Jaśnie pan

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Przepraszam, zamyśliłem się – usprawiedliwił swoje roztargnienie.

– Mam wrażenie, że tu chodzi o mord rytualny. – Szef policji odsunął się z don Rafelem od miejsca zbrodni. Tamten wyciągnął z kieszeni tabakierkę, żeby zająć czymś ręce. Wziął szczyptę i przez chwilę trzymał tabakę w palcach, prowadząc rozmowę:

– Jakie morderstwo? – zapytał przestraszony. Zawsze kiedy coś się nie zgadzało z jego schematami, uprzedzał się do rozmówcy...

– Chcę powiedzieć, że morderca działał tak, jakby ta śmierć stanowiła część ceremonii. Doktor twierdzi, że już po pierwszym pchnięciu kobieta była martwa.

– Coś takiego... – Spojrzał na łóżko, odetchnął głęboko i dokonał tytanicznego wysiłku, by wrócić do roli cywilnego prezesa Trybunału Królewskiego. – Chcę mieć winnego czy winnych jeszcze dziś. – Wciągnął tabakę przez nos, nadrabiając miną. – Mam nadzieję, że to do pana prokuratora dotarło.

– Ależ jaśnie panie! – zaprotestował d’Alòs, stojący przy łożu. Wtedy don Rafel poczuł się lepiej.

– Widzę, że pan mnie zrozumiał... Pana to też dotyczy, don Jerónimo – zdecydował się dodać. I głośno zatrzasnął tabakierkę. – Wiecie, dokąd się wybierała z Barcelony ta Desflors?

– Nie, szczerze mówiąc... – Prokurator chciał powiedzieć, że nawet nie wiedział o jej przyjeździe do Barcelony.

– Do stolicy. Miała wystąpić przed królem.

I wszystko stało się jasne. Don Rafel Massó wsunął tabakierkę do kieszeni kamizelki i wyciągnął chustkę, bo kichnięcie zapowiadało się na iście orgiastyczne. Ale niestety nic z tego nie wyszło, bo kiedy pochylał głowę, napotkał kpiące spojrzenie znienawidzonego Portugalczyka Setúbala, syna wielkiej kurwy.

– Policja zrobi wszystko, co możliwe, by spełnić pańskie życzenie, jaśnie panie – powiedział don Jerónimo.

I faktycznie. Wzorowa, szybka, skuteczna i stanowcza akcja policji doprowadziła do wykrycia i aresztowania mordercy w parę godzin po tym, jak Antònia, Tomasa, Nelson i Ricarda ogłosiły południe.

Stojąc na środku sali, Andreu nie zwrócił uwagi na bezkresne malowidło, pokrywające jedną z bocznych ścian, ufundowane jednogłośną decyzją pierwszej rady miejskiej, jaka się ukonstytuowała po wejściu w życie Nowej Ustawy już osiemdziesiąt lat temu. Przedstawiało w żywych, radosnych barwach pierwszego Burbona, który położył łapę na Barcelonie, usadowionego na galopującym koniu. W lewej ręce trzymał lejce, a w prawej mocno dzierżył buławę, symbol władzy, i wpatrywał się uważnie w obiektyw, pewny siebie, zwycięski, z niemodną peruką à la Ludwik XIV na głowie, sięgającą mu prawie do królewskiego pasa. Nad nim, wśród obłoków, kilka grających na trąbach aniołów podtrzymywało wspaniałą szarfę, na której niebiańskim atramentem zapisane zostały słowa: philippus V hispaniarum rex, et ipse nominatus inter tres robustus, z tym że pozostali dwaj na swoje nieszczęście nie byli tak robusti jak ów philippus. Pod kopytami konia lew w agonii, z wyrazem obrzydzenia na pysku – Niemcy to czy perfidny Albion? – kontemplował apoteozę hispaniarum rex, podczas gdy zwycięskie wojska maszerowały w głębi obrazu, dyskretnie relegowane do roli tła. Nie w głowie mu było podziwianie detali malarskiego hołdu dla króla, ponieważ w tym właśnie momencie i w tej właśnie sali, należącej do Trzeciego Departamentu, czyli Departamentu Kryminalnego Trybunału Królewskiego w Barcelonie, Andreu został oficjalnie oskarżony o zamordowanie francuskiej śpiewaczki magidelop deflogs, zbrodni dokonanej tej nocy między północą a czwartą nad ranem. Jeżeli oskarżony nie ma nic na swoją obronę, zostaje aresztowany aż do rozprawy. Audytor Departamentu Kryminalnego odczekał parę sekund, spojrzał na Andreu ze znudzoną miną, a ponieważ ten tylko otwierał i zamykał usta, nie wydając żadnego dźwięku, uznał przesłuchanie za zakończone i nakazał starszemu woźnemu, by odprowadził oskarżonego do więzienia, po dopełnieniu odpowiednich formalności.

Andreu, z rękami związanymi na plecach, dał się odprowadzić, nie rozumiejąc, co się z nim dzieje, przez dwóch żołnierzy do jakiegoś brudnego pomieszczenia, w którym były tylko gołe ściany, stół, dwa krzesła i smród.

– Masz tu czekać i nie robić żadnych głupot, rozumiesz?

Dopiero kiedy woźny zostawił go z dwoma żołnierzami, Andreu się ocknął, nie, nie! czyście powariowali? ale żołnierze wpatrywali się w ścianę, wiadomo, strażnicy sądowi to najgorsze skurwysyny, zdemoralizowani przez ciągły kontakt ze skazanymi na szubienicę. I kiedy już Andreu zdecydował się zapytać, czemu milczycie, otworzyły się drzwi i wtargnął gęsty, zawiesisty, wymiotny odór brudnego, mokrego filcu, a w ślad za nim zjawił się wysoki, chudy mężczyzna, ubrany w staroświecki płaszcz przemoczony do suchej nitki, bo już od godziny w Barcelonie lał deszcz. Przybysz nieprzyjemnie kaszlał. Nie ściągnął trójgraniastego kapelusza, nasadzonego na perukę à la Karol III, nieco nadgryzioną przez mole. Cały jego wygląd, nawet biorąc poprawkę na miejsce, w którym się znajdowali, był absurdalnie anachroniczny. Przyniósł opasłą teczkę; położył ją na stole i odezwał się zmęczonym głosem. Najwyraźniej smród mokrego filcu jemu nie przeszkadzał. Nawet sobie pozwolił bez skrępowania głośno, obrzydliwie się wysmarkać.

– Andreu Perramon?

– Ja nic nie zrobiłem.

– Jasne, jasne. Andreu Perramon?

– Tak.

– Urodzony i zamieszkały w Barcelonie? Przy ulicy Capellans?

– Tak, ale ja...

– Czym się zajmujesz?

– No więc, niczym konkretnym... Piszę... Jestem poetą.

– Ale jakoś musisz zarabiać na życie!

– Ach!... No, tak... Uczę dzieci śpiewu... Ale niech mnie pan wysłucha, ja nic nie zrobiłem.

– Jasne, jasne. A teraz bądź tak uprzejmy i opowiedz mi wszystko po kolei.

– Co mam opowiedzieć?

– Cholera, no, jak ją zabiłeś. Musimy znaleźć jakiś punkt zaczepienia dla obrony.

Andreu prychnął ze zniecierpliwienia i oburzenia. Nos go swędział, a ręce miał związane na plecach.

– Czy naprawdę nikt mi tu nie wierzy?

Na twarzy adwokata pojawił się znużony uśmiech. Nie przestając się uśmiechać, wziął teczkę i otworzył. Teraz całą swoją wyobraźnię skupił na mozolnym wymyślaniu następnego pytania.

– Odmawiasz współpracy?

– Ależ... ale... ja nic nie zrobiłem! Jak mam się do czegokolwiek przyznawać...

Kiedy adwokat usłyszał te słowa, hałaśliwie pociągnął nosem i głośno zatrzasnął teczkę.

– Zgoda, młodzieńcze. Zobaczymy się w sądzie.

Pstryknął palcami i wyszedł. Andreu został sam na sam z burzą myśli, pogrążony w smrodzie wilgotnego filcu, który zostawił po sobie urzędowy najmimorda.

Z dawnego pałacu Generalitat, gdzie obecnie mieścił się Trybunał Królewski, Andreu został odprowadzony pod eskortą ulicą Baixada de la Presó aż do złowieszczego budynku przy placu Blat, miejsca, z którym siebie nie kojarzył nawet w najgorszych koszmarach. On i dwaj towarzyszący mu żołnierze ze stoickim spokojem mokli na deszczu. Dobrze mu zrobiło świeże powietrze; w każdym razie kiedy Andreu odetchnął pełną piersią, już nie widział sprawy tak ponuro: to nieporozumienie wkrótce się wyjaśni. Co za szczęście, że padało i na ulicy było mało ludzi, dzięki temu na tej krótkiej trasie nikt go nie zobaczy i nie powie: popatrz, jaki młody człowiek, co też on mógł przeskrobać.

W więzieniu, kiedy już minęli coś w rodzaju nędznej stróżówki, gdzie jakiś nieszczęśnik łapał pchły, stanęli przed grubą kratą.

– Jeszcze jeden? – usłyszeli głos ze środka. Otworzył im uśmiechnięty mężczyzna z długimi białymi włosami, i wpuścił Andreu i żołnierzy. Dziwne, ale starzec ani na chwilę nie przestawał się uśmiechać.

– Muszę porozmawiać z tym, kto tu rządzi – oświadczył Andreu, chcąc jak najszybciej wyjaśnić nieporozumienie.

– Z naczelnikiem? – upewnił się stary.

– No właśnie.

– A ja chciałbym zobaczyć papieża w Rzymie – znów się uśmiechnął. – Proszę za mną.

– Nie, ja nie żartuję.

– To dobrze. Ale teraz masz iść za mną.

W tych ścianach, jakby świadomych swojej roli, wszystko wydzielało woń więzienia. Długi, ciemny korytarz, strażnik dzwoniący pękiem kluczy, z latarnią w dłoni, schody w dół, które nie wiadomo dokąd prowadziły, maleńkie, zakratowane okienka, o mój Boże, to się dzieje naprawdę!

– Powiedziałem, że chcę rozmawiać z naczelnikiem! Oskarża się mnie o coś, czego nie popełniłem!

– Tędy. Wy dwaj nie możecie iść dalej.

Kiedy milczący żołnierze zostali po drugiej stronie kolejnej kraty, Andreu poczuł się przerażająco samotny, jakby to przypadkowe towarzystwo stanowiło ostatnią więź ze światem zewnętrznym. O mój Boże, co tu się dzieje?

Za zakratowanymi drzwiami zaczęły się kolejne schody, spiralne, prowadzące w dół, choć trudno było uwierzyć, że to jeszcze nie dno tej studni nieszczęścia. Dolne piętro, pozbawione naturalnego światła, okazało się królestwem cieni. Graniczyło z cudem, że klucznik nie zderzył się z żadnym z nich i poruszał się sprawnie w tej jamie, aż zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami. Otworzył. Od zaduchu, jaki wyszedł im naprzeciw po przekręceniu klucza, Andreu nieomal zemdlał. Smród był niewyobrażalny.

– O mój Boże, co tu tak śmierdzi?

Klucznik, przyzwyczajony do wszystkich możliwych kombinacji woni, uznał ten komentarz za nieciekawy. Zamiast odpowiedzi popchnął go i Andreu znalazł się w środku, w miejscu, gdzie królował rozkład materii. W ciemności, powstrzymując siłą woli odruch wymiotny, Andreu usłyszał za sobą szczęk rygla. Nie ruszał się z miejsca i czekał, aż oczy oswoją się z ciemnością. Chyba się bał, że jeśli zrobi krok, wdepnie w źródło tego smrodu. Znów mu wszystko podeszło do gardła, a po wymownym geście i odgłosie można było poznać, że wymiotuje. W głębi tego wywołującego mdłości smrodu rozległ się śmiech i głos przesiąknięty czarną wilgocią:

 

– Oj, chyba ci to miejsce nie służy.

Andreu się przestraszył. Nie wyobrażał sobie, że ktoś jeszcze może tu być. Jak ktoś mógłby tu przebywać, w takiej ciemności i... och, w tym potwornym smrodzie, który zapierał dech i wiercił w nosie...

– Kto tu jest? – zapytał ostrożnie. Głos znów się roześmiał.

– Kto tu jest? Pięciu czy sześciu ludzi szczęśliwych, że mogą cię poznać – ciągnął dalej przegniły głos.

– Pięciu czy sześciu?

– Jest tu taki jeden, który... – Słychać było uderzenie. – Ej, ty, młody! – Głos znów podjął dialog z Andreu. – Jest taki jeden, co to i jest, i nie jest. Nie przeżyje dzisiejszego dnia.

Andreu zasłonił sobie twarz koszulą jak tarczą. Znów usłyszał ten sam głos i śmiech:

– Pewnie byś sobie życzył pojedynczą celę?

Andreu nie odpowiedział. Bał się zaczerpnąć powietrza, żeby nie napełnić płuc całym tym świństwem. Głos ciągnął dalej swój monolog:

– Wybij to sobie z głowy. Już lepiej znosić cudze gówna niż walić głową w mur.

Z jednego rogu dochodziło, dopiero teraz to zauważył, słabe światło. Jego źródłem okazało się maleńkie okienko, wysoko w górze, za którym można było się domyślać listopadowego wieczoru. Podszedł do tego kąta z nadzieją, jakby oczekiwał, że tam będzie mógł oddychać bez przeszkód.

– Od jak dawna tu jesteś? – rzucił pytanie w ciemność.

Głos znów się roześmiał. Najwyraźniej rozbawiło go to pytanie. A potem zapadła cisza. Po kilku sekundach usłyszał ochrypłe, martwe słowa:

– Co za różnica. Nie wiem. Ponad dziesięć lat.

– Co chcesz robić w ogrodzie, przecież pada! – gderała doña Marianna. – Nie rozstawisz tam swojego teleskopu, Rafel!

Don Rafel, nie wdając się w dyskusję z żoną, otworzył drzwi. Podniósł kołnierz fraka. Doña Marianna miała rację: padało i było zimno; nie mógł wynieść na zewnątrz teleskopu, by podglądać magiczną Mgławicę Oriona. Ale on chciał rozmyślać o doñi Gaietanie, a cudzołożne myśli potrzebują otwartej przestrzeni, żeby nabrać rozmachu. Faktycznie, prawdziwa ulewa, pomyślał. Na razie stał oparty o ścianę, chroniąc się pod balkonem. W pogrążonym w ciemnościach ogrodzie dało się słyszeć tylko szum kropel, delikatny, uspokajający szmer, całkowicie obojętny na jego niebotyczne pragnienia, o moja Gaietano. Doña Gaietana była kobietą bezapelacyjnie nieosiągalną: bo mieszkała po drugiej stronie ulicy, bo była baronową, bo była wyzywająco piękna, olśniewająca, bo była damą trzymającą innych na dystans, bo miała tylko dwadzieścia lat, a on był już po pięćdziesiątce, łysy, chory na wątrobę, bogaty i ustosunkowany, ale bez tytułu. Don Rafel cierpiał, bo był bardzo kochliwy i z tego powodu spotykało go wiele przykrości. Szkoda gadać. I żeby sobie nie zaprzątać głowy ciągle tym samym, wszedł do ogrodu i wystawił się na zimne, nieprzyjemne strugi. Od razu wdepnął w kałużę i nie minęło nawet pół minuty, a już musiał przyznać, że doña Marianna jak zwykle miała rację, i jak zwykle postanowił dokonać bohaterskiego czynu i postawić na swoim, żeby zrobić jej na złość. Podszedł do klombu usytuowanego na środku, najbardziej okazałego ze wszystkich, obsadzonego gęsto odpornymi na zimno begoniami, na którym nowy ogrodnik koniecznie chciał teraz posadzić tulipany z Holandii, taki rodzaj cebulki dającej ponoć bardzo ciekawy kwiat. Odruchowo podniósł głowę. Nie ma co marzyć o gwiazdach! Krople deszczu wpadły mu do oczu, jakby chciały zaoszczędzić łez teraz, kiedy znów przypomniał sobie o nieszczęsnej Elvirze. Nie żeby don Rafel zrobił się mazgajem. Ale podobnie jak już od dwóch lat się nie uśmiechał, tak samo bardziej był teraz skłonny do płaczu. Patrzył na ciemną bryłę swojego pałacu i ciężko wzdychał ze zmęczenia, daleki od dumy. Poczuł, mimo deszczu, powiew morskiej bryzy. Kiedy uznał, że jest już wystarczająco przemoknięty i że będzie oczywiste dla służby i dla pani, że nie wziął sobie do serca dobrej rady doñi Marianny, wrócił do domu, gotów spędzić kolejną noc z otwartymi oczami. Jak tyle innych.

.

Collbató, 12 listopada 1799

Kochany Ziomku, odstępując od mojej zdecydowanej niechęci do pisania, którą tak krytykowałeś, podjąłem męską decyzję i zabieram się do spełnienia złożonej Ci przeze mnie ryzykownej obietnicy. Nasz regiment zatrzymał się w Collbató. Mogę podziwiać sobie do woli górę Montserrat. Mimo że w dzieciństwie spędziłem pięć długich, owocnych, muzycznych lat w chórze Escolania w tym klasztorze, pejzaż górski oglądany z daleka wywołuje we mnie całkiem inne emocje. To bardzo dziwna góra. Wygląda tak, jakby się składała z loków jakiejś panienki czy z bagietek, tych małych bagietek wypiekanych przez Domingę przy ulicy Rec. Tak, tak, zdaję sobie z tego sprawę, Andreu, że już tęsknię; choć Ty mnie uważasz za poszukiwacza przygód, który nie potrafi usiedzieć w miejscu, mam miękkie serce, jestem sentymentalny i zawsze wracam. Pewnego dnia przedstawię Ci moją teorię tęsknoty i nostalgii: ma wiele wspólnego z tym, że ni z tego, ni z owego nagle zabierasz się do komponowania muzyki lub pisania poezji... No, opowiem Ci innym razem. To skojarzenie z lokami dedykuję Twojej mademoiselle. Obiecałeś mi szczegółową relację z Waszego romansu. Słuchaj, zrobimy tak: napisz do mnie do Madrytu, na adres Koszary Główne w... cholera, nie wiem dokładnie gdzie, później Ci podam adres. Jak dobrze pójdzie, Twój list dotrze do celu przede mną. Powiedzieli nam, że będziemy tam stacjonować przez miesiąc, zanim się uformuje konwój do Malagi. Zgoda? Opisz mi ze szczegółami wszystkie wspaniałości panny Desflors. Wiesz, że nigdy jeszcze nie przespałem się z żadną cudzoziemką? Czy mają wszystko na swoim miejscu? Jak się z nimi dogadać? Dobrze, nie przejmuj się... Jest ósma wieczór, ciemno, pada deszcz, słyszę kap-kap na dachu namiotu i zastanawiam się, jak mogłem być tak głupi, żeby się znaleźć tu, w Collbató, vis-à-vis Montserratu, w samym sercu regimentu, któremu wcale się nie spieszy do Saragossy, po forsownym dniu w drodze, jakby goniło nas sto diabłów. Rozumiesz mnie?

Drogi Andreu, nie wiem, czy wytrwam do jutra w postanowieniu pisania do Ciebie codziennie, choćby paru linijek. Wiem, Tobie pisanie przychodzi łatwo... Doceń moje poświęcenie. Czego się nie robi dla przyjaciół. W następnym liście mam zamiar mówić o Twoich wierszach, których Ty nie doceniasz, i o Twoim niezrozumiałym uporze, żeby się uważać za marnego poetę. Stary, może faktycznie jesteś marny, ale nie aż tak! (Ej, to był żart!) Skomponowałem piosenkę, fandango, do śpiewania przy akompaniamencie gitary. Pomysł przyszedł mi do głowy w Molins de Rei, a skończyłem ją w Esparreguerze. Teraz, kiedy Cię zostawię, zapiszę nuty. Kończę, bo jutro musimy wcześnie wstać i porucznik Casares, mój współtowarzysz z namiotu, zaczyna protestować. Ej, czort z nim, z tym całym Casaresem! Wiesz co? Kiedy wrócę z Malagi z operą pod pachą, jeśli wytrwam w postanowieniu, będę miał też gotową powieść epistolarną (no, pod warunkiem, że zachowasz moje listy!). Jak widzisz, nie tracę czasu.

Żegnaj, przyjacielu, mój Ty samotniku. Powiedz Twojemu ojcu, że o nim myślę. Poproś, żeby Ci zagrał Na śmierć słowika. Hej, jest tu może gdzieś wieśniaczka skłonna dzielić ze mną pryczę...? Oj, coś mi się widzi, że nie, drogi Andreu. Zostaje mi tylko słuchanie chrapania Casaresa. Nie mam pojęcia, kiedy będę miał okazję wysłać ten list. Na razie go sobie zatrzymam.

Twój przyjaciel Nando

3

Nando, drogi chłopcze. Przyjedź. Wracaj. Mój syn siedzi w więzieniu. Oskarżają go o zabicie śpiewaczki Desflors. Staram się o widzenie od tygodnia, ale jeszcze nie udało mi się z nim porozmawiać, bo nie wolno. Nie wiem, co robić. Teresa pomaga mi jak może, ale też odchodzi od zmysłów. Tylko ty możesz nam pomóc. U was w domu nikogo nie zastałem. Sam nie wiem, do kogo mógłbym się zwrócić. Wiem, że to nie od ciebie zależy, ale ty znasz ważnych ludzi. Przyjedź, Nando. Wyobrażam sobie, co teraz przeżywa Andreu. Nie pozwalają nam się z nim zobaczyć. Nie mam jak wykazać jego niewinności, żadnego dowodu! Mistrz Perramon nawet nie pomyślał, gdy pisał ten rozpaczliwy list, że jedyną osobą mogącą poświadczyć, iż Andreu Perramon nie jest mordercą, był właśnie Ferran Sorts. Mistrz Perramon nie wiedział, że młody Sorts widział żywą Desflors, która, kiedy Andreu uciekł zawstydzony, chcąc się zapaść pod ziemię w przyjaznych ciemnościach Rambli, wyszła odziana w fantazyjny szlafrok z żądaniem naprawienia kinkietu. Ponieważ nocny stróż spał, pijany maestro Vidal chrapał, a pan Arcs wziął nogi za pas, sam Sorts pomógł jej rozwiązać problem, wymieniając zepsuty świecznik na jeden z tych, które stały na dole, już pogaszone. Ona odwdzięczyła mu się za przysługę głośnym całusem w oba policzki. Oczywiście, dobre wychowanie nie pozwoliło mu zapytać o Andreu. Ale mógł poświadczyć, że o północy jeszcze żyła. O północy, kiedy Andreu znajdował się już poza hotelem. Mademoiselle Desflors powiedziała, co myśli o maestro Vidalu i o swojej pokojówce, tak bezczelnej, jakby w jej zawodzie też dało się odczuć demoralizujące skutki rewolucji, dorzuciła mu kolejne dwa całusy i poszła na górę. Oczywiście młody Sorts nie wiedział, że to były ostatnie całusy w życiu śpiewaczki. Mistrz Perramon też nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia. Jednak wczesnym rankiem, kiedy mgła lizała wilgotne ściany domów, owego dwudziestego listopada roku Pańskiego tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego dziewiątego, poszedł na pocztę przy ulicy Bòria i wynajął umyślnego posłańca, by dogonił regiment, który o tej porze powinien zbliżać się do Saragossy, niech przeczyta przy tobie ten list, który pisał zrozpaczony w nocy, razem z Teresą, zniechęcony całymi dniami beznadziejnego szlifowania bruku przed Trybunałem Królewskim, i powiedz mu, niech wraca natychmiast... On jest jedyną osobą, która może się poruszać stosunkowo swobodnie w kręgach władzy, by ocalić Andreu, Nando, poślą go na szubienicę, przyjedź, na litość boską, porozmawiaj ze znajomymi oficerami. Nando, chcą nam go zabić, a ja nie wiem, co jeszcze mógłbym zrobić, o, ja nieszczęsny. Mam nadzieję, że w ciągu dwóch dni list dotrze do ciebie do Saragossy.

– Och, bardzo mi przykro... Ale doprawdy nie wiem, jak mógłbym panu pomóc.

Ksiądz Prats poczuł się niezręcznie w obecności smutnego mężczyzny, który przyszedł do niego, bo chciał ocalić swojego syna, jakby był Bóg wie kim. Odchrząknął, zdjął okulary, znów je założył i zaczął głośno myśleć.

– Proszę mnie zrozumieć, mistrzu: opowiada mi tu mistrz jakąś skandaliczną historię... która może się przydarzyć... proszę mnie źle nie zrozumieć... tylko komuś, kto źle się prowadzi.

– Mój syn źle zrobił, zadając się z tą kobietą, proszę księdza... Ale on jej nie zabił. A za to go uwięziono.

– Jeśli więc pański syn jest niewinny, wyjdzie z tego bez uszczerbku na ciele i duszy. Ale gdyby się okazało, że jest...

– Ja wiem, że on jest niewinny, proszę księdza.

– Skąd pan wie?

– On jest niezdolny zrobić coś złego.

– Aha. Rozmawiał pan z adwokatem?

– Tak, proszę księdza. Jak grochem o ścianę. Mam wrażenie, że ta sprawa w ogóle go nie obchodzi. A ja nie mam pieniędzy, żeby wynająć innego.

– Musi pan wierzyć w sprawiedliwość.

– Ale tu chodzi o mojego syna!

W ciągu kilku sekund ciszy ściany kancelarii w Parafii Matki Bożej Sosnowej chłonęły słowa zdesperowanego starca. Było oczywiste, że Andreu jest tylko jego synem, bo poza nim i Teresą nikogo nie obchodził jego los.

– Proszę księdza, proszę mi pomóc.

– A cóż ja biedny mogę... Nie wiem, co...

– Proszę księdza, ja nie mam żadnych znajomości. Nie wiem, co zrobić, żeby ktoś wpływowy zainteresował się losem Andreu... Zostaje mi już tylko wyjść na ulicę i krzyczeć.

– Chwileczkę...

Ksiądz Prats otworzył szufladę biurka, celebrując każdy gest, żeby sytuacja nabrała uroczystego charakteru. Trzeba jakoś uspokoić tego nieszczęśnika i uciszyć własne sumienie. Namoczył pióro w kałamarzu i nabazgrał kilka linijek swoim drobnym pismem.

– Otwieram przed panem drzwi katedry – oświadczył, kiedy skończył pisać, zadowolony, że udało mu się sformułować takie okrągłe zdanie. – Oto list polecający do kanonika Cascante... – Postukał palcem w kartkę. – Sugeruję mu, żeby pana polecił kanonikowi Pujalsowi, z którym wszyscy się liczą, rozumie mnie pan? Kanonik Cascante to mój kolega z seminarium; nie odmówi mi drobnej przysługi, rozumie pan?

Wręczył mu bilecik, zadowolony, że pozbył się natręta. W gruncie rzeczy ksiądz Prats był święcie przekonany, że każdy ma, na co zasłużył, ale jak tu nakłonić zrozpaczonego ojca, żeby zrezygnował, bo skoro jego synowi grozi szubienica, to coś musiał przeskrobać, nie ma się co oszukiwać.

 

– Jestem księdzu bardzo wdzięczny – powiedział mistrz Perramon, chwytając list niczym ostatnią deskę ratunku dla syna. – Bardzo księdzu dziękuję – powtórzył, pochylając głowę.

Z bilecikiem w dłoni przeszedł do wyjścia ciemną nawą główną kościoła Matki Bożej Sosnowej. Czuł niesmak po rozmowie z księdzem Pratsem. To oczywiste, że chciał się go pozbyć, że przerastały go problemy, z którymi do niego przyszedł. Ale przede wszystkim było mu przykro, że zachował się tak, jakby nie pamiętał, że mistrz Perramon przez trzynaście lat sprawował u Matki Bożej Sosnowej funkcję dyrygenta chóru, że pracował w tej parafii, jeszcze zanim zjawił się tu ksiądz Prats. Znał wszystkie ściany, centymetr po centymetrze, każdy kąt bazyliki, skomponował motet na cześć i chwałę czcigodnego Josepa Oriola i Bogunyà, na prośbę tegoż księdza Pratsa, wniósł swój czas i entuzjazm w szlachetne dzieło zainicjowania procesu beatyfikacji czcigodnego Josepa Oriola; uczył przez trzynaście lat trzynaście roczników dzieciaków, co to takiego pięciolinia, stał się ulubieńcem księdza Boladeresa, poprzedniego proboszcza, a szkoła muzyczna, którą prowadził, była ceniona w środowisku, to znaczy, prawdę mówiąc, nie była, ale ksiądz nie musiał o tym wiedzieć, ze stu dwudziestu trzech jego utworów (sześćdziesiąt dziewięć procent o charakterze religijnym) lwia część została skomponowana na organach kościoła Matki Boskiej Sosnowej... Mistrz Perramon był rozżalony z tych wszystkich powodów i martwił się, że ta kartka jest zbyt słabą pomocą, by mogła odnieść skutek. Jasne, że pójdzie do katedry, jakże by nie! Porozmawia, z kim trzeba, jakże by nie! Ale nie wierzył w skuteczność takich gestów, prawdopodobnie z powodu głęboko zakorzenionej nieufności zwykłych poddanych wobec wszystkiego, co się wiązało ze światem władzy. Kroki mistrza Perramona obudziły echo w pustej nawie bazyliki i poczuł się wtedy mizerny jak robak i niemile widziany jak zawrót głowy.

Kiedy już znalazł się na zewnątrz, na placu Pi, czyli placu Sosnowym, łagodna mżawka zrosiła jego twarz łzami. Podniósł wzrok i pierwsze, co mu się rzuciło w oczy, był budynek Arcybractwa Najświętszej Krwi Pana Naszego Jezusa Chrystusa, potocznie zwanego Bractwem Krwi. Odwrócił głowę jak rażony piorunem, jakby sam widok siedziby tej ponurej konfraterni zwiastował nieszczęście jego synowi. Z balkonu na pierwszym piętrze pewna ciemno ubrana dama spoglądała na plac. Zauważyła wychodzącego środkowymi drzwiami bazyliki kościstego mężczyznę z papierem w dłoni. Obrzuciła go nieuważnym spojrzeniem, skupiona na rękawiczkach, którymi niecierpliwie uderzała się po ręce. Odwróciła się z nadzieją: faktycznie, drzwi się otworzyły i Josep Coll uśmiechnął się półgębkiem, co znaczyło, że zaprasza ją do środka.

– Kochana doño Marianno, co za radość – powitał ją niezbyt wylewnie dożywotni brat starszy Świętego Bractwa Krwi, instytucji specjalizującej się od niepamiętnych czasów w asystowaniu skazanym na stryczek, w sensie ludzkim i duchowym, z chrześcijańską ofiarnością, która zakładała nieczynienie różnicy ze względu na rasę, płeć, kulturę, status majątkowy, poglądy polityczne, życiowe perypetie i pochodzenie skazańca. Co znaczyło, że z taką samą religijną gorliwością towarzyszyli zarówno kobiecie oskarżonej o kradzież sześciu worków pszenicy z wojskowego ekonomatu, której udowodniono winę, jak i Holendrowi gnijącemu w więzieniu przy placu Blat za zamordowanie dwóch czy trzech portowych dziwek, na których nikomu nie zależało. A może chodziło o jakichś marynarzy? Mężczyzna i kobieta stali na środku gabinetu. Ani on jej nie zaproponował krzesła, ani ona nie zamierzała się rozsiadać. Byli na wojennej stopie, więc nie silili się na uprzejmość, na nic, czego by nie narzucało dobre wychowanie.

– Jestem przekonana, że się dogadamy – mówiła doña Marianna, idealnie naśladując styl negocjacji swojego męża – i nie będę ukrywać, że moim celem jest taka zmiana statusu, abym z Przełożonej Sympatyków Niezrzeszonych mogła awansować na czynną siostrę bracką. Mój... mój religijny zapał każe mi podejmować tego rodzaju miłosierne czyny.

– Nie wątpię – don Josep Coll był wybitnym mówcą, tak w działalności publicznej, jak w życiu prywatnym – że duchowa gorliwość, jaka panią powoduje, pochodzi z pobożnej inspiracji. Nie wątpię, gdyż nie mam powodu, by watpić. – Wyszło mu okrągłe zdanie.

– No więc?

– Więc... nigdy żadna dama nie została... siostrą w męskim Bractwie. Nigdy. To jest... coś, co dopiero trzeba by stworzyć.

– Najwyższy czas na zmiany.

– Ależ doño Marianno! Stawia mnie pani w niezręcznej sytuacji... Całe Bractwo się zbuntuje... Poza tym, szanowna pani, śmierć to widowisko, którego lepiej oszczędzić damskim oczom...

– Ach, więc o to chodzi: Boi się Pan Konfrontacji z Zarządem Bractwa. – Doña Marianna w momentach uroczystych miała zwyczaj mówić wielkimi literami. Zbierając się do wyjścia, energicznie wciągnęła rękawiczkę. – Proszę Więc się Przygotować na Konfrontację z Autorytetem Mojego Męża.

– Doño Marianno! Nie sądzę, żeby trzeba było się uciekać do tak radykalnych środków!

– Wcale tego nie chcę. To pan mnie zmusza. – Założyła drugą rękawiczkę, dając do zrozumienia, że jest gotowa opuścić gabinet. – Powinien pan wiedzieć, don Josepie, że ja nigdy nie bałam się śmierci.

– Zawsze można skorygować statut... – lawirował don Josep z zawrotem głowy, przerażony perspektywą interwencji tego lisa, cywilnego prezesa.

– Jestem przekonana, że można dokonać takiej korekty.

– A ja mogę pani zagwarantować, droga doño Marianno, że w ciągu sześciu–siedmiu lat uda się problem rozwiązać ku ogólnemu zadowoleniu.

– Kto wie, co z nami będzie za sześć czy siedem lat. Nie chcę czekać sześć czy siedem lat, najwyżej sześć czy siedem dni. I mogę panu jeszcze podać nazwiska kolejnych pięciu dam, które wyraziły tę samą wolę.

– Ależ... ja się muszę naradzić...

– To proszę tego nie odkładać. – Skinęła głową na pożegnanie. – Miło się z panem gawędziło, don Josepie. Proszę pozdrowić małżonkę.

Odwróciła się na pięcie, z podniesioną głową i sercem przepełnionym dumą.

– Nie omieszkam przekazać – podziękował ogłupiały don Josep, który od dwóch lat był wdowcem. Kiedy tylko żona cywilnego prezesa znikła mu z oczu, natychmiast zaczął się zastanawiać, jak ma przekonać starszyznę, że na mocy królewskiego dekretu kobiety są już pełnoprawnymi członkami męskiego Bractwa. Tylko mnie mogło się coś takiego przytrafić, niech szlag trafi wszystkie szubienice świata.

W drodze powrotnej doña Marianna zatopiona w myślach znosiła z rezygnacją wstrząsy powozu podskakującego na wybojach. Miała powody do irytacji: w końcu była jedną z najważniejszych dam w mieście, zarówno ze względu na pozycję męża, jak i na majątek. Nie mogła znieść, żeby taki pajac, ten cały Coll, stawał jej na drodze. Ona zawsze mierzyła wysoko, a od kiedy mąż został mianowany cywilnym prezesem (po tygodniach niepewności i sprzecznych pogłosek), zapaliła świecę czcigodnemu Josepowi Oriolowi, a następnie postanowiła, że osobiście włączy się do działalności Bractwa Krwi. W jej ślady poszło kolejnych osiem czy dziesięć pań: uzyskanie statusu sióstr brackich było już tylko kwestią czasu.

Co ją skłoniło do podjęcia tej doniosłej decyzji? Może chciała w ten sposób zrekompensować działanie swojego szacownego męża, który z tytułu sprawowanej funkcji stał się bezpośrednim dostawcą szubienicznego mięsa, a może liczyła na atrakcyjne, godne odpusty, którymi nagradzano działalność w Bractwie (zupełny, jeśli towarzyszyło się skazańcom aż na miejsce kaźni), a te zawsze mogą się przydać w chwili niebiańskich rozliczeń. A może chciała w ten sposób wypełnić ciągnące się bez końca godziny, bo ileż można przyjmować wizyty i chodzić z rewizytą. Już od dawna doña Marianna podporządkowywała swój rozkład dnia uderzeniom brązu blisko trzydziestu okolicznych dzwonów: wstawała na głos sygnaturki Aurory od Świętego Franciszka, kościoła w najbliższym sąsiedztwie. Podczas gdy przemywała twarz jak kot łapką i szukała książeczki do nabożeństwa i mantylki, słyszała lament Glorii, dzwonu kapucynów, a z domu wychodziła, dopiero gdy zabrzmiały radosne uderzenia Carloty od Świętej Moniki. Z pokorą i pobożnością słuchała mszy o siódmej rano u Świętego Franciszka, przy akompaniamencie delikatnego, kobiecego pobrzękiwania dzwonków, które małżeństwo Massó podarowało Świętemu Franciszkowi, kiedy sprowadzili się na ulicę Ample, gdy wszystko się zaczęło układać po ich myśli. Kiedy doña Marianna wracała do domu, jej mąż, jak zwykle rano w złym humorze, kręcił się po pokojach, po całym domu, i szukał Turka, gdzie się podział Turek, a ona na to po co ci teraz Turek, albo krzyczał czemu tu nie ma Hipolita ani nikogo, nie wiem, po co mamy tyle służby, i kaszlał, i kichał, zmarznięty bez peruki na głowie. Śniadanie jedli osobno, bo ona już zdążyła zapomnieć, co jadła, gdy don Rafel jeszcze się zastanawiał, na co ma ochotę. Wydając polecenia w kuchni i sprawdzając, czy wszystko w pałacu świeci czystością, wsłuchiwała się w radosny dźwięk dzwonów chrzcielnych, no proszę, dziewczynka, chyba w kościele Santa Maria del Mar, lub w poważny, uroczysty ton Antònii z kościoła Matki Bożej Sosnowej, oznajmujący, że właśnie zmarł pięćdziesięciosiedmioletni mężczyzna, wdowiec, a ona przybiegała z tą nowiną, żeby popsuć przyjemność picia czekolady mężowi; zmarł don Ramon, biedaczek, a on na to: skąd wiesz? Na to ona, właśnie jego śmierć oznajmiła Antònia. Don Rafel oponował, że równie dobrze mogło chodzić o kogokolwiek innego, ale nie dało się dyskutować z doñą Marianną. W kwestii nowinek z Parafii Matki Bożej Sosnowej ona była zawsze najlepiej poinformowana, bo możesz mi wierzyć na słowo, nie mieliśmy w parafii żadnego innego chorego w takim wieku, wiem, co mówię, a don Rafel z biszkoptem w ustach nie musiał odpowiadać, bo w tych sprawach, jak we wszystkich innych, jego żona zawsze musiała mieć rację. I niezwłocznie schodziła do domowej kapliczki, bo w pałacu Massó mieściła się kapliczka, odziedziczona po poprzednich właścicielach, rodzinie Rocamora, a kiedy dom przeszedł na ich własność, doña Marianna nie zgodziła się, żeby ją zlikwidować. To było małe, ciemne i zimne narożne pomieszczenie, z jednym oknem witrażowym, przedstawiającym, ku utrapieniu don Rafela, herb rodu Rocamora. (Trzeba jak najszybciej wstawić tam nasz herb. Ależ Rafelu, my nie mamy herbu. Trudno, coś wymyślimy.) Znajdowało się na parterze, obok obszernego holu i drzwi do ogrodu. Mały ołtarzyk, raczej symboliczny, nigdy jeszcze nie służył do odprawiania mszy, dwa ciemne obrazy szkoły walenckiej, których prawdziwej wartości właściciele nie potrafili ocenić, jeden przedstawiający świętego Hieronima podczas pokuty, a drugi ze świętą Eulalią, natomiast nad ołtarzem wisiał obraz cieszący się największą czcią doñi Marianny, namalowany przez Tremullesa (siedemnaście durów, nie licząc ramy, chwaliła się przed gośćmi z artystycznym znawstwem doña Marianna, a wtedy don Rafel chciał się zapaść pod ziemię), przedstawiający veraikon czcigodnego Josepa Oriola i Bogunyà, przed którym doña Marianna wzdychała, płakała i niejednokrotnie znajdowała pociechę. Tym razem też doña Marianna, gdy tylko usłyszała, że Antònia z kościoła Matki Bożej Sosnowej ogłasza śmierć don Ramona Creusa z ulicy Banys Nous; zmarł w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, po długiej i ciężkiej chorobie, opatrzony sakramentami, natychmiast pospieszyła do domowej kapliczki, by zapalić lampkę przed czcigodnym Josepem Oriolem i odmówić Ojcze nasz za duszę don Ramona oraz w intencji konklawe, które ponoć ciągle nie może wybrać Ojca Świętego. Kiedy odmawiała Ojcze nasz, a potem jeszcze Zdrowaś Mario i Chwała Ojcu, poczuła niemal zmysłową błogość, jak zawsze, gdy modliła się przed świętym wizerunkiem doktora Chleb-i-woda. Kościół, z przysłowiową opieszałością, ciągle nie decydował się go beatyfikować, mimo że cieszył się powszechną opinią świętości. Zauważyła, że zużyły się wszystkie knoty, i natychmiast wysłała Celdoniego do sklepu ze świecami, tylko na jednej nodze, bo to pilne.