Co nas (nie) zabije

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Co nas (nie) zabije
Co nas (nie) zabije
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Co nas (nie) zabije
Audio
Co nas (nie) zabije
Audiobook
Czyta Iwona Milerska
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: Get well soon: History’s Worst Plagues and the Heroes Who Fought Them

Copyright © 2017 by Jennifer Wright. All rights reserved

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Konsultacja historyczna: Marek Daroszewski

Korekta: Barbara Kaszubowska, Alicja Laskowska

Projekt typograficzny serii i łamanie: Mateusz Czekała

Projekt graficzny serii i okładki: Tomasz Majewski

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66517-35-6

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com

Spis treści

Tylko TY możesz powstrzymać zarazę…

Przeczytaj tę książkę.

Wstęp

Wybieraj zrównoważonych, spokojnych przywódców.

Zaraza Antoninów

Żaba nikogo nie ocali, w przeciwieństwie do czytania starych książek.

Dżuma

Lepiej być miłym niż palić ludzi na stosach.

Taneczna plaga

Powiedz wszystkim, że szczepionki działają.

Ospa

Stygmatyzowanie cierpiących na choroby weneryczne prowadzi do ich rozprzestrzeniania.

Syfilis

Nigdy nie mów, że choroba jest sexy.

Gruźlica

Jeśli chcesz dowieść, że jakieś powszechne przekonanie jest błędne, bądź gotów na długą przeprawę.

Cholera

Wiedz, że jeden dobry człowiek może wszystko zmienić i że ty możesz być tym człowiekiem.

Trąd

Jeśli jesteś chory, nie zarażaj celowo innych.

Tyfus

Cenzura zabija.

Grypa hiszpanka

Śledź postęp medycyny, bo następuje szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Śpiączkowe zapalenie mózgu

Nie słuchaj szarlatanów, którzy dużo mówią, a niewiele wiedzą.

Lobotomia

Zrozum, że społeczeństwo, przywódcy i naukowcy, działając razem, mogą ocalić świat.

Polio

Wyciągaj wnioski z przeszłości.

Epilog

Przypisy

Absolutnie przerażające zdjęcia (dla chętnych) pokazujące efekty chorób

Podziękowania

Dla Mamy i Taty.

Czy wizyta od czasu do czasu

u lekarza by Was zabiła?

Mikrob jest czymś naturalnym. Reszta, zdrowie, nieskazitelność, czystość, jeśli chce pan tak to nazwać, to skutek woli, i to woli, która nie powinna nigdy ustawać.

Albert Camus, Dżuma[1]


Mam dreszcze.

Coraz więcej.

Tracę kontrolę.

John Farrar, You’re the One That I Want,

piosenka z musicalu Grease

Wstęp

Kiedy mówię ludziom, że piszę książkę o plagach ludzkości, ci życzliwi zaraz sugerują, żebym dodała coś nowoczesnego. Zazwyczaj słyszę: „No wiesz, że wszyscy siedzimy cały czas w telefonach”. Albo o selfie. Rozdział o robieniu selfie.

Wtedy odpowiadam: „Nie, nie. Mnie interesuje raczej taki rodzaj plagi, w którym całe ciało pokrywają wybroczyny, a mnóstwo ludzi, których znasz i kochasz, umiera nagle w ciągu kilku miesięcy w kwiecie wieku. I nic nie można na to poradzić, umierają wszyscy, wszędzie jest tylko śmierć, a całą ziemię pokrywają zwłoki, czekaj, czekaj, pokażę ci kilka naprawdę okropnych zdjęć”.

A wtedy ludzie odpowiadają: „Przepraszam bardzo, pójdę po kolejnego drinka”.

Jestem taka szczęśliwa, że wzięliście tę książkę do ręki, bo podczas pogawędek z ludźmi nieustannie się przekonuję, że nikogo nie interesują epidemie z przeszłości. Przypuszczam, że to dlatego, że te zarazy zdają się zarówno bardzo ponure, jak i bardzo odległe. Generalnie selfie są o wiele przyjemniejszym tematem. Myślę, że są bardzo zabawne. Lubię oglądać roześmiane twarze moich przyjaciół. Podoba mi się, jak bardzo są żywi.

Wygląda na to, że w świecie, w którym żyjemy, dla wielu osób słowo „plaga” znaczy szokująco mało. Jeśli ludzie w ogóle myślą o zarazach, to kojarzą je głównie z jakimiś gliniankami, lekturami z szóstej klasy, a jeśli są kinomaniakami, to również z kostuchą z zapałem grającą w szachy. Ludzie w najbogatszych krajach najwyraźniej oczekują, że umrą w wieku dziewięćdziesięciu lat w domu opieki. Mają ku temu dobre powody: jeśli warunki się nie zmienią, 50 procent dzieci urodzonych w roku 2000 dożyje ponad stu lat.

Właśnie – jeśli warunki się nie zmienią.

Żyjemy w bezprecedensowo szczęśliwej epoce. Doświadczyliśmy niemal trzydziestu lat bez choroby, której nie umielibyśmy leczyć, zabijającej tysiące zdrowych młodych ludzi w bogatych krajach. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy to szczęście się kiedyś skończy – mam nadzieję, że nie – ale w przeszłości zawsze w końcu do tego dochodziło. Lubimy zapominać o tym nieprzyjemnym fakcie. Przynosi nam to ukojenie i prawdopodobnie leży po prostu w naszej naturze. A przecież zapominanie o dawnej epidemii – czy jej ignorowanie – sprawia, że stajemy się bardziej, a nie mniej, podatni na ewentualne plagi w przyszłości.

Kiedy wybuchają epidemie, niektórzy ludzie zachowują się zadziwiająco dobrze. Potrafią zminimalizować zasięg śmierci i zniszczenia. Są szlachetni i odważni. Pokazują to, co najlepsze w naszej naturze.

Inni ludzie zaś zachowują się jak przesądni szaleńcy i ostatecznie zwiększają liczbę ofiar śmiertelnych.

Chciałabym dysponować wiedzą naukową, dzięki której mogłabym rozprawiać o tym, jak przygotować szczepionki albo lekarstwa pozwalające zwalczać choroby – nie mam jednak takich kwalifikacji.Ta książka nie jest więc przeznaczona dla przyszłych noblistów, choć podziwiam ich i czerpię od nich pełnymi garściami. Jednakże to, czy poradzimy sobie z jakąś zarazą, nie zależy tylko od ciężkiej pracy lekarzy i naukowców, lecz także od zwykłych ludzi, którzy lubią pospać w weekendy, oglądać filmy, jeść frytki i robić inne zwyczajne rzeczy. Innymi słowy – zależy od nas wszystkich. To, czy jakaś cywilizacja dobrze sobie radzi w czasie kryzysu, w bardzo dużym stopniu wynika z tego, jak zachowują się przeciętni obywatele, niemający nic wspólnego z nauką. Wiele środków przedsiębranych przeciw epidemiom, o których piszę w tej książce, może zdawać się całkiem oczywistych. Nie należy na przykład piętnować chorych jako grzeszników i rzucać ich na metaforyczny albo dosłowny stos, ponieważ jest to moralnie odrażające i całkowicie nieefektywne. Prawdopodobnie wszyscy zgodzą się z tym twierdzeniem, przynajmniej teoretycznie. Potem jednak wybucha epidemia i popełniamy dokładnie te same błędy, które ludzie robili trzysta lat temu.

Ostatnio w jakiejś książce historycznej przeczytałam, że nie powinno się patrzeć na przeszłość przez pryzmat teraźniejszości. Zamiast tego lepiej patrzeć na każdą epokę jako na całkiem oddzielną całość, szczelnie zamkniętą niczym parówka w folii. Pomyślałam wówczas, że autor zupełnie nie rozumie natury czasu. Przeszłość nie jest przecież przykryta szklanym kloszem. Decydujące momenty, idee i tragedie z dawnych epok nadal oddziałują na teraźniejszość. Niestety, nie zawsze najbardziej żywotne idee są też najlepsze. Odkryłam na przykład, że wielu ludzi wciąż usprawiedliwia nienawiść do Żydów, bo przecież to właśnie oni wywołali epidemię dżumy, wrzucając do studni zakażone rzeczy. (Co jest zresztą, jak się przekonamy, niemożliwe). Martwienie się, czy ludzie przygotowujący dla ciebie jedzenie dobrze umyli ręce, ma dużo wspólnego z przypadkiem przenoszącej zakaźne choroby kucharki Mary Mallon, znanej również jako „Tyfusowa Mary”. Skoro fragmenty przeszłości tak łatwo przenikają do teraźniejszości, to być może jakaś część teraźniejszości może nam pomóc opowiedzieć o przeszłości. Ostatecznie przeszłość nie była wcale bardziej niedorzeczna niż teraźniejszość. Obie to bowiem dzieło ludzi.

 

Jednym z moich największych marzeń jest to, by żyjący obecnie zaczęli patrzeć na ludzi z przeszłości jak na przyjaznych (albo irytujących) znajomych, do których można zwrócić się po radę. Łatwo jest zapomnieć, że ludzie z przeszłości wcale nie byli dwuwymiarowymi, czarno-białymi fotografiami ani rycinami, na jakie można się natknąć w nudnych podręcznikach. Nie byli wcale szarymi facetami w cylindrach, lecz żywymi, oddychającymi, żartującymi i bekającymi istotami, które czasem bywały szczęśliwe, a czasem smutne, zabawne albo nudne, wystrzałowe albo obciachowe. Ci ludzie wcale nie uważali, że żyją w przeszłości. Wszyscy byli przekonani, że żyją w teraźniejszości. I tak samo kiedyś, jak i teraz – niektórzy byli bystrymi, uprzejmymi geniuszami w dziedzinie medycyny i zarazem kompletnymi nudziarzami w życiu osobistym. (Z podziwem myślę o niesamowitych zdolnościach dedukcyjnych Johna Snowa, a zarazem jestem absolutnie pewna, że nie chciałabym z nim spędzić więcej niż dziesięć minut). Inni zaś byli charyzmatyczni i uroczy, równocześnie będąc kompletnymi socjopatami. (Gdyby ten opis odnieść do Waltera Jacksona Freemana II, to przesadzilibyśmy nieco w kwestii jego uroku. A jednak ludzie go lubili. Był grubiański, a na szyi nosił dziwaczny pierścień erekcyjny. Ludzie nie powinni za nim przepadać z wielu powodów).

Spróbujcie spojrzeć na wszystkich bohaterów tej książki jak na ludzi, a nie nieruchome postaci historyczne. Wolno nam mieć osobiste zdanie na ich temat; wcale się też od nich tak bardzo nie różnimy. Wbrew temu, w co każą wam wierzyć oszałamiająco głupi intelektualiści, w przeszłości zainteresowania ludzi niekoniecznie były mądrzejsze i poważniejsze od naszych, tak jak i nasze nie są wcale głupsze i bardziej frywolne. Wiedza na temat popkultury nie czyni nikogo głupim. Dowodzi raczej, że mamy do czynienia z osobą interesującą się światem, w którym żyje. Trudno zresztą uwierzyć, że w przeszłości wszyscy byli wybitni i zasługiwali na wielki szacunek, gdy już się dowiemy, że pewien facet uważał, iż chorzy na gruźlicę powinni zająć się polowaniem na aligatory.

Nie odstępuje mnie nadzieja, że im bardziej demistyfikujemy przeszłość, im częściej się z niej śmiejemy i im chętniej wymieniamy o niej informacje – z tym samym entuzjazmem, z którym rozmawiamy o ulubionych serialach – tym lepiej dla nas. Gdyby bowiem miała pojawić się kolejna zaraza, to liczę, że mówiący z pseudobrytyjskim akcentem podstarzali akademicy w tweedowych marynarkach nie będą jedynymi ludźmi, którzy słyszeli o Paracelsusie (lubił rtęć, nienawidził kobiet). Kiedy pojawi się nowa zaraza – a nie mam tyle optymizmu, by wierzyć, że już nigdy do tego nie dojdzie – czekają nas te same wyzwania co przed wiekami. Będziemy mieli o wiele większe szanse, jeśli jak najwięcej ludzi z teraźniejszości czy przyszłości stawi czoło epidemii równie odważnie i z klasą co najlepsi bohaterowie tej książki. I bądźmy szczerzy – facet w tweedowej marynarce z udawanym akcentem umrze jako pierwszy.

Traktuję to studium rozmaitych epidemii jako inwestycję, bo sądzę, że wiedza o tym, jak w przeszłości dawano sobie radę z plagami, może się okazać bardzo pomocna w przyszłości. Jeśli chcecie żyć razem ze mną w tej przyszłości, to mam nadzieję, że też tak uznacie.

I nie martwcie się. Nie musicie pędzić po kolejnego drinka. Okropne zdjęcia ograniczę do minimum. I choć nie jest to łatwe, postaram się, aby czytanie o tych mrocznych czasach w historii ludzkości okazało się dla was dobrą zabawą.

Zaraza Antoninów

Kiedy wstajesz rano, pomyśl, jak cennym przywilejem jest być żywym: oddychać, myśleć, cieszyć się, kochać.

Marek Aureliusz

Bardzo często – zwykle przy okazji doniesień, że jacyś całkiem dorośli ludzie uprawiają seks w sposób, który byłby zabroniony w epoce wiktoriańskiej – komentator telewizyjny kiwa głową i tłumaczy, jak takie zachowanie doprowadziło do upadku starożytnego Rzymu. Na ogół ci mędrcy nie wykazują ani grama życzliwości czy współczucia dla bliźnich i nie rozumieją, że obyczaje się zmieniają. I z całą pewnością możemy powiedzieć, że bardzo niewiele wiedzą na temat „upadku starożytnego Rzymu”.

Żeby było jasne, Cesarstwo Rzymskie nie upadło dlatego, że wszyscy uprawiali seks. Żadna cywilizacja nie upadła z powodu zbyt dużej ilości seksu – może z wyjątkiem Bawarii w roku 1848, ale to już zupełnie inna (choć rozkoszna) historia.

Upadek Rzymu nie rozpoczął się z powodu radujących serce ślubów jednopłciowych. Zaczął się wraz z zarazą, która wybuchła w latach sześćdziesiątych II wieku. W tym momencie Rzymianie znajdowali się u szczytu swojej potęgi, a ich rozległe imperium sięgało od Szkocji po Syrię.

Byli w stanie podbić i utrzymać tak wielki teren, bo legiony rzymskie stanowiły potężną siłę. Około roku 160 armia ta składała się z dwudziestu ośmiu legionów, z których każdy liczył 5120 ludzi. Legioniści zgłaszali się na ochotnika na dwadzieścia pięć lat służby, po upływie której mogli liczyć na hojną odprawę w wysokości mniej więcej czternastoletniego żołdu. A jeśli komuś wydaje się, że 143 360 żołnierzy to niewiele – dla porównania dzisiaj w Stanach Zjednoczonych jest ich w służbie czynnej około 520 tysięcy – to istniały również siły rezerwowe, które zwiększały liczebność armii o 60 procent. Te oddziały składały się głównie z ludzi niebędących obywatelami Rzymu. Jeśli przeżyli przypisany im okres służby, mogli w nagrodę liczyć na obywatelstwo rzymskie.

No dobrze, możecie się zastanawiać, ale czy ktoś miał szansę przeżyć dwadzieścia pięć lat w armii? Jeśli służyło się w armii rzymskiej w latach 135–160, to szanse utrzymania się przy życiu były dość znaczne. Chociaż dokładne statystyki nie są znane, to w tym okresie doszło do relatywnie niewielu bitew. Można było nawet w ogóle nie walczyć. Jak pisze Walter Scheidel, profesor na Uniwersytecie Stanforda:

Z tego, co nam wiadomo, 239 weteranów (czyli tylu, ilu zwolniono około roku 160 w ciągu dwóch lat) z legionu VII Claudia w ogóle nie doświadczyło istotnych walk w czasie dwudziestopięcio- lub dwudziestosześcioletniej służby[2].

Przez dwadzieścia pięć lat żołnierze ci nie widzieli bitwy. Z pewnością byli pośmiewiskiem. Ale ostatecznie wyszło im to na dobre! Nigdy nie musieli stanąć do boju!

Jeśli zaś dochodziło do bitwy, to trzeba przyznać, że żołnierz rzymski był oszałamiająco dobrze – nawet jeśli nieco niepotrzebnie – wyekwipowany. Legioniści mieli na sobie lorica segmentata, niezwykle giętką zbroję z metalowych pasów. Żyjący w I wieku historyk Józef Flawiusz tak opisuje imponujące szeregi rzymskiej armii:

Maszerują naprzód, wszyscy w milczeniu i właściwym porządku, a każdy utrzymuje właściwą dla niego pozycję, tak samo jak w czasie bitwy. Piechurzy wyposażeni są w napierśniki i hełmy, a po obu bokach niosą miecze. Ci, których wybrano do ochrony dowódcy, dzierżą oszczep i dłuższy miecz. Mają przy sobie również piłę, kosz, szpadel i siekierkę, a także skórzany pas, kosę, łańcuch i racje żywnościowe na trzy dni[3].

Legioniści byli więc niczym szwajcarskie scyzoryki.

Rzymska armia mogła zatem poszczycić się znakomitym uzbrojeniem, znakomitą liczebnością i znakomitym wyszkoleniem – a czasem miała przy sobie również jedzenie na co najmniej trzy dni. Wkrótce jednak zaczęła przegrywać bitwy i tracić miasta na rzecz plemion germańskich.

Początkowo myślałam, że te germańskie plemiona musiałyby mieć naprawdę dobry ekwipunek, by z sukcesami walczyć z armią rzymską. Całe szczęście Tacyt wyprowadził mnie z błędu. Tak pisał o pewnym germańskim plemieniu:

Są albo nadzy, albo okryci cienką opończą, jeśli chodzi o ekwipunek, nie mają się czym pochwalić: ich tarcze są zdobione najprostszymi barwami. Nieliczni mają kolczugi, a bardzo rzadko trafia się ktoś w szyszaku albo hełmie[4].

Najbardziej podoba mi się to, że Tacyt znalazł czas, by skrytykować germańskie tarcze z powodów estetycznych. Encyclopedia Britannica w haśle, które charakteryzuje się niezwykle pomocną szczegółowością, zgadza się z Tacytem, wyjaśniając, że plemiona germańskie aż do VI wieku były zawsze bardzo źle wyposażone:

Ich główną bronią była długa lanca, nieliczni nosili miecze. Hełmy i napierśniki były im w zasadzie nieznane. Za jedyny pancerz służyła im lekka drewniana albo wiklinowa tarcza, niekiedy wykończona żelaznym okuciem, czasem wzmacniana skórą. Ten brak odpowiedniego ekwipunku tłumaczy gorączkowy pośpiech, z jakim Germanie rzucali się na oddziały ciężkozbrojnych Rzymian. Gdyby wdawali się w przedłużoną walkę wręcz, w której ich lekkie tarcze i włócznie musiałyby mierzyć się z rzymskimi mieczami i zbrojami, nie mieliby wielkich szans na sukces[5].

Pomimo słabego uzbrojenia Germanie byli niewyobrażalnie odważni. Kobiety walczyły u boku mężczyzn, czasem zabierając ze sobą również dzieci. Dla wielu największym marzeniem było zginąć chwalebną śmiercią na polu bitwy. Dziewiętnastowieczny historyk John George Sheppard tak opisuje germańskie plemiona: „Chociaż wielokrotnie pokonane, to nigdy nie zostały podbite; fala cofała się, ale przypływ powracał; trzymali się uparcie swojego celu, póki go nie osiągnęli. Wyrwali berło z rąk Rzymian i trzymają je do dziś”[6]. Plemiona germańskie nieustannie atakowały Cesarstwo Rzymskie, chociaż były dziesiątkowane, miały gorsze uzbrojenie i pancerze. Zawsze w gotowości, żyły, by walczyć. Od czasu, gdy w roku 101 p.n.e. barbarzyńców pokonał rzymski wódz Gajusz Mariusz, nieustannie zagrażali granicom imperium, choć nie potrafili ich zdobyć. Nie zaskakuje mnie to, że wciąż atakowali. Tyle że nie powinni byli wygrać. Logicznie rzecz biorąc, najlepsza armia świata nie powinna zostać pokonana przez zbieraninę półnagich ludzi z brzydko pomalowanymi tarczami.

Germanie mieli jednak po swojej stronie najpotężniejszego sojusznika na świecie. I nie mówię tu o ludziach, tylko o zarazie Antoninów.

Rozmiary terytorium zajętego przez rzymskie oddziały miały przynieść im zgubę. Zaraza przyszła do Rzymu z Mezopotamii około roku 165–166 n.e. Przynieśli ją do domu rzymscy legioniści, którzy walczyli w tamtym regionie. A kiedy zaraza dotarła do Rzymu, rozpoczął się prawdziwy koszmar, i to nawet jak na standardy ludzi przyzwyczajonych do epidemii.

Chociaż możemy się zachwycać, jak technologicznie zaawansowany był Rzym w porównaniu z epoką średniowiecza, która nastała po upadku rzymskiej cywilizacji, to z pewnością wiele brakowało mu do ideału. Owszem, istniały publiczne latryny, ale tylko nieliczne prywatne domy były podłączone do publicznej sieci ściekowej; wielu ludzi wyrzucało nieczystości prosto na ulicę. Tyber od czasu do czasu wylewał, co oznaczało (wybaczcie mi to sformułowanie, ale nie da się tego inaczej opisać), że niekiedy ulicami płynęła rzeka gówna. A chociaż ludzie chodzili do łaźni, to woda, w której się kąpali, nie była dezynfekowana i często zawierała bakterie. Nic więc dziwnego, że w owych czasach doskonale się miały malaria, tyfus, dezynteria, żółtaczka i cholera, co nie przeszkadza historykowi Edwardowi Gibbonowi twierdzić, że „ludzkość cieszyła się [wtedy] największą szczęśliwością i dobrobytem”[7]. Nie powinno się traktować Gibbona zbyt surowo – Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego opublikował w roku 1776 – aczkolwiek udawanie, że jakakolwiek epoka historyczna sprzed upowszechnienia kanalizacji domowej była wspaniała, to niedorzeczność i złudzenie. Frank McLynn, współczesny historyk, pisze w książce Marcus Aurelius, A Life (Życie Marka Aureliusza):

Chociaż malaria i inne śmiertelne choroby zbierały straszliwe żniwo, to Rzymianie traktowali je jako zwyczajną część codzienności; niewolnicy i biedacy i tak wiedli życie, które nie zasługiwało na miano prawdziwego, więc pewnie nieprzesadnie przejmowali się nadchodzącą Kostuchą. A jednak zaraza, która spadła na Rzym za rządów Marka Aureliusza, była czymś zupełnie innym, zarówno pod względem zasięgu, jak i rodzaju. Niczego podobnego Rzymianie nigdy wcześniej nie doświadczyli[8].

Wiele z tego, co nam wiadomo na temat tej epidemii, pochodzi z pism Galena, lekarza Marka Aureliusza – do tego stopnia, że zarazę Antoninów nieraz nazywa się zarazą Galena.

 

Chociaż Galen był wspaniałym lekarzem, to nie należał do ludzi szczególnie odważnych. Ponad wszystko dbał o autopromocję. Wedle McLynna nieustannie podkreślał, że do wszystkiego doszedł sam, pomijając fakt, że pochodził z niezwykle zamożnej rodziny, po której odziedziczył liczne nieruchomości i gęstą sieć kontaktów społecznych. Uciekał się do podstępów, by zwyciężać w debatach, i nieustannie wyolbrzymiał swoje osiągnięcia. Pod względem osobowości można by uznać go za kogoś w rodzaju Donalda Trumpa starożytnego Rzymu. Nie był też zbyt mężny, gdy w grę wchodziły choroby. Żeby było jasne, nie uważam tchórzostwa za nienormalną reakcję w sytuacji zagrożenia życia; tchórzostwo bywa blisko spokrewnione z inteligencją i dążeniem do zachowania życia. Sama w czasie zarazy z pewnością okazałabym się słaba i tchórzliwa. Tyle tylko, że nie są to cechy pożądane akurat u lekarza.


Drobne rączki nie zmieściły się na portrecie

Niewiele brakowało, a Galen w ogóle nie odnotowałby tej zarazy. Kiedy w roku 166 epidemia wybuchła, umknął z Rzymu na wieś, gdzie było mniejsze ryzyko złapania infekcji. Twierdził, że opuszcza miasto nie z powodu całkiem zrozumiałego strachu, ale dlatego, iż inni lekarze tak bardzo zazdroszczą mu jego niezwykłych umiejętności, że Rzym przestał być dla niego miłym miejscem do życia. Nie wiemy dokładnie, gdzie przebywał między rokiem 166 a 168, dysponujemy tylko informacją, że w 168 roku Marek Aureliusz wezwał go do siebie do Akwilei (miasta nad Adriatykiem w dzisiejszych północnych Włoszech). Rok później, kiedy w tym regionie epidemia wybuchła ze wzmożoną siłą, Galen powiedział Markowi Aureliuszowi, że Eskulap, rzymski bóg medycyny, przyszedł do niego we śnie i nakazał mu wracać do domu, do Rzymu. Galen twierdził, że Eskulap regularnie gawędził z nim we śnie i dawał mu rady w wielu kwestiach medycznych. Cesarski medyk z pewnością byłby zdolny do wykorzystania wymówki „bóg mi tak kazał”, aby umknąć przed niebezpieczeństwem, ale możliwe, że naprawdę wierzył w te wiadomości. Marek Aureliusz litościwie pozwolił Galenowi wrócić do Rzymu, gdzie ten spędził resztę życia jako prywatny lekarz przyszłego cesarza, Kommodusa. Żył, przypuszczalnie bardzo szczęśliwie, ponad osiemdziesiąt lat – co należy uznać za spore osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że długość życia była wtedy generalnie znacznie krótsza.

Na szczęście dla nas Galen nie zdołał, mimo swych wytężonych starań, całkiem uniknąć choroby. Dzięki temu mógł zbadać i napisać dogłębne studium na temat zarazy Antoninów. Za sprawą jego zapisków znamy szczegóły dotyczące symptomów i rozwoju choroby. Wiemy, że plaga sprawiała, iż całe ciało w błyskawicznym tempie pokrywało się małymi czerwonymi plamami, które po dniu lub dwóch zmieniały się w wysypkę. Przez kolejne dwa tygodnie występowały nabrzmiałe pęcherze, które następnie pokrywały się strupami i pękały, pozostawiając blade ślady na całym ciele. Wiemy też, że chorzy cierpieli z powodu gorączki, chociaż nie bardzo wyraźnej. Galen pisał: „Dla tych, którzy ich dotykali, chorzy nie sprawiali wrażenia szczególnie rozpalonych, a jednak wewnątrz toczy ich gorączka, tak jak to opisywał Tukidydes”[9].

Uwaga Galena na temat opisu Tukidydesa najprawdopodobniej odnosi się do kroniki zabójczej zarazy ateńskiej z roku 430 p.n.e., która zmiotła dwie trzecie populacji miasta. Galen mógł uważać, że oba miasta dotknęła ta sama plaga. Bardzo mi się podoba, że tak doskonale znał tekst napisany dobre sześćset lat wcześniej! Czytanie książek historycznych to wspaniała sprawa! Obie zarazy miały jednak ze sobą niewiele wspólnego, jeśli nie liczyć zapadających na wysoką gorączkę i rychło umierających ofiar. Dzisiaj uważa się, iż zaraza ateńska była najprawdopodobniej dżumą albo wirusem ebola, podczas gdy zarazą Antoninów nazywano ospę.

Mimo to interesująco jest przywołać Tukidydesa, ponieważ zarazę ateńską postrzegano jako prawdziwą apokalipsę:

[Ludzie] umierali w zupełnym chaosie; trupy leżały stosami, chorzy tarzali się po ulicach i wokół źródeł na pół żywi z pragnienia. Także świątynie, gdzie mieszkali, pełne były trupów; ludzie umierali tam na miejscu. Kiedy zaś zło szalało z ogromną siłą, a nikt nie wiedział, co będzie dalej, zaczęto lekceważyć na równi prawa boskie i ludzkie[10].

Kiedy porównuje się opisy Tukidydesa i Galena, zaraza Antoninów sprawia wrażenie znacznie potężniejszej – chyba że autor mocno przesadza. Biorąc pod uwagę, jakim był człowiekiem, bez wątpienia jego opisy mogą budzić nieufność. Chociaż jednak Galen uwielbiał się chwalić, to raczej nie zdarzało mu się celowo pisać nieprawdy, chyba że w kwestii swoich niesamowitych umiejętności.

Galen mniej niż Tukidydes interesuje się historycznym i społecznym znaczeniem „swojej” zarazy. Jego pisma skupiają się raczej na tym, jak rozwijały się konkretne objawy i jakie czynniki miały wpływ na przeżycie pacjenta:

Czarne ekskrementy były u chorych objawem mogącym wskazać, czy przeżyją, czy nie (…). Jeśli stolec był czarny, zawsze pojawiała się wysypka. Wszyscy, którzy mieli czarny stolec, zmarli od choroby[11].

Jakże wspaniale napisane! Po raz pierwszy w dziejach ktoś pisze o chorobie raczej jako lekarz niż jako kronikarz. Bez wątpienia takie informacje były niezwykle ważne dla każdego, kto doglądał ukochanej osoby. Jeśli stolec robił się czarny, to oznaczało, że trzeba przygotowywać się do pogrzebu.

Dzisiaj eksperci sięgają do pism Galena, by odkryć dokładną naturę plagi. Dzięki precyzji jego opisów wiemy, że dwa tygodnie po pierwszych objawach zarazy Antoninów (pęcherzach) wysypka zaczynała pokrywać język i gardło zakażonego. Galen odnotował też, że wielu chorych kaszlało krwią. Opisywał również mężczyznę wymiotującego strupami, co jest pewnie najobrzydliwszym obrazem, jaki mogę tu przywołać.

Chociaż opisy mogą brzmieć strasznie, to jednak nie wszyscy chorzy umarli. Jeśli miało się to, co Galen nazwał „czarną wysypką” (czyli pękające albo rozsypane po całym ciele pęcherze), szansa przeżycia była spora. Galen z radością opisuje nawet człowieka wstającego z łóżka w dwunastym dniu choroby:

U ocalonych, którzy wcześniej mieli biegunkę, na całym ciele pojawiała się czarna wysypka. Pozostałości krwi, które zgniły w pęcherzach, przypominały popiół, jakim natura obsypała ciało. U ludzi z owrzodzeniem część powierzchniowa zwana strupem odpadała, a pobliska tkanka była już zdrowa i w ciągu dnia lub dwóch się zabliźniała. Tam, gdzie nie doszło do owrzodzenia, wysypka była nierówna i świerzbiąca, po czym spadała jak łuska, a ciało zdrowiało[12].

Obecnie toczy się debata, czy do upadku Rzymu doprowadził tyfus, odra czy ospa. Ja głosuję na ospę!

Niezależnie od tego, jak było naprawdę, cała dyskusja nie miała znaczenia dla ówczesnych ludzi. Nie istniały wówczas lekarstwa, które pozwalałyby w jakimkolwiek stopniu leczyć te choroby. Przed rokiem 1600 ludzie mieli trudności w odróżnianiu jednej przypadłości od drugiej; każdą szybko rozprzestrzeniającą się epidemię nazywano zwyczajnie zarazą.

Uczeni nadal spierają się również o liczbę ofiar zarazy Antoninów. Frank McLynn pisze: „Nawet jeśli weźmie się pod uwagę różnice między najlepszymi badaniami naukowymi, to i tak nie zejdziemy poniżej 10 milionów ofiar śmiertelnych”[13]. A prawdopodobnie było ich więcej! Sam McLynn skłania się ku 18 milionom. U szczytu epidemii, nieco później, w roku 189, Kasjusz Dion twierdził, że choroba pochłania w Rzymie dziennie około dwóch tysięcy ofiar. Tak czy inaczej, żniwo, jakie zebrała ta epidemia, jest przytłaczające.

Chciałabym wam opowiedzieć o tym, jak zarazę powstrzymywano i leczono, czy chociaż w jakikolwiek sposób jej zapobiegano. A jednak nie mogę! Mamy rok 166 i epoka optymizmu jest zarezerwowana dla przyszłych rozdziałów w historii ludzkości. Rzymianie mogli się modlić o uzdrowienie, ale prawda była taka, że w najlepszym razie mogli liczyć na kogoś, kto byłby w stanie sprawić, że społeczeństwo będzie funkcjonować na podstawowym poziomie. Niezależnie bowiem od tego, w jakich czasach żyjesz, z pewnością nie chcesz powtórki z zarazy ateńskiej, kiedy to ciała piętrzyły się w stosach po świątyniach. W czasie niemal każdej epidemii w dziejach ludzkości potrzeba było wyjątkowo silnego przywódcy, by na ulicach nie ścieliły się zwłoki.

Rzym miał pod tym względem szczęście. Rządził wówczas Marek Aureliusz, ostatni z wymienianych przez Machiavellego pięciu dobrych władców. Marek Aureliusz był nie tylko cesarzem, który zatrudnił Galena, ale również filozofem, przedstawicielem szkoły, o której pewnie słyszeliście – stoicyzmu. Jeśli jeszcze wam się to nie obiło o uszy, to z pewnością tak się stanie i pewnego dnia dowiecie się o nim od jakiegoś podekscytowanego studenta pierwszego roku, który zaczytuje się leksykonem filozofów. Uprzedzę go i powiem, że stoicyzm skupiał się na ćwiczeniu rozumu i zalecał powściągliwość wobec emocji, szczególnie tych negatywnych, jak złość czy chciwość. Wedle stoików człowiek powinien próbować postępować w zgodzie z naturą, akceptując i będąc przygotowanym na nieuniknione aspekty naszej egzystencji, takie jak śmierć. Całą tę filozofię Marek Aureliusz pięknie podsumowuje w Rozmyślaniach:

Zaczynając dzień, powiedz sobie: Zetknę się z człowiekiem natrętnym, niewdzięcznym, zuchwałym, podstępnym, złośliwym, niespołecznym. Wszystkie te wady powstały u nich z powodu braku rozeznania złego i dobrego. Mnie zaś, którym zbadał naturę dobra, że jest piękna, i zła, że jest brzydkie, i naturę człowieka grzeszącego, że jest mi pokrewnym, nie dlatego, że ma w sobie krew i pochodzenie to samo, ale że ma i rozum, i boski pierwiastek, nikt nie może wyrządzić nic złego. Nikt mnie bowiem nie uwikła w brzydotę. Nie mogę też czuć gniewu wobec krewnego ani go nienawidzić. Zrodziliśmy się bowiem do wspólnej pracy[14].