12 randek na GwiazdkęTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Mamy, z miłością

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Dwanaście dni Bożego Narodzenia

Tradycyjna kolęda angielska*

Pierwszego dnia świąt

luby podarował mi

kuropatwę na gruszy.

Drugiego dnia świąt

luby podarował mi

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Trzeciego dnia świąt

luby podarował mi

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Czwartego dnia świąt

luby podarował mi

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Piątego dnia świąt

luby podarował mi

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Szóstego dnia świąt

luby podarował mi

sześć gęgaw lęgnących,

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Siódmego dnia świąt

luby podarował mi

siedem łabędzi pływających,

sześć gęgaw lęgnących,

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Ósmego dnia świąt

luby podarował mi

osiem mleczarek dojących,

siedem łabędzi pływających,

sześć gęgaw lęgnących,

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Dziewiątego dnia świąt

luby podarował mi

dziewięć panien tańczących,

osiem mleczarek dojących,

siedem łabędzi pływających,

sześć gęgaw lęgnących,

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Dziesiątego dnia świąt

luby podarował mi

dziesięciu paniczów kroczących,

dziewięć panien tańczących,

osiem mleczarek dojących,

siedem łabędzi pływających,

sześć gęgaw lęgnących,

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Jedenastego dnia świąt

luby podarował mi

jedenastu fajfrów piszczących,

dziesięciu paniczów kroczących,

dziewięć panien tańczących,

osiem mleczarek dojących,

siedem łabędzi pływających,

sześć gęgaw lęgnących,

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

Dwunastego dnia świąt

luby podarował mi

dwunastu doboszów bębniących,

jedenastu fajfrów piszczących,

dziesięciu paniczów kroczących,

dziewięć panien tańczących,

osiem mleczarek dojących,

siedem łabędzi pływających,

sześć gęgaw lęgnących,

pięć szczygłów,

cztery kosy,

trzy fawerole,

dwie turkawki

i kuropatwę na gruszy.

* Tytułowe dwanaście dni (ang. Twelve Days of Christmas) to okres liturgiczny od 25 grudnia (Boże Narodzenie) do 5 stycznia włącznie (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Prolog


Deszcz bębnił o szklany dach kuchni Laury. Był drugi października, wszystkie obietnice babiego lata poczynione przez tabloidy rozmyły się razem z tuszem do rzęs Kate w zimnej, niesłabnącej ulewie.

Tego ranka Kate przesłała mailem do biura wstępne projekty, a potem zrobiła sobie przerwę, zanim zabrała się do kolejnej porcji szkiców. Potrzebowała jakiejś odmiany – ostatnie trzy dni spędziła w kuchni z tablicami inspiracji i próbkami farb. Laura zasypywała ją esemesami od siódmej rano, domagając się spotkania, Kate w końcu więc ustąpiła. Wiedziała, że to pułapka, ale była gotowa poddać się losowi. Laura była chodzącym uporem.

Przyjaciółka otworzyła laptop i wpisała „Rażeni piorunem” do paska wyszukiwarki. Kate zauważyła świeżą liliową plamę po soku z czarnej porzeczki na klapie, a na brzegach ekranu trzy naklejki: dwa błyszczące jednorożce z różowymi skrzydłami i różyczkę brokułu.

– Mam jakieś czterdzieści pięć minut, zanim obudzą się dzieciaki – oświadczyła Laura. – To powinno wystarczyć, żeby cię zarejestrować i wyprawić w drogę do Facetowa.

Kate wykrzywiła grymaśnie usta.

Na ekranie otworzyła się strona Rażonych Piorunem. Zamigotała cyfrowa ramka z gałązek jemioły o białych jagodach i srebrnych gwiazdek. Na środku rozbłysły duże czerwone litery układające się w napis: „Dwanaście randek na Gwiazdkę”, a pod nim dwa przyciski: „Więcej informacji” i „Zarejestruj się”.

– Jesteś pewna? – zapytała Kate.

– Wszystko sprawdziłam – odparła Laura. – Prześwietliłam ich dokładnie, zanim przekazałam ich ofertę lady Blexford. W przeciwnym razie bym nie ryzykowała. Lady Blexford rzuciłaby mnie psom na pożarcie. Autentycznie. Nie żartuję.

– No tak, ale wiesz… Wypróbowałam różne aplikacje randkowe i zapewniam cię, że nie wszyscy mówią w nich o sobie prawdę.

– Jezu! Naprawdę musisz o tym zapomnieć.

– Był mniej więcej w wieku mojego taty. Ta peruka nikogo by nie zwiodła.

– Kiedy ostatnio byłaś gdzieś z jakimś z facetem? – zapytała Laura.

Kate już miała odpowiedzieć, gdy Laura uniosła dłoń.

– Twój tata i Matt się nie liczą – ostrzegła.

Kate zmarszczyła czoło i zaczęła się zastanawiać.

– Z Paulem – odparła w końcu. – Zjedliśmy tagliatelle w tej małej włoskiej knajpce z niebieskimi ścianami w miasteczku.

– Paul to twój księgowy. Do tego żonaty.

Kate wydęła wargi.

– No dobra – westchnęła z rezygnacją. – No to rzućmy okiem.

Laura klasnęła w dłonie i uśmiechnęła się szeroko. Nigdy tak bardzo nie przypominała psotnej wróżki jak w tej chwili.

Kate oczywiście odwiedziła stronę wcześniej i znała już całą tę marketingową gadkę, prawie zadecydowała, że się zarejestruje. Nie zamierzała jednak mówić tego Laurze. Po tylu staraniach przyjaciółka zasługiwała na chwilę chwały.

Laura kliknęła „Więcej informacji”, a ekran się przeładował.

Pierwszego dnia świąt Rażeni Piorunem podarowali mi

dwanaście idealnych okazji, by zaznać miłości.

Kate pochyliła się, aby dla przyjaciółki jeszcze raz przeczytać opis. Laura dowiedziała się o tym przedsięwzięciu w pracy, gdy dział marketingu Rażonych Piorunem skontaktował się z nią w listopadzie. Chcieli zorganizować część swoich randek w Blexford Manor, gdzie Laura pracowała jako „kierowniczka personelu”, co oznaczało specjalistkę do spraw marketingu, sprzedaży, osobistą asystentkę lady Blexford i kustoszkę posiadłości.

Rażeni Piorunem byli najlepsi na rynku aplikacji randkowych. Szczycili się podobno swoim holistycznym podejściem do swatania. Trzeba było przyznać – jeśli można ufać forom internetowym – że mieli całkiem niezłą skuteczność.

Laura namawiała Kate do rejestracji w portalu, odkąd rozpoczęła z nim współpracę prawie rok temu. Kate się opierała. Termin rozpoczęcia projektu się zbliżał, a upór Laury przybrał formę zmasowanego ataku. Teraz, gdy od zamknięcia zapisów dzieliły je już tylko dwa dni, podekscytowanie Laury sięgnęło zenitu.

„Dwanaście randek na Gwiazdkę” był to pakiet typu all-inclusive: dwanaście randek w dwunastu różnych miejscach między pierwszym a dwudziestym trzecim grudnia. Nie był tani… Na pewno o wiele droższy niż weekend w spa, z którego Kate na pewno bardziej by się ucieszyła. Reklamowano go jako ofertę ekskluzywną, z ograniczoną liczbą miejsc. Dla zarejestrowanych wszystkie „randkowe doświadczenia” wchodziły jednak w cenę pakietu, a niektóre z nich, co Kate niechętnie przyznawała, wyglądały na niezłą zabawę. Laura wykorzystała znajomości, aby do ostatniej chwili trzymać dla niej miejsce.

Był to nowy produkt w ofercie Rażonych Piorunem. Firma testowała go na peryferiach Londynu, głównie w Kent i okolicach z dostępem do szybkiej kolei podmiejskiej. Gdyby produkt odniósł sukces, zamierzano wprowadzić go w całym kraju. Kate wątpiła jednak w powodzenie tego przedsięwzięcia. Uważała, że skala jest za duża i że agencję przerośnie zadanie skoordynowania stu pięćdziesięciu napalonych uczestników tak, by każdy z nich trafił we właściwe miejsce o właściwym czasie.

Głośno wyrażała swój opór, odkąd Laura po raz pierwszy poruszyła ten temat, kiedy jeszcze miała wielki brzuch, którego były lokator spał teraz na górze obok swojej siostry.

 

– Nie jestem pewna, czy chcę być królikiem doświadczalnym agencji matrymonialnej – marudziła Kate.

– Przecież to idealny sposób, by poszerzyć twoje męskie horyzonty – odparła wtedy Laura, masując dłońmi wypukłość rozmiarów piłki do koszykówki. – Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś ani trochę ciekawa?

– Nie tak ciekawa, jak ty w moim imieniu. A jeśli agencja się zwinie i stracę wszystkie pieniądze?

– Nie stracisz – zapewniła ją Laura. – To jest normalna firma, jest ubezpieczona od takich wypadków. Co najgorszego może się stać?

– Poznam psychopatę?

– Studiowałam z tobą, pamiętasz? Widziałam facetów, z którymi się umawiałaś. Żadna z tych randek nie będzie tak zła jak oni, gwarantuję. Rozmawiałam o tobie z Callie, to ona jest moim kontaktem w Rażonych Piorunem.

– No świetnie – mruknęła Kate. – Rozmawiasz o moim żałosnym życiu uczuciowym z obcymi ludźmi.

– Żeby mieć żałosne życie uczuciowe, trzeba mieć jakiekolwiek życie uczuciowe.

– Słuszna uwaga.

– W każdym razie Callie powiedziała, że zatrudniają najlepszych speców od kojarzenia par. I podobno mają naprawdę niezłe namiary na miejsca randek.

– A co miałaby mówić? – zapytała Kate.

– Pamiętasz, że jestem w ciąży, tak? Wiesz, jaka toczy się we mnie teraz burza hormonów? Wiesz, jak szybko mogę przejść od błogiego spokoju do ataku szału?

– Kontynuuj, proszę. Już będę cicho.

– Powiedziała mi, jak to będzie działać. Każda randka będzie odbywać się w jednym z trzech miejsc. Kiedy wybierzesz swoje miejsce, aplikacja skojarzy cię z osobą z tej randki, która najlepiej pasuje do twojego profilu.

– A jeśli nikt z miejsca, które wybiorę, nie będzie pasować do mojego profilu? – zapytała Kate. – Mogę skończyć z jakimiś starymi resztkami. – Spojrzała na Laurę. Policzki przyjaciółki poczerwieniały, zacisnęła wargi. Wyczuła, że hormony nadciągają niczym burza z piorunami. Zaraz nastąpi atak szału. Uśmiechnęła się, by ją udobruchać. – Daj mi trochę czasu – dodała i objęła szaloną ciężarną przyjaciółkę. – Obiecuję, że poważnie to przemyślę.

Było to prawie rok temu i nadal nad tym myślała. Przez ten czas Laura planowała logistykę randek, które miały się odbyć w posiadłości, a jej entuzjazm na myśl, że Kate mogłaby w tym uczestniczyć, rósł proporcjonalnie.

Ostatecznie czas na myślenie dobiegł końca. Ten deszczowy październikowy dzień okazał się dniem, w którym Kate musiała zadecydować, czy poświęci większość grudnia – porę, kiedy każdy człowiek był bardziej zajęty – na chodzenie na randki ze sznurem idealnych (jeśli wierzyć hasłom Rażonych Piorunem) nieznajomych.

Normalnie nie zawracałaby sobie tym głowy, nie należała do kobiet, które potrzebują faceta. Równocześnie uznała jednak, że mogłaby jakiegoś mieć. Jej ostatni dłuższy związek wypalił się jakiś czas temu, a potem nie umawiała się z nikim głównie z lenistwa.

Niby miała okazję poznawać nowych ludzi podczas pobytów w Londynie, to oznaczałoby jednak konieczność wychodzenia i umawiania się po pracy, a miała ochotę tylko wrócić do domu i jeść ciasto przed telewizorem. Co do poznania kogoś nowego w Blexford… Ludzie przenosili się tu zazwyczaj, aby założyć rodzinę albo odpocząć na emeryturze. W kwestii kawalerów do wzięcia kupujących nieruchomości w ich sennym miasteczku panowała wyraźna posucha.

Musiała przyznać, że nawyk zasiadania co wieczór o wpół do ósmej w piżamie z grzankami przed telewizorem, nie sprzyjał prowadzeniu satysfakcjonującego życia seksualnego. Jednocześnie niby chciała kogoś poznać, ale za dobrze się bawiła we własnym towarzystwie. Stała się dla siebie najlepszą randką.

– Nie możesz mieć ciastka i zjeść ciastka – oświadczyła Laura, otwierając drzwi balkonowe, by wpuścić przemoczonego pręgowanego kota. Jedną z rynien zablokowały opadłe liście i deszczówka spływała teraz kaskadą za oknem niczym wodospad. – Nie możesz marudzić, że chciałabyś kogoś poznać, a potem patrzeć z góry na portale randkowe. To przyszłość kontaktów międzyludzkich.

– A skąd ty to wiesz, Żono i Matko?

– Czytam „Cosmo” – odparła Laura. – „Cosmo” nie kłamie.

– Może pan młody z katalogu? Mogłabym sobie takiego zamówić – oświadczyła Kate. – Czy to kolejny bastion nierówności płciowej, który musimy obalić?

Laura mocno popchnęła laptop w jej stronę. Naklejka z brokułem odchodziła na brzegach. Cała kuchnia usiana była naklejkami różnych warzyw. Laura próbowała pokazać swojej bardzo zdecydowanej czteroletniej córce Minie, że warzywa są super. Charlie, dziewięciomiesięczny brat Miny, uwielbiał wszystkie rodzaje warzyw. Pasjami wcierał je w swoje włosy.

Palec Kate znieruchomiał nad przyciskiem rejestracji.

– A ty byś to zrobiła? – zapytała.

Laura uniosła dłonie do nieba w geście irytacji.

– Tak. Niech ręka boska broni, ale gdyby Ben umarł, tak właśnie znalazłabym sobie nowego faceta. – Urwała. – Chociaż Ben zażądał, że w razie gdyby umarł przede mną, mam go wypchać i ustawić w sypialni twarzą do łóżka. Twierdzi, że tylko facet, który sprawdzi się w takich okolicznościach, będzie mnie godzien.

Laura uśmiechnęła się z rozmarzeniem. Kate się wzdrygnęła.

– Pomyślę i wrócimy do rozmowy – oświadczyła.

– Nie ma czasu! – zawołała Laura. – Naprawdę się boję, że jeśli nic się nie zmieni, zapadniesz w śpiączkę wywołaną krakersami z serem, a ja znajdę cię bez życia z twarzą wciśniętą w słój z marynowanymi cebulkami. No dalej – namawiała. – Dwanaście randek i nawet nie będziesz musiała ich szukać. Pożyj trochę.

Kursor migotał nad przyciskiem rejestracji. Kate czuła, jak wielkie oczy Laury wwiercają się w jej policzek, kolano przyjaciółki podrygiwało niecierpliwie. „Co mam do stracenia? – pomyślała. – Poza czasem, pieniędzmi i godnością”. Kolano Laury zaczęło podrygiwać jeszcze szybciej. Kate wzięła głęboki oddech. Kursor jeszcze kilka sekund unosił się nad migającym okienkiem, aż w końcu je kliknęła.

1 grudnia
Pierwsza randka


Kate Turner ostrożnie postawiła stopę na skrzypiących, oblodzonych liściach, próbując się nie pośliznąć i nie wylądować na tyłku. Nie widziała, gdzie stąpa, ponieważ niosła duże plastikowe pojemniki. Było to jedno z tych idealnych zimowych popołudni, kiedy wdychane powietrze wydaje się zimne i czyste. Niebo było tak niebieskie, że wyglądało jak scenka z dziecięcej książeczki z obrazkami, jej oddech tworzył białe obłoki, które unosiły się ku słabemu zimowemu słońcu.

Oparła się o drzwi kawiarni Pod Gruszą, które ustąpiły. Nad jej głową rozdzwoniły się przyjaźnie brzmiące dzwoneczki, informując o jej przybyciu. Kawiarnia była pełna ludzi, ciepła i hałaśliwa, w powietrzu unosił się intensywny aromat świeżej kawy. Para skraplała się na szybach i przesłaniała widok na oszroniony świat.

Kilka osób uniosło wzrok znad swoich cappuccino i pomachało do niej. Kate odpowiedziała uśmiechem i skinęła im głową. Matt odwrócił się od parującego czarno-srebrnego ekspresu i uśmiechnął się do niej szeroko.

– Dzięki Bogu! – zawołał, gdy ciemnobrązowe espresso zaczęło sączyć się do kubka. – Rano skończyło się karmelowe brownie i myślałem, że wybuchną zamieszki.

Matt miał wiecznie zmierzwione włosy – teraz sterczały po jednej stronie jak w reklamie modnego stylisty. Często przeczesywał je palcami, gdy się stresował, co jeszcze pogarszało sprawę. Niektórzy nazywali tę nieposkromioną grzywę rudą, ale on uparcie twierdził, że to truskawkowy blond. Był blady w porównaniu z Kate, która miała oliwkową cerę, i miał piegi, ciemniejące od słońca. Nienawidził ich, choć dodawały mu specyficznego chłopięcego uroku, który kobiety uważały za czarujący, tak jak głęboko osadzone orzechowe oczy – Sarah, jego dziewczyna, utrzymywała, że odbija się w nich jego ogromna inteligencja, a Kate uważała, że wydają się wiecznie zmrużone, jakby raziło go słońce.

W drugim końcu sali rozległ się głos:

– Czy ktoś powiedział: brownie?

Matt zrobił miejsce na ladzie, a Kate z ulgą postawiła na niej pojemniki. Poczuła, że jej policzki płoną czerwienią przez wysoką temperaturę, ściągnęła więc szalik, a jej kręcone włosy, nad którymi na próżno próbowała zapanować, od razu zaczęły zwijać się i puszyć w parnej atmosferze.

– Tutaj, Terrence! – zawołała. – Prosto z piekarnika.

Rozległo się szuranie krzeseł, gdy stali klienci przechodzili ponad śpiącymi psami i świątecznymi zakupami, by upomnieć się o kawałek ciasta Kate.

– Przyniosłam babeczki bakaliowe, kruche ciasteczka z pomarańczami i kawałkami czekolady oraz blok czekoladowy – powiedziała.

– Ratujesz mi życie – odparł Matt. – Carla, możesz tu podejść i przyjąć zamówienia na ciasto?

Sięgnął po bloczek do zamówień i wręczył go młodej kelnerce, którą od razu otoczył tłum złaknionych cukru klientów. Matt wrócił do ekspresu, a Kate wśliznęła się za ladę i przycupnęła na stołku obok młynka do kawy.

– Na co masz ochotę? – zapytał.

Nalał dwie porcje espresso do dużego kubka i dodał spienione mleko – jednym ruchem nadgarstka zwieńczył je karmelowym liściem. Postawił kubek na ladzie za swoimi plecami, aby Carla mogła go podać, i rozpoczął następne zamówienie.

– Flat white, poproszę – odparła Kate, zdejmując płaszcz i kładąc go na oparciu wysłużonej starej kanapy.

– Wow! Odstrzeliłaś się. Dokąd się wybierasz?

Nieśmiało przesunęła dłońmi po sukience w kwiatowy wzór i mocniej otuliła się połami kardiganu. Nieczęsto nosiła sukienki.

– Przesadziłam?

– Z czym?

– No wiesz – szepnęła konspiracyjnie, pochylając się ku niemu. – To pierwsza randka.

Po chwili Matt się połapał.

– A tak. Zapomniałem. Tak, przesadziłaś, wracaj do domu, włóż workowate dżinsy i sweter z golfem.

Wystawiła do niego język.

– No, no, no – kontynuował. – Dwanaście bzykanek na Gwiazdkę, ech! – Wyszczerzył zęby i spojrzał na nią wyczekująco.

– Przestaniesz w końcu? – syknęła. – Dobrze wiesz, że to dwanaście randek na Gwiazdkę!

– Nie to słyszałem w pubie – odparł, kręcąc głową w wyrazie kpiącej dezaprobaty.

– No to może poszukaj sobie lepiej wychowanych znajomych od kieliszka.

Uśmiechnął się do niej, a ona wykrzywiła się w odpowiedzi.

– To randka w ciemno?

– Nie całkiem – powiedziała, przeglądając telefon. – Umawiają nas z osobami o podobnym profilu, a potem przesyłają zdjęcie, żebyśmy wiedzieli, kogo szukać.

– Czyli nie musisz wpinać w klapę różowego goździka?

Wykrzywiła się do niego.

– Kim jest szczęśliwy numer jeden? – zapytał.

– Ma na imię Richard. Robi coś związanego z funduszami hedgingowymi, ale nigdy nie wiem, co to w zasadzie oznacza – odparła. – Jest rozwiedzionym, oddanym ojcem dwojga dzieci.

– Skąd wiesz, że oddanym?

– Bo tak napisał w swoim profilu.

– Och, no to musi być prawda! No dalej, pokaż nam zdjęcie tego Wonder Mana!

Odwróciła telefon, by pokazać mu fotografię uśmiechniętego ciemnowłosego mężczyzny. Był gładko ogolony, postawny i ubłocony, pozował w stroju rugbysty z piłką do rugby pod pachą.

Matt prychnął.

– Wygląda jak morderca.

Kate wybuchnęła śmiechem.

– Wcale nie!

– Na pewno ma kalafiorowate ucho – dodał, przyglądając się zdjęciu zmrużonymi oczami.

– Nawet jeśli, nie obchodzi mnie to. Chcę poznać kogoś miłego. Kto nie jest wariatem. I kto nie okaże się wplątany w pranie brudnych pieniędzy albo handel narkotykami.

– Masz okropne doświadczenia!

– Wolę określać je mianem wyjątkowo elektryzujących.

– To wymyślne określenie na dziwaczne i przerażające.

– Na pewno ciekawsze niż twoje.

– Mówisz tak, bo nie poznałaś mojej żony! – mruknął Matt.

Wybuchnęła śmiechem. Matt znał wiejską mentalność na tyle dobrze, by wiedzieć, że lepiej wyjść plotkom naprzeciw i je kontrolować, niż próbować przed nimi uciec lub się ukryć. Praktycznie nikt poza Evelyn nie znał jego byłej żony. Krótkie małżeństwo, które zawarł, gdy miał dwadzieścia dwa lata, przeszło do historii Blexford – o jego tajemniczej pannie młodej mówiono szeptem różne rzeczy: należała do sekty, była złodziejką klejnotów, pochował ją pod werandą (niespecjalnie miłe w stosunku niego).

Kate miała szczęście posiadać dwoje najlepszych przyjaciół: Laura była bezwarunkowo oddanym, stałym punktem odniesienia w jej życiu i nic nie mogło osłabić tej relacji – ani odległość, ani mnogość przeżyć. Jej relacja z Mattem układała się nieco inaczej: był jej najlepszym kumplem w dzieciństwie, potem największym wrogiem i znów przyjacielem. Był taki czas, kiedy Kate przysięgała, że nigdy nie postawi stopy w jego kawiarni, a co dopiero mówić o pieczeniu dla niej.

 

– Muszę lecieć – powiedziała. – Umówiłam się z Richardem na ławce przy skwerze, skąd mamy razem iść do posiadłości.

Zeskoczyła ze stołka, włożyła płaszcz i dwukrotnie owinęła się szalikiem. Pożegnała się ze stałymi klientami kawiarni Pod Gruszą, którzy odmachali jej z ustami pełnymi ciasta.

– Baw się dobrze! – zawołał Matt, próbując przekrzyczeć gwar. Zaczął głośno śpiewać: – Na pierwsze świąteczne bzykanko luby podarował mi…

Odwróciła się i pokazała mu język.

– Hej! – krzyknął, gdy otworzyła drzwi i wpuściła do środka lodowaty podmuch.

Obejrzała się i zmrużyła powieki, czekając na kolejny sarkastyczny komentarz.

– Łap! – Rzucił jej jeden z kraciastych koców, które oferowali zahartowanym klientom lubiącym przesiadywać na zewnątrz. – Ławka pewnie będzie zimna.

– Dzięki – odparła, chwyciła koc i wyszła na mróz.

– Nie chcę, żebyś złapała wilka! – zawołał za nią.

Pokręciła głową z uśmiechem i przeszła po muśniętej szronem trawie do ławki.

Skwer znajdował się w centrum Blexford, otaczały go kawiarnia, pub Duke’s Head i nieduży, lecz królewsko wyposażony sklepik prowadzony przez wiecznie zajętą Evelyn. Wokół stały drzewa i małe domki.

Kate rozłożyła koc. Jedną połowę umieściła na ławce, drugą przykryła kolana i czekała. Wysoka jodła hojnie usiana lampkami stała dumnie na środku skweru, kilka mniejszych umieszczono na wspornikach nad witrynami sklepu i pubu. Nawet drzewa, które były tylko cieniami letnich siebie, ociekały światłem.

Drewnianą tablicę wskazującą kierunek do Blexford Manor wieńczyła czerwona czapka Mikołaja, to w tamtą stronę zmierzał teraz sznur samochodów i taksówek. Domyśliła się, że wszyscy jadą na pierwszą z dwunastu randek, Blexford samo w sobie nie cieszyło się taką popularnością. Kilka range roverów z trudem pokonywało wąską drogę, niejedno auto zatrzymało się w zatoczce obok sklepu, by sprawdzić nawigację.

Kate cieszyła się, że wróciła, by tutaj zamieszkać. Na początku tęskniła za wielkim miastem, lecz teraz czuła, że bierze to, co najlepsze, z obu światów. Pracowała nad projektami tkanin przy swoim stole kuchennym, patrząc przez okno na ogród i grządkę z warzywami. A gdy wszystko było gotowe do druku, wsiadała w pociąg, jechała do londyńskiego biura i zanurzała się w wielkomiejskim zgiełku. Wiele aspektów jej osobowości ukształtowało to, co uważała za oczywiste, gdy tu dorastała: słabość do chodzenia i pieszych wycieczek, miłość do przyrody, która stała się inspiracją jej licznych dzieł.

Niemniej niełatwo było jej podjąć decyzję, by spakować manatki i wrócić do Blexford. Gdy jej matka uciekła cztery lata temu do Hiszpanii z Gerrym, agentem nieruchomości, który miał pomóc rodzicom zmienić dom na mniejszy na emeryturę, jej ojciec Mac się załamał.

Dla wszystkich był to szok – w jednej chwili rodzice snuli plany na spokojną emeryturę, w następnej mama rzuciła wszystko i zniknęła.

Z jakiegoś powodu Kate zakładała, że matka uspokoi się z wiekiem i nauczy się doceniać skarb, jakim był Mac. Wiek nie pohamował jednak ani jej ambicji, ani libido.

To Matt zadzwonił do niej, by uprzedzić, że Mac podupada na zdrowiu psychicznym. Wpadł raz do niego i znalazł go śpiącego na stole, pijanego, z pustą butelką po whisky.

Rozmawiali wtedy przez telefon po raz pierwszy od prawie dziesięciu lat. Strasznie się pokłócili podczas studiów i zerwali wszelkie kontakty. Choroba jej ojca zmusiła ich do nawiązania wątłego porozumienia, które polegało na komunikowaniu się za pomocą wiadomości tekstowych i sporadycznych rozmów, by omówić jego postępy. Były to jednak tylko chłodne, przesadnie uprzejme wymiany zdań.

Przez kilka pierwszych miesięcy Matt miała Maca na oku w tygodniu, a Kate przyjeżdżała w weekendy. To wystarczyło, by się unikać. Szybko jednak stało się jasne, że ból Maca sięga głębiej niż zwykła melancholia. W końcu całkowicie się załamał, a Kate poczuła, że powinna spędzać z nim więcej czasu niż tylko okres od piątkowego wieczoru do niedzieli. Zrezygnowała z mieszkania w Kennington i przeprowadziła się z powrotem do domu rodzinnego.

Na szczęście jej współpracownicy w Liberty wykazali się zrozumieniem. Zmienili jej umowę tak, by mogła pracować z domu. Spotkania odbywała przez Skype’a, a zdjęcia tablic nastrojów i nowych projektów przesyłała mailem. Oznaczało to też, że mogła brać tyle zleceń, ile chciała, co okazało się bezcenne podczas jej pierwszego roku w Blexford.

Nie tylko tata ucieszył się, gdy Kate wróciła do spokojnego miasteczka w Kent. Również Laura była zachwycona jej powrotem do Blexford, zwłaszcza że właśnie okazało się, iż jest w ciąży ze swoją najstarszą córką Miną.

Laura od początku planowała, że po studiach wróci do rodzinnego miasta. Kochała Blexford Manor, odkąd była dzieckiem. Miała fioła na punkcie historii. Podjęła tam pracę na część etatu, gdy tylko osiągnęła odpowiedni wiek, a właściciele posiadłości w zasadzie obiecali, że ją zatrudnią, jak skończy naukę.

Kate i Matt natomiast nigdy nie zamierzali wracać do sennej wioski ich dzieciństwa. Życie ma jednak to do siebie, że stawia nas w na pozór niewyobrażalnych sytuacjach.

Na poręczy ławki usiadł rudzik. Spojrzał na Kate wyczekująco onyksowymi oczami i poruszył nerwowo łebkiem, jakby napędzał go mechanizm zegarowy.

– Niestety nic dla ciebie nie mam – powiedziała.

Rudzik przechylił łebek z boku na bok.

– Moja randka się spóźnia – poinformowała filigranowego ptaka.

Rudzik zerwał się nagle do lotu, a na betonowej płycie pod ławką rozprysnęły się jego odchody. Spojrzała na nie i pokiwała głową.

– Właśnie – mruknęła. – Podzielam twoje uczucia.

Rudzik usiadł na ostrokrzewie przy wejściu do Potters Copse. Jego czerwona pierś zalśniła na tle ciemnych spiczastych liści. Kate wyjęła z kieszeni telefon i zrobiła mu zdjęcie. Jej umysł ożył: sztywna bawełna, przyciągająca wzrok wypukłość upierzonej piersi, liście w odcieniu butelkowej zieleni, które pną się ku górze, prężne i lśniące, ostre jak igły. Palce ją zaswędziały z tęsknoty za pędzlem.

W wieku osiemnastu lat tak rozpaczliwie pragnęła uciec z tej sennej mieściny, że zapomniała, jak pięknie zmieniają się pory roku na wsi. Gdy wróciła – wzbogacona podróżami po świecie i zahartowana przez wielkie miasto – zaczęła odnajdować inspirację we wszystkim, co ją otaczało, a jej projekty tkanin odzwierciedlały nowy styl i pewność siebie, które zachwyciły jej menadżerów i zapewniły jej awans.

Jej ojciec stopniowo dochodził do siebie, a gdy poczuł się dość dobrze, wynajął mniejszy domek bliżej skweru. Chciał zacząć od nowa, a Kate potrzebowała jakiegoś mieszkania, więc przejęła kredyt hipoteczny na dom rodzinny – oboje byli zadowoleni z takiego układu.

W tym roku Kate pracowała więcej od maja – po pięć, a nawet sześć dni w tygodniu – aby móc ograniczyć dni robocze do trzech tygodniowo w grudniu, swoim ulubionym miesiącu, a gdy przekonała się, jak napięty jest harmonogram dwunastu randek, tym bardziej się z tego ucieszyła.

Spojrzała na zegarek. Była za dziesięć czwarta. Czekała dwadzieścia minut. Powinni już ruszać w drogę, jeśli chcieli zdążyć do posiadłości na czwartą na podwieczorek. Zaburczało jej w brzuchu. Rażeni Piorunem nie udostępniali w profilach numerów telefonów swoich klientów, nie mogła więc zadzwonić do Richarda i zapytać, czy zabłądził. Pomyślała o ogniu huczącym w gigantycznych kominkach posiadłości i zadygotała z zimna, po czym wsunęła dłonie pod koc.

Blexford Manor została wybudowana w XVII wieku, a miasteczko Blexford wyrosło wokół niej. Posiadłość była przekazywana w rodzinie Blexfordów z pokolenia na pokolenie, w dawnych czasach dawała zatrudnienie większości ludzi z okolicy.

Tak jak znaczna część wielkich starych pałaców okazała się jednak studnią bez dna, a kufry, które kiedyś wydawały się niewyczerpane, na początku XX wieku zaczęły ziać pustką. Tragiczna spuścizna dwóch wojen światowych, które wybuchnęły niemal jedna po drugiej, odcisnęła piętno na każdej rodzinie, a Blexfordowie nie byli wyjątkiem. Huczne arystokratyczne przyjęcia i bale, o których mówiło kiedyś całe hrabstwo, stały się wspomnieniem.

W latach siedemdziesiątych XX wieku rodzina Blexfordów stanęła przed dylematem: sprzedać i odejść czy zrobić z domu rodzinnego biznes. Wybrali to drugie i Blexford Manor otworzyła się na zwiedzających. Obecnie lord i lady Blexfordowie mieszkali głównie we wschodnim skrzydle posiadłości, resztę dzielili z turystami i weselami, a przez najbliższy miesiąc z singlami, którzy z nadzieją poszukiwali miłości.

Ściemniało się. Niebo przygasło, jakby ktoś nacisnął ściemniacz, jasny błękit przybrał odcień spranego dżinsu, a potem chłodnej szarości. Okna ożyły girlandami lampek, gdy rodzice i dzieci wrócili do domów. Gałęzie starej jodły zaszeleściły, gdy wiatr się wzmógł. Kate szczelniej owinęła się kocem i pożałowała, że nie włożyła drugiej pary skarpetek.

Gdy na jej ramieniu spoczęła dłoń, podskoczyła i odwróciła się niecierpliwie. To był tylko Matt. Podał jej papierowy kubek.

– Gorąca czekolada – powiedział. – Pewnie zmarzłaś na kość.

– Dzięki – odparła. – Zmarzłam. Chyba mnie wystawiono.