Sztorm i FuriaTekst

Z serii: The Harbinger #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 7

Jada westchnęła głośno ze zmęczeniem, opierając się o ławkę obok krzesła, na którym siedziałam.

– Jest taki denerwujący.

– Tak. – Upiłam łyk truskawkowego koktajlu, przyglądając się, jak Clay popchnął młodszego chłopaka w pierś i roześmiał się, gdy tamten potknął się o kamień i zatoczył do tyłu przy palenisku.

Dlaczego wcześniej nie zauważałam jego zachowania? Zaślepił mnie fakt, że zwracał na mnie uwagę? Westchnęłam. Prawdopodobnie, co oznaczało, że powinnam dokonywać lepszych życiowych wyborów.

– Mam wielką nadzieję, że przydzielą go gdzieś daleko stąd. – Jada pomachała palcami, więc podałam jej koktajl. – Na przykład na Antarktydę.

– Wciąż za blisko. – Ty siedział po drugiej stronie Jady, wyciągając długie nogi. Ostatnio mocno skrócono jego czarne włosy, więc wciąż musiałam się do tego przyzwyczaić. – Jak znam moje szczęście, zostanie przydzielony do tego samego miasta co ja.

Ty w przyszłym roku o tej porze będzie miał zaprzysiężenie i wraz z innymi, także z Clayem, zostanie wysłany do któregoś z miast. Jada na pewno pojedzie z nim, a ja… najprawdopodobniej wciąż będę tutaj. Poczułam ucisk w piersi i spróbowałam się go pozbyć.

Dziewczyna upiła łyk napoju.

– I tak, właśnie ściąga koszulkę.

Marszcząc brwi, spojrzałam na ognisko. Na tle płomieni Clay zdjął koszulkę i wykrzykując coś, rzucił nią w chłopaka, którego wcześniej popchnął.

– Dlaczego on to robi? – zapytałam.

– Nie wiem – szepnęła Jada, kręcąc głową. – Jakby to było jakieś zachowanie godowe czy coś.

– Fuj. – Zadrżałam.

– Powinnaś z nim pogadać, Trin. – Ty uniósł brwi, gdy popatrzyłam na niego ostro. – On cię lubi.

Tak, ale już tego próbowałam.

– A tak w ogóle – powiedział Ty, przysuwając się do Jady. – Co się dzieje z twoim chłopcem?

Spojrzałam na Mishę, który stał obok Aliny. Klasnęłam.

– Mój mały chłopiec dorasta.

Jada zachichotała.

– Spójrzcie na niego – szepnęłam, biorąc ponownie koktajl. Misha pokazywał coś Alinie na telefonie. – Rozmawia. Zacieśnia więź. Nim się zorientuję, stworzy z nią parę i…

Misha obrócił głowę w moją stronę. Jakby miał jakiś szósty zmysł czy coś, ponieważ dobrze wiedziałam, że nie mógł nas słyszeć.

Pomachaliśmy mu we troje.

Pokręcił głową i wrócił uwagą do dziewczyny.

– Znacie Alinę? – zapytałam, tłumiąc ziewnięcie.

– Niezbyt dobrze, ale wydaje się spoko. – Jada oparła policzek o ramię Ty’a. – Jest nieśmiała, cicha. Uczy się, aby zostać uzdrowicielką w klinice.

Upiłam kolejny łyk koktajlu, przyglądając się Mishy i Alinie, rozdarta pomiędzy przerwaniem ich rozmowy, co normalnie bym zrobiła, a daniem im czasu, co w innych okolicznościach raczej nie przyszłoby mi nawet do głowy, na co jednak zasługiwał mój przyjaciel.

– Czy to chłopcy z waszyngtońskiego klanu? – zapytał Ty, więc popatrzyłam tam, gdzie on.

Mój głupi żołądek znów się skurczył, gdy rozejrzałam się po rozmytych twarzach i dostrzegłam dwie postaci stojące nie tak daleko od nas w świetle sznurów żarówek.

– Tak – odparłam. – Dez i Zayne.

Milcząc, Ty i Jada spojrzeli na mnie.

– No co? – zapytałam.

Chłopak uniósł brwi.

– Skąd znasz ich imiona?

– Nie powiedziałam mu, że wślizgnęłaś się do wielkiej sali, gdy przybyli. – Jada, uśmiechając się, uniosła głowę z ramienia Ty’a.

Starałam się przybrać neutralny wyraz twarzy.

– Tak, usłyszałam ich imiona, kiedy podsłuchiwałam.

Jada popatrzyła na mnie dziwnie, a ja, jakbym nie potrafiła nad sobą zapanować, spojrzałam na Zayne’a i Deza. Ten drugi wyglądał, jakby śmiał się z czegoś, co powiedział ten pierwszy. Zastanawiałam się, o czym rozmawiali i czy Zayne się uśmiechał.

Czy w ogóle wiedział, że tu byłam?

W chwili, gdy to pytanie uformowało się w mojej głowie, chciałam sobie przywalić. Co za głupia myśl. Przecież nie przyszedł tu, szukając mnie. Jasne, wczoraj znalazł mnie w sali treningowej, ale był ciekaw, dlaczego tu mieszkałam. Nie mogłam go za to winić.

W ogóle to dlaczego o nim myślałam? Nie było powodu, dla którego miałby gościć w moim umyśle. Nie w…

– Gapisz się na nich. – Jada przysunęła się do mnie.

Zamrugałam. Tak, rzeczywiście się gapiłam. Dzięki Bogu żaden jednak nie spojrzał w tę stronę.

– Zamyśliłam się – wyznałam, czując, jak się rumienię. – Wow.

Jada znów dziwnie na mnie spoglądała.

– No co?

Znów zerknęła na chłopaków.

– Nic.

– Hej! – krzyknął Clay i uniosłam głowę. Zobaczyłam, że wciąż bez koszulki kierował się ku nam.

– Do licha – mruknął pod nosem Ty.

Opuściłam koktajl, gdy do nas podszedł. Nie było mowy, aby chciał ze mną rozmawiać po tym, co zaszło między nami.

Nikt z nas się do niego nie odezwał, a ja tylko na niego patrzyłam.

Niezrażony tym Clay spojrzał na Jadę i jej chłopaka, po czym skupił wzrok na mnie.

– Wiesz, co powinnaś teraz zrobić?

Spięłam się.

– Powinnaś przynieść mi coś do picia – oznajmił na tyle głośno, że słyszała go połowa zebranych przy ognisku osób. – Niczego nie mam w dłoni.

Opadła mi szczęka.

– Słucham?

– Picie – powiedział z powolnym uśmiechem, który był seksowny i czarujący. Niegdyś się z tym zgadzałam. – Powinnaś mi je przynieść.

Pochyliłam się.

– Mówisz poważnie?

Uśmiechnął się szerzej.

– Tak, bo po co tu jesteś?

– Naćpałeś się? – zapytała Jada.

Popatrzył na nią, głaszcząc się po torsie.

– Nie można mieć takiego ciała, ćpając.

Parsknęłam śmiechem.

– Nie wierzę, że to powiedziałeś. Na głos. Przed nami.

– Co? – Clay opuścił rękę. – Przecież to prawda.

Ty prychnął, kręcąc głową.

– No weź, Trin. Przynieś mi coś do picia i będziemy mogli pogadać. – Clay zignorował Ty’a, ale nie śmiał zbliżyć się do Jady. Był palantem, lecz nie głupim na tyle, by obrażać siostrzenicę lorda. – Bo wydaje mi się, że naprawdę musimy porozmawiać.

– Raczej wolałabym wskoczyć do ogniska w poliestrowym dresie.

Ty zarechotał.

– Chyba dostałeś swoją odpowiedź.

– Dlaczego taka jesteś? – zapytał Clay, ponownie ignorując Ty’a. – Słuchaj, próbuję tylko wyjaśnić kilka rzeczy. Zwłaszcza że tak je spieprzyłaś.

Spięłam się.

– Ja spieprzyłam? Masz pewność, że nie jesteś naćpany?

– O czym on mówi? – dociekała Jada.

– Tak, można by pomyśleć, że niczego nie zrobiłaś. – Clay uniósł ręce i wygiął się, aż zatrzeszczały kości pleców. Kiedy skończył, pochylił się do przodu i jedną dłoń położył na podłokietniku mojego krzesła, zaś drugą na oparciu ławki.

Ustawił twarz naprzeciwko mojej.

– Ponownie wyrzucisz mnie przez okno?

– Co? – dopytywała Jada.

– Nie. – Włoski stanęły na moim karku, gdy zrobiłam krok do przodu, przez co znaleźliśmy się tak blisko siebie, jakbyśmy zamierzali się pocałować. – Wrzucę cię do ognia, jeśli się nie cofniesz.

– No tak – powiedział mi bezpośrednio do ucha, abym tylko ja słyszała. – Chciałbym zobaczyć, jak próbujesz.

Każda komórka w moim ciele domagała się, żebym odsunęła się od niego na tyle, na ile było to możliwe, ponieważ sekundy dzieliły mnie od zmienienia go w pochodnię.

– Serio? Z chęcią się o to pokuszę.

Clay się uśmiechnął.

– Mam do ciebie pytanie – powiedziałam. – Oglądałeś Grę o tron, prawda?

Na jego twarzy pojawiła się przelotna dezorientacja.

– Tak?

– Pamiętasz Joffreya? – Uśmiechnęłam się słodko. – Przypominasz mi go.

Jada wydała dźwięk, jakby umierała obok mnie.

Jego zbyt seksowny uśmieszek przygasł. Minęła dłuższa chwila, gdy Clay po prostu mi się przyglądał.

– Rozumiem.

– Co?

– Ciebie.

Uniosłam brwi.

– Jakiś problem? – Nagle za Clayem pojawił się Misha. – Dobrze pamiętam rozmowę, którą odbyliśmy.

– Tak, też pamiętam. – Clay obrócił się, ponownie szczerząc zęby w uśmiechu. Popatrzył na mojego przyjaciela i poklepał go po ramieniu. – Kiedyś.

Odszedł, rozpościerając szeroko ręce, odrzucając głowę w tył i rycząc zdecydowanie nieludzko.

Spojrzałam w miejsce, w którym siedzieli Dez i Zayne. Obaj zdawali się patrzeć na nas, przez co się przygarbiłam. Oczywiście, że musieli być świadkami tego zajścia.

– Dupek – warknął Misha, przyglądając się odchodzącemu. – Nie wierzę, że miał czelność się do ciebie odezwać.

– Okej, ale co tu się, u licha, stało? – zapytała Jada.

Odpowiedziałam, nim Misha zdołał wprowadzić ich w poprzednią sytuację, gdy wyrzuciłam Claya przez okno.

– Tak, też jestem w szoku, że się do mnie odezwał.

Jada piorunowała Claya wzrokiem.

– A Thierry opóźnił jego zaprzysiężenie?

Przytaknęłam.

– I dobrze.

– To poważna sprawa. – Przysunął się Ty. – Nie zrozumcie mnie źle, Clay zasługuje na to, a nawet na więcej, ale – choć stwierdzenie tego boli – jednak jest dobrym, świetnie wyszkolonym strażnikiem. Niemal nie można pokonać go na zajęciach. Jest szybki nie tylko w prawdziwej postaci.

– Cóż, sam to na siebie ściągnął. – Stłumiłam kolejne ziewnięcie, oddałam koktajl Jadzie, by go dokończyła, i wstałam. – Wracam do domu.

– Dlaczego? – zapytała z troską koleżanka. – Przez Claya? Nie pozwól, by zepsuł ci wieczór.

– Nie przez niego. Jestem zmęczona – odparłam zgodnie z prawdą.

Jada spojrzała na mnie, jakby nie była pewna, czy mi wierzyć, ale nie drążyła.

 

– Okej – powiedział Misha. – Pozwól, że pożegnam się z Aliną i…

– Nie, zostań. – Stanęłam na palcach i poklepałam go po głowie. Zwinnie mu uciekłam, gdy spróbował mnie złapać. – Naprawdę idę do domu. Nie musisz mnie odprowadzać.

Misha się zawahał.

– Napiszę do ciebie, kiedy tam dotrę, okej?

– Okej – odparł po chwili.

Nie traciłam czasu, ponieważ gdybym to zrobiła, Misha zmieniłby zdanie i zostawiłby tu Alinę. Pożegnałam się, obeszłam kanapę i zerknęłam przez ramię ku sznurowi żarówek.

Dez i Zayne wciąż tam byli, więc pospiesznie odwróciłam wzrok.

Ruszyłam w stronę domu. Dobrze, że Misha nie wiedział o moim wczorajszym spotkaniu z Zayne’em.

Ani o tym, co mu powiedziałam.

Wciąż miałam o to do siebie pretensje, ale gdyby przyjaciel o tym wiedział, byłby przy mnie zamiast dobrze się bawić z Aliną.

Idąc chodnikiem, pomyślałam o tym, co powiedział do mnie Clay. To było dziwne. Poważnie. Ale o co mu w ogóle chodziło? Przecież on nic nie rozumiał.

I czy Zayne go słyszał? Westchnęłam. Zapewne. Nie żeby było to żenujące ani…

– Hej.

Serce podeszło mi do gardła na dźwięk głosu Zayne’a. Wydawało się, że chłopak wychynął wprost z cienia. Zatrzymałam się i obróciłam, ignorując galopujące serce.

– Nie próbowałaś mnie uderzyć. – Zatrzymał się kilka metrów ode mnie w świetle latarni, trzymając ręce w kieszeniach. – Postęp.

– Ha, ha – wymamrotałam. – Może tym razem zawołałeś wystarczająco głośno, bym usłyszała.

– Może. – Uśmiechnął się lekko. – O co tam chodziło?

Dobrze wiedziałam, do czego się odnosił, ale grałam głupią.

– To znaczy?

– Ten chłopak – odparł. – Krzyczał, żebyś przyniosła mu napój.

– Słyszałeś. – Westchnęłam.

– Jestem pewien, że słyszała go cała Wirginia.

Kręcąc głową, uniosłam ręce.

– To nic.

– Nie wydawało się takie, gdy zaraz potem wyszłaś.

Opuściłam ręce.

– Wow. Naprawdę się na mnie skupiłeś, co?

– Tak.

Zaskoczona, przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Dlaczego?

– Ponieważ cię zauważyłem, więc zwróciłem na ciebie uwagę.

– Nie patrzyłeś nawet na mnie, póki Clay nie zaczął się wydurniać.

Ten jego cwaniacki uśmieszek powrócił, gdy chłopak przygryzł dolną wargę.

– Więc ty też na mnie patrzyłaś.

Zaczerwieniłam się.

– Nie.

Zaśmiał się, zakładając sobie blond kosmyk za ucho.

– Zachowujesz się niedorzecznie.

– I wkurzająco?

– Też. – Spojrzał w lewo i wrócił wzrokiem do mnie. – O co chodzi z tym całym Clayem?

– To tylko… palant. – Lekki wietrzyk uniósł końcówki moich włosów. Zadrżałam. Wiatr się wzmógł, zarzucając mi włosy na twarz. Odsunęłam się. – Muszę wracać do domu.

– Mogę cię odprowadzić.

„Tak”, szeptał głosik w mojej głowie napędzany desperacką potrzebą czegoś więcej niż przelotne spojrzenie, ale wiedziałam, że było to nieodpowiedzialne, lekkomyślne, choć również interesujące.

– I tak idę w tamtą stronę – dodał, ruchem głowy wskazując mój dom i budynek z wielką salą tuż obok. – To nic takiego.

Wzdychając cicho, skinęłam swoją.

– Okej, jasne. Jak tam sobie chcesz.

Zaśmiał się.

– Nabijasz się ze mnie.

– Trochę.

– W takim razie podziękuję za twoją propozycję. – Obróciłam się i zaczęłam iść.

Zayne z łatwością mnie dogonił.

– Nie, żadnego odwoływania.

Zwalczyłam uśmiech.

Szliśmy przez chwilę w ciszy, aż chłopak zapytał:

– Jak ci się tu mieszka?

– To znaczy?

– Czy inni strażnicy zachowują się wobec ciebie jak Clay, czy może są mili?

Spojrzałam na niego.

– Niemal wszyscy mnie akceptują, jeśli o to pytasz. Clay jest tylko… dupkiem, ale wychowywałam się tutaj. Nawet z nim.

– I chodziłaś z nimi do szkoły? Jak było?

– Chyba dobrze. Na jednych lekcjach uczyłam się o wojnie secesyjnej, na drugich o różnych rodzajach demonów, co oznacza, że moja edukacja prawdopodobnie była ciekawsza niż większości ludzi – powiedziałam. Wszystkie społeczności strażników miały własne szkoły. Oczywiście były o wiele mniejsze niż te ludzkie. W jednym budynku mieściły się wszystkie roczniki, a klasy nie liczyły więcej niż dziesięcioro, piętnaścioro uczniów. – A ty? Czy wychowywałeś się w podobnej społeczności?

– Urodziłem się w jednej w Wirginii niedaleko Richmond, ale nic z niej nie pamiętam.

– Więc przeważnie mieszkałeś w placówkach strażniczych? – zapytałam, mając na myśli miejsca, gdzie trenowano, patrolowano i ścigano demony.

– Tak – odparł. – A ty mieszkałaś tylko tutaj i w Nowym Jorku?

Zdziwiłam się, że pamiętał.

– Przyjechałam tu z mamą, gdy miałam osiem lat. – Przeszliśmy przez ulicę wiodącą wzdłuż niewielkiego muru oddzielającego główny dom od reszty społeczności. – Tylko to znam.

Zayne milczał, więc rzuciłam na niego okiem. Skupiał wzrok na słabo oświetlonym chodniku, następnie kiwnął na mnie głową.

Odwróciłam spojrzenie i sapnęłam, gdy w wieczornym powietrzu dało się wyczuć chłodną sosnową woń.

– A jak było w siedzibie strażników?

– Nie da się tego z niczym porównać – odparł. – Wychowywałem się pomiędzy trenującymi i miałem dostęp do… cóż, wszystkiego. Tyle samo czasu spędzałem w mieście co w posiadłości. Nigdy nie było spokojnie.

– Wyobrażam sobie – mruknęłam, choć tak naprawdę nie potrafiłam tego zrobić. Nie pamiętałam za wiele z czasów, gdy mieszkałam w stanie Nowy Jork. Mieszkaliśmy na przedmieściach Albany, co nie przypominało życia w Waszyngtonie czy w centrum Nowego Jorku. – Miałeś prywatnych nauczycieli?

– Tak. Tata sprowadził kogoś, kto zajmował się moją edukacją, człowieka, który nie świrował w otoczeniu strażników.

– Musiało ci być bardzo trudno jako jedynemu dziecku.

– Nie byłem jedynym – powiedział, a moja ciekawość wzrosła. Zanim mogłam głębiej poszperać, wypytując o szczegóły, powiedział: – Mogę cię o coś zapytać?

– Jeśli odmówię i tak pewnie to zrobisz.

– Nie, nie zrobiłbym, gdybyś odparła z przekonaniem.

Szczerość w jego głosie sprawiła, że na niego spojrzałam. Uwierzyłam mu.

– Co chciałbyś wiedzieć?

– Ile masz lat?

Uniosłam brwi.

– Osiemnaście. A ty?

– Dwadzieścia jeden – odparł. – Za kilka miesięcy skończę dwadzieścia dwa. We wrześniu.

Objęłam się w pasie, gdy obchodziliśmy murek i zbliżaliśmy się do domu.

– Masz osiemnaście lat, a twoja mama nie żyje. Naprawdę mi przykro – dodał szybko. – Ale dlaczego wciąż tu jesteś?

Rozdział 8

Kurczę, to było trudne pytanie, ponieważ nie mogłam szczerze na nie odpowiedzieć. Kiedy dotarliśmy do domu, wciąż milczałam. Zatrzymaliśmy się na skraju padającego z ganku światła.

– Ponieważ nie masz dokąd się udać? – dociekał. – Nie chciałem być niegrzeczny. Wyobrażam sobie, że dorastanie tutaj musiało być niełatwe, a co dopiero wyjście stąd do świata.

– Ale chciałabym wyjść. – W chwili, w której to powiedziałam, natychmiast skarciłam się w duchu. Naprawdę musiałam zapanować nad ustami.

Zayne obrócił się ku mnie.

– W takim razie dlaczego tego nie zrobisz?

– To nie… takie proste – przyznałam. – To znaczy, nie mam dokąd się udać. Jak powiedziałeś. Trudno stąd wyjść i po prostu tam jechać. Komisja edukacji uznaje teraz nasze dyplomy, tak jak większość uczelni, ale skąd miałabym wziąć pieniądze? Pomoc socjalna na nic się zda, ponieważ strażnicy się do niej nie kwalifikują, a choć nie jestem strażniczką, moja edukacja sugeruje, że nią jestem. Byłby bałagan, a każdy ma lepsze rzeczy do roboty niż pomaganie mi się z tym uporać.

– Wygląda na to, że interesowałaś się już tym tematem.

Tak. Bardzo. I cały ten wysiłek zdaje się bezcelowy, ponieważ nie pójdę na studia. Nie po to się urodziłam. Po śmierci mamy przeglądałam oferty uczelni, sądząc, że nie było powodu, bym się dalej nie uczyła, czekając na wezwanie.

Ale z czego miałabym za to zapłacić? Prosić Thierry’ego i Matthew o kasę? I tak już wiele dla mnie zrobili. Nie mogłam wymagać i tego.

– Mam kolejne pytanie – powiedział.

– Okej. – Westchnęłam, spodziewając się, do czego może ono prowadzić.

– Co się stało ze strażnikiem, który zabił twoją mamę?

Było wstrząsające, aż odsunęłam się od Zayne’a o krok.

– Nie powinnam ci o tym mówić.

– Dlaczego?

– Bo nie lubię o tym rozmawiać.

– Przykro mi – odparł natychmiast. – Nie powinienem poruszać tego tematu.

Odetchnęłam płytko, spojrzałam na schody, ale zatrzymałam się twarzą do chłopaka.

– Tamten strażnik nie żyje. Nie zostałabym tutaj, gdyby było inaczej.

– Tak właśnie sądziłem – przyznał cicho. – Przykro mi, Trinity.

Dech ugrzązł mi w gardle. Znów wypowiedział moje imię. Zadrżałam, przez co pomyślałam o tęsknocie na twarzy Mishy na widok Aliny. Pomyślałam o letnich nocach, skórze przy skórze…

Wewnętrzny żar wzrósł i podszedł mi do gardła, spychając gorzki żal, który towarzyszył myślom o mamie, i wiedziałam, że pora się zbierać.

Odeszłam bez słowa, nie oglądając się za siebie.

* * *

Zdezorientowany duch powrócił i chodził po podjeździe przed wielką salą. Był najwyższy czas, by z nim porozmawiać i przekonać biedaka, aby przeszedł na drugą stronę.

– Czuję się nieswojo – mruknął Misha, idąc za mną, gdy przemierzaliśmy brukowaną ścieżkę wiodącą do wielkiej sali.

Uśmiechnęłam się.

Jada też nie cierpiała, kiedy ciągnęłam ją do czegoś takiego. Szczerze mówiąc, Misha powinien być w wielkiej sali na zaprzysiężeniu ze wszystkimi innymi, lecz, jak zwykle, miał mnie pilnować.

– Nawet ich nie widzisz, więc nie rozumiem, dlaczego ci nieswojo.

– Może nie widzę, ale wiem, że tu są. – Złapał mnie za skraj koszulki i pociągnął na bok, nim wpadłam na małą choinkę, której nie zauważyłam.

– Dzięki – mruknęłam, zatrzymując się przy rogu budynku. Zapadał zmierzch, miękkie światło padało z wejścia do wielkiej sali.

Duch zatrzymał się przy żywopłocie, podnosząc ręce. Zaczął szarpać się za włosy. Serce ścisnęło mi się ze współczucia.

– Co on robi? – szepnął Misha.

– Świruje – odparłam. Z budynku wydostawało się dość światła, abym widziała, dokąd iść. Chciałam ruszyć z miejsca, ale zatrzymałam się, patrząc na szerokie schody.

Z sali dało się słyszeć przytłumione wiwaty. Uroczystość była wspaniała. Odbywały się tańce. Rodziny świętowały. O to właśnie chodziło. O rodzinę.

Spojrzałam na Mishę, który również patrzył na salę, i zastanawiałam się, czy myślał o dziewczynie, która mu się podobała.

– Czy jest tam Alina?

– Tak – odparł, a ja zrozumiałam, że było to dość głupie pytanie. Każdy strażnik, który nie miał dzieci do pilnowania, był na zaprzysiężeniu.

Mój przyjaciel również powinien tam być, a nie tu ze mną, łażąc w ciemnościach, bym mogła pogadać z duchem.

Popatrzyłam na niego, przygryzając paznokieć kciuka.

– Może tam pójdziesz i sprawdzisz, co się dzieje? Pogadam z duchem i do ciebie dołączę, co?

Jego twarz spowijał cień.

– Dlaczego miałbym tam iść bez ciebie?

– Bo to lepsze niż spędzanie czasu tu ze mną, gdy gadam ze zmarłymi.

– Wolę być tu z tobą, nawet z duchem.

Drgnęły kąciki moich ust.

– Kłamiesz.

– Nigdy – odparł. – Poza tym nie mogę cię zostawić, kiedy chcesz rozmawiać z niewidzialnym stworem. Gdyby ktoś cię zobaczył, pomyślałby…

– Że coś ze mną nie tak? – podpowiedziałam.

– Nie zamierzałem tego sugerować. Chciałem powiedzieć, że uznałby to za dziwne i zacząłby zadawać pytania.

Wróciłam spojrzeniem do ducha, który wciąż stał przy żywopłocie. Podeszłam do niego ostrożnie, trzymając się blisko krzaków. Prawdopodobnie mnie nie słyszał, a kiedy znalazłam się całkiem blisko, spostrzegłam, że jego koszulka była złoto-niebieska z logo WVU Mountaineers. Widziałam również, że coś było z nią nie w porządku.

Tył był podarty, poplamiony czymś ciemnym. Serce mi przyspieszyło, jak zawsze, gdy znajdowałam się tak blisko ducha czy zjawy. Bez względu na to, ile razy coś takiego widziałam.

Odchrząknęłam.

– Cześć.

 

Duch rozwiał się jak dym na wietrze. Opadła mi szczęka.

– Jaki cham.

Chwilę później ponownie przybrał kształt, tym razem stając twarzą do mnie. Najpierw pojawiły się jego głowa i ramiona, zaraz dało się zobaczyć resztę, choć ciało od pasa w dół było przezroczyste.

– Cholera. – Sapnęłam, wytrzeszczając oczy, gdy spojrzałam na mężczyznę, słysząc, że Misha zatrzymał się kilka kroków ode mnie.

Duch był młody, może po dwudziestce, a jego twarz pozbawiona była wszystkich kolorów. Ale nie to sprawiło, że żołądek mi się ścisnął i poczułam mdłości. Przód jego koszulki był rozerwany, tak samo jak ciało pod nią, a brzuch pocięty na strzępy.

Odsunęłam się o krok. Nie widziałam tego, gdy siedziałam na dachu. Być może myliłam się w sprawie wypadku samochodowego.

– Widzisz mnie? – zapytał, zbliżając się… przechodząc przeze mnie.

Kosmyki włosów odfrunęły mi z twarzy, kiedy przeszył mnie lodowaty wiatr. Zadrżałam i przełknęłam z trudem ślinę. Nie znosiłam tego uczucia.

– Czy on… Czy on przez ciebie przeszedł? – Misha brzmiał na zniesmaczonego.

– Niestety. – Obróciłam się i zobaczyłam, że duch przyglądał się sobie. – Hej, nie rób tego więcej, dobrze?

– Przepraszam. Nie chciałem. Nie rozumiem, jak do tego doszło – powiedział spanikowany, podchodząc, ale tym razem się zatrzymał. – Widzisz mnie i możesz ze mną rozmawiać?

– Tak. – Spojrzałam w dół na jego nieruchome nogi. – Jak masz na imię?

– Wayne. Wayne Cohen. Możesz mi pomóc? Nie potrafię znaleźć drogi do domu.

O Boże.

Przygryzając paznokieć, spojrzałam na ziemię. Musiał wiedzieć, że nie żyje.

– Mogę ci pomóc, Wayne, i pomogę ci dotrzeć do domu, ale nie tego, o którym myślisz.

Zmarszczył ciemne brwi.

– Nie rozumiem. Muszę wrócić do domu…

– Wiesz, że nie żyjesz? – zapytałam. Lepiej było tego nie przedłużać.

Stojący za mną Misha zabrzmiał, jakby się krztusił.

– Wow. Subtelnie.

Zignorowałam go.

– Patrzyłeś na siebie?

– Tak, ale… – Przyłożył sobie dwa palce do szyi i spojrzał w dół. – Nie… nie mogę być martwy. Wracałem do domu, kiedy… – Opuścił rękę, wciąż wpatrując się w swój zniszczony tors. – Miałem zamówić pizzę. Z mięsem, na grubym cieście. – Kiedy ludzie umierali, interesowali się szalonymi rzeczami zamiast tymi najważniejszymi. – Naprawdę nie żyję?

– Zdecydowanie – potwierdziłam.

– Nie wierzę – szepnął.

– Przykro mi. – To była prawda, mimo że go nie znałam. Śmierć nie była łatwa do zaakceptowania. – Co ci się stało, Wayne?

– Nie wiem… Samochód mi stanął. Złapał kapcia. – Obrócił się do Mishy. – On też mnie widzi.

– Nie.

– Patrzy na mnie? – mruknął mój przyjaciel. – Proszę, powiedz, że na mnie nie patrzy.

Wayne przechylił głowę.

– Patrzy i cię słyszy – odparłam, posyłając Mishy ponure spojrzenie, aby się zamknął. – Wayne, co stało się po tym, gdy złapałeś gumę? To nie koło zrobiło to… twojej piersi.

– O Boże – mruknął Misha. – Jak on wygląda?

Wayne wpatrywał się z dezorientacją w chłopaka, powoli kręcąc głową.

– Zmieniałem koło i to się pojawiło. Nadeszło znienacka.

– Co takiego? – zapytałam. – Puma?

– Ty tak serio? – zawołał Misha.

– Przecież żyją tu pumy. – Ponownie skupiłam się na Waynie. – To puma cię dopadła. A może niedźwiedź?

– Jak źle wygląda? – dociekał ze wstrętem Misha.

Nie zamierzałam odpowiadać na jego pytanie przy biednym Waynie, ale było źle, naprawdę kiepsko, i nawet jeśli duch już o tym wiedział, nie chciałam tego tak potwierdzać. Było to zło, które z pewnością miało przynieść mi koszmary.

W takich chwilach wiedziałam, że Misha czy Jada zapytają, dlaczego po prostu nie zignorowałam zmarłego. Byłoby mi łatwiej to zrobić, ale nie powstrzymałoby mnie to przed widokiem strasznej śmierci. Bywały momenty, w których sama zadawałam sobie to pytanie, zwłaszcza po tym, gdy zobaczyłam tamtą dziewczynkę.

Jednak nie mogłam ignorować tych ludzi.

Zawsze byłam gotowa pomagać duchom i zjawom. Przez lata nauczyłam się radzić sobie z nimi. Choć banalnie to brzmi, bycie zdolnym do pomocy… było czymś wspaniałym. I to nie tak, że zawsze zdołałam je zobaczyć. Czas nie grał na moją korzyść.

Nie uciekałam więc od tego, co mogłam zrobić.

Nie ukrywałam się przed tym.

– Było duże, ale to nie kot. Stało na dwóch nogach. – Wayne na mnie spojrzał. – Choć nie był to też niedźwiedź.

Obsypała mnie gęsia skórka, gdy ponownie przyjrzałam się jego torsowi.

– To nie było zwierzę?

– Zapadł zmierzch, wszystko stało się tak szybko, lecz… O Boże, wiesz. Widziałem raz program o tych potworach. To wyglądało jak potwór, jak coś nierzeczywistego i… miało skrzydła. Wielkie skrzydła. Słyszałem je. Widziałem, mimo że nie byłem w stanie zobaczyć nic więcej.

Stanęły małe włoski na moim ciele. Potwory nie były prawdziwe, nie takie, o których myślał, ale co jeśli to, co widział, nie było ani niedźwiedziem, ani głodną pumą? Mogło to być tylko jedno.

I to nie chupacabra.

Ani wielka stopa.

– Myślałem, że uciekłem i dzięki temu tu jestem. Że uciekłem – mówił. – Prawda?

Pokręciłam głową.

– Gdzie złapałeś gumę?

– Obok starej wieży przeciwpożarowej. Może jakiś kilometr od niej.

Zadrżałam. Wieża nie była wcale daleko stąd. Kilka kilometrów.

– Masz rodzinę?

– Eee, mamę i brata – powiedział ochryple. – Jakim cudem mnie widzisz, skoro nie żyję?

– Po prostu cię widzę.

Spojrzał na podjazd. Było zbyt ciemno, bym mogła rozszyfrować jego minę. Pomyślałam jednak, że wiem, co mogło gościć na jego twarzy.

– Było światło? – zapytałam z nadzieją. – Naprawdę jasne, białe, które mogło cię tu przywieść?

– Tak. – Śmiech zmienił się w szloch, a mnie ponownie ścisnęło się serce. – Jest światło. Było, odkąd… uciekłem od tego czegoś.

– Dobrze. Wiem, że zabrzmi to banalnie, ale musisz podążyć w jego stronę – oznajmiłam i na szczęście Misha wiedział, że w tym momencie powinien pozostać naprawdę cicho.

– Serio?

– Tak.

– Nie rozumiem – głos mu się załamał, a ja się skrzywiłam.

– Wszystko nabierze sensu, gdy pójdziesz w stronę światła. Musisz iść – nalegałam. – Nie możesz tu zostać.

– Dlaczego nie? – pisnął cicho.

To było częste pytanie.

– Ponieważ musisz ruszyć ku temu, co na ciebie czeka.

– Skąd wiesz, że czeka?

Znów pospolite pytanie.

– Nie wiem dokładnie, ale jestem przekonana, że jeśli jest światło, jest ono dobre.

Nigdy nie spotkałam ducha, który nie widziałby światła, nawet jeśli zmarł długo przed tym, gdy go zobaczyłam. Światło podążało za nimi jak szczęśliwy szczeniak.

Niektórzy byli jednak zbyt wystraszeni lub zdezorientowani, by iść ku niemu. Nie mogłam ich winić. Też bym się bała. Kto by się nie wystraszył? Śmierć stanowiła wielką zagadkę.

– Zobaczę ojca? – Wciąż wpatrywał się w ciemny podjazd, gdzie musiało czekać na niego światło. – Zginął rok temu. W wypadku samochodowym na US50.

Starałam się nie okłamywać przechodzących na drugą stronę, ponieważ wydawało się to złe.

– Chciałabym powiedzieć, że tak, ale naprawdę nie wiem. Jestem pewna tylko tego, że należysz do światła. Nie zrobi ci krzywdy.

Wayne milczał, po czym podszedł, więc również się zbliżyłam.

– Okej – wyznał. – W porządku. Mogę to zrobić.

Ponownie przygryzłam paznokieć, mrużąc oczy, aż twarz chłopaka stała się wyraźniejsza. Jego wizerunek przypominał teraz ducha w pełnej postaci, a mimo to widać było wyraz jego twarzy, gdy postanowił udać się do światła.

Rozchyliłam usta i odetchnęłam miękko.

Duch spojrzał szeroko otwartymi oczami, następnie na jego obliczu odmalował się grymas zadowolenia. Wayne zaczął iść.

Zadałam pytanie, które zawsze pojawiało się na widok tej ich miny.

– Co widzisz?

Nie odpowiedział.

Nigdy tego nie robili.

Nawet zjawy, które już przeszły i wróciły, nie mówiły o tym, co widziały. Chyba była to jakaś kosmiczna zasada, podobna do innych głupich reguł.

Nie wiedziałam, czy światło, w które zamierzał wejść, pośle go na górę… czy na dół. Do nieba czy do piekła. Oba były prawdziwe, ale wnioskując po jego minie, wydawało mi się, że miał doświadczyć czegoś magicznego i czystego. Nie widziałam jednak nikogo przerażonego, kto postanowiłby udać się do światła, przez co miałam wrażenie, że wszystkie duchy, którym pomogłam, zostały posłane do nieba.

Wayne postawił kolejny krok i zniknął.

Odetchnęłam, nagle mgła przysłoniła mi wzrok. Zawsze tak się działo, gdy ktoś przechodził na drugą stronę. Nie wiedziałam dlaczego. Uniosłam dłoń i założyłam włosy za uszy.

– Zniknął? – zapytał cicho Misha.

– Tak. – Odchrząknęłam i powoli obróciłam się do przyjaciela, odsuwając od siebie smutek. – Natychmiast musimy spotkać się z Thierrym.

– Co? – rzucił z dezorientacją. – Dlaczego?

Zbliżyłam się do niego o krok.

– Ponieważ ten mężczyzna został zabity w niedalekiej okolicy przez demona wyższej kasty.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?