Jaśnie pan

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podali sobie ręce i Arcs szybko wyszedł na spotkanie nocy, zadowolony, że tak łatwo pozbył się ciężaru, monsieur Papagena i tej dziwki Desflors, dobrana z nich para, nie ma co! Gdyby nie słaby wzrok pana Arcsa, może by się zorientował, że ten młodzieniec, który wdepnął w kałużę, powiedział cholera i starał się opuścić jak najszybciej krąg słabego światła przy wejściu do hotelu, to Andreu. Jeżeli w ogóle go poznał. Ale on go po prostu nie zauważył.

– Papageno.

Barcelona podczas tej uciążliwej listopadowej nocy, nocy świętego Marcina, zatonęła w gęstej, niemal namacalnej mgle. To był pierwszy dzień bez opadów po całotygodniowych ulewach. Przeliczyły się te dyliżanse i ekspedycje, które chciały wykorzystać słabe światło księżyca w ostatniej kwadrze do rozpoczęcia podróży. A kiedy mgła zawładnęła już całym miastem, od Studium Generale przy Rambli aż po przedmieścia Hort de Sant Francesc, od teatru po plac Blat i jeszcze dalej, w stronę Bòrii, od pałacu Virreina po ulicę Argenteria, kościół Santa Maria del Mar i plac Palau, kiedy nieliczne płonące pochodnie stały się całkiem bezużyteczne; kiedy zadrżeli z zimna marynarze, pełniący właśnie wachtę na statku, w ciszy urozmaiconej tylko przytłumionym, powolnym szumem fal uderzających o burtę, kiedy Sants, woźnica, po załadowaniu na odprawiany do Madrytu dyliżans kufrów, walizek i nadziei, obudził pasażerów, przy akompaniamencie niecierpliwego rżenia koni przebierających nogami, żeby jak najszybciej wyruszyć w stronę Creu Coberta, kiedy góra Montjuïc, wystawiając głowę ponad mgłę, popatrzyła obojętnie na prześcieradło z waty rozciągające się u jej stóp... Nagle Vicenta z kościoła Matki Bożej Sosnowej wybiła trzecią nad ranem, aż wzdrygnął się jakiś kot na dachu pałacu Fivaller. W gęstej mgle rozmywał się głos dzwonu, jego aksamitny dźwięk brzmiał tajemniczo, jakby zapowiadał nieszczęście. Do zabawy w echo włączył się trzykrotnym uderzeniem dzwon Tomasa z katedry, a zaraz po nim Agustina z kościoła Świętego Sewera i dzwon najsubtelniejszy ze wszystkich, sygnaturka od Świętego Justa i Pastora, zwana Pastoretą. Spóźniony dokładnie o dwie minuty dzwon z kościoła Świętej Moniki, tuż obok koszar, zapowiadał to, o czym wszystkie dachowce zdążyły już zapomnieć. Na ulicę Ample wrócił spokój, gdy odjechali ostatni maruderzy, ci, którym trudno się rozstać, gdy przychodzi pora pożegnania, i fasada pałacu markiza de Dosrius znów pogrążyła się w ciemności... A cztery przecznice dalej, w nieco mniej okazałej posiadłości rodziny Massó, jaśnie pan leżał nieruchomo, żeby nie obudzić doñi Marianny, i szeroko otwartymi oczami oglądał powracający obsesyjnie obraz odpychającego, dumnego uśmiechu nieosiągalnej doñi Gaietany, na przemian z niczego niepojmującym, pełnym bólu spojrzeniem Elviry, mojego biedactwa, a to już doprawdy było prawdziwą torturą.

– Nando! Gdzie się podziewałeś?

– No coś ty, Andreu! To ty się zapadłeś pod ziemię!

Ferran Sorts denerwował się. Wybiła trzecia i sto kroków dalej, w koszarach, dostrzegał ruch zwiastujący przygotowania do wymarszu.

– Na mnie już czas, Andreu.

– Dziś się nie wyśpisz.

– Co tam. Mogę uciąć drzemkę na końskim grzbiecie. Przykro mi ze względu na ciebie: nasz ostatni spacer po Rambli spełzł na niczym.

– No trudno, Nando. Pospacerujemy, jak wrócisz.

– Ejże, opowiadaj! Jak ci poszło ze słowiczkiem z Orleanu? Wiesz, że kiedy na ciebie czekałem w hotelu, mademoiselle Desflors zjawiła się na dole, w pełnej krasie?

– I co?... Pytała może o mnie?

– Była wściekła na służącą o jakiś problem ze świecznikiem. No, stary! Opowiedz o przygodzie z mademoiselle Desflors!

O Matko Przenajświętsza, jak w ciągu niespełna pięciu minut opowiedzieć, że się zakochał w głosie, że dał się pochłonąć ciału, że potwornie się ośmieszył, kiedy ją poprosił, żeby za niego wyszła, bo wydawało mu się, że skoro z nim obcowała, to coś znaczy, no a potem musiał uciekać jak niepyszny?...

– Wszystko dobrze, Nando – streścił. – Ale wiesz co? Napiszę ci o tym.

– Aha. Obiecanki cacanki. Ty i te twoje pomysły. Masz, to dla ciebie. – Wyciągnął kartkę z kieszeni wojskowej kurtki. – Kiedy dotrzymywałem w hotelu towarzystwa jakiemuś pijaczynie, czekając na ciebie, napisałem to.

– Co to jest?

– Skomponowałem muzykę do twojego wiersza na śmierć słowika. Możesz poprosić ojca, żeby ci zagrał.

– Dziękuję, Nando. To będzie piękna pamiątka... A wiesz, że do twarzy ci w mundurze?

Obaj przyjaciele roześmiali się; czasem człowiek się śmieje, żeby się nie rozpłakać. W ciemności uścisnęli się wzruszeni.

– Idiota z ciebie, że dałeś się zaciągnąć do wojska. Goethe ci tego nie wybaczy.

– Tradycja rodzinna to siła, z którą nie sposób walczyć. Ale wrócę niebawem i wtedy nadrobimy stracony czas. Już czuję zew przygody, a to przecież szlachetny poryw.

– Stracisz premierę Galuppiego.

– Opowiesz mi, jak wrócę. Stawię się z nową operą pod pachą.

– Oby Bóg cię wysłuchał. Ale umówiliśmy się, że ja ci napiszę libretto.

– Będziesz mi je przysyłał w listach. Chyba że się zabierzesz ze mną.

– Słuchaj, Nando: do wojska nie zaciągną mnie nawet siłą. To gorsze niż więzienie. – Sorts parsknął śmiechem i podał mu kopertę, którą nosił przez całą noc. – To jakieś papiery wicehrabiego de Rocabruna. Znasz go?

– Nie.

– Nieważne. Miałem je przekazać adwokatowi Terradellesowi. Wiesz, o kogo chodzi?

– Nie.

– No ładnie. Nie wiem, jak ci się udaje nikogo nie znać.

– Jestem największym samotnikiem w Barcelonie – roześmiał się Andreu. – Ciebie znam.

– Aha. Słuchaj: ten Terradelles mieszka przy ulicy Cucurulla. Zaniesiesz mu to, dobrze? Wiesz, myślałem, że go dziś spotkam na koncercie.

– W porządku.

– Będziesz pamiętał?

– Jutro na pewno się tym zajmę. Wiesz, jak jest Andreu po francusku?

– Jak?

– Kłakła.

– Sam jesteś niezły Kłakła, Andreu. Chciałbym móc was podglądać przez dziurkę od klucza.

Roześmiali się i jeszcze raz uścisnęli. Para ich oddechów utworzyła obłok w świetle pochodni na rogu koszar i zmieszała się z mgłą.

– Och, już późno.

Ferran Sorts odszedł, nie oglądając się za siebie, z mieszanymi uczuciami z powodu wyjazdu. Nie chodziło o rodzinę. Przykro było zostawić przyjaciela, koncerty, znajome ulice. Mimo to ani przez moment nie zaświtała mu myśl, że mógłby zrezygnować z wojska. Kiedy człowiek jest młody, ma prawo się pokręcić tu i tam. Trochę nostalgii nie zaszkodzi. Andreu patrzył za nim, aż sylwetka przyjaciela wtopiła się w ciemną mgłę. Westchnął i szybko się odwrócił, zdecydowany ukryć wzruszenie we mgle i w ciemności. Obawiał się niechcianej łzy, oby tylko nie pojawiła się wbrew jego woli.

– Będę do ciebie często pisał, Andreu! – Nie był pewien, czy to słyszał, czy mu się tylko wydawało. Uśmiechnął się, bo wiedział, że jednego na pewno nie może się spodziewać po przyjacielu: systematycznej korespondencji.

Po drugiej stronie Rambli, przy ulicy Ample, don Rafel, zmęczony uporczywą bezsennością, właśnie usypiał z głową osaczoną przez dwie czy trzy napierające z różnych stron senne wizje. Rano znów będzie miał podkrążone oczy.

.

Zanim Nando Sorts przekroczył bramę koszar i nagle poczuł lęk, czy nie była błędem jego ekstrawagancka decyzja, by spędzić życie w służbie Jego Wysokości, zanim Andreu, egzaltowany poeta, zagubiony stosownie do obowiązującej konwencji na bezdrożach życia, z którym był skłócony, skręcił w uliczkę prowadzącą do domu, zanim w świadomości don Rafela Massó zatarły się i zlały w jedno kontury dwóch kobiet, na punkcie których miał obsesję, bo w końcu zmorzył go niespokojny sen, w tym samym momencie gdy dyliżans do Madrytu wyruszył wśród krzyków, parskania i rżenia koni, szorując kołami o bruk, o tej samej godzinie, tylko dziesięć dni wcześniej, około czwartej nad ranem w Zaduszki, daleko od Barcelony, w odległości ponad trzech dni niewygodnej podróży, w miejscowości Mura, zapomnianej przez Boga i ludzi, Ciset z domu Peric siedział na brzegu łóżka i płakał. Przeżywał pierwszą samotną noc po trzydziestu latach sypiania u boku nieodżałowanej Remei, a kiedy przyzwyczajenie przeniknie do środka przez skórę, staje się silniejsze od ciebie i w końcu uwierzysz, że nie da się żyć i spać bez tej nieszczęsnej kobiety. Obchodził swoje własne nocne Zaduszki. Ciset płakał i kaszlał; już od paru dni kaszel zapuścił szpony w jego płuca, a teraz jeszcze na dodatek mieszał się z jego cierpieniem. Nigdy nie przypuszczał, że aż tak kocha Remei, to znaczy nie tyle ją kochał, co jej potrzebował. Nigdy nie przypuszczał, że aż tak będzie za nią tęsknił. Było mu zimno, mimo że otulił się kocem. Na zewnątrz padało tak obficie, jakby jeszcze przed świętym Marcinem niebo postanowiło pozbyć się zapasów, żeby ludzie umieli docenić prawdziwe babie lato, jak im się przytrafi. Ciset wpatrywał się w mdłe światło zapalonej przed chwilą świecy. Poczuł dreszcz i szczelniej otulił się kocem. Kolejny atak kaszlu, nowe ukłucie w płucach, z prawej strony. Ten kaszel przyczepił się do mnie właśnie wtedy, gdy się przeprowadziliśmy do domu Peric, obyśmy tu nigdy nie przyjeżdżali, o Panie Boże i apostołowie święci, a to wszystko przez owe straszne plaf, jeszcze teraz słyszał je w głowie: plaf! A teraz Remei nie żyła... ona, której nic nie dolegało. Ona, która jeszcze w sobotę mówiła, że powinien uważać na ten kaszel, może trzeba sprowadzić lekarza, Ciset, żeby cię porządnie zbadał, a on między jednym kaszlnięciem a drugim odpowiedział chyba weterynarza, Remei, skąd ty tu weźmiesz lekarza, niech będzie przeklęta godzina, kiedy tu przyjechaliśmy, Remei, a ona milczała i spuszczała wzrok, jak zawsze wtedy, gdy Ciset przeklinał ów czarny dzień, z powodu którego znaleźli się tam, gdzie diabeł mówi dobranoc... Bo w sobotę Remei jeszcze żyła i dobrze się miała. Ugotowała mięso z warzywami, jak zwykle przesadziła z kapustą, i słyszał jej dyskusję z Galaną o jakimś problemie z drobiem, kiedy on, korzystając z tego, że akurat nie padało, wyszedł przyciąć wczesne róże, bo te późne odmiany jeszcze kwitły, prawdziwy dar boży, te krzewy, gdyby nie one, gdyby nie one. A po południu, kiedy Galana sobie poszła, siedziała jeszcze z robótką przy kominku, a on przy niej, pokasłując. Wtedy powiedziała mu to o lekarzu. To znaczy, jeszcze wtedy Remei była pełna życia. A teraz, w Zaduszki, już ją ze wszystkim pochowali. Remei zmarła na jego oczach, na podwórku domu Peric, kiedy on, pokasłując, obserwował, jak się przyjmuje nowy szczep róży chińskiej, i myślał z dumą, że wkrótce, zaraz po zimie, powstanie z niego nowa odmiana kwiatu... Remei zmarła w niedzielę. Przyszła powiedzieć, że już czas się zbierać do kościoła, tak jak mówiła co tydzień. Biedna Remei, chyba za życia nie dość ją kochałem, wyszła na podwórko i powiedziała Ciset, już czas. I nagle zamilkła. Ja się odwróciłem, a ona tam stała wyprostowana, z książeczką do nabożeństwa w ręce, pewnie już była martwa, ale jeszcze stała. Ciset zobaczył, jak się osuwa na ziemię, bezwolna niczym tłumok szmat, cicho i delikatnie, i zawołał Remei, a potem pospieszył do niej, ciągle kaszląc, z niepokojem w sercu, i krzyknął Galana, Galana! A teraz leżała w grobie. Ciset nigdy nie przypuszczał, że aż tak go zaboli ta śmierć. Rozpłakał się i znów zaniósł się kaszlem. Kiedy ucichło echo jego pokasływań, usłyszał uporczywy szum deszczu na dachu i na podwórku opuszczonego domu i wtedy zrozumiał, że pierwsza samotna noc będzie bardzo długa. Świeca, którą tylko co zapalił, jeszcze nie zaczęła się topić. To była noc zaduszna, deszczowa i zimna w Murze i wszędzie w górach, wilgotna na płaskowyżu Feixes i mglista na równinie Barcelony, tamta jesienna noc roku Pańskiego tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego dziewiątego, dwunastego roku panowania Don Carlosa IV, którego niech Bóg strzeże lub przed nim strzeże, co kto woli. Plaf.

 

2

Z jednej strony Vicenta, z drugiej Nelson i Ricarda; z Parafii Świętego Justa sygnaturka zwana Pastoretą; z kościoła Świętego Sewera wyszczerbiona Agustina, z katedry – Tomasa, Pasquala z parafii Felipons i dwie minuty później Carlota, sygnaturka z wieży Świętej Moniki – wszystkie wzywały wiernych dźwięcznym, niezmiennym krzykiem dumnych samotników z wysokości dzwonnic, niezbyt zainteresowane dramatami, które przez całe życie były chlebem powszednim i powietrzem ludzi tam na dole. Uporczywy głos dzwonów docierał do ulicy Ample i przenikał przez zamknięty balkon i okiennice pałacu don Rafela Massó i Pujades, cywilnego prezesa Trybunału Królewskiego w Barcelonie. Pałac to może za dużo powiedziane, ale tak się utarło i jaśnie panu jak najbardziej odpowiadało nazywanie swojego domu pałacem, bo język tworzy rzeczywistość. A ponieważ na prawo i lewo, z przodu i z tyłu, wzdłuż całej ulicy ciągnęły się same pałace, więc dom don Rafela też nosił to miano.

Doña Marianna przykryła głowę mantylką, wzięła gruby modlitewnik i nadłożyła drogi, żeby ominąć Turka, który spał zmęczony nadmiarem snu, przechodząc przed małą jadalnią, gdzie zwykle jadali śniadanie. Oznajmiła prezesowi, delektującemu się właśnie biszkoptem maczanym w czekoladzie, idę na mszę. A lekką przyganę w jej głosie należało odczytać jako: ciekawe, kiedy wreszcie zdecydujesz się podjąć odpowiednie kroki, aby uzyskać zgodę na sprawowanie mszy w naszej kaplicy, o co cię proszę od lat. Z pełnymi ustami jaśnie pan odpowiedział tylko mhm, co znaczyło do diabła z tobą, Marianno. Jak tylko zniknęła z jego pola widzenia, zadzwonił na Hipolita, żeby mu przyniósł więcej biszkoptów.

– I więcej czekolady, Hipolicie.

– Nie ma więcej, jaśnie panie.

– Jak to nie ma więcej?

– Jaśnie pan sam powiedział, żebyśmy tyle nie robili, jaśnie panie.

– Dlaczego? – Don Rafel się zirytował.

– Dlatego że... – Stary Hipolit, po szesnastu latach wiernej służby u rodziny Massó, po zużyciu dziesięciu liberii i czterech peruk wyłysiałych od nieustannej czołobitności, nie wiedział, co odpowiedzieć. – Dlatego że... dlatego... dlatego...

– Dobrze, Hipolicie. Zrozumiałem.

Don Rafel machnął ręką, dając znak majordomowi, żeby sobie poszedł. Zawsze kiedy się zdenerwował, pociła mu się łysina. Wyciągnął jedwabną chusteczkę i przetarł czoło; zamiast mnożyć msze i pokuty, jego żona mogłaby mu podwoić rację czekolady.

– Za pozwoleniem, jaśnie panie – ukłonił się Hipolit i wyszedł z jadalni.

To dyskretne wyjście przypomniało mu, ile musiał pracować nad Hipolitem, żeby zaczął go tytułować jaśnie panem. Służący ciągle mówił don Rafelu, a poprawiany na jaśnie panie pytał, co takiego, don Rafelu? On mu na to, co takiego, jaśnie panie. Wtedy Hipolit się cieszył, ach, o to chodzi, mam mówić jaśnie pan, tak, don Rafelu, jaśnie panie. On na to: nie, wystarczy jaśnie panie, rozumiesz? A Hipolit: tak, don Rafelu. On znowu: jaśnie panie. Hipolit: jaśnie panie. I jeszcze raz on sam, żeby już nie było wątpliwości: jaśnie panie. Hipolit: jaśnie panie. Ucieszył się: no, to mi się podoba. A teraz poinstruujesz resztę służby. Na to Hipolit: tak, don Rafelu. Wtedy on: Hipolicie! Na to Hipolit: Tak, don Rafelu? I znowu on: och, nie mam do ciebie siły! A Hipolit: ach, chciałem powiedzieć, jaśnie panie. Na to on, dobrze już, możesz odejść. A Hipolit: tak, don Rafelu, chciałem powiedzieć, jaśnie panie. I tak przez parę tygodni, zanim służbie weszło w nawyk tytułować go jaśnie panem w sposób naturalny, a trzeba wziąć pod uwagę, że dobre chęci doñi Marianny też nie ułatwiały zadania – tak się cieszyła z nominacji męża na stanowisko cywilnego prezesa i z czterokrotnie wyższej pensji (czterokrotnie!), że na początku zwracała się do służących powiadom mnie, Hipolicie, jak jaśnie pan wróci, a kiedy to dotarło do uszu jaśnie pana, musiał jej zwrócić uwagę, ależ kobieto, Marianno, zachowujesz się jak wieśniaczka z Sarrià, co by powiedziała żona Kapitana Generalnego, gdyby cię usłyszała? Wtedy ona: no to w końcu jak mam mówić? Na to on: no więc, zaraz przyjdzie pan. A ona: a nie mówiłeś, że mamy cię tytułować jaśnie panie? Na to on, ze świętą cierpliwością, bo w tych sprawach don Rafel był prawdziwym świętym, słuchaj, Marianno: oni mają do mnie mówić jaśnie panie, kiedy się do mnie zwracają, rozumiesz, o co chodzi? Dam ci przykład: kiedy mnie pytają – teatralne zawieszenie głosu – czy miał pan dobrą podróż, jaśnie panie? albo kiedy mi odpowiadają tak, jaśnie panie, nie, jaśnie panie, rozumiesz? Na to ona: tak, jaśnie panie. A na to jaśnie pan: ależ Marianno, na litość boską! Kobieto, ty się tak do mnie nie zwracaj! A teraz posłuchaj! – Podniósł palec, nakazując, żeby świat się zatrzymał, bo on właśnie chce powiedzieć coś ważnego. – Załóżmy, że jestem królem, tak? Gdybym był królem... wtedy owszem, ty też musiałabyś się do mnie zwracać wasza wysokość... – Ale don Rafel Massó nie był Jego Wysokością; był tylko wiernym poddanym króla, właśnie pozbawionym czekolady, bo żona, gorsza niż lekarze, zdecydowała, że szkodzi mu na wątrobę. I kiedy jaśnie pan pogrążony w tych rozmyślaniach wycierał resztki czekolady ze ścianek filiżanki ostatnim biszkoptem, wszedł Rovira, bez pukania, a za nim przestraszony Hipolit z niewyraźną miną, bez formułki za pozwoleniem, jaśnie panie.

– Rovira, co to ma znaczyć?

Ręka don Rafela zastygła z biszkoptem nasączonym czekoladą w połowie drogi do ust.

– No więc, jaśnie panie – dukał zdyszany sekretarz z przerażeniem w oczach. – Jaśnie panie, bo... właśnie idę z ulicy i... tam już wszyscy o tym mówią, jaśnie panie...

– O czym wszyscy mówią?

– Że zabito tę francuską śpiewaczkę, jaśnie panie.

Na cześć tej doniosłej informacji biszkopt przełamał się na pół i część nasączona czekoladą spadła na culloty jaśnie pana.

– Możesz mi to powtórzyć?

Prezes wstał, zapominając o plamie. Sekretarz już trochę ochłonął i zaczął normalnie oddychać.

– Francuską śpiewaczkę, jaśnie panie. Słowik skądś tam, jaśnie panie. Zabili ją. Ponoć została poszatkowana nożem na kawałki. Prawdziwa masakra, jaśnie panie. Potworność, jak mówią.

Tymczasem Hipolit pochylił się przed prezesem i próbował wilgotną ścierką zmyć niestosowną plamę na cullotach.

– Człowieku, zostaw mnie w spokoju! – zdenerwował się don Rafel. – Tu się mówi o zabójstwie, a Hipolit przejmuje się jakąś plamą. Mój Boże!

– Mówią, że ta nieszczęsna kobieta...

Ale jaśnie pan, nie zważając na gwałtowne bicie serca, już zniknął w korytarzu, roztrzęsiony, dręczony wspomnieniami, jakie podsuwała mu pamięć. Ani przez moment nie pomyślał jaka szkoda, że nigdy już nie usłyszę tego anielskiego śpiewu. Również nie zadawał sobie pytań typowych dla kogoś, kto zawodowo zajmuje się cudzą śmiercią: kto, jak, kiedy, gdzie, dlaczego, cui prodest, czy są świadkowie, a narzędzie zbrodni, zwłaszcza czy znaleziono narzędzie zbrodni. I podejrzani. Wszyscy podejrzani. Pomyślał tylko o mój Boże, martwa kobieta, martwa kobieta, i powtarzał te słowa, biegnąc korytarzem, a łysina, ręce i dusza znów zaczynały mu się pocić. Nie myślał o motywach, dowodach, poszlakach, ponieważ, mimo że to on rządził w Trybunale Królewskim, zawsze patrzył na śmierć z grymasem obrzydzenia i zlecał prowadzenie dochodzeń swoim podwładnym.

– Poćwiartowana, jaśnie panie – nie przestawał powtarzać sekretarz. Deptał mu po piętach w wąskim korytarzu. – Pan prokurator już czeka na dole.

– Don Manuel?

– Tak, jaśnie panie.

Z trudem ukrył irytację. Wszyscy na posterunku, a on robi z siebie idiotę z powodu czekolady. Don Rafel panicznie bał się jednej rzeczy, zwłaszcza po tym, co się stało z Elvirą – niewiedzy o poczynaniach innych. Że też coś podobnego mogło się wydarzyć w takim spokojnym mieście... Pokręcił głową, zakładając frak przed dużym lustrem w holu. Don Rafel uznał, że jego żona i ta Desflors przeszkodziły mu w śniadaniu i znienawidził je obie. Niezadowolony sprawdzał w lustrze, czy wszystko w porządku. Podczas gdy Hipolit oglądał z profesjonalnym niezadowoleniem plamę na cullotach, don Rafel krzyknął przerażony, bo przez te nerwy mało brakowało, a wyszedłby na ulicę prawie nagi:

– Hipolicie – rozkazał. – Peruka, szybko!

Przed drzwiami Hotelu Czterech Narodów, w centralnym punkcie Rambli, zbiegowisko gapiów obserwowało fasadę budynku i filozofowało. Nowina była tak gorąca, że nikt nie zwracał uwagi na zimno przenikające do szpiku kości. Mimo że już od paru minut nie padało, mgła wisiała nad ziemią i ludzie brodzili w błocie, które z nadmiaru wilgoci w powietrzu w ogóle nie schło. Ale to bez znaczenia dla pospólstwa, spragnionego świeżych, a choćby i odgrzewanych nowości, bo już coś tam gdzieś zasłyszeli. Wieść gminna głosiła, że ta śpiewająca żabojadka; o, to żabojady śpiewają? Tak. No i właśnie ją pocięli na kawałki. Do diaska! Daję słowo! Coś takiego! Gdzie? Tutaj. Tutaj? Tak, w hotelu. Cholera! A co ona tu robiła, ta żabojadka? No, do kroćset, przecież mówiłem: śpiewała. Ach, tak. W hotelu? Co ona mówi? No, że podobno pocięli na kawałki jakąś śpiewającą żabojadkę. A to ci dopiero! A ty skąd to wiesz, Mariona? Jeroni mi powiedział, on tu pracuje. Ach, więc to w hotelu się wydarzyło? Tak. Muszę to zobaczyć na własne oczy. Akurat! nie wpuszczą cię, nie widzisz żołnierzy? Ale heca... Zmasakrowana? Na kawałki?... Oj, bo ci uwierzę! Ależ tak, przysięgam! Co ona mówi? Że pocięli na kawałki jakąś śpiewaczkę z Kastylii. Z Francji! Chciałem powiedzieć z Francji. Cholera, ale kto? Nie wiadomo. Już się zebrało szesnastu czy dwudziestu, a może dwudziestu pięciu amatorów zapalenia płuc, którzy wierzyli i nie wierzyli, ale musieli się wypowiedzieć, nie wnosząc do sprawy niczego nowego poza uwagami bez znaczenia, na przykład jak to teraz poskładać, skoro jest tyle kawałków. Mówią, że morderca uciekł. A ty niby skąd wiesz? Ja słyszałem, że było ich dwóch, tych zbrodniarzy, i że już ich złapali. Dwóch marynarzy. No jasne: to na pewno złodzieje, wiadomo, taka zagraniczna śpiewaczka musi mieć przy sobie kupę forsy, nie? To nie złodzieje, tylko marynarze. O matko! No i do czego ją doprowadziły te pieniądze? No, ale widzisz, jak przyjdzie na człowieka czas, nic nie poradzisz. Tak, kobieto, z losem nie wygrasz. No, to ja się zbieram. Dokąd idziesz? Na targ, do Boquerii. Kobieto, poczekaj trochę i pójdziemy razem. Kto mówił, że ją okradli? Ja. Aha, naprawdę? Pewnie, człowieku, inaczej bym nie mówił. Dwaj marynarze z Majorki. Co za czasy, mój Boże, aż strach wyjść nocą na ulicę! Tak, ale popatrz, ją zabili w środku. Jeszcze gorzej! No, nigdzie człowiek nie może czuć się bezpieczny. Teraz się z tobą zgadzam. Ja, jak byłem mały, mogłem chodzić po całym mieście... Wszystko przez to, że burzą mury. Skądże! Złodziei mamy w środku. Mówisz, że to żabojadka? Kto? No, ta kobieta, którą pocięli na kawałki. Co? Pocięli na kawałki jakąś kobietę? Gdzie? W tym momencie niezmordowani naprawiacze świata przed hotelem w centralnym punkcie Rambli, ponad trzydzieści osób, za zabójców uznali trzech marynarzy z Majorki, Wyspy Nieujarzmionej. Nie, nie, nie całkiem na kawałki, nie. Eulàlia mówi, że... Jaka Eulàlia? Ta z domu Poc. Ach! Patrzcie, przecież ona tu jest. Witaj, Eulàlio, serdeńko, co powiesz o tym nieszczęściu? Że nie pocięli jej na kawałki. To co one tu bredzą? A właśnie, że na kawałki! Do czego to ludzie są zdolni... No, ale jak do tego doszło? Chyba jej obcięli tylko ręce i nogi. A mnie mówili, że i głowę. Tak, słusznie: głowę też. Kobieto, to chyba wystarczy, żeby mówić o kawałkach... Podczas gdy oni dyskutowali, czy z technicznego punktu widzenia można uznać efekt tej rzeźni za kawałki, czy nie, czarny powóz ciągnięty przez starego, astmatycznego konia takiej samej barwy jak ołowiane niebo wiszące nad miastem wyjechał z bramy Ollers i pokonał krótki odcinek Rambli, by się zatrzymać przed hotelem. Nie przestrzegając żadnego protokołu, chuda powłoka cielesna don Rafela Massó, cywilnego prezesa, wyskoczyła tak energicznie, aż zadrżały resory. Tymi samymi drzwiami do kompletu dołączył inny dostojnik, Manuel d’Alòs, korpulentny prokurator Departamentu Kryminalnego, i wdepnął prosto w kałużę. Natychmiast wyłonili się z mgły sekretarz Rovira z woźnym sądowym i dołączyli do przełożonych. Wszyscy czterej obrzucili pogardliwym spojrzeniem teraz już prawie czterdziestu poddanych Jego Królewskiej Mości, rozprawiających przed hotelem, i pokonali trzy schodki prowadzące do Czterech Narodów, ej, ej, Mariona, co to za jedni, co? To pewnie dowódcy patrolu. Skądże! Ten gruby jest z sądu. To sędziowie, tak? Skąd mam wiedzieć, dla mnie oni wszyscy są do siebie podobni. A moim zdaniem oni muszą być z policji. Widzieliście tych, którzy weszli? Właśnie o nich rozmawiamy.

 

Jego Ekscelencja pan prezes wchodził po schodach zadyszany, ze spuszczoną głową, jakby zamiast peruki miał na czole rogi gotowe do ataku. Prokurator, ze względu na różnicę wieku, był w lepszej kondycji, ale musiał się zatrzymać w połowie pierwszego piętra i poczekać, aż don Rafel Massó odzyska siły. Targany mieszanymi uczuciami, niezdrową ciekawością z jednej strony a szacunkiem dla zwierzchnika z drugiej, znienawidzonego, ale jednak zwierzchnika, prokurator czekał, gryząc paznokcie, dopóki pan prezes nie złapie oddechu.

– No, co tam? – zagadnął żołnierza z patrolu, nudzącego się na schodach.

Młody człowiek stanął na baczność i odpowiedział:

– Nie wiem. Ja jej nie widziałem, proszę pana. Mówią, że odcięli jej głowę.

– Czyli to dekapitacja.

– Że jej odcięli dekapitację.

Prokurator nie zadał sobie trudu, by wyjaśnić nieporozumienie. Usłyszał za plecami, że dostojny oddech już się uspokoił i spieszno mu było przystąpić do dzieła. Ważne, żeby się znaleźć przed innymi na miejscu zdarzenia, dobrze o tym wiedział.

– Gdzie to się stało, żołnierzu? – zapytał sekretarz sądowy.

– W tamtą stronę, proszę pana.

Czterej mężczyźni, podążając w kierunku wskazanym rusznicą, przemierzyli długi, ciemny korytarz aż do drzwi, przy których kolejny żołnierz, taki sam jak poprzedni, również stał bezczynnie. Kiedy ich zobaczył, zasalutował nieporadnie. Obaj przedstawiciele władzy nie zwrócili na niego uwagi. Weszli do obszernego apartamentu, wynajętego przez Marie de l’Aube Desflors na pięciodniowy pobyt w Barcelonie. Woźny sądowy i prokurator, spragnieni krwi, od razu rzucili się w stronę łóżka. Natomiast don Rafel, zanim zaczął się rozglądać, musiał opanować dławiącą go złość i nawet zaklął w duchu, choć wykrzywiał twarz w uśmiechu, kiedy zdał sobie sprawę, że ten grubas, szef policji, już tu jest i przejął kontrolę nad sytuacją. Obmierzły komisarz, który wyrósł jak spod ziemi, obnosił się z dwoma imionami i czterema dziwacznymi nazwiskami: don Jerónimo Manuel Cascal de los Rosales y Cortés de Setúbal. Don Rafelowi wydawała się podejrzana szybkość działania tego szemranego Portugalczyka. Krok za krokiem zdobywał teren i zyskiwał coraz większe wpływy. Don Jerónimo, nie mając pojęcia o morderczych myślach don Rafela, grzebał czubkiem laski w zawiniątku odzieży na podłodze.

– Co za niestosowne morderstwo, jaśnie panie – powiedział zamiast powitania. Wiedział, co mówi, i don Rafel też wiedział, że don Jerónimo wie, że on wie. Zabójstwo znanego cudzoziemca, zwłaszcza gdy chodziło o Francuza, zawsze pociągało za sobą komplikacje. Jakby tego było mało, zaledwie dziesięć godzin temu ta kobieta śpiewała przed całym barcelońskim dworem bez króla. I przed Kapitanem Generalnym, który, jak ktoś mówił, napalił się na piersi żabojadki i za wszelką cenę chciał ją zaciągnąć do łóżka. Niestosowne morderstwo, bo skoro i bez tego stosunki z Kapitanatem były napięte, to kto teraz odważy się stanąć przed Kapitanem Generalnym, nie znając odpowiedzi na którekolwiek z nasuwających się pytań. To wszystko i na pewno dużo więcej miał na myśli ten suczy syn Setúbal, mówiąc o niestosownym morderstwie. Don Rafel podniósł głowę i jego spojrzenie napotkało zimny, wyrachowany wzrok Portugalczyka; natychmiast spuścił oczy, jakby się poczuł oskarżony przez tamtego dziwnego człowieka. Zainteresował się ubraniem rozrzuconym na ziemi, jakby to było najważniejsze w pomieszczeniu. Nawet nie patrząc w tamtą stronę, wiedział, że don Jerónimo Manuel Cascal de los Rosales się uśmiecha. Oskarżał go o wiele rzeczy. Najchętniej by stamtąd uciekł, nie chciał tam być, wszystko przez tego Rovirę, bo właściwie co ja tu robię, w tym apartamencie; to robota dla policji, prokuratora i sędziów audytorów, nie dla prezesa...; dałem się ponieść nerwom. Ale takie jest życie, nieprzewidywalne jak śmierć, więc trzeba nadrabiać miną. Prezes czekał, aż don Jerónimo podejdzie.

– Jaśnie panie.

– Dzień dobry, don Jerónimo – powiedział, siląc się na swobodny ton. – No, to co się tu właściwie wydarzyło?

Don Rafel wiedział, że trup leżał w lewym rogu, tam gdzie panowała martwa cisza, niechybny zwiastun śmierci, ale oglądanie go było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę. Don Jerónimo jakby czytał w jego myślach.

– Proszę podejść, sam pan zobaczy. Mam nadzieję, że pan się nie brzydzi.

– Nie, skądże... – Don Rafel chwiał się na nogach, nie z powodu masakry, nie z powodu nienawiści do zmarłych, którzy tylko po to umierają, żeby narobić mu kłopotów, ale dlatego, że wróciły wspomnienia, a on absolutnie sobie tego nie życzył. Wziął głęboki oddech i poszedł za szefem policji. Kiedy ten prowadził go do zwłok, przez myśl jak błyskawica przemknęła mu uśmiechnięta twarz nieszczęsnej Elviry. Przy łożu dwaj ludzie Setúbala krzątali się przy czymś dużym; pomagał im lekarz sądowy, a przeszkadzali na wszelkie sposoby sekretarz Rovira, starszy woźny sądowy i prokurator don Manuel. Za nic nie chcieli stracić widoku nagiej kobiety, na dodatek cudzoziemki, i to jeszcze całkiem za darmo. Don Rafel, siląc się na obojętność, powtórzył nie, skądże i dodał zobaczmy, zobaczmy, co tu się stało.

Marie de l’Aube Desflors, urodzona w Narbonie, aż do października roku dziewięćdziesiątego trzeciego znana jako słowik z Paryża, kiedy musiała uciekać gdzie pieprz rośnie, przechrzczona przez Bonapartego na słowika z Orleanu, leżała teraz na łożu wykrwawiona. Ani pokrojona na kawałki, ani poćwiartowana. Nawet jej nie odcięto dekapitacji. Jedna czysta rana zadana nożem na wysokości serca i przerażające cięcie na szyi – niczym ponury uśmiech – jakby ktoś próbował wyszarpać jej struny głosowe. Don Rafel westchnął z ulgą. Nie było to aż takie straszne. A na dodatek przyjemnie się oglądało obnażoną kobietę, co się będziemy oszukiwać.