Wyznaję

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wtedy pojawiła się Karolina Amato. Wyszła z domu z rozwianą krótką czupryną, przeszła przez jezdnię i skierowała się dokładnie tam, gdzie na nią czekał Feliks, mimo że tak świetnie się zakamuflował. A kiedy stanęła przed nim, podarowała mu radosny, milczący uśmiech. On przełknął ślinę, ścisnął puzderko, które trzymał w dłoni ukrytej w kieszeni, otworzył usta i nic nie powiedział.

— Ja ciebie też — odpowiedziała. Dzwony ciągle dzwoniły. — Podoba ci się?

— Nie wiem, czy mogę go przyjąć.

— Jest mój, ten gioiello. Podarował mi go wujek Sandro, kiedy się urodziłam. Przywiózł go z Egiptu. Teraz jest twój.

— A co na to twoja rodzina?

— Był mój, teraz jest twój: rodzina nic nie powie. To dowód mojej miłości.

Wzięła go za rękę. W tym momencie niebo spadło na ziemię i Abelard skoncentrował się na dotyku skóry Heloizy, a ta przez górę śmieci pociągnęła go do bezimiennego vicolo, który dla niego miał różany zapach miłości; znaleźli otwarte drzwi i wpadli do jakiegoś domu, gdzie nie było nikogo. Dzwony nadal biły i kobieta z sąsiedztwa krzyczała przez okno nuntio vobis gaudium magnum, Elisabetta, la guerra è finita! Ale kochankowie przystępowali teraz do rozegrania własnej, najważniejszej potyczki i nie słyszeli tej proklamacji.

II. DE PUERITIA

II

De pueritia

Dobry wojownik nie powinien ciągle zakochiwać się

we wszystkich squaw, które napotka na swojej drodze,

nawet jeśli upiększą się barwami wojennymi.

CZARNY ORZEŁ

3

Nie patrz tak na mnie. Wiem, że trochę zmyślam, ale to nie znaczy, że kłamię. Zapamiętałem na przykład, że próbowałem sobie stworzyć coś w rodzaju domu pod łóżkiem w moim dawnym pokoju, przekształconym obecnie w dział Historii i Geografii. To moje najdawniejsze wspomnienie. Było mi tam całkiem wygodnie, a przede wszystkim dobrze się bawiłem, patrząc na nogi wszystkich, którzy wchodzili, mówiąc Adrian, synku, gdzie się podziewasz, albo Adrian, czas na podwieczorek. Gdzie się schowałeś? Świetna zabawa. Tak, zawsze okropnie się nudziłem, bo mój dom nie był domem dla dzieci ani moja rodzina nie nadawała się do wychowywania kogokolwiek. Matka się nie liczyła, ojca pochłaniały całkowicie transakcje kupna i sprzedaży, a mnie tymczasem zżerała zazdrość, byłem zazdrosny o każdą kolejną rycinę czy wazon z delikatnej porcelany. Matka... wydawało mi się, że matka zawsze ma się na baczności; czujnie rozglądała się wokół siebie, mimo że miała po swojej stronie Małą Lolę. Teraz rozumiem, że czuła się obco w tym domu. Mieszkanie należało do ojca; matka była w nim zaledwie tolerowana. Kiedy ojciec zmarł, wreszcie mogła swobodnie odetchnąć i z jej spojrzenia znikł niepokój, chociaż nadal starała się nie patrzeć mi w oczy. Zmieniła się. Zastanawiam się, dlaczego. Zastanawiam się też, dlaczego moi rodzice byli razem. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się kochali. W ich domu nigdy nie było miłości. Ja byłem tylko przypadkową konsekwencją wydarzeń.

To ciekawe: chciałbym opowiedzieć o tylu sprawach, a tymczasem gubię się w dywagacjach i tracę czas na refleksje, które przyprawiłyby o ślinotok samego Freuda. Może dlatego, że wszystkiemu winne są moje relacje z ojcem. Może dlatego, że zmarł z mojej winy.

Pewnego dnia, kiedy byłem trochę starszy i przebywałem właśnie na zdobytym podstępem terytorium w gabinecie ojca, między sofą a ścianą, które zajęli moi Indianie i kowboje, wszedł ojciec, a za nim ktoś, kogo rozpoznałem po głosie, niby miłym, ale jednocześnie budzącym grozę. Po raz pierwszy usłyszałem pana Berenguera poza sklepem, tu mówił inaczej; od tamtej chwili słuchanie go straciło dla mnie urok, i w sklepie, i poza nim. Znieruchomiałem, postawiłem szeryfa Carsona na podłodze, ale koń Czarnego Orła, który zazwyczaj zachowywał się cicho, upadł na ziemię z hałasem. Przestraszyłem się; na szczęście nieprzyjaciel niczego nie zauważył. Ojciec powiedział przed panem nie muszę się tłumaczyć.

— Ja uważam, że tak.

Pan Berenguer usiadł na sofie, która pod jego ciężarem przesunęła się w stronę ściany, i naraził mnie na heroiczny wybór, czy dać się zgnieść, czy ujawnić kryjówkę. Usłyszałem, jak postukuje w papierośnicę i zaraz potem rozległ się lodowaty głos ojca w tym domu obowiązuje zakaz palenia. Wtedy pan Berenguer powiedział, że domaga się wyjaśnień.

— Pan dla mnie pracuje — ironia w głosie ojca — chyba się nie mylę?

— Udało mi się zdobyć dziesięć grafik, bez zdecydowanych protestów poszkodowanych. Przemyciłem te dziesięć grafik przez trzy granice, z własnej inicjatywy załatwiłem ekspertyzę, a teraz mi pan mówi, że je sprzedał bez konsultacji ze mną. A to był Rembrandt, zdaje pan sobie sprawę?

— Kupujemy i sprzedajemy, taki mamy sposób zarabiania na kurewskie życie.

To o kurewskim życiu usłyszałem po raz pierwszy. Bardzo mi się spodobało; ojciec wymówił potrójne r: kurrrewskie, myślę, że był wkurzony. Domyśliłem się, że pan Berenguer skwitował to uśmiechem; w tym czasie umiałem już interpretować ciszę i byłem pewien, że pan Berenguer się uśmiechnął.

— A, dzień dobry, panie Berenguer — głos matki — Feliksie, nie widziałeś chłopca?

— Nie.

Sytuacja patowa. Jak mam się teraz wyślizgnąć zza sofy, znaleźć się po przeciwnej stronie domu i udawać, że niczego nie słyszałem? Zadałem to pytanie szeryfowi Carsonowi i Czarnemu Orłu, ale w tej sprawie nie mogłem na nich liczyć. Mężczyźni milczeli, czekając, aż matka opuści gabinet i zamknie za sobą drzwi.

— Miłego dnia.

— Miłego dnia, proszę pani. — Głos znów zabrzmiał nieprzyjemnie. — Czuję się oszukany. Domagam się specjalnej prowizji. — Cisza. — Żądam.

Guzik mnie obchodziła sprawa prowizji. Żeby opanować drżenie, tłumaczyłem w myślach całą rozmowę na francuski, francuski zmyślony, a z tego wynika, że musiałem wtedy mieć siedem lat. Czasem tak robiłem, żeby się uspokoić, bo kiedy się denerwowałem, ruszałem się w sposób niekontrolowany, a w ciszy panującej w gabinecie usłyszeliby mnie, gdybym narobił zamieszania. C’est mon droit. Vous travaillez pour moi, monsieur Berenguer. Oui bien sûr, mais j’ai de la dignité, moi!

Z oddali dobiegał głos matki, wołającej Adrian, chłopcze! Mała Lolu, nie widziałaś go? Dieu sait où est mon petit Hadrien!

Nie pamiętam tego dokładnie, ale mam wrażenie, że pan Berenguer wyszedł wzburzony, a ojciec pozbył się go zdawkowym na dobre i na złe, panie Berenguer, czego nie potrafiłem przetłumaczyć na francuski. Tylko w mojej wyobraźni matka mówiła do mnie mon petit Hadrien.

W każdym razie mogłem już wyjść z ukrycia i w czasie, gdy ojciec odprowadzał gościa do drzwi, zdążyłem zatrzeć za sobą ślady; prowadząc partyzanckie życie, rozwinąłem niezwykłe umiejętności kamuflażu i mogłem przebywać w kilku miejscach naraz.

— Tu jesteś! — Matka pojawiła się na balkonie, z którego obserwowałem zapalające się na ulicy światła samochodów, bo tamte czasy utrwaliły mi się w pamięci jako wieczny zmierzch. — Nie słyszałeś, że cię wołam?

— O co chodzi? — W dłoni trzymałem szeryfa na gniadym koniu, niby że wracał z prerii.

— Trzeba przymierzyć szkolny fartuszek. Nie słyszałeś, że cię wołam?

— Fartuszek?

— Pani Angeleta podłużyła ci rękawy. — Tonem nieznoszącym sprzeciwu rozkazała: — Chodź.

W prasowalni pani Angeleta, z igłą w ustach, oceniała fachowym okiem długość nowych rękawów.

— Za szybko rośniesz, chłopcze.

Matka wyszła pożegnać pana Berenguera. W prasowalni zjawiła się Mała Lola po czyste koszule, a ja tymczasem stałem w fartuchu bez rękawów, co często zdarzało mi się w dzieciństwie.

— I za bardzo wycierasz łokcie — podsumowała mnie pani Angeleta, która musiała wtedy mieć z tysiąc lat.

Zamknęły się drzwi mieszkania. Słysząc kroki ojca oddalające się w stronę gabinetu, pani Angeleta pokręciła śnieżnobiałą głową.

— Ostatnio ma wielu gości.

Mała Lola nie reagowała; udawała, że nie słyszy. Tymczasem pani Angeleta przypięła szpilkami rękaw do fartucha i dodała:

— A czasem słyszę krzyki.

Mała Lola wzięła koszule, nie komentując słów szwaczki. Pani Angeleta jeszcze mruknęła:

— Ciekawe, o czym tak rozmawiają...

— O kurrrewskim życiu — palnąłem bez zastanowienia.

Koszule, które niosła Mała Lola, upadły na ziemię; pani Angeleta ukłuła mnie igłą w ramię, a Czarny Orzeł odwrócił się i patrząc spod przymkniętych powiek, omiótł wzrokiem wyschniętą ziemię aż po horyzont. On pierwszy dostrzegł w oddali chmurę pyłu. Wcześniej niż Szybki Królik.

— Zbliżają się trzej jeźdźcy — powiedział. Nikt się nie odezwał. Jaskinia chroniła ich wprawdzie przed bezlitosnym letnim żarem, ale nikt, żadna squaw, żadne dziecko, nie miał siły zainteresować się, kim są przybysze i jakie mają zamiary. Czarny Orzeł dał znak ledwie dostrzegalnym mrugnięciem. Trzej wojownicy zeszli na dół, tam, gdzie pasły się konie. Szedł za nimi, nie spuszczając oka z chmury kurzu. Jechali prosto na jaskinię, nie kryjąc swoich zamiarów. Jak ptak, który chce wyprowadzić w pole rabusia i odciąga go od gniazda, używając różnych sztuczek, tak on i jego trzej ludzie skierowali się na zachód, żeby zwrócić na siebie uwagę przybyszów. Obie grupy spotkały się koło pięciu dębów. Przybyszami byli biali mężczyźni; jeden jasnowłosy, pozostali dwaj mieli ciemną karnację. Ten z gęstymi wąsami zeskoczył zręcznie z siodła i uśmiechnął się, rozkładając szeroko ręce.

— Ty jesteś Czarny Orzeł — upewnił się, nadal trzymając ręce daleko od ciała, na znak pokojowych zamiarów.

Wielki wódz plemienia Południowych Arapaho, na ziemiach położonych w pobliżu rzeki Washity, Żółtej Ryby, potwierdził lekkim skinieniem głowy, siedząc na koniu tak nieruchomo, że nie drgnął mu ani jeden włos, i zapytał, kogo mamy zaszczyt gościć, a ten z czarnymi wąsami znów się uśmiechnął, wykonał żartobliwy ukłon i powiedział jestem szeryf Carson z Rockland, położonego w odległości dwu dni od waszego terytorium.

 

— Wiem, gdzie postawiliście swoją wioskę — odpowiedział obojętnym tonem legendarny wódz. — Na ziemiach Paunisów. — Splunął na ziemię.

— A to są moi pomocnicy — wskazał Carson, nie domyślając się, co oznaczało to splunięcie. — Szukamy zbiegłego przestępcy. — Teraz on splunął, ciekaw, co z tego wyniknie.

— Co takiego zrobił, że uznajecie go za przestępcę? — zapytał wódz Arapaho.

— Znasz go? Widziałeś gdzieś?

— Pytałem, co zrobił, że uważacie go za przestępcę.

— Zabił klacz.

— I pozbawił czci dwie kobiety — dodał blondyn.

— No tak, jasne, to też — przyznał szeryf Carson.

— A dlaczego szukacie go tutaj?

— Bo pochodzi z plemienia Arapaho.

— Mój lud mieszka wiele dni na zachód i na wschód, w stronę zimna i w stronę gorąca. Dlaczego przyjechałeś właśnie tu?

— Wiesz, kim jest. Chcemy, żebyś go wydał w ręce sprawiedliwości.

— Mylisz się, szeryfie Carson. Ten zabójca nie należy do plemienia Arapaho.

— Ach, nie? A ty skąd wiesz?

— Nikt z plemienia Arapaho nie zabiłby klaczy.

Wtedy zapaliło się światło i Mała Lola kiwnęła na niego ręką, dając znak, że ma wyjść ze schowka. Przed Adrianem stała matka, w barwach wojennych na twarzy, i nie patrząc na niego, nie spluwając w jego stronę, powiedziała Lolu, każ mu umyć twarz, do czysta. Wodą z mydłem. A jak to nie pomoże, to dolej parę kropel ługu.

Czarny Orzeł dzielnie zniósł tortury, żaden jęk nie wydobył się z jego gardła. Kiedy Mała Lola skończyła i wycierała mu twarz ręcznikiem, spojrzał jej prosto w oczy i zapytał Mała Lolu, możesz mi powiedzieć, co to znaczy pozbawić kobietę czci?

Kiedy miałem siedem, osiem lat, byłem przekonany, że decyduję o swoim życiu. Jedną z najrozsądniejszych decyzji było zdanie się na matkę w kwestiach dotyczących mojej edukacji. Ale najwyraźniej nie tak się przedstawiały sprawy. Przekonałem się o tym tego samego wieczora, kiedy chcąc się dowiedzieć, jak zareaguje ojciec na moje zabawy, przygotowałem się do szpiegowania rozmowy w jadalni. To nie było trudne, ponieważ mój pokój sąsiadował z jadalnią przez ścianę. Oficjalnie wcześnie poszedłem spać, żeby ojciec, wracając z pracy, zastał mnie w łóżku. To był najlepszy sposób na uniknięcie awantury, która przybrałaby niebezpieczny obrót, gdybym użył w obronie własnej argumentu, że to o kurrrewskim życiu usłyszałem od niego, i zamiast zarzutu masz niewyparzony język, który trzeba wyszorować szarym mydłem, usłyszałbym a skąd do kurwy nędzy wiesz, że powiedziałem kurrrewskie życie, ty bezczelny kłamczuchu? Co? Co? Może mnie śledziłeś? A ja pod żadnym pozorem nie mogłem wyłożyć kart na stół, bo stosując uniki stałem się jedyną osobą w domu, przed którą żaden kąt nie miał tajemnic, żadna rozmowa, dyskusja czy szloch z niewyjaśnionej przyczyny, jak wtedy, kiedy Mała Lola przez tydzień bez przerwy płakała, starannie ukrywając gnębiące ją ogromne cierpienie, kiedy wychodziła ze swojego pokoju. Minęło wiele lat, zanim zrozumiałem, jaki był powód tych łez, ale wtedy dotarło do mnie tylko tyle, że w życiu bywają zmartwienia, które mogą trwać cały tydzień, i trochę mnie zaniepokoiła ta perspektywa.

W każdym razie podsłuchałem rozmowę rodziców, przykładając ucho do dna szklanki przystawionej do ściany. W głosie ojca dało się wyczuć zmęczenie, a kiedy matka poskarżyła się, że jestem bardzo niegrzeczny, ojciec, nie okazując zainteresowania szczegółami, powiedział to już postanowione.

— Co zostało postanowione? — przerażony głos matki.

— Zapisałem go do szkoły jezuitów przy ulicy Casp.

— Ależ, Feliksie... Przecież...

W tym dniu przekonałem się, że w domu rządzi ojciec. I że moja edukacja zależy wyłącznie od niego. W myślach zanotowałem sobie, że mam sprawdzić w Britannice, co to takiego ci jezuici. Ojciec wytrzymał wzrok matki bez słowa, aż w końcu ona zdecydowała się przerwać milczenie:

— Dlaczego do jezuitów? Ty nie jesteś wierzący i...

— Wysoka jakość nauczania. Musimy zadbać o skuteczność. Mamy tylko jednego syna i nie możemy go zmarnować.

Niby tak, faktycznie, mieli tylko jednego syna. Chociaż nie, nie o to chodziło. Jasne było tylko to, że nie mogli sobie pozwolić na marnotrawstwo. Dlatego ojciec dodał coś o językach, co mi przypadło do gustu.

— Co powiedziałeś?

— Dziesięć języków.

— Nasz syn to nie jakieś monstrum.

— Ale może się ich nauczyć.

— A dlaczego dziesięciu?

— Bo ojciec Levinski z Gregorianum znał dziewięć. Nasz syn musi być lepszy.

— Niby z jakiego powodu?

— Bo powiedział mi przy kolegach, że się nie nadaję, bo mój aramejski, po całym roku studiowania pod kierunkiem Faluby, był daleki od doskonałości.

— Nie żartuj sobie: rozmawiamy o wykształceniu naszego syna.

— Nie żartuję: mówię o wykształceniu mojego syna.

Wiem, że matka musiała poczuć się niezręcznie, kiedy ojciec w jej obecności mówił o mnie jako o swoim synu. Ale wtedy wydawało mi się, że matka myślała o czym innym, bo zaczęła oponować, że nie da zrobić ze mnie dziwoląga, i z odwagą, o jaką jej nie podejrzewałem, powiedziała słyszysz? Nie chcę, żeby mój syn skończył jako jarmarczne dziwowisko, które musi być lepsze niż ojciec Luwowski.

— Levinski.

— Monstrum Levinski.

— Wielki teolog i biblista. Monstrum erudycji.

— Nie, musimy o tym porozmawiać spokojnie.

Nie zrozumiałem, o co jej chodzi. Przecież właśnie to robili: spokojnie rozmawiali o mojej przyszłości. A ja byłem coraz spokojniejszy, bo o kurrrewskim życiu nie było ani słowa.

— Kataloński, hiszpański, francuski, niemiecki, włoski, angielski, łacina, greka, aramejski i rosyjski.

— Co to ma być?

— Dziesięć języków, które powinien poznać. Trzy pierwsze już zna.

— Nie, francuski sam wymyśla.

— Ale sobie radzi, da się go zrozumieć. Mój syn może zrobić wszystko, co zamierza. A języki dadzą mu dodatkowy atut. Nauczy się dziesięciu.

— Musi się też bawić.

— Już jest duży. Kiedy przyjdzie czas na studia, już będzie je znał. — I dodał, wzdychając zmęczony: — Porozmawiamy o tym kiedy indziej, dobrze?

— Ma dopiero siedem lat, na litość boską!

— Toteż nie wymagam od niego, żeby od razu brał się za aramejski. — Bębnił palcami w blat stołu, dając do zrozumienia, że dyskusja skończona: — Zacznie od niemieckiego.

Podobał mi się ten plan, bo z Britannicą już sobie nieźle radziłem z pomocą słownika, no problem, natomiast niemiecki to była czarna magia. Bardzo byłem ciekaw deklinacji, chciałem wejść w świat języków, które zmieniają końcówki słów w zależności od funkcji, jaką pełnią w zdaniu. Nie ujmowałem tego w taki sposób, ale prawie: musiałem być nieznośnie przemądrzały.

— Nie, Feliksie, nie możemy popełnić tego błędu.

Usłyszałem głośne splunięcie.

— Słucham?

— Co to takiego aramejski? — zapytał tubalnym głosem szeryf Carson.

— Nie wiem dokładnie. Trzeba będzie sprawdzić.

Byłem dziwnym dzieckiem, przyznaję. Kiedy teraz to sobie przypominam i patrzę na malca, który słucha o swojej przyszłości, przytulając szeryfa Carsona i dzielnego wodza Arapaho, i martwi się tylko, żeby się nie wydało, że podsłuchiwał, myślę, że byłem nie tylko trochę dziwny, ale że był ze mnie naprawdę rzadki okaz.

— To nie jest błąd. Już wybrałem nauczyciela dla chłopca. Przyjdzie na pierwszą lekcję niemieckiego.

— Nie.

— Nazywa się Romeu; to bardzo wartościowy młody człowiek.

Zmartwiłem się. Nauczyciel w domu? Przecież dom był mój; tylko ja wiedziałem o wszystkim, co się w nim działo: nie potrzebowałem niewygodnych świadków. Nie, nie podobał mi się ten jakiś Romeu, który będzie wtykał swój nos w nasze sprawy, mówiąc o, jak to ładnie mieć własną bibliotekę, choć masz dopiero siedem lat, i inne gówna w tym rodzaju, powtarzane przez dorosłych, którzy do nas przychodzili. Wykluczone.

— I będzie studiował trzy kierunki.

— Co takiego?

— Prawo i historię. — Cisza. — I jeszcze jeden, który sam wybierze. Ale przede wszystkim prawo, bo najbardziej się przydaje, żeby sobie radzić na tym zaszczurzonym świecie.

Stuk, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk. Moja stopa zaczęła się poruszać sama z siebie, stuk, stuk, stuk, stuk. Nienawidziłem prawa. Nie macie pojęcia, jak bardzo. Nie wiedziałem dokładnie, o co w nim chodzi, ale i tak śmiertelnie go nienawidziłem.

— Je n’en doute pas — disait ma mère. — Mais est-ce qu’il est un bon pédagogue, le tel Gomeu?

— Bien sûr, j’ai reçu des informations confidentielles qui montrent qu’il est un individu parfaitement capable en langue allemagne. Allemande? Tedesque? Et en la pédagogie de cette langue. Je crois que...

Powoli się uspokajałem. Stopa przestała się poruszać w niekontrolowany sposób i usłyszałem, że matka wstaje i pyta: a co z grą na skrzypcach? Ma ją porzucić?

— Nie. Ale schodzi na dalszy plan.

— Nie zgadzam się.

— Dobranoc, kochanie — odpowiedział ojciec, rozkładając gazetę, którą zwykle przeglądał o tej porze.

Czyli miałem zmienić szkołę. O cholera. Bałem się. Na szczęście szeryf Carson i Czarny Orzeł będą ze mną. Skrzypce schodzą na drugi plan? A czemu aramejski będzie dopiero później? Tej nocy trudno mi było zasnąć.

Zdaję sobie sprawę, że wszystko mi się myli. Nie wiem, czy miałem siedem, osiem czy dziewięć lat. Ale kiedy rodzice zauważyli mój talent do języków, już mi nie odpuścili. Zaczęło się od francuskiego pewnego lata, które spędziłem w Perpignan u ciotki Aurory, gdzie wszyscy przy pierwszej lepszej okazji przechodzili z gardłowego katalońskiego na francuski; dlatego teraz, kiedy mówię po francusku, mam południowy akcent, który tam sobie przyswoiłem i zachowałem przez całe życie, do czego się przyznaję z dumą. Nie pamiętam, ile miałem wtedy lat. Później uczyłem się niemieckiego; co do angielskiego, sam nie wiem. Chyba zaraz potem. To nie tak, że chciałem się ich uczyć. To przychodziło samo.

Kiedy teraz zbieram myśli, żeby ci to wszystko opisać, wyobrażam sobie swoje dzieciństwo jako długie i nudne niedzielne popołudnie, kiedy snułem się po domu, próbując wśliznąć się do gabinetu; przypuszczałem, że byłoby zabawnie mieć jakieś rodzeństwo, odkrywałem, że czytanie też w końcu staje się nudne, kiedy ma się Enidy Blyton po dziurki w nosie, martwiłem się, że następnego dnia trzeba iść do szkoły, i to było najgorsze. Nie dlatego, żebym się bał szkoły, nauczycieli i rodziców, tylko z powodu dzieci. Ja w szkole bałem się kolegów, bo patrzyli na mnie jak na dziwoląga.

— Mała Lolu.

— Co?

— Co mam robić?

Mała Lola przestawała wycierać ręce czy malować usta i patrzyła na mnie.

— Mogę iść z tobą? — Adrian patrzył na nią z nadzieją.

— Nie, skądże, tylko byś się nudził!

— Ale ja tu się nudzę.

— Włącz radio.

— To głupie.

Wtedy Mała Lola wkładała płaszcz i wychodziła z pokoju, który zawsze nią pachniał, i po cichu, tak żeby nikt jej nie usłyszał, podpowiadała mi powiedz matce, żeby cię zabrała do kina. A głośno dodawała miłego popołudnia, do widzenia, otwierała drzwi, puszczała do mnie oko i wychodziła; ona mogła dobrze się bawić w niedzielne popołudnia, ciekawe jak, a ja musiałem snuć się po mieszkaniu jak potępieniec.

— Mamo.

— Co.

— Nie, nic.

Matka uniosła głowę znad czasopisma, dopiła resztkę kawy i spojrzała na mnie:

— Mów, synu.

Bałem się poprosić ją, żeby mnie zabrała do kina. Bardzo się bałem, do dziś nie rozumiem, dlaczego. Moi rodzice byli zbyt poważni.

— Nudzę się.

— Poczytaj sobie. Jak chcesz, możemy powtórzyć francuski.

— Chodźmy do wesołego miasteczka, na Tibidabo.

— Teraz? Trzeba było mówić rano.

Nigdy nie wybraliśmy się na Tibidabo, w żadną niedzielę, ani rano, ani po południu. Musiałem użyć wyobraźni, zawsze kiedy koledzy opowiadali, jak tam jest, o mechanicznych cudeńkach, tajemniczych automatach, wieżach, zderzających się autach i... sam nie wiem, czym jeszcze. To było miejsce, gdzie rodzice zabierają dzieci. Moi nie zabierali mnie ani do zoo, ani na spacer nad morzem. Za bardzo byli drętwi. I nie kochali mnie. Tak mi się wydaje. Nadal się zastanawiam, po co mnie mieli.

— Ale ja chcę na Tibidabo!

— Co to za krzyki? — upomniał mnie ojciec z gabinetu. — Uważaj, żebym nie musiał cię ukarać.

 

— Nie chcę powtarzać francuskiego!

— Powiedziałem, że zasłużysz na karę!

Czarny Orzeł doszedł do wniosku, że to było bardzo niesprawiedliwe, i podzielił się swoją refleksją ze mną i z szeryfem. Żeby się nie zanudzić na śmierć, a przede wszystkim żeby uniknąć kary, wziąłem skrzypce i zacząłem ćwiczyć arpeggio, ozdobniki, których główną zaletą jest ich trudność; naprawdę ciężko jest osiągnąć dobre brzmienie. W moich uszach skrzypce brzmiały fatalnie, dopóki nie poznałem Bernata. Porzuciłem ćwiczenie w połowie.

— Ojcze, czy mógłbym zagrać na storionim?

Ojciec podniósł głowę. Jak zwykle oglądał pod lupą jakiś dziwny papier.

— Nie — odpowiedział. I pokazał mi to, co leżało przed nim na stole: — Popatrz, jakie to piękne.

To był bardzo stary rękopis z krótkim tekstem zapisanym nieznanym mi alfabetem.

— Co to takiego?

— Fragment Ewangelii świętego Marka.

— A co to za język?

— Aramejski.

— Słyszysz, Czarny Orle? Aramejski! Aramejski to bardzo stary język. Język papirusów i pergaminów.

— Czy mógłbym się go nauczyć?

— W stosownym czasie — powiedział z nieskrywaną satysfakcją; ponieważ na ogół wszystko przychodziło mi łatwo, więc on, czemu nie, chwalił się zdolnym synem. Chciałem wykorzystać dobry moment:

— Mogę zagrać na storionim?

Feliks Ardèvol popatrzył na niego w milczeniu. Odsunął lampę z lupą. Adrian stukał nogą w podłogę:

— Tylko raz. Ojcze, proszę...

Kiedy ojciec się denerwuje, patrzy tak, że można się przestraszyć. Adrian wytrzymał jego spojrzenie tylko kilka sekund. Musiał zamknąć oczy.

— Nie rozumiesz, co znaczy nie? Niet, nein, no, ez, non, ei, nem. Mówi ci to coś?

— Ei i nem?

— Fiński i węgierski.

Kiedy Adrian wychodził z gabinetu, odwrócił się wściekły i wygłosił straszną groźbę:

— Jak tak, to ja nie będę się uczył aramejskiego.

— Zrobisz, co ci każę — uświadomił mu ojciec pewnym siebie, lodowatym tonem człowieka, który wie, że zawsze będzie tak, jak on powie. I wrócił do studiowania rękopisu, do aramejskiego, do lupy.

Tego dnia Adrian postanowił prowadzić podwójne życie. Miał już tajne schowki, ale teraz zdecydował się poszerzyć granice podziemnego królestwa. Postawił przed sobą wielkie zadanie: odkryje kod sejfu i pod nieobecność ojca będzie grać na storionim; na pewno nikt się nie dowie. Potem włoży skrzypce do futerału i szybko schowa je do sejfu, zacierając w ten sposób ślady zbrodni. I żeby nikt nie odgadł jego planów, poszedł ćwiczyć arpeggio; nie zdradził się słowem ani przed szeryfem, ani przed wodzem Arapaho, pogrążonymi w poobiedniej drzemce na nocnej szafce.