiedy pora już wracać, wkładam kurtkę i z kieszeni wypada mój list do Petera. Margot go podnosi.

– Kolejny list?

Rumienię się. Rzucam pospiesznie:

– Nie wiem, kiedy powinnam mu go dać. Czy zostawić go w skrzynce na listy, czy naprawdę go nadać? A może twarzą w twarz? Gogo, jak myślisz?

– Powinnaś z nim po prostu porozmawiać – mówi Margot. – Jedź teraz. Tata cię podrzuci. Pójdziesz do niego, dasz mu list i wtedy zobaczysz, co powie.

Na tę myśl moje serce wpada w galop. Teraz? Po prostu tam iść, bez uprzedzenia, bez planu?

– No nie wiem – mruczę wymijająco. – Chyba powinnam to lepiej przemyśleć.

Margot otwiera usta, żeby coś odpowiedzieć, ale wtedy zza naszych pleców wyłania się Kitty i mówi:

– Dość już tych listów. Po prostu idź go odzyskać.

– Nie pozwól, żeby było za późno – mówi Margot i wiem, że nie chodzi jej tylko o mnie i Petera.

Przez to wszystko, co się między nami wydarzyło, omijam na palcach temat Josha. To znaczy, Margot mi wybaczyła, a nie ma po co rozdrapywać starych ran. Dlatego przez ostatnie parę dni staram się dawać jej milczące wsparcie i mam nadzieję, że to wystarczy. Ale za niespełna tydzień Margot wraca do Szkocji. Myśl, że wyjedzie, nawet nie porozmawiawszy z Joshem, wcale mi się nie podoba. Od tak dawna wszyscy byliśmy przyjaciółmi. Wiem, że ja i Josh poukładamy sprawy między sobą, bo jesteśmy sąsiadami i tak to już jest z ludźmi, których się często widuje. Sprawy układają się niemal same z siebie. Ale nie ułożą się między Margot i Joshem, kiedy ona jest tak daleko. Jeśli teraz nie porozmawiają, blizna z czasem tylko zgrubieje, utrwali się, a potem staną się dla siebie obcymi ludźmi, którzy nigdy się nie kochali, a to najsmutniejsza myśl ze wszystkich.

Gdy Kitty wkłada swoje botki, szepczę do Margot:

– Jeśli ja pogadam z Peterem, ty porozmawiaj z Joshem. Nie zostawiaj tego tak.

– Zobaczymy – mówi, ale widzę, jak w jej oczach zapala się iskierka nadziei, co mnie też napawa nadzieją.

2

Margot i Kitty śpią na tylnym siedzeniu samochodu. Kitty położyła głowę na kolanach Margot. Margot śpi z głową na zagłówku i szeroko otwartymi ustami. Tata z lekkim uśmiechem na twarzy słucha radia. Wszyscy są tacy spokojni, a moje serce uderza setki razy na minutę w oczekiwaniu na to, co zamierzam zrobić.

Zrobię to dziś, tego wieczoru. Zanim wrócimy do szkoły, zanim wszystko wróci do normy, a Peter i ja będziemy jedynie wspomnieniem. Jak szklana kula ze śniegiem, którą potrząsasz i przez moment wszystko wywraca się do góry nogami i połyskuje jak zaczarowane, by zaraz opaść i wrócić na swoje miejsce. Sprawy mają łatwość powracania do stanu wyjściowego. Ja nie chcę wracać.

Czekam, aż znajdziemy się jedną przecznicę od osiedla Petera, i proszę tatę, żeby mnie podrzucił. Musi słyszeć napięcie w moim głosie, naglącą potrzebę, bo nie zadaje żadnych pytań, tylko się zgadza.

Kiedy zatrzymujemy się pod domem Petera, w środku palą się światła, a jego samochód stoi na podjeździe, podobnie jak minivan jego mamy. Słońce właśnie zachodzi, wcześnie, bo to zima. U sąsiadów z naprzeciwka wciąż wiszą świąteczne lampki. Dziś jest na to chyba ostatni dzień, skoro mamy Nowy Rok. Nowy rok, nowy początek.

Czuję, jak żyły pulsują mi w nadgarstkach. Jestem zdenerwowana, taka zdenerwowana… Wyskakuję z samochodu i dzwonię do drzwi. Na dobiegający z wnętrza odgłos kroków macham ręką, żeby tata jechał, więc wycofuje się z podjazdu. Kitty się obudziła i przykleja szeroko uśmiechniętą twarz do szyby. Podnosi kciuki do góry, a ja jej macham.

Drzwi otwiera Peter. Serce skacze mi w piersi jak meksykańska skacząca fasolka. Peter ma na sobie kraciastą koszulę, której nigdy wcześniej nie widziałam. Pewnie dostał ją pod choinkę. Włosy ma rozczochrane na czubku, jakby przed momentem leżał. Nie wygląda na zaskoczonego moim widokiem.

– Hej. – Zerka na moją spódnicę, która wybrzusza się pod zimową kurtką jak balowa suknia. – Czemu jesteś tak odstrzelona?

– Z okazji Nowego Roku.

Może powinnam była najpierw wrócić do domu i się przebrać. Przynajmniej wtedy czułabym się sobą, stojąc tak z podkulonym ogonem na progu tego domu.

– To jak ci minęły święta?

– Dobrze. – Odczekuje całe cztery sekundy, zanim zadaje pytanie. – A tobie?

– Świetnie. Mamy nowego szczeniaczka. Ma na imię Jamie Fox-Pickle.

Nawet cienia uśmiechu na twarzy Petera. Jest lodowaty. Nie spodziewałam się tego po nim. A może nie lodowaty, tylko zwyczajnie obojętny.

– Możemy przez chwilkę porozmawiać?

Peter wzrusza ramionami, co wygląda na zgodę, ale nie zaprasza mnie do środka. Nagle dopada mnie mdlący lęk, że jest u niego Genevieve, ale szybko się rozwiewa, kiedy dociera do mnie, że gdyby była u niego, to nie stałby tu ze mną. Wkłada trampki i kurtkę, a następnie wychodzi na werandę. Zamyka za sobą drzwi i siada na schodkach. Siadam obok niego, wygładzając wokół siebie spódnicę.

– O co chodzi? – pyta, jakbym zajmowała mu drogocenny czas.

Coś jest nie tak. Nie tego się spodziewałam.

Ale czego właściwie oczekiwałam od Petera? Że dam mu list, on go przeczyta i znów mnie pokocha? Porwie mnie w ramiona, pocałujemy się namiętnie, ale tylko pocałujemy, niewinnie. A potem co? Będziemy się spotykać? Po jakim czasie się mną znudzi, zatęskni za Genevieve, zapragnie więcej, niż jestem gotowa dać, w sprawach łóżkowych i w ogóle? Kogoś takiego jak on nigdy nie zadowoli siedzenie w domu i oglądanie filmów na kanapie. W końcu to Peter Kavinsky.

Tak bardzo pochłania mnie ta wartka wizja przyszłości, że Peter powtarza pytanie, ale tym razem mniej chłodno.

– O co chodzi, Laro Jean?

Patrzy na mnie, jakby na coś czekał, a ja nagle boję się mu to dać.

Zaciskam dłoń na liście i wpycham go do kieszeni kurtki. Ręce mi grabieją. Nie mam ani rękawiczek, ani czapki. Powinnam chyba wracać do domu.

– Przyszłam tylko powiedzieć… powiedzieć, że przykro mi z powodu tego, jak potoczyły się sprawy. I… mam nadzieję, że możemy zostać przyjaciółmi. I szczęśliwego nowego roku.

Na te słowa mruży oczy.

– Szczęśliwego nowego roku? – powtarza. – Przyszłaś mi to powiedzieć? Przykro mi i szczęśliwego nowego roku?

– I mam nadzieję, że możemy zostać przyjaciółmi – dodaję, przygryzając wargę.

– Masz nadzieję, że możemy zostać przyjaciółmi – powtarza, a w jego głosie pobrzmiewa nutka sarkazmu, której nie rozumiem i która mi się nie podoba.

– To właśnie powiedziałam.

Zaczynam się podnosić. Miałam nadzieję, że podrzuci mnie do domu, ale teraz nie chcę go o to prosić. Chociaż jest tak zimno. Może gdybym to jakoś lekko zasugerowała…

Chuchając w ręce, mówię:

– Dobra, zbieram się do domu.

– Chwileczkę. Wróćmy do części z przeprosinami. Za co właściwie mnie przepraszasz? Za wyrzucenie mnie ze swojego domu czy za uznanie mnie za dupka, który rozpowiada wszystkim naokoło, że uprawialiśmy seks, chociaż tak nie było?

W gardle rośnie mi gula. Takie ujęcie sprawy brzmi naprawdę koszmarnie.

– Za obie te rzeczy. Przepraszam cię za obie.

Peter przechyla głowę na bok i unosi brwi.

– I za co jeszcze?

Obruszam się. Za co jeszcze?

– Nie ma żadnego „jeszcze”. To tyle.

 

Dzięki Bogu, że nie dałam mu listu, jeśli ma zamiar zachowywać się w ten sposób. Przecież nie tylko ja mam za co przepraszać.

– Sama przyszłaś tu, żeby powiedzieć „przykro mi” i „zostańmy przyjaciółmi”. Nie masz prawa się spodziewać, że przyjmę te twoje gówniane przeprosiny.

– I tak życzę ci szczęśliwego nowego roku. – Teraz ja jestem sarkastyczna i bardzo mi to odpowiada. – Miłego życia. Wszelkiej pomyślności i tak dalej.

– Świetnie. Cześć.

Odwracam się, żeby odejść. Dziś rano byłam tak pełna nadziei, czułam taką ekscytację na myśl o tym, co się wydarzy. Rany, co za dupek z tego Petera. Chrzanić go!

– Momencik.

Serce podskakuje mi z nadzieją, tak jak Jamie Fox--Pickle wskakuje na moje łóżko – pospiesznie i bez zaproszenia. Ale odwracam się z miną pod tytułem „Czego znowu chcesz?”, więc Peter tego nie dostrzega.

– Co tam mniesz w kieszeni?

Sięgam ręką błyskawicznie na dół.

– To? Nic. Jakaś ulotka. Leżała na ziemi pod twoją skrzynką. Bez obaw, wyrzucę ją za ciebie.

– Daj mi ją, sam wyrzucę – mówi i wyciąga rękę.

– Nie, powiedziałam, że to zrobię.

Wpycham list głębiej do kieszeni kurtki, a Peter próbuje mi go wyrwać z ręki. Wywijam mu się gwałtownie i nie puszczam koperty. Wzrusza ramionami, a ja się uspokajam i wzdycham cicho z ulgą. Wtedy on się na mnie rzuca i wyrywa mi list.

– Oddawaj, Peterze! – dyszę.

– Kradzież listów to przestępstwo federalne – mówi beztrosko, po czym spogląda w dół na kopertę. – Do mnie. Od ciebie.

Rzucam się desperacko na kopertę, czego się nie spodziewał. Walczymy o nią. Ściskam jej róg, ale on nie chce puścić.

– Przestań, bo podrzesz! – krzyczy, odginając moje palce.

Próbuję chwycić mocniej, ale jest za późno. Wygrał.

Peter trzyma kopertę nad moją głową, otwiera ją i zaczyna czytać. Koszmarnie jest tak stać przed nim, w oczekiwaniu sama nie wiem na co. Na kolejną porcję upokorzenia? Pewnie powinnam po prostu odejść. Tak strasznie powoli czyta.

Kiedy dociera wreszcie do końca, pyta:

– Czemu nie chciałaś mi tego dać? Czemu zamierzałaś po prostu odejść?

– Bo… nie wiem, nie sprawiałeś wrażenia, żebyś był zadowolony z mojej obecności… − Urywam bez przekonania.

– To się nazywa odgrywanie trudnego do zdobycia! Czekałem na twój telefon, głuptasie. Minęło sześć dni.

Zatyka mnie.

– O!

– O.

Przyciąga mnie do siebie za poły kurtki na tyle blisko, by móc mnie pocałować. Jestem tak blisko, że widzę parę z jego oddechu. Tak blisko, że gdybym tylko chciała, mogłabym policzyć jego rzęsy.

– Więc… nadal mnie lubisz? – pyta przyciszonym głosem.

– Tak – szepczę. – To znaczy, trochę.

Serce bije mi: łup-łup-łup. Kręci mi się w głowie. Czy to sen? Jeśli tak, nie chcę się z niego budzić.

Peter rzuca mi spojrzenie pod tytułem „Błagam cię, przecież wiesz, że mnie lubisz”. Lubię go, lubię. A potem mówi łagodnie:

– Czy wierzysz mi, że nie rozpowiadałem, że uprawialiśmy seks na wycieczce narciarskiej?

– Tak.

– Dobrze. – Wciąga powietrze. – Czy… czy coś się wydarzyło między tobą a Sandersonem po tym, jak wyszedłem tamtego wieczoru?

Jest zazdrosny! Ta myśl rozgrzewa mnie jak gorąca zupa. Zaczynam mówić, że nic z tych rzeczy, ale on pospiesznie mi przerywa.

– Czekaj. Nie mów mi. Nie chcę wiedzieć.

– Nie – mówię stanowczo, żeby wiedział, że to prawda.

Kiwa głową, ale nic nie mówi.

Pochyla się, zamykam oczy, a serce trzepocze mi w piersi jak skrzydła kolibra. Technicznie rzecz biorąc, całowaliśmy się tylko cztery razy i tylko jeden raz tak naprawdę. Chciałabym już przejść do rzeczy, żebym mogła przestać się denerwować. Ale Peter mnie nie całuje, nie tak, jak się tego spodziewam. Całuje mnie w lewy policzek, a potem w prawy. Ma ciepły oddech. A potem nic. Otwieram gwałtownie oczy. Czy robi to na odczepnego? Czemu nie całuje mnie porządnie?

– Co robisz? – pytam szeptem.

– Buduję napięcie.

– Po prostu mnie pocałuj – mówię szybko.

Przechyla głowę na bok, muska policzkiem mój policzek. W tej chwili otwierają się drzwi wejściowe i ze skrzyżowanymi ramionami staje w nich młodszy brat Petera, Owen. Odsuwam się od Petera, jakbym się właśnie dowiedziała, że cierpi na jakąś nieuleczalną chorobę zakaźną.

– Mama chce, żebyście weszli do środka i napili się cydru – mówi z kpiącym uśmieszkiem.

– Za chwilę – odpowiada Peter, przyciągając mnie z powrotem do siebie.

– Powiedziała „natychmiast” – informuje Owen.

O mój Boże. Rzucam Peterowi spanikowane spojrzenie.

– Powinnam się pewnie zbierać, zanim tata zacznie się niepokoić…

Peter wskazuje brodą drzwi.

– Wejdź na chwilkę, a potem odwiozę cię do domu. – Wchodzę do środka, a on pomaga mi zdjąć płaszcz i mówi przyciszonym głosem: − Naprawdę zamierzałaś wracać do domu na piechotę w tej kiecce? W taki mróz?

– Nie, zamierzałam wzbudzić w tobie takie wyrzuty sumienia, żebyś mnie odwiózł – szepczę.

– Co ty na sobie masz? – pyta Owen.

– Strój, który Koreańczycy wkładają z okazji Nowego Roku – odpowiadam.

Z kuchni wychodzi mama z dwoma parującymi kubkami. Ma na sobie długi kaszmirowy sweter spięty luźno w pasie i kremowe kapcie z warkoczowym ściegiem.

– Jest piękna – mówi. – Wyglądasz cudownie. Tak kolorowo.

– Dziękuję – odpowiadam speszona zamieszaniem, jakie wywołałam.

Siadamy we troje w salonie. Owen chroni się w kuchni. Wciąż czuję rumieńce od prawie-pocałunku i tego, że mama Petera pewnie wie, co kombinowaliśmy. Zastanawiam się też, jak dużo wie o tym, co się między nami działo; ile jej powiedział, jeśli powiedział.

– Jak ci minęło Boże Narodzenie, Laro Jean? – pyta mnie jego mama.

Dmucham w swój kubek.

– Bardzo miło. Tata kupił mojej młodszej siostrze szczeniaka i wszyscy chcieliśmy się z nim bawić. Poza tym moja starsza siostra jeszcze nie wyjechała z powrotem do college’u, więc z tego też się cieszę. A pani jak minęły święta?

– O, miło. Spokojnie. – Wskazuje na kapcie. – Dostałam je od Owena. Jak się udało świąteczne przyjęcie? Czy twoim siostrom smakowały owocowe ciasteczka, które upiekł Peter? Szczerze mówiąc, dla mnie są niejadalne.

Zaskoczona spoglądam na Petera, który nagle jest bardzo zajęty przewijaniem czegoś w telefonie.

– Mówiłeś chyba, że to twoja mama je upiekła.

Jego mama uśmiecha się z dumą.

– Nie, zrobił je całkiem samodzielnie. Był bardzo zdeterminowany.

– Były obrzydliwe! – woła z kuchni Owen.

Mama znów się śmieje, a potem zapada cisza. Usiłuję rozpaczliwie wymyślić jakikolwiek temat do rozmowy. Może postanowienia noworoczne? Burza śnieżna, która ma ponoć przejść w przyszłym tygodniu? Peter nie ułatwia sprawy. Znów wpatruje się w swój telefon.

Mama wstaje.

– Miło cię było zobaczyć, Laro Jean. Peter, nie zatrzymuj jej zbyt długo.

– Nie będę. – A potem zwraca się do mnie. – Zaraz wracam. Pójdę tylko po kluczyki.

Kiedy znika, mówię:

– Przepraszam, że wpadłam tak bez zaproszenia w Nowy Rok. Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłam.

– Jesteś u nas zawsze mile widziana. – Pochyla się, kładzie mi dłoń na kolanie i ze znaczącym spojrzeniem mówi: − Tylko traktuj ostrożnie jego serce.

Żołądek mi się kurczy. Czy Peter opowiedział jej, co się między nami wydarzyło?

Klepie mnie po kolanie i wstaje.

– Dobranoc, Laro Jean.

– Dobranoc – powtarzam.

Mimo jej miłego uśmiechu mam wrażenie, że wpadłam w tarapaty. W jej głosie pobrzmiewała nutka reprymendy – dobrze ją usłyszałam. „Nie baw się moim synem”, powiedziała. Czy Petera bardzo przygnębiło to, co się między nami wydarzyło? Nie wyglądało na to. Był wkurzony, może trochę zraniony. Ale nie aż tak, żeby rozmawiać o tym z mamą. A może są ze sobą bardzo blisko? Strasznie mi przykro, że już zdążyłam zrobić złe wrażenie, zanim w ogóle zaczęliśmy się z Peterem spotykać.

Na zewnątrz panuje mrok, na niebie nie widać wielu gwiazd. Może wkrótce znów zacznie sypać śnieg. Na parterze palą się wszystkie światła, a na piętrze świeci się w pokoju Margot. Po drugiej stronie ulicy widzę rozświetloną w oknie małą choineczkę pani Rothschild.

Siedzimy z Peterem w przytulnym cieple jego samochodu. Nagrzane powietrze dmucha z klimatyzatora.

– Mówiłeś mamie, jak zerwaliśmy? – pytam.

– Nie. Bo nie zerwaliśmy – odpowiada, przykręcając ogrzewanie.

– Nie?

Śmieje się.

– Nie, bo nigdy nie byliśmy tak naprawdę razem, nie pamiętasz?

A teraz jesteśmy? Zastanawiam się nad tym, ale nie pytam, bo Peter obejmuje mnie ramieniem i przechyla ku sobie moją głowę. I znów jestem zdenerwowana.

– Nie denerwuj się – mówi.

Cmokam go pospiesznie na dowód, że się nie denerwuję.

– Pocałuj mnie tak, jakbyś się za mną stęskniła – mówi schrypniętym głosem.

– Tęskniłam – mówię. – Przeczytałeś o tym w liście.

– Tak, ale…

Zanim zdąży dokończyć, całuję go. Porządnie. Z zaangażowaniem. On z równym zaangażowaniem to odwzajemnia. Jakby minęły setki lat. A potem przestaję myśleć i zatracam się w pocałunku.