Samuel ZborowskiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

JAROSŁAW MAREK RYMKIEWICZ

SAMUEL ZBOROWSKI

Wydawnictwo Sic!

Warszawa 2012

Spis treści

Karta redakcyjna

Od Autora

Ręce przybite na bramie

Skaner Słowackiego

Gniazdo jastrzębia

Ucieczka króla Henryka

Życie codzienne Samuela

Dzban Kochanowskiego (1)

Magiczny krąg

Sen, życie i śmierć według Heraklita

Archaiczny dar (1)

Kilka kawałków z życia Samuela

Mrze barzo

Béla Zborovszky umiera na białaczkę w Nowym Jorku

Szósty sposób

Mikołaj Radziwiłł Czarny schwytany za nogę

Ekspansja

Prawo buntu

Bałagan w Krakowie

Język i cywilizacja

Samuel pod wielkimi łukami

Naród – co to jest i skąd to się wzięło?

To nas nie widzi i nie słyszy

Staruszka na stosie

Samuel Zborowski, Akt V, wersy 531-546

Biogram

Archaiczny dar (2)

Ciało świętego króla

Tren VII

Luty 1574 – rzeź na Wawelu i w Bramie Floriańskiej

Myślenie myślało

Jeszcze coś z dziejów Zborowskich (według Słownika geograficznego)

Jestestwo

Trzy wilcze zęby

Dwoistość losu

Piekary

Szarłatna delia pod Lubranką

Mrze barzo – formacje współrdzenne

Tortury

Podmiot i orzeczenie

Prawo bartne starosty niszczyckiego

Synonimy kutasa

Ostatnia rozmowa (1)

Polacy są piwo

Dlaczego żona Simmoniusa wyjechała z grodna?

Ostatnia droga

Synowie Beliala

Świat jako dzieje węża

Owce

Ostatnia rozmowa (2)

Mrze barzo – formacje współrdzenne (ciąg dalszy)

Miejsce egzekucji

Dzban Kochanowskiego (2)

Jarmark w Gnieźnie

Godzina 3. 57 – przedświt

Ślimaki w wannach z hydromasażem

Mściciel w czarnym żupanie

Otwarte usta świata

Manele

Ciało Samuela

Bibliografia

Projekt okładki i stron tytułowych: JACEK STASZEWSKI

Redakcja i korekta: Zespół

Na okładce wykorzystano obraz Lucasa Cranacha Starszego pt. Judyta z głową Holofernesa (ok. 1530)

Skład i łamanie: Studio Artix, Jacek Malik

Copyright © by Jarosław Marek Rymkiewicz & Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2010

ISBN 978-83-61967-44-6

Wydawnictwo Sic!

ul. Chełmska 27 lok. 23

00-724 Warszawa

tel. (+48 22) 840 07 53

e-mail: biuro@wydawnictwo-sic.com.pl http://www.wydawnictwo-sic.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

OD AUTORA

Moja opowieść o życiu i śmierci Samuela Zborowskiego nie jest ułożona w porządku chronologicznym. Może lepiej byłoby powiedzieć, że ona sama (ta opowieść) nie chciała, a więc i nie mogła ułożyć się w takim porządku. To jest zgodne z moim przekonaniem (czytelnik znajdzie je także w innych moich książkach), że każde życie jest fragmentaryczne – w każdym sensie. Jest fragmentem większej niedomkniętej całości (planetarnej całości życia) i jest zbiorem fragmentów, które są ze sobą luźno połączone i które nie układają się w domkniętą całość. Jeśli zbiór jest otwarty, to można go ułożyć w dowolnym porządku. Albo on sam może się układać w dowolnym porządku – w porządku zmiennym, to takim, to innym. Dotyczy to także historii życia i śmierci Samuela Zborowskiego. Do fragmentów, które się na nią składają, zawsze będzie można jeszcze coś dodać, jakiś fragment, który teraz uchodzi za zagubiony lub wydaje się nieistotny. Jakiś fragment stanie się lepiej widoczny, jakiś, teraz dobrze widoczny, ukryje się wśród innych fragmentów. Będzie też można zmienić układ fragmentów, a kiedy zmieni się układ fragmentów, to zmieni się także znaczenie tej historii. Znaczenie, które ja jej nadałem, jest więc tylko jednym z możliwych. Wiele innych znaczeń, ukrytych przede mną, oczekuje, żeby ktoś zechciał je ujawnić. Na tym właśnie polega nauka historii. Jest to nauka, która wciąż uczy nas czegoś nowego. Jest to też nauka, która powtarza swoje nauki, a powtarzając je, coś w nich zmienia i mówi nam coś takiego, o czym jeszcze nie było mowy. Czego jeszcze nie wiedzieliśmy.

Miałem pewien kłopot z cytatami i początkowo nie bardzo wiedziałem, jak dać sobie z nim radę. Teksty szesnastowieczne cytowałem bowiem z różnych wydań – takich z wieku XVIII i takich z wieku XIX, takich z początku wieku XX i takich z początku wieku XXI. Podobnie było z przekładami szesnastowiecznych tekstów łacińskich – cytowałem przekłady z początku i końca wieku XIX, z początku i końca wieku XX. Miałem więc do czynienia z różnymi zasadami ortografii, z różnymi zasadami interpunkcji, także z różnymi sposobami transkrypcji, a często z całkowitym brakiem jakichkolwiek zasad. Dla przykładu. Julian Ursyn Niemcewicz, wydając swój Zbiór pamiętników historycznych o dawnej Polszcze (pierwsze cztery tomy tego bezcennego dzieła ukazały się w Warszawie w roku 1822), nawet nie potrudził się, żeby poinformować czytelników, czy teksty łacińskie tłumaczył osobiście, czy też zlecał komuś ich tłumaczenie, a jeśli chodzi o jakieś zasady edytorskie, to takich zasad nie stosował, ponieważ nie było czego stosować – żadne zasady wtedy nie istniały. Przepisywał więc szesnastowieczne dokumenty, które gdzieś wyszperał, jak leci – stosując jednak (najprawdopodobniej) własną interpunkcję oraz własną ortografię, albo (też – najprawdopodobniej) zachowując szesnastowieczną interpunkcję i ortografię tam, gdzie mu się podobało. Profesorowie krakowscy, wydający teksty szesnastowieczne na przełomie wieku XIX i XX, postępowali już oczywiście zupełnie inaczej – mieli dokładnie opracowane zasady edytorskie i ściśle się ich trzymali, unowocześniając szesnastowiecznych autorów, ich sposoby pisania, właśnie tak jak kazały im te ich zasady. Ale potem zasady się zmieniły i teraz wydaje się teksty szesnastowieczne (także Kochanowskiego) zupełnie inaczej niż w wieku XIX czy XX. Co mogłem z tym bogactwem zrobić? Mogłem wszystko, co było mi potrzebne do mojej książki, jakoś ujednolicić, stosując współcześnie zalecany sposób transkrypcji tekstów oraz współczesne zasady interpunkcji, ortografii, nawet gramatyki. W ten sposób wszystko by się do siebie upodobniło, tekst z wydania Niemcewicza wyglądałby mniej więcej tak, jak tekst z wydania Stanisława Kota z pierwszej połowy wieku XX, a tekst z wydania Żegoty Paulego, z pierwszej połowy wieku XIX, jak tekst z wydania Romana Pollaka z drugiej połowy wieku XX. Konsekwencja jest może godna pochwały, ale coś bym w ten sposób utracił – coś, czego utracić nie chciałem. Tym czymś są różne sposoby traktowania i kształtowania polszczyzny, różne, zmieniające się z wieku na wiek, sposoby polskiego przemawiania. Ponieważ nie chciałem tego utracić, zachowałem wszystko tak, jak dostałem. Cytuję więc teksty szesnastowieczne za tymi dziełami, z których je brałem – nie zmieniając ani jednej końcówki, ani jednej litery, ani jednego przecinka. Dotyczy to także pisowni łącznej i rozłącznej. Tam, gdzie brakowało przecinków czy kropek, tam nie ma ich także w moich cytatach. Tam, gdzie „tym czasem” było w dwóch kawałkach, u mnie, w cytatach, też jest rozdzielnie. Tam, gdzie było razem, u mnie też jest razem.

 

Niewielkiej zmiany dokonywałem tylko w jednym wypadku. Rzeczownik „Rzeczpospolita” pisano u nas w różnych epokach różnie, niekiedy łącznie, niekiedy rozłącznie, niekiedy z dużej, niekiedy z małej litery. Niekiedy skracano go i pisano na przykład tak: r. p. Ja, wychodząc z założenia, że mowa jest o rzeczy świętej, daję go zawsze z dużej litery i zachowuję tylko rozdzielność (tam gdzie pojawia się ona w cytowanych tekstach). Transkrypcja wygląda więc tak: Rzeczpospolita albo Rzecz Pospolita.

Bartosz Paprocki, autor Herbów rycerstwa polskiego, dedykując, w roku 1584, swoje dzieło Stefanowi Batoremu, w pierwszym zdaniu tej dedykacji informował króla, że to, co miał do napisania, napisał z woli Boga Wszechmocnego – „który sprawy i zasługi dawnego rycerstwa tego sławnego królestwa przez mię wznawiać, a okazować je do wiadomości potomstwu raczy”. Potem, tak pochlebnie się usytuowawszy, autor Herbów odwołał się do swoich źródeł – to znaczy do Kadłubka, Długosza, Miechowity i Kromera – i porównał się skromnie do pszczółki latającej między dziełami tych wielkich historyków. „Ale mię [Bóg] tu stawi jako pszczółką pracowitą, która z rozmaitych krzaczków nazbierawszy do gromady miodu ku żywności sobie, drugim go też do posmaku użycza. Bo mi oto, najjaśniejszy miłościwy królu, z tych sławnych a ozdobnych krzaczków historyków polskich tylko zebrać ten smak wdzięczny bardzo szczupło dopuścił, dla tego, aby ich ludzie nie zaniedbywali, ale je przed sobą miewali”. Ja też zatem, za przykładem Paprockiego, tak się porównam – do pszczółki pracującej z wyższego rozkazu. Zbierałem, co gdzie znalazłem, „smak wdzięczny”, „ku żywności sobie”, ale chciałbym też innym coś „do posmaku” użyczyć. Pszczółek było kiedyś wiele, całe roje, teraz mało kto ma ochotę pracować jak pszczółka. Może mój przykład, moje zbieranie miodu, zachęci kogoś do podobnej pszczelej pracy – ku chwale i pożytkowi naszego sławnego królestwa.

Jarosław Marek Rymkiewicz

RĘCE PRZYBITE NA BRAMIE

Było pięć sposobów wykonywania kary śmierci – ścinanie, wieszanie, wbijanie na pal, palenie na stosie oraz ćwiartowanie. Sposobem najczęściej stosowanym było ścinanie, prawdopodobnie ze względu na fundamentalną cechę tego sposobu – jego prostotę; także organizacja ścinania była, w porównaniu, na przykład, z organizacją wbijania na pal czy palenia na stosie, stosunkowo prosta i nie wymagała użycia jakiejś skomplikowanej aparatury; wystarczał pieniek, miecz i ścinająca ręka; no i jeszcze choćby kilku czy kilkunastu widzów. Ten, kto był ścinany, umierał, jak to ładnie u nas wówczas nazywano, ściętą śmiercią; miał śmierć ściętą. Te pięć sposobów to były sposoby polskie, używane w Rzeczypospolitej. W innych krajach europejskich używano tychże, ale również innych sposobów, takich, które u nas nie były znane. Godne uwagi (i z pewnością znaczące) jest to, że wśród pięciu sposobów stosowanych w naszej Rzeczypospolitej nie było duszenia; to znaczy duszono, ale tylko na jeden sposób – przy pomocy sznura szubienicznego. W innych krajach, po naszej wschodniej i po zachodniej stronie, wyglądało to, jak wiadomo, inaczej: w użyciu były szarfy oraz drewniane i metalowe przyrządy do duszenia. Czy to dlatego, że ciągłe wykorzystywanie tych samych pięciu sposobów było nudne (mogło wydawać się nudne), czy to dlatego, że pewne zbrodnie, szczególnie potworne, domagały się sroższego karania, może nawet z tych obu powodów naraz, do niektórych z pięciu sposobów, bo nie wszystkie się do tego nadawały, dołączano różne atrakcyjne dodatki – śmierć powolną, po kawałku, po trosze; śmierć połączoną z różnymi torturami, które uśmiercały, ale tylko częściowo. Niekiedy, w celu uatrakcyjnienia widowiska, łączono ze sobą dwa lub nawet trzy z pięciu sposobów – ścinano i ćwiartowano, albo ścinano, ćwiartowano i wieszano. Najefektowniejszy, także najokrutniejszy (ale to z naszego punktu widzenia – ludzi skłonnych do pochopnego oskarżania nieucywilizowanej przeszłości o to, że była nieucywilizowana; ale tamta cywilizacja była równie wysoka jak ta, którą teraz tu u siebie mamy; może nawet wyższa; i tylko troszeczkę inna), najefektowniejszy więc ze znanych mi szesnastowiecznych wyroków śmierci wykonano w naszej Rzeczypospolitej pod koniec tamtego wieku, w jego ostatnim dziesięcioleciu, pod rządami Zygmunta III Wazy – w roku 1593. Szczegóły tej sprawy znane są z VI księgi Kroniki polskiej Marcina Bielskiego (Marcin umarł w roku 1575, a VI księgę, prawdopodobnie niemal w całości, napisał jego syn Joachim). Wyrok (z Kroniki nie dowiadujemy się, kto go wydał) dotyczył dwóch służących, którzy zabili swojego pana, szlachcica spod Czerska. Zbrodnię tę popełnili, jak pisał Joachim, „w nocy na wale”, a więc zapewne gdzieś nad Wisłą, może właśnie w okolicach Czerska, a powód zbrodni nie jest znany – „odarłszy go w wodę wrzucili, a na jego wozie i koniech precz zjechali”. Jeszcze raz muszę podkreślić, że był to najefektowniejszy wyrok wykonany na ziemiach Rzeczypospolitej, to znaczy u nas – o ile wiem, w księstwach Rzeszy, także we Francji, wydawano wtedy i wykonywano wyroki znacznie efektowniejsze, znacznie bardziej widowiskowe. Krótka opowieść Bielskiego mówi, że morderców ukarano w Warszawie „tym obyczajem”: wożono ich po mieście na jakimś wozie – szkoda, że Joachim go nie opisał – i prawdopodobnie (ale to nie jest pewne) właśnie na tym wozie, podczas obwożenia, wykonywano, po trosze czy po kawałku, to w tym miejscu, to w innym, wydany na nich wyrok. Wprzód każdemu z nich obcięto po jednej nodze, potem po jednej ręce. Potem „w pasy po grzbiecie krajano”, czyli, jak można się domyślać, po krajaniu nastąpiło tak zwane darcie pasów. Pasy, zależnie od sposobu krajania, mogły być szersze lub węższe (szerokość ich, co wiem skądinąd, mierzono w calach), a darcie mogło tym samym trwać dłużej lub krócej. Następnym, po krajaniu i darciu, fragmentem kary było targanie – „kleszczami rozpalonymi targano”. Po targaniu kleszczami – ciekawe, czy dwaj skazańcy, potargani, pokrajani i obdarci, jeszcze wówczas żyli, a jeśli żyli to do jakiego stopnia i w jakiej części – po targaniu nastąpiło więc ćwiartowanie, a poćwiartowane ciała (czy raczej ich odosobnione ćwierci) „na szubienicy rozwieszono”. Moje dotychczasowe lektury wskazują, że akurat ten rodzaj kary, skazańca mało już zapewne obchodzący lub w ogóle nieobchodzący, stosowano wtedy nagminnie – w Warszawie, Krakowie, Lublinie, Wilnie, gdzie się dało. Takie powieszenie w kawałkach miało, jak można się domyślać, dwojakie znaczenie. Po pierwsze, było w tym pouczenie, nawet ostrzeżenie pod adresem tych spośród widzów, którzy zamierzali popełnić jakąś zbrodnie – miejcie to na uwadze, że jeśli nie odstąpicie od swego zamiaru, to zostaniecie podzieleni na kawałki. Po drugie, był w tym (może) pewien pomysł, który dałoby się określić jako metafizyczny – kogo powieszono w kawałkach, ten nie mógł udać się na własnych nogach – miał przynajmniej znaczne trudności z udaniem się na własnych nogach – na tamtą stronę, czyli do nieba lub do piekła. Rozwieszenie ćwiartek było przedostatnim epizodem kary, ostatni miał już znaczenie czysto symboliczne: obcięte ręce dwóch skazańców – opis w Kronice polskiej Bielskiego nie wyjaśnia, dwie czy cztery – „na bramie przybito”. Może była to (teraz już od dawna nieistniejąca) Brama Krakowska, która stała mniej więcej naprzeciw obecnego wylotu ulicy Senatorskiej na obecny plac Zamkowy. W XVI wieku nazywano ją inaczej – Bramą Dworzan, Bramą Bernardynów albo Bramą Przedmieścia. Ta ostatnia nazwa mówi, że wychodzono nią z miasta na przedmieście, czyli w kierunku kolumny Zygmunta, Pałacu Kazimierzowskiego, Instytutu Filozofii oraz Pałacu Staszica, gdzie mieści się Biblioteka Instytutu Badań Literackich. Ale tego wszystkiego wtedy tam nie było.

SKANER SŁOWACKIEGO

Warto zwrócić uwagę na to, kto zajmował się w XIX wieku historią Samuela Zborowskiego oraz jego braci – interesowała ona wówczas nie tylko historyków, lecz także poetów, może nawet bardziej poetów niż historyków. Dokumenty zbierał historyk (chyba trochę historyk-amator) Żegota Pauli, ale zbierał je także poeta Lucjan Siemieński. Zbiór Paulego ukazał się w roku 1846, zbiór Siemieńskiego (równie cenny, choć zrobiony mniej fachowo) dwa lata wcześniej. Mniej więcej w tym samym czasie Słowacki pisał Samuela Zborowskiego. Kilkanaście lat później Włodzimierz Broel-Plater wydał Zbiór pamiętników do dziejów polskich i umieścił w nim duży blok dokumentów do dziejów braci Zborowskich. Taki sposób oglądania historii z dwóch stron (od strony historycznej i od tej innej, poetycznej) ma swoje zalety, bowiem historycy i poeci mogą kontrolować się wzajemnie, a fachowemu badaniu dokumentów historycznych towarzyszy ich poetyczne a nawet natchnione (wypadek Słowackiego) interpretowanie. Historycy może tego nie cenią, może nawet uważają, że poeci (którzy mają pstro w głowie) przeszkadzają im w ich badaniach (pchając się tam, gdzie ich nikt nie prosi), ale ja uważam, że wizyjne interpretacje dobrze służą poszukiwaniu i badaniu głębokiego sensu dziejów (lub ich kompletnego i równie głębokiego bezsensu). Pokazują to dobrze niektóre z dzieł Słowackiego. Na przykład w swoim Księdzu Marku odsłonił on taki sens zaistnienia księdza Marka Jandołowicza w naszych dziejach narodowych, do którego historycy nigdy by nie dotarli (nie uzyskali dostępu) i o którym nawet nigdy by nie pomyśleli, ponieważ wyglądał on wówczas na jawnie sprzeczny z tak zwaną prawdą historyczną – i nadal na taki właśnie wygląda. Sens oraz bezsens często bywają sprzeczne z prawdą, czyli z tym, co występuje jako prawda lub jako prawda jest rozumiane. Słowacki oczywiście wiele zmyślał, do czego miał prawo jako natchniony poeta, ale wnikał głębiej niż fachowi dziejopisarze. Dobrze jest patrzeć w głąb dziejów zimnym okiem, ale są takie rzeczy, których zimne oko nie zobaczy – takie rzeczy, które można ujrzeć tylko okiem natchnionym, tylko okiem zamglonym, tylko przez łzy. Ja też trochę zmyślam, ale nie tak ryzykownie jak Słowacki – raczej, jeśli chodzi o sferę faktów, staram się trzymać tego, co wcześniej ustalili historycy. Może to wynikać z tego, że jestem ostrożniejszy niż Słowacki, może też wynikać z tego, że jestem, jeśli chodzi o możliwości kontaktu z dziejami narodowymi, w znacznie lepszej niż on sytuacji – on miał do dyspozycji kilka książek, które w dodatku było trudno zdobyć, a ja mogę korzystać z takich bibliotek, takich zasobów bibliotecznych, do których on w ogóle nie miał dostępu – bo wtedy tych bibliotek jeszcze nie było. Kiedy czegoś nie wiem, kiedy brak mi jakiegoś szczegółu albo nie rozumiem jakiegoś słowa, proszę Wawrzka (mojego syna) albo Włodka (mojego przyjaciela), żeby zajrzeli do internetu, gdzie jest wszystko, co tylko być może. Na przykład odległość między Piekarami a Podolanami, gdzie Samuel z sokolnikiem Borosiem, w przeddzień ataku na dwór w Piekarach, udali się na polowanie z sokołami. W jakimś tekście szesnastowiecznym znalazłem wiadomość, że Piekary od Podolan dzieli jedna polska mila, ale internet tę wiadomość zakwestionował – odległość wynosi około 20 kilometrów, czyli ponad 2 polskie mile. Szesnastowieczna polska mila, zwana wielką, miała bowiem około 8 kilometrów. Ale znalazłem też wiadomość, i to źródłową, dobrze udokumentowaną, że nasza wielka szesnastowieczna mila miała w sobie 5 mil włoskich, a mila włoska to było około 2 i pół kilometra. W tym wypadku odległość między Piekarami a Podolanami, między ludźmi kanclerza Zamojskiego rąbiącymi drzwi dworu w Piekarach a sokołem siedzącym na rękawicy Samuela, wynosiłaby – aż 8 mil włoskich. Słowacki tego wszystkiego nie mógłby ustalić, nie mógłby sprawdzić, nie mógłby poradzić sobie z milami polskimi i włoskimi (gdyby mu to było do czegoś potrzebne), bo nie miał nie tylko dostępu do internetu oraz do kilkudziesięciu encyklopedii, które znajdują się w Bibliotece Instytutu Badań Literackich, ale nawet dostępu do takiej mapy Małopolski, na której byłyby oznaczone Podolany i Piekary. – Sprawdź mi – mówię do Wawrzka – co znaczy niemieckie „das Gemächt”, z którego zrobił się tajemniczy polski „gmacht”, którym obito trumnę Samuela. I zaraz, ze słownika braci Grimm lub ze słownika Dudena, dowiadujemy się, poprzez internet, ile znaczeń ma niemieckie „das Gemächt”. Ach wynalazki, głupie wynalazki! Słowacki nie potrzebował internetu ani internetowego Dudena, nie potrzebował też Instytutu Badań Literackich, żeby napisać arcydzieło naszej narodowej literatury. Internet z Dudenem, braćmi Grimm, Instytutem Badań Literackich oraz dokładną odległością między Piekarami a Podolanami raczej by mu w tym przeszkodziły, bo mając do nich dostęp (posiadając komputer, skaner oraz inne gadgety rodem z XXI wieku), oddałby się sprawdzaniu wszystkiego, co da się sprawdzić, pogrążyłby się w sprawdzaniu wszystkiego, co koniecznie trzeba sprawdzić, i przestałby szukać takich niesprawdzonych oraz niesprawdzalnych miejsc, których nie da się zobaczyć zimnym okiem, a które geniusz musi odnaleźć, żeby mógł wylać przez nie swoje genialne pomysły. Które są mu niezbędne, żeby mógł się, razem ze swoimi pomysłami, objawić. Miejsc będących otworami, poprzez które geniusz, kalecząc się i krwawiąc, wydobywa się na powierzchnię. Takie miejsca skanuje się duchem. Duch je skanuje. Kto nie szuka takich miejsc (i kto duchem ich nie umie odszukać i zeskanować), ten, uprawiając literaturę, marnuje swoje życie. Słowacki mówi mi: – Młody kolego, nie sprawdzaj, ryzykuj! – Albo mówi: – Młody kolego, nie musisz wiedzieć, ile jest kilometrów z Podolan do Piekar, jeśli nie jest ci to koniecznie potrzebne, żeby się wykrwawić. – Pytanie, czy potrafię skorzystać z tej rady. Może on miał jakieś lepsze geny, które skłaniały go do ryzykowania, kazały mu ryzykować. Jeśli istnieje jakiś gen ryzyka, gen ryzykanctwa. Albo może jestem od niego ostrożniejszy, ponieważ żyję w ostrożniejszej epoce, która domaga się sprawdzania, a temu, kto nie sprawdza (oraz nie używa internetu, skanera i kserokopiarki), mówi, że się nie nadaje. Tamta epoka nagradzała ryzykantów, a ta moja raczej ich prześladuje.