Wyznaję

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

14

Matka spędzała całe przedpołudnia w sklepie. Przekraczając próg, unosiła brwi i nie opuszczała ich aż do chwili wyjścia. Z miejsca uznała wszystkich za wrogów, którym nie można ufać. Okazuje się, że to dobra metoda. Na początek zaatakowała pana Berenguera i odniosła sukces, ponieważ nieoczekiwany atak nie dał mu czasu na przygotowanie obrony i nie wiedział, jak ma zareagować. Kiedy był zgrzybiałym starcem, sam mi to powiedział, nawet z odrobiną podziwu dla swego osobistego wroga. Nigdy nie przypuszczałem, że twoja matka wie, co to weksel, albo że potrafi odróżnić drewno hebanowe od wiśniowego. Ale umiała to wszystko i dużo wiedziała o pokątnych transakcjach, które twój ojciec

— Pokątnych transakcjach?

— Mówiąc wprost, całkiem nielegalnych.

Tak więc matka chwyciła cugle sklepu i zaczęła rozkazywać ty rób to, a pan tamto, nie patrząc im w oczy.

— Pani Ardèvol — zwrócił się do niej któregoś dnia pan Berenguer, wchodząc do biura pana Ardèvola, które bezskutecznie próbował przekształcić w biuro pana Berenguera. Wymówił jej nazwisko, pani Ardèvol, z nieukrywanym gniewem. Spojrzała na niego, unosząc jedną brew, bez słowa.

— Wydaje mi się, że przysługują mi jakieś prawa, nabyte w ciągu lat pracy na najwyższym profesjonalnym poziomie. To ja jestem tu ekspertem, ja podróżuję, skupuję, wiem, za ile kupić i za ile sprzedać. Umiem się targować, a jak trzeba, potrafię mydlić oczy. Ja! Pani mąż zawsze miał do mnie zaufanie! To niesprawiedliwe, żebym teraz... Ja znam się na tej pracy!

— To proszę ją wykonywać. Ale począwszy od tego momentu, i ja będę panu wyznaczać zadania. Na przykład: w Turynie z trzech konsoli proszę kupić dwie, chyba że tę trzecią dadzą panu w prezencie.

— Lepiej kupić wszystkie trzy. Dzięki temu uzyskamy lepszą c

— Dwie. Powiedziałam Ottavianiemu, że odbierze je pan jutro.

— Już jutro?

Nie, żeby nie lubił podróżować, skądże znowu, nawet bardzo lubił. Ale wyjazd do Turynu na parę dni oznaczał konieczność pozostawienia sklepu na pastwę tej jędzy.

— Tak, jutro. Cecylia pójdzie kupić bilety dziś po południu. I proszę wrócić pojutrze. Jeśli będzie pan uważał, że trzeba podjąć decyzję inną, niż została ustalona, proszę to ze mną uzgodnić telefonicznie.

Sklep funkcjonował teraz na innych zasadach. Pan Berenguer był tak zaskoczony, że od paru tygodni nie zamykał ust ze zdziwienia. A Cecylia od paru tygodni dyskretnie starała się ukryć niewinny uśmieszek; no, może niezbyt dyskretnie, bo jednak chciała dać do zrozumienia panu Berenguerowi, że zauważyła, jak bardzo tym razem powinęła mu się noga. Jakaż słodka jest zemsta.

Jednak pan Berenguer widział to inaczej i tego samego ranka, zanim pani Ardèvol zjawiła się w sklepie, żeby przewrócić wszystko do góry nogami, stanął przed Cecylią, oparł ręce na stole, pochylił się w jej stronę i zapytał a ty z czego się śmiejesz, do jasnej cholery?

— Z niczego. Tyle że wreszcie ktoś tu robi porządek i wprowadza dyscyplinę.

Pan Berenguer zastanawiał się, czy wymierzyć jej policzek, czy raczej ją udusić. Spojrzała mu w oczy i dodała dlatego się śmieję, do jasnej cholery.

To była jedna z tych nielicznych sytuacji, kiedy pan Berenguer stracił panowanie nad sobą. Okrążył stół i chwycił ją tak niefortunnie i z taką siłą, że zwichnął jej ramię; Cecylia aż krzyknęła z bólu. Dlatego, kiedy pani Ardèvol weszła do sklepu, punktualnie o dziesiątej, panowała tam cisza tak gęsta, że można ją było kroić żyletką, cisza po burzy.

— Dzień dobry, pani Ardèvol.

Cecylia nie mogła poświęcić uwagi właścicielce, bo w tym samym momencie pojawiła się klientka z niecierpiącą zwłoki potrzebą zakupienia dwóch krzeseł pasujących do komody na zdjęciu, o, widzi pani, z takimi nóżkami jak tu, dobrze?

— Niech pan przyjdzie do mojego biura, panie Berenguer.

Uzgodnili szczegóły podróży do Turynu w pięć minut. Następnie pani Ardèvol otworzyła aktówkę pana Ardèvola, wyciągnęła z niej skoroszyt, rozłożyła na stole i nie patrząc na swoją ofiarę, powiedziała teraz niech mi pan wyjaśni, dlaczego to, to i to się nie zgadza. Klient płaci dwadzieścia, a przez kasę przechodzi piętnaście.

Pani Ardèvol zaczęła bębnić palcami po blacie, z premedytacją naśladując gest najlepszego detektywa na świecie. Następnie spojrzała na pana Berenguera i podsunęła mu pod nos to, to i to, potwierdzenie setek transakcji uszczuplających zysk firmy. Pan Berenguer z odrazą rzucił okiem na pierwsze „to” i miał dość. Jakim cudem ta baba do tego doszła...

— Pomogła mi Cecylia — powiedziała matka, jakby czytała w jego myślach, tak jak czytała w moich. Sama bym na to nie wpadła.

Dwie przeklęte dziwki, jedna warta drugiej. Tak to jest, kurwa, jak się pracuje z babami.

— Od kiedy pan uprawia ten nielegalny proceder na niekorzyść firmy?

Milczenie godne Jezusa przed Piłatem.

— Od zawsze?

Milczenie przewyższające godnością milczenie Jezusa.

— Będę musiała pana zadenuncjować.

— Robiłem to za zgodą pana Ardèvola.

— Oj, bo uwierzę.

— Wątpi pani w mój honor?

— Oczywiście! Z jakiego powodu mój mąż miałby panu pozwolić nas oszukiwać?

— To nie oszustwo: to poprawianie cen.

— Więc z jakiego powodu mój mąż miałby panu pozwolić na poprawianie cen?

— Ponieważ uznał, że moja pensja była zbyt niska w stosunku do zasług dla firmy.

— To czemu jej panu nie podniósł?

— O to jego trzeba zapytać. Przepraszam. Ale tak to funkcjonowało.

— Ma pan jakiś dokument, który by to potwierdzał?

— Nie. Wszystko było na gębę.

— A więc będę musiała pana zadenuncjować.

— Wie pani, czemu Cecylia dała pani te paragony?

— Nie.

— Bo chce mnie pogrążyć.

— Dlaczego? — Matka, zaintrygowana, usadowiła się wygodniej w fotelu.

— To stara historia.

— Proszę usiąść. Mamy czas. Pański samolot odlatuje po południu.

Pan Berenguer usiadł. Pani Ardèvol oparła brodę na dłoni. Spojrzała mu w oczy, żeby go zachęcić do mówienia.

— Szybko, Cecylio, mamy mało czasu.

Cecylia uśmiechnęła się obleśnie, tak jak uśmiechała się wtedy, gdy nikt jej nie widział, i pozwoliła panu Ardèvalowi wziąć się za rękę i pociągnąć do biura, właśnie tu.

— Gdzie jest Berenguer?

— W Sarrià. Opróżnia mieszkanie państwa Pericas-Sala.

— Nie wysłaliście tam Cortésa?

— Nie miał zaufania do spadkobierców. Chcą ukryć przed nami to i owo.

— Co za szczury. Rozbierz się.

— Drzwi są otwarte.

— To bardziej emocjonujące. Rozbieraj się.

Cecylia stała naga na środku biura, ze spuszczonymi oczami i tym swoim uśmiechem niewiniątka. Nie opróżniałem mieszkania państwa Pericas-Sala, bo spis inwentarzowy ograniczał im pole manewru i pozwalał wyegzekwować wszystko, co do pinezki. A ta bezwstydnica siedziała na tym biurku i robiła dobrze pani mężowi.

— Coraz lepiej ci idzie.

— Ktoś może wejść.

— Ty rób swoje. Jeśli ktoś przyjdzie, ja się nim zajmę. Wyobrażasz to sobie?

Zaczęli się śmiać jak wariaci, nie zważając na bałagan, jaki robili wokół siebie. Wtedy spadł na ziemię kałamarz, widzi pani tę plamę?

— Kocham cię.

— Ja ciebie też. Pojedziesz ze mną do Bordeaux.

— A sklep?

— Pan Berenguer się nim zajmie.

— Przecież on nie wie nawet, gdzie

— Ty rób swoje. Pojedziesz do Bordeaux i będziemy sobie używać każdej nocy.

Wtedy zadzwonił dzwonek w drzwiach i wszedł klient zainteresowany kupnem broni japońskiej, którą już oglądał w ubiegłym tygodniu. Podczas gdy Feliks go obsługiwał, Cecylia robiła co mogła, żeby doprowadzić się do porządku.

— Możesz się zająć tym panem, Cecylio?

— Chwileczkę, panie Ardèvol.

Bez bielizny pod ubraniem, próbując zatrzeć ślad szminki rozmazanej po całej twarzy, Cecylia wyszła z biura mocno zarumieniona i dała znak klientowi, żeby poszedł za nią, a tymczasem Feliks rozbawiony obserwował całą scenę.

— Czemu pan mi to opowiada, panie Berenguer?

— Żeby pani wiedziała o wszystkim. Ten romans trwał wiele lat.

— Nie wierzę w ani jedno pańskie słowo.

— To jeszcze nie wszystko. Przykra sprawa.

— Słucham; już panu mówiłam, że mamy czas.

— Jesteś tchórzem. Nie, nie, nie przerywaj mi: jesteś tchórzem. Przez pięć lat zawracałeś mi głowę śpiewką tak, Cecylio, w przyszłym miesiącu wszystko jej powiem, obiecuję. Tchórz. Przez pięć lat mamiłeś mnie obietnicami. Pięć lat! Nie jestem dzieckiem. (...) Nie, nie, nie! Teraz ja mówię: nigdy nie zamieszkamy razem, bo ty mnie nie kochasz. Nie, milcz, masz mnie wysłuchać. Powiedziałam ci, zamknij się! Możesz sobie wsadzić gdzieś te twoje piękne słówka. Skończyło się. Słyszysz? Co? (...) Nie. Nie chcę tego słuchać. Odłożę słuchawkę, jak mi się zechce. Nie, mój panie. Rzygam już twoimi kłamstwami.

— Już panu powiedziałam, że nie wierzę w ani jedno pańskie słowo. Wiem, co mówię.

— Jak pani sobie życzy. Rozumiem, że mam poszukać pracy gdzie indziej.

— Nie. Co miesiąc będzie mi pan oddawał to, co pan ukradł, i nadal może pan tu pracować.

— Wolę odejść.

— W takim przypadku zadenuncjuję pana, panie Berenguer.

Matka wyciągnęła z portfela kartkę z jakimiś liczbami.

— To pańska pensja od dziś. A tu, o proszę, ta część, którą będę panu potrącać jako zwrot długu. Jestem zdecydowana odzyskać wszystko co do grosza, a z więzienia byłoby trudno. Co pan na to, panie Berenguer?

Pan Berenguer otwierał i zamykał usta jak ryba. A musiał jeszcze znieść nad sobą oddech pani Ardèvol, która wstała i pochylając się nad stołem, mówiła mu prosto w twarz, łagodnym tonem, a gdyby przydarzyło mi się coś dziwnego, to niech pan nie zapomina, że wszystkie informacje i instrukcje dla policji zostały zdeponowane w sejfie u pewnego notariusza w Barcelonie, dwudziestego pierwszego marca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego ósmego roku, podpisane Carme Bosch d’Ardèvol. Iks, iks, iks, notariusz, potwierdzam. I po kolejnej chwili ciszy powtórzyła i co pan na to, panie Berenguer?

 

A skoro już zebrała się na odwagę i przezwyciężyła wstyd, z równym tupetem poprosiła o audiencję u gubernatora cywilnego Barcelony, znienawidzonego Acedo Colungi. Wchodząc w rolę wdowy po generale Moraguesie, pani Carme Bosch d’Ardèvol domagała się sprawiedliwości od osobistego sekretarza gubernatora.

— Sprawiedliwości w jakiej sprawie?

— Chodzi o zabójstwo mojego męża.

— Najpierw muszę się dowiedzieć, o czym pani mówi.

— W formularzu, który kazano mi wypełnić, wyjaśniłam, z jakiego powodu proszę o audiencję, ze wszystkimi szczegółami. — Pauza. — Przeczytał pan?

Sekretarz gubernatora zajrzał do papierów na biurku. Przeczytał je z uwagą. Czarna wdowa, starając się oddychać spokojnie, pomyślała, co ja tu robię, narażając się dla mężczyzny, który lekceważył mnie od samego początku i przez całe kurrrewskie życie nigdy mnie nie kochał.

— Bardzo dobrze — powiedział sekretarz. — A czego pani oczekuje?

— Chcę rozmawiać z jego ekscelencją gubernatorem cywilnym.

— Już pani rozmawia ze mną, a to na jedno wychodzi.

— Chcę rozmawiać z gubernatorem osobiście.

— Niemożliwe, niech pani to sobie wybije z głowy.

— Ale...

— Nic z tego.

Nic nie wskórała. Kiedy wychodziła z gmachu, w którym urzędował gubernator cywilny, na trzęsących się z bezsilnej wściekłości nogach, postanowiła, że da już sobie spokój. Może większy wpływ na tę decyzję miało pojawienie się mojego anioła stróża niż arogancja frankistowskiej władzy. A także docierające z różnych stron wkurzające sugestie, że Feliks był jakimś rozbuchanym lubieżnikiem. A może wreszcie doszła do wniosku, że nie warto było domagać się sprawiedliwości dla kogoś, kto był dla niej niesprawiedliwy. Może to było tak. A może inaczej. No dobrze, przyznaję się: nie mam zielonego pojęcia; zaraz po moim ojcu największą zagadką w moim życiu, zanim poznałem ciebie, była moja matka. Ale stało się inaczej: upłynęły zaledwie dwa dni, a już sytuacja trochę się zmieniła, a wraz z nią również uległy zmianie jej plany, i na ten temat mam informacje z pierwszej ręki; nie muszę niczego zmyślać.

— Rzrzrzrzrzrzrzrzrz.

Ja otworzyłem drzwi. Matka wróciła przed chwilą po awanturze w sklepie i zdaje się, że była w łazience. Wszedł komisarz Plasencia, poprzedzony smrodem tabaki.

— Zastałem panią Ardèvol? — Skrzywił się jakoś dziwnie, jakby chciał się do mnie uśmiechnąć. — My się już chyba znamy, prawda? — powiedział.

Matka wpuściła komisarza i jego śmierdzącą aurę do gabinetu. Serce waliło jej bum, bum, bum, a mnie bim, bam, bom, bo musiałem zwołać pilną naradę z udziałem Czarnego Orła i Carsona, bez wierzchowców, żeby uniknąć hałasu. Balkon, na który wychodziło okno gabinetu, zajmowała akurat Mała Lola, dlatego zdobyłem się na szaleństwo i wślizgnąłem się jak złodziej za sofę, w chwili, kiedy matka i policjant siadali, głośno szurając krzesłami. Wtedy po raz ostatni wykorzystałem sofę jako bazę szpiegowską: nogi niestety za bardzo mi urosły. Matka jeszcze wyszła na chwilę; musiała uprzedzić Małą Lolę, żeby im nikt nie przeszkadzał, nawet gdyby spłonął sklep, słyszysz, Lolu? Szybko wróciła i zamknęła drzwi, z całą naszą piątką w środku.

— Słucham pana, panie komisarzu.

— Zdaje się, że chciała pani podważyć moje kompetencje w oczach Jego Ekscelencji gubernatora cywilnego.

— Niczego nie podważam ani nie krytykuję. Po prostu domagam się informacji, która mi się należy.

— Więc teraz dowie się pani o wszystkim i zobaczymy, czy wykaże pani zrozumienie sytuacji.

— Zobaczymy — powiedziała z ironią. W milczeniu biłem jej brawo, tak jak oklaskiwała mnie kiedyś najlepsza żona najlepszego paleografa na świecie.

— Przykro mi, ale muszę panią uprzedzić, że jeżeli zaczniemy grzebać w życiu pani męża, znajdziemy bardzo nieprzyjemne rzeczy. Chce pani słuchać?

— Jak najbardziej.

Myślę, że po zjawieniu się mojego włoskiego anioła (dotknąłem z miłością medalika, który ukrywałem na szyi) matka była już przygotowana na wszystko. Dlatego dodała proszę mówić, panie komisarzu.

— Uprzedzam, że potem pani powie, że wszystko sobie zmyśliłem. Nie uwierzy mi pani.

— Niech pan jednak spróbuje.

— Bardzo dobrze.

Komisarz zrobił pauzę, a następnie zaczął jej wyłuszczać prawdę i tylko prawdę. Powiedział, że pan Feliks Ardèvol był przestępcą, który prowadził dwa domy publiczne w Barcelonie i wplątał się w ponurą aferę prostytuowania nieletniej. Czy wie pani, co to takiego dziwka, proszę pani?

— Proszę mówić dalej.

— Il fait déjà beaucoup de temps que son mari mène une double vie, madame Agdevol. Deux prostíbuls (prostiboules?) z l’agreujant (agreujant?) de faire, de... de... d’utiliser des filles de quinze ou seize ans. Je suis désolé d’être obligé de parler de tout ça.

Na szczęście przeszedł mi skurcz stopy, bo mój francuski dziś nie zdał egzaminu, i znów mogłem wrócić do trudnej, cedzonej przez zęby hiszpańszczyzny komisarza. Wydawało mi się, że Carson puścił do mnie oko, kiedy zauważył, że udało mi się opanować skurcz.

— Chce pani, żebym mówił dalej?

— Bardzo proszę.

— Zdaje się, że to po prostu była zemsta ojca jednej z tych dziewcząt, które pani mąż nakłaniał do prostytucji. Bo przed umieszczeniem ich w domu publicznym, najpierw sam je wypróbowywał. Rozumie mnie pani? — Z odrobiną emfazy: — Rozdziewiczał je.

— Hauk.

— Tak.

— To już mamy dwa słowa.

— Tak: dom publiczny i rozdziewiczyć.

— Takie to przerażające, że aż trudno uwierzyć. Niech pani się postawi na miejscu tych dziewcząt. Czy ojca tych dziewcząt. Nie będzie pani przeszkadzało, jeśli zapalę?

— Wykluczone, panie komisarzu.

— Jeśli pani sobie życzy, możemy się rozejrzeć i odnaleźć tego zdesperowanego ojca, który zniknął, kiedy już sam wymierzył sprawiedliwość. Ale w każdej chwili może wyjść na jaw mało budujące życie pani męża.

Cisza. Moja stopa zaczyna bouger encore une fois. Coś słychać. Pewnie komisarz odkłada niedozwolone cygaro. Nagle odzywa się głos matki.

— Wie pan co, panie komisarzu?

— Tak?

— Miał pan całkowitą rację. Nie uwierzyłam w ani jedno pańskie słowo. Zmyśla pan. Nie wiem tylko, po co.

— A widzi pani? Widzi pani? Uprzedzałem, że tak będzie. — Podnosząc głos: — Mówiłem czy nie? Co?

— To żaden argument.

— Ja, jeśli nie obawia się pani konsekwencji, mogę pociągnąć ten wątek. Jakie brudy znajdziemy... to wiedziałby tylko pani mąż.

— Do widzenia, panie komisarzu. Muszę przyznać, że pan się starał.

Matka wyrażała się jak Old Shatterhand, z łobuzerskim wdziękiem. Podobało mi się. Carson i Czarny Orzeł nie wierzyli własnym oczom; zrobiło to na nich takie wrażenie, że wieczorem Czarny Orzeł zapytał, czy nie mógłby się odtąd nazywać Winnetou, ale się nie zgodziłem. Matka powiedziała do widzenia, chociaż jeszcze oboje siedzieli! Od kiedy zaczęła wszystkich tresować w sklepie, nabrała teatralnych manier. Dlatego komisarzowi nie pozostało nic innego jak wstać, bełkocząc coś pod nosem. A mnie dręczyła wątpliwość, czy to, co komisarz powiedział o ojcu, czego zresztą nie zrozumiałem, było prawdą czy nie.

— Hauk.

— Tak. Pierwsze to dom publiczny, a to drugie?

— Rozkulbaczyć? — zasugerował Carson.

— Nie wiem. Coś w tym rodzaju.

— No to sprawdźmy dom publiczny. Tak, w encyklopedii Espasy.

— Dom publiczny: zamtuz, lupanar albo burdel.

— O kurczę. Musimy sprawdzić w innym tomie zamtuz.

— Zamtuz: dom publiczny, burdel, przybytek kobiet lekkich obyczajów.

Cisza. Wszyscy trzej spojrzeli po sobie zdezorientowani.

— A lupanar?

— Lupanar: zamtuz, burdel, dom publiczny. Kurczę, w kółko to samo. Miejsce lub dom, który służy za schronienie ludziom, którzy źle się prowadzą.

— No to burdel.

— Burdel: zamtuz, lupanar.

— Cholera.

— Ej, zaczekaj. Dom lub miejsce, w którym uwłacza się przyzwoitości, hałasując i bałaganiąc.

A więc ojciec miał zamtuzy, czyli hałaśliwe domy dla publiczności. I z tego powodu mieliby go zabić?

— A gdybyśmy sprawdzili „rozkulbaczyć”?

— A jak jest „rozkulbaczyć” po hiszpańsku?

Zamilkli na chwilę. Adrian był zdezorientowany.

— Hauk.

— Tak.

— W tym wszystkim nie chodzi o hałas, tylko o seks.

— Na pewno?

— Na pewno. Kiedy wojownik zaczyna dorastać, szaman wprowadza go w tajniki seksu.

— Kiedy ja będę dorastać, nikt mnie nie wprowadzi w tajniki seksu.

Cisza zabarwiona goryczą. Usłyszałem energiczne splunięcie.

— Mów, Carsonie.

— Gdybym tak mógł mówić.

— No mów, do cholery.

— Nie. Nie można, ze względu na wiek.

Szeryf Carson miał rację. Nigdy nie byłem w odpowiednim wieku na cokolwiek. Albo byłem za młody, albo jestem za stary.

15

— Włóż ręce do ciepłej wody. Wyciągnij, wyciągnij, żeby ci za bardzo nie zmiękły. Ruszaj się. Nie denerwuj się. Uspokój się. Ruszaj się. Oddychaj głęboko. Stań. Właśnie tak. Bardzo dobrze. Pomyśl o tym, co będzie, jak się zacznie. Wyobraź sobie, jak wychodzisz na scenę, jak się kłaniasz. Świetnie. No, ukłoń się. Nie, człowieku, nie tak, cholera. Musisz się pochylić, jakbyś chciał się ukorzyć przed publicznością. Ech, nie naprawdę. Tylko tak, żeby publiczność uwierzyła w twoją pokorę; ale jak już wzniesiesz się na takie wyżyny jak ja, będziesz wiedział, że ty jesteś najlepszy, a inni powinni padać przed tobą na kolana. Mówiłem, żebyś się nie denerwował. Wytrzyj ręce; chcesz się przeziębić? Weź skrzypce. Przytul je, zapanuj nad nimi, pamiętaj, że ty im rozkazujesz, a one mają podporządkować się twojej woli. Myśl o pierwszych taktach. Tak, bez smyczka, pomyśl, jak go prowadzisz. Świetnie. A teraz możesz sobie ćwiczyć gamy.

Mistrz Manlleu wyszedł z garderoby na miękkich nogach, a ja wreszcie mogłem odetchnąć. Gamy mnie uspokajały, dźwięki płynęły bez przeszkód, bez zgrzytów, smyczek płynnie prześlizgiwał się po strunach, odmierzałem kalafonię, oddychałem głęboko. I wtedy Adrian Ardèvol powiedział sobie nigdy więcej, to było dla niego torturą, nie nadawał się do pokazywania na scenie jak towar na wystawie, może ktoś kupi i zapłaci paroma oklaskami. Z sali koncertowej dochodziły dźwięki preludium Chopina, w bardzo ładnym wykonaniu; wyobraził sobie piękną dziewczynę, pieszczącą klawisze pianina; nie wytrzymał, zostawił skrzypce w otwartym futerale i wyszedł; zobaczył ją zza kurtyny, tak, to była dziewczyna, była więcej niż piękna; zakochał się w niej na zabój, od pierwszego wejrzenia; w tej samej chwili zapragnął być jej fortepianem. Kiedy nieziemska dziewczyna skończyła i ukłoniła się, Adrian zaczął klaskać entuzjastycznie i wtedy poczuł niecierpliwy dotyk czyjejś ręki na swoim ramieniu.

— Co do cholery tu robisz? Przecież teraz twoja kolej!

Odprowadzając go do garderoby, mistrz Manlleu powiedział, co myśli o moim braku profesjonalizmu, o dwunasto- czy trzynastoletnim gówniarzu, który nie wykazuje żadnego entuzjazmu przed swoim pierwszym recitalem, twoja matka i ja poświęcamy się dla ciebie, a ty gdzieś się włóczysz. Tyle osiągnął, że naprawdę zacząłem się denerwować. Kazał mi przywitać się z panią Marí, która już czekała gotowa do wyjścia na scenę (Widzisz? To się nazywa profesjonalizm!), a pani Marí puściła do mnie oko i powiedziała nie przejmuj się, grałeś bardzo dobrze, a teraz pójdzie ci jeszcze lepiej. Żebym tylko nie przyspieszał na początku: ty nadajesz tempo, a ona się dostosuje, nie spiesz się. Tak jak na ostatniej próbie. Wtedy Adrian poczuł oddech mistrza Manlleu na swojej piersi:

— Oddychaj. Nie patrz na publiczność. Ukłoń się elegancko. Stopy lekko rozstawione. Patrz w głąb sali i zaczynaj, nawet jeśli akompaniatorka nie jest jeszcze gotowa. Ty tu rządzisz.

A ja wolałbym się dowiedzieć, kim jest ta dziewczyna, która grała przede mną, żeby ją pozdrowić albo dać jej całusa, albo rzucić się jej na szyję, albo wąchać jej włosy, ale najwidoczniej ci, którzy skończyli, wychodzili z drugiej strony, a ja usłyszałem zapowiedź młody talent Adrian Ardèvol i Bosch, przy fortepianie Antònia Marí. Czyli teraz powinniśmy wyjść na scenę i zauważyłem, że Bernat, który mi przysięgał nie martw się, naprawdę, Adrian, uspokój się, nie przyjdę, obiecuję, oczywiście siedział w pierwszym rzędzie, ten „marika”, i, jak mi się wydawało, ironicznie uśmiechał się pod nosem. Na dodatek przyszedł ze swoimi rodzicami, co za kretyn. Obok matka, w towarzystwie dwóch mężczyzn, których nie znałem. Oraz mistrz Manlleu, który teraz dołączył do towarzystwa i szeptał jej coś na ucho. Sala wypełniona w połowie nieznajomymi ludźmi. Poczułem pilną potrzebę pójścia do łazienki. Powiedziałem pani Marí na ucho, że muszę zrobić siku, a ona mnie uspokoiła, że nikt nie wyjdzie, dopóki mnie nie usłyszy.

 

Adrian Ardèvol nie skierował się do łazienki. Poszedł do garderoby, zamknął skrzypce w futerale i tam je zostawił. Kiedy biegł do wyjścia, zaszedł mu drogę Bernat, który patrzył na niego przerażony i mówił dokąd to, dzikusie. A on na to do domu. Bernat: zwariowałeś? Adrian: musisz mi pomóc. Powiedz, że zabrali mnie do szpitala czy coś w tym rodzaju; wyszedł z sali koncertowej Casal del Metge wprost na nocny ruch na Via Laietana; poczuł, że strasznie się poci, i poszedł prosto do domu. Minęła bardzo długa godzina, zanim się dowiedział, że Bernat zachował się jak na przyjaciela przystało; wrócił i powiedział matce, że źle się czuję i że zabrali mnie do szpitala.

— Do jakiego szpitala, na litość boską?

— Skąd mam wiedzieć; trzeba zapytać taksówkarza.

Na środku korytarza stał mistrz Manlleu i wydawał sprzeczne polecenia, całkiem wytrącony z równowagi obecnością towarzyszących mu nieznajomych, którzy z trudem powstrzymywali się od śmiechu, a dalej była zapora w postaci Bernata, któremu zawdzięczam, że powstrzymał napór na tyle długo, żeby po wyjściu na zewnątrz nie zdążyli zobaczyć, jak biegnę przed siebie ulicą Via Laietana.

Godzinę później już byli na miejscu, ponieważ Mała Lola zdradziła mnie; widząc, że wracam do domu jak zbity pies, ta idiotka zadzwoniła do Casal del Metge — dorośli tak mają, że pomagają sobie nawzajem — a teraz matka kazała mi wejść do gabinetu, gdzie również zaprosiła mistrza Manlleu, i zamknęła drzwi. To było straszne. Matka: co ty sobie wyobrażasz. Ja, że już nigdy nie dam się namówić. Matka: co ty sobie wyobrażasz; a mistrz załamuje ręce, powtarzając nie do wiary, nie do wiary. Ja: że koniec, że mam już dość, że chcę mieć czas na czytanie; matka: nie, będziesz grał na skrzypcach, a jak dorośniesz, podejmiesz decyzję; ja: właśnie ją podjąłem. Matka: w wieku trzynastu lat nie możesz decydować; ja, oburzony: trzynaście i pół!, a mistrz tylko załamuje ręce i powtarza nie do wiary, nie do wiary; matka: co ty sobie wyobrażasz, już po raz drugi czy trzeci, i jeszcze dodała ja tu wydaję fortunę na lekcje, a ty... na to mistrz Manlleu, który zrozumiał aluzję, wtrącił się, że lekcje wcale nie były drogie. Owszem, kosztowały swoje, ale biorąc pod uwagę jego pozycję, to wcale nie było dużo; na to matka: moim zdaniem są drogie, i to bardzo. Na to mistrz Manlleu, że jeśli są za drogie, to niech pani sama sobie radzi, pani i pański syn, żaden z niego Ojstrach. A matka odparowywała: nie ma mowy, sam pan powiedział, że chłopiec się nadaje i że zrobi pan z niego skrzypka. Tymczasem ja byłem już spokojniejszy, bo piłka była teraz na ich boisku i nawet nie musiałem tłumaczyć ich rozmowy na francuski. W tym momencie Mała Lola, pettegola delatora, wsadziła głowę do gabinetu, informując, że jest pilny telefon z Casal del Metge, a matka wychodząc, powiedziała, żeby mi nikt się stąd nie ruszał, zaraz wracam, i wtedy mistrz Manlleu zbliżył swoją twarz do mojej i powiedział pieprzony tchórz, miałeś sonatę wykutą na blachę, a ja mu na to, że wszystko mi jedno, że nie chcę grać przed publicznością. A na to on: co Beethoven by o tym pomyślał? Ja: Beethoven już nie żyje i o niczym się nie dowie. Na to on: niedowiarek. Ja: „marika”. Zapadła gęsta cisza w trudnym do określenia kolorze.

— Co powiedziałeś?

Staliśmy nieruchomo, jeden naprzeciwko drugiego. Wtedy wróciła matka. Mistrz Manlleu, z otwartymi ustami, jeszcze nie mógł dojść do siebie. Matka powiedziała, że za karę wolno mi wychodzić z domu tylko do szkoły i na lekcje skrzypiec. A teraz marsz do pokoju; jeszcze się okaże, czy dostaniesz dziś kolację, czy obędziesz się bez. No już. Mistrz Manlleu trwał nadal z otwartymi ustami i wzniesioną ręką. Nie nadążał za gniewem, który dusiliśmy w sobie ja i moja matka.

W akcie buntu zamknąłem drzwi do pokoju, nie przejmując się tym, co na to matka. Otworzyłem skrzynkę ze skarbami, gdzie poza Czarnym Orłem i Carsonem, którzy mogli swobodnie z niej wychodzić, ukrywałem wszystkie swoje sekrety. O ile sobie przypominam, był tam podwójny maserati, szklane kule, które nastrajały marzycielsko, i anielski medalik, kiedy nie nosiłem go na szyi, jako wspomnienie po moim aniele i jego karminowym uśmiechu wypowiadającym ciao, Adriano. Adrian wyobrażał sobie, że jej odpowiada ciao, angelo mio.

Kazał mu przyjść do zakurzonej sali, w której dzieciarnia odbywała lekcje solfeżu, w sąsiednim budynku. Kiedy znalazł się w ciemnym, spokojnym korytarzu, ucichły krzyki kolegów uganiających się za piłką, przytłumione warstwą kurzu zalegającego na podłodze. W głębi korytarza, w ostatniej sali, paliło się słabe światło.

— No proszę, oto i nasz artysta.

Ojciec Bartrina był kościstym mężczyzną, wysokim i chudym, w za luźnej, ale przykrótkiej sutannie, spod której wystawały zniszczone spodnie. Ponieważ z powodu wzrostu musiał ciągle się schylać, miało się wrażenie, jakby zamierzał rzucić się na swojego rozmówcę. Ale tak naprawdę był miły w obejściu i pogodził się już z tym, że żadnego ucznia nie zdoła zainteresować solfeżem. Jednak był nauczycielem muzyki, więc uczył, czego musiał uczyć, koniec kropka. Miał tylko problem z zachowaniem choćby pozorów autorytetu, ponieważ wszyscy uczniowie, nawet ci, którzy fałszowali albo nie mieli pojęcia, w którym miejscu zapisać fa, nigdy nie powtarzali klasy z powodu muzyki. To sprawiało, że szedł przez życie, wzruszając ramionami, byle do przodu, w towarzystwie ogromnej tablicy z czterema czerwonymi pięcioliniami, na których przedstawiał absurdalną różnicę między nutą czarną (która namazana była białą kredą) a białą (kółeczko obramujące czarny kolor tablicy). I tak przemijali uczniowie i mijały lata.

— Dzień dobry.

— Słyszałem, że grasz na skrzypcach.

— Tak.

— I że nie chciałeś wyjść na scenę w Casal del Metge.

— Tak.

— Dlaczego?

Adrian przedstawił mu swoją teorię na temat doskonałości, jakiej się wymaga od wykonawcy.

— Nie wykręcaj się doskonałością. Po prostu miałeś tremę.

Teraz ojciec Bartrina przedstawił mu teorię na temat tremy artystów, którą wyczytał w jakimś angielskim piśmie muzycznym. Nie. To nie to samo, pomyślałem. Ale trudno było mu to wytłumaczyć. Nie, żebym się bał; ja po prostu nie chcę dążyć do doskonałości. Nie chcę poświęcić się zawodowi, który wyklucza możliwość błędu czy wątpliwości.

— Błędy i wahania zawsze towarzyszą wykonawcy, ale tylko na próbach. Kiedy gra przed publicznością, już przezwyciężył wątpliwości. Koniec kropka.

— Zawracanie głowy.

— Co takiego?

— Przepraszam. Nie zgadzam się. Za bardzo kocham muzykę, żeby ją uzależniać od złej pozycji palca.

— Ile masz lat?

— Trzynaście i pół.

— Nie rozumujesz jak dziecko.

Strofował mnie? Na próżno próbowałem wyczytać intencję z jego spojrzenia.

— Dlaczego nie przystępujesz do komunii?

— Nie jestem ochrzczony.

— O mój Boże.

— Nie jestem katolikiem.

— To kim jesteś? — Ostrożnie, dając Adrianowi czas na zastanowienie. — Protestantem? Żydem?

— Nikim. Jak wszyscy w moim domu.

— Powinniśmy o tym spokojnie porozmawiać.

— Moi rodzice uzyskali zgodę szkoły na niepodejmowanie dyskusji na ten temat.

— O mój Boże. — I sam do siebie: — Muszę to sprawdzić. Wtedy znów przyjął ton oskarżycielski:

— Słyszałem, że masz ze wszystkiego oceny celujące.

— No tak. Ale to nie moja zasługa — próbowałem się bronić.

— Dlaczego?

— Bo wszystko łatwo mi przychodzi. Mam dobrą pamięć.

— Tak?

— Tak. Wszystko pamiętam.

— Możesz grać bez nut?

— Oczywiście. Jeśli wcześniej raz przeczytam partyturę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?