Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


18 lipca, noc...

Głośno otworzyły się drzwi i Joachim wtoczył się do sypialni. Najpierw usłyszała ciężkie sapanie, a po chwili poczuła odór alkoholu zmieszanego z potem i czosnkiem. Mocno zacisnęła oczy i zamarła, czując na pośladkach dłoń, którą próbował podsunąć jej do góry nocną koszulę. Gwałtownie odepchnęła jego rękę i pośpiesznie przesunęła się na skraj łóżka. Zaczął mamrotać pod nosem ze złością w głosie. Po chwili łóżko zatrzęsło się, zadrżało i zapadła cisza. Ulgę poczuła dopiero wtedy, kiedy usłyszała donośne chrapanie.

Odczekała do północy. Zadźwięczał dzwon na wieży osiedlowego kościoła. O dwudziestej trzeciej bił jedenaście razy, ale godzinę później, o północy, rozlegało się tylko wyciszone, niemrawe, pojedyncze głuche brzęknięcie. Jak gdyby umęczony mszami i sutą kolacją proboszcz wiedział, że nie tylko jego, ale parafian także nie należy budzić.

Bezszelestnie wymknęła się z łóżka. Spod rupieci w szufladce kuchennego kredensu wygrzebała ukrytą paczkę papierosów. Do wysokiej kryształowej szklanki nasypała kostek lodu i nalała whisky. Potem do drugiej. Usiadła na betonowej posadzce balkonu, stawiając obie szklanki na stercie obtłuczonych, kiedyś – dawno temu – jasnobrązowych, a dzisiaj brudnoszarych popękanych kafli. Joachim kazał je zerwać jakiemuś fachowcowi na początku ubiegłego lata z zamiarem położenia w ich miejsce desek. Lato się skończyło, przyszło następne, a stos kafli ciągle zajmował pół balkonu, przykrywając poczerniały beton.

Oparła się plecami o chropowaty tynk ściany i głęboko zaciągnęła papierosem. Poczuła zawrót głowy. Tak naprawdę paliła tylko raz w roku. Whisky też piła tylko raz. Osiemnastego lipca. I raz tylko zgrzeszyła. Tamtego roku. Osiemnastego lipca. Grzech był może nie śmiertelny, ale z pewnością główny, bo te inne, śmiesznie nieważne, powszednie grzechy były niewarte nawet myśli, a co dopiero spowiedzi. Sięgnęła po szklankę i piła tak długo, aż poczuła chłód kostek lodu na wargach.

Dwadzieścia jeden lat temu. W Paryżu...

Lotnisko. Terminal pełen ludzi, ale przy tym cichy jak szklano-betonowa katedra. Jak gdyby byli tu sami głuchoniemi. Słyszy dokładnie odgłos swoich kroków odbijających się zwielokrotnionym echem od marmurowej posadzki. Mija pośpiesznie grupkę ludzi z kamerami i mikrofonami w rękach. Szybko podchodzi do ciężkiej, kremowobiałej lady. Nagle starszy, siwowłosy mężczyzna w granatowym mundurze ze złocistą odznaką linii lotniczej wychodzi przed kontuar. Pyta po angielsku, czy czeka na kogoś z tego lotu. Kiedy potwierdza krótkim skinieniem głowy, mężczyzna chwyta ją mocno za dłonie i cicho cedzi każde słowo, patrząc w jej oczy:

– Osiemset nie przyleci...

Widzi siebie. Bardzo wyraźnie. Na razie stoi spokojna. Przez chwilę dziwi się, dlaczego ten obcy mężczyzna ściska jej dłonie. Nagle słyszy jego jak gdyby rozciągnięte w czasie, jak gdyby puszczone ze spowolnionej taśmy magnetofonowej: „wszyscy zginęli...”. Zaraz potem odwraca głowę, sądząc, że to dziwne zdanie nie było skierowane do niej, tylko do kogoś za nią. Ale nikt za nią nie stoi. I wtedy docierają do niej jego słowa:

– Czy to był ktoś bliski? Ogromnie nam przykro...

Wyciągnęła rękę po drugą szklankę. Popiół z papierosa ściskanego drżącymi palcami opadł na połyskujący w świetle księżyca bursztynowy płyn. Przez chwilę patrzyła, jak tonie, a szaro-czarne, okrągłe pyłki bezpowrotnie znikają, rozpuszczają się w nicość, i zrobiło jej się jeszcze smutniej. Przełknęła łzy, zapaliła kolejnego papierosa. Pomyślała, że chyba jest już trochę pijana. Zawsze wtedy albo milkła, albo wprost przeciwnie, miała nieodpartą ochotę rozmawiać. Ale tylko ze sobą. Aby nikt o nic nie pytał, niczego nie komentował, niczemu się nie dziwił, nie udawał, że wszystko rozumie albo nawet współczuje, chociaż ona doskonale wiedziała, że nie pojmuje, a tym bardziej nie czuje absolutnie niczego.

Teraz też tak ma. Chce o tym mówić. Ze sobą. Gdy zbliża się do granicy odurzenia, samo myślenie już jej nie wystarcza. Musi wypowiedzieć swoje myśli na głos, wypuścić je z głowy na wolność. I musi je koniecznie usłyszeć. Często wcale nie jest to monolog. Naprawdę rozmawia ze sobą, zadaje sobie pytania, jeśli potrafi, to sama sobie na nie odpowiada, dyskutuje, niekiedy nawet kłóci się ze sobą. Jak gdyby obok niej stała lub siedziała jakaś druga, inna ona. Dziwaczne to bardzo, a zdaniem jej hipochondrycznej przyjaciółki Urszuli groźne i niebezpieczne, ponieważ jest „wyraźnym symptomem nieuchronnie nadciągającej schizy i ja na twoim miejscu nagrałabym wszystko na telefon i pobiegła z tym do psychiatry, bo masz świra przecież w genach”. W tym ostatnim względzie Urszula miała rację. Agnieszka faktycznie odziedziczyła to po swoim ojcu. Na szczęście oprócz koloru oczu to jedyne, co ma po nim. Kiedy wracał do domu pijany, najpierw w fazie milczenia zupełnie bez powodu tłukł mamę. Gdy upadła, przyciskał ją butem do podłogi.

– Pamiętam dokładnie – zaczyna. Mówi cicho, mocno zaciskając palce na szklance, jak gdyby chciała ją zmiażdżyć. – Rzuciłam się, żeby odciągnąć jego nogę z wielkim ubłoconym buciorem i zardzewiałymi blaszkami na obcasie. Pamiętam, jak mnie kopnął. I smak krwi w ustach, i siniaka na udzie, i jego pianę. I nigdy tego, kurwa, do końca życia nie zapomnę. Rozsiadał się jak basza za stołem w kuchni, kołysał na krześle i długo do siebie bełkotał. Pod koniec praktycznie rozmawiał tylko ze sobą, bo był nieustannie pijany...

Co ja pierdolę?! No co?! Przecież chcę o nim! I o tym osiemnastym lipca sprzed dwudziestu jeden lat. O grzechu, do którego chcę się przytulić i popełnić go jeszcze raz. Wtedy na lotnisku też płakałam. Pierwszy raz w życiu nie wydając z siebie dźwięku. Wyłam w konwulsjach, ale do wewnątrz. Do dzisiaj nie wiem, dlaczego akurat tak. Pomyśleli chyba, że straciłam głos albo oszalałam. Tamten facet z TWA zawołał sanitariusza, brodatego Araba z głęboką blizną na policzku. Sanitariusz wyszarpnął moją rękę i bez słowa zaczął wstrzykiwać coś do żyły. Nawet nie zapytał, czy się zgadzam. Nagle pojawił się młody recepcjonista z hotelu. Potrącił sanitariusza, a igła uniosła żyłę, napinając skórę na przedramieniu. Ale jej nie przebiła. Nie czułam żadnego bólu. Żadnego. Jak gdyby to była cudza ręka i cudza żyła.

Sanitariusz wrzasnął coś ze złością. Recepcjonista nie zwrócił na niego uwagi. Przepchnął się do przodu i wymachując mi przed oczami pomiętą kartką, krzyczał coś po polsku. W pierwszej chwili myślałam, że wrzeszczy w moim śnie, że ten sanitariusz z okropną blizną podał mi coś w rodzaju narkozy, a ja od razu zasnęłam i recepcjonista pojawił się w moim śnie jako pierwszy.

Kiedyś, miałam chyba dwanaście lat, spadając z huśtawki, wybiłam sobie palec. Prostowali mi go pod narkozą. Pierwsze, co w tej narkozie usłyszałam, to krzyk. Dobrze znany. Przerażający, pijacki wrzask ojca. Wprawdzie zniekształcony, chrapliwy, trzeszczący, jak gdyby z głośnika, ale to z pewnością był jego głos. Mój ojciec w tym śnie, którego nigdy nie udało mi się zapomnieć, wrzeszczał na mnie z jakiegoś bardzo ciemnego, wąskiego korytarza, wyciętego w jeszcze ciemniejszej czeluści. Ciemność w ciemności i jego wrzask, a tam, na tym lotnisku, było przecież bardzo jasno i bardzo cicho. Dlatego to nie mogła być narkoza.

Nie pamiętam, które słowa tego recepcjonisty dotarły do mnie wcześniej. Czy że „on żyje”, czy że „leci do ciebie”. Pamiętam za to, że sięgnęłam po tę kartkę, wyrwałam mu ją z dłoni i zaczęłam czytać. Kiedy doczytałam trzeci raz do końca, wywróciło mi serce na drugą stronę, nie mogłam oddychać. Odepchnęłam sanitariusza, odepchnęłam recepcjonistę, a potem tego milczącego siwowłosego mężczyznę w granatowym mundurze. A może sami się rozstąpili? Nie. Chyba nie... W każdym razie zaczęłam przeciskać się przez tłum, który był wielki i wcale nie taki oniemiały. Wszędzie na posadzce widziałam nosze. Pod ścianami, przy ladach, obok marmurowych donic z kwiatami. Leżeli na nich, siedzieli lub kulili się ludzie. Zakrywali twarze dłońmi, modlili się, ale najczęściej płakali. A nad nimi pochylali się inni ludzie. W białych fartuchach, odblaskowych kamizelkach, czarnych sutannach, zakonnice w białych lub srebrnoszarych habitach. Z głośników wydobywał się spokojny głos spikerki powtarzającej jak katarynka po francusku, angielsku i niemiecku, że samolot linii TWA, numer lotu 800, z Nowego Jorku do Paryża z przyczyn technicznych w dniu dzisiejszym nie wyląduje.

Nożeż kurwa jego mać! Trzeba było mieć skrajnie niemieckie poczucie porządku, żeby wymyślić coś takiego jak „przyczyna techniczna”. Chociaż w istocie nie mijało się to z prawdą. Rozwalony uderzeniem o powierzchnię oceanu na tysiące części samolot w rzeczy samej z przyczyn jak najbardziej technicznych latać nie może. Do dzisiaj pamiętam surrealistyczny w tamtych okolicznościach spokój głosu spikerki. Tego też nigdy nie zapomnę.

Pamiętam, że potem siedziałam na jakiejś pustej ławce, dokładnie naprzeciwko mlecznobiałych drzwi, które się rozsuwały i zasuwały z piskiem, a klęczący przede mną recepcjonista zapewniał, że „on wyjdzie właśnie z tego korytarza”.

Aż wreszcie to było nie do opanowania – zaczęłam płakać i poczułam rozlewającą się od podbrzusza po ramiona falę wdzięczności. I zapragnęłam tę wdzięczność koniecznie wyrazić, a ponieważ nie wiedziałam, komu podziękować, zaczęłam dziękować Bogu. Chociaż ja w Boga przecież już wtedy nie wierzyłam...

I właśnie wtedy po raz kolejny rozsunęły się te piszczące mlecznobiałe drzwi...

 

Wybiegł. Na moment się zatrzymał. Wypatrywał, nerwowo rozglądał się wokół. Pierwszy raz rzeczywisty. Ciągle w oddaleniu, ale wreszcie nie wirtualny. Z krwi i kości. Nareszcie rzeczywisty.

Podniosła pustą szklankę. Językiem wsunęła kostkę lodu do ust. Pozostałe wysypała na dłoń i przetarła piekącą skórę twarzy.

– Dostrzegł mnie. Kiedy zaczął powoli iść w moim kierunku, natychmiast zapomniałam o Bogu i wdzięczności, o tym, że z rozmazanym makijażem i gigantycznym krwiakiem po igle wyglądam jak zapuszczona narkomanka. Chciałam się poderwać z ławki, pognać do niego. I go dotknąć. I dopiero wtedy do końca uwierzyć.

Ale nie mogłam. Nogi mi się jakby stopiły z marmurową posadzką.

Może to i dobrze? Może był w tym jakiś plan? Kobieta nie powinna biec do mężczyzny. Nawet zakochana. Przede wszystkim taka...

– Pamiętam, że kiedy zbliżył się do mojej ławki i spojrzał na mnie tymi swoimi ogromnymi, niebiesko smutnymi oczami, położyłam palec na ustach, dając znak, żeby nic nie mówił. A potem... – Westchnęła, zapalając kolejnego papierosa. – Potem to już tylko...

Nagle w salonie rozbłysło światło. Przestraszyła się. Po chwili usłyszała kroki. Pośpiesznie zgniotła papierosa na kostkach lodu w szklance i ukryła ją między udami, zasłaniając nocną koszulą.

@1

Obudziła go fala ciepła. Dziwna, ponieważ miał uczucie, że to ciepło muska jedynie jego plecy. Powoli unosił powieki. Tęcze, pomyślał, patrząc przez zmrużone oczy. Mnóstwo zachodzących na siebie małych tęcz! Co jest? Palili wprawdzie wczoraj zioło, ale niezbyt dużo. Na pewno za mało, aby trzymało mózg na haju do rana. Po skręcie na łebka. Nie więcej. Nadia w połowie swojego rozpięła bluzkę i zdjęła stanik. Pamięta wszystko, co działo się zaraz potem, ale jak dotarli do łóżka, nie pamięta zupełnie. Nie pierwszy raz zresztą.

Wcale nie potrzebował przy niej trawy, aby odjechać podczas seksu. Kiedyś w jakimś wypasionym warszawskim hotelu przy dworcu kochali się w dekadencko wielkiej wannie. Wykręciło mu wtedy gałki oczne na drugą stronę. Do wewnątrz. Makabryczne, gdy sobie to wyobrazić w innych okolicznościach, ale wówczas, w tamtej wannie tak się to odbywało. Patrzył sobie sam w oczy! I to nie w odbite w jakimś lustrze. W swoje własne! Widział w nich zarys głowy Nadii pomiędzy swoimi udami. Rozmazany i niewyraźny swoją podwójnością. Zacisnął wtedy powieki. Bardzo mocno. Dla pewności przytrzymał je opuszkami palców. Chciał wrócić do rzeczywistości. Chciał widzieć to, co robi Nadia, pojedynczo. Bo nie ma chyba na świecie takich opiatów, które wygrałyby z jej ustami...

Otworzył szeroko oczy i chwilę leżał bez ruchu, zbierając myśli. To mnóstwo tęcz to przecież optyka! Bingo! Żaden przedłużony haj. Na skórze Nadii wysychały krople wody. Utworzyły mikroskopijne chmurki pary, która rozszczepiła światło. Jak w pryzmacie. Tak jak to się dzieje na niebie po deszczu. Dużo pryzmatów to i mrowie tęcz. Na jej plecach, pośladkach, udach. A to muskanie ciepła, które czuł? Zwykła termodynamika. Od tygodnia panowały iście tropikalne upały, więc Nadia przyczepiła tani, kupiony na wyprzedaży chiński wentylator do skośnego sufitu pokoiku na poddaszu. Sam wywiercił dziury w deskach, mocując to monstrum. Ogromny wentylator działał może piętnaście minut. Potem tylko leniwie obracał skrzydłami, z trudem przebijając się przez nieruchome, gęste niczym żelatyna powietrze. Skrzydła były tak duże, że końcami sięgały połowy okna w suficie. I obracając się, rzucały na niego cień. Stąd to muskanie.

Przyglądał się plecom i pośladkom Nadii. Przy jej wąskiej talii pupa wyglądała jak przyklejone do korpusu, przecięte wąską szczeliną serce. Tuż nad nią znajdowała się wypukłość. Całkiem spora, jak gdyby ewolucja zostawiła za dużą resztkę małpiego ogona. Uwielbiał tę wypukłość. Dotykał jej opuszkami palców, całował, przywierał wargami, lizał, wydychał na nią powietrze. Czasami delikatnie gryzł okrywającą ją skórę z ledwie widocznymi jasnymi włoskami, które wtedy jak na komendę unosiły się do góry. Nadia zaczynała głośno oddychać, poruszać biodrami i szeptać to swoje słodkie: „Jakub, co ty znowu ze mną zrobisz...”. Nie „robisz”, ale właśnie „zrobisz”.

Bezszelestnie zsunął się po prześcieradle, dotknął wargami małej tęczy na tej wypukłości i wyszeptał:

– Dzień dobry, kochanie.

Gwałtownie odwróciła głowę. Patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem. W jej oczach dostrzegł łzy.

– Dlaczego płaczesz? Co jest? – zapytał, klękając nad nią.

Przekręciła się na plecy i przykryła piersi otwartą książką. Długo nie odpowiadała. Opuszkami palców delikatnie muskała jego policzki i wargi.

– To przez tę książkę – wyszeptała po chwili.

Kątem oka zerknął na popękaną i w kilku miejscach przetartą brunatno-pomarańczową okładkę, na której widać było całującą się parę.

– Przez książkę? – szepnął, przyciskając jej nadgarstek do warg. Po chwili, nie kryjąc zdziwienia, zapytał: – Płaczesz przez książkę? Ty? Taka duża dziewczynka? Sądziłem, że już nie czytasz takich książek – dodał z nutą drwiny w głosie.

– To znaczy konkretnie jakich? – odparła i gwałtownie uniosła się na łokciach. Książka powoli zsunęła się jej na brzuch, odsłaniając piersi.

– No, takich... Takich... – jąkał się, szukając odpowiedniego słowa.

Dostrzegł poirytowanie w jej oczach. Wychwycił zniecierpliwienie w tonie głosu. Dobrze wiedział, że kiedy Nadia przesadnie mocno akcentuje swoje „konkretnie”, najczęściej jest to wstęp do dyskusji, a często i sprzeczki. Dyskusje z nią bardzo lubił, niektóre sprzeczki także, głównie dlatego, że pięknie się po nich godzili. Teraz jednak, gdy leżała obok nago, to była ostatnia rzecz, której chciał.

– No takich, nazwijmy to, niech będzie, romantycznych – dokończył i pochylił głowę, próbując pocałować jej piersi.

Nie pozwoliła. Najpierw skrzyżowała ręce, a potem oparła mu dłonie na czole, uniosła jego głowę do góry i patrząc w oczy, zapytała:

– A ty? Nigdy nie płakałeś nad książką?

Wyczuł stanowczość i dobrze mu znaną zadziorność w jej głosie.

– Nie przypominam sobie – odparł spokojnie. – Chyba że nad jakąś idiotyczną lekturą. Ze złości, że muszę tracić czas na takie bzdety – dodał prześmiewczo.

– Bardzo dziwne – odparła cicho, nie reagując na jego żart.

– Dlaczego?

– Bo jesteś ogromnie wrażliwy. Nigdy dotąd nie znałam chłopaka tak wrażliwego jak ty. Dlatego to dla mnie dziwne. Bardzo.

Odwróciła się na bok i przycisnęła pośladki do jego podbrzusza. Przez chwilę leżeli w milczeniu przytuleni do siebie.

– Na swoje usprawiedliwienie – szepnął w pewnym momencie – mogę dodać, że może nie płakałem nad książkami, ale za to przy listach tak. I to nawet dość często. Jeśli aż tak ci na moim płakaniu przy czytaniu zależy.

– Nigdy mi o tym nie mówiłeś, wiesz? – odparła po dłuższej chwili.

Usłyszał smutek w jej głosie. Nagle odwróciła się do niego i odsunęła na skraj łóżka. Ich oczy znalazły się na tej samej wysokości.

– Znamy się już prawie rok, sypiamy ze sobą – mówiła, nawijając kosmyk włosów na palec. – Znasz każdy skrawek mojego ciała, jemy przy wspólnym stole i kolacje, i śniadania. Rozpuszczam dla ciebie włosy. Nie boję się przy tobie się bać, nie wstydzę się ani płakać, ani mieć głupawek. Kupujesz mi tampony, wiesz, w jakim rozmiarze. Kładłeś mnie do łóżka zupełnie pijaną. Pokazałam ci swoje myśli, nadzieje, marzenia. A to o wiele więcej niż nagość. Moją biografię od pierwszej klasy podstawówki do dzisiaj znasz tak dokładnie, że potrafiłbyś z moich zdjęć zrobić dokumentalną Instastory. Mogłabym długo tak jeszcze wyliczać. Wiesz o mnie wszystko. I o mojej rodzinie także. Zapalasz ze mną znicze na cmentarzu. Wiesz o mnie tysiąc razy więcej niż moja matka. I wiesz to ode mnie – dodała stanowczo po chwili. – A ja? Ja – ciągnęła – tak naprawdę wiem tylko, że jesteś jedynakiem, mieszkasz z rodzicami i przyjęli cię na studia bez egzaminu, bo wygrałeś jakąś olimpiadę. Poza tym nie wiem nic więcej. Jak gdybyś nie miał żadnej przeszłości. Jak gdyby całe twoje życie zaczęło się dopiero w zeszłym roku w sierpniu. Kiedy mnie spotkałeś. Zauważyłeś to, Jakub? – zapytała cicho i umilkła.

Słuchał jej całkowicie zaskoczony, z niedowierzaniem. Coś, co zaczęło się od niewinnego, wynikającego z troski pytania, pomyślał, powoli przeistaczało się w poważną rozmowę o ich związku. Zupełnie nie spodziewał się takiej reakcji.

– Zauważyłeś? Pytam cię, czy zauważyłeś, verdammt noch mal[1]?! – zawołała podniesionym głosem, kiedy zamyślony zbyt długo nie odpowiadał.

To był znak. Ostateczny. Ostatnie ostrzeżenie. Nadia nigdy nie przeklinała. Nigdy. Ani kiedy była wściekła, ani kiedy przez nieuwagę uderzyła kolanem o krawędź drewnianego fotela, ani w żartach, ani nawet w sprośnych kawałach. Nie klęła nigdy, nawet przypadkowo. Co obecnie było raczej dość niespotykane. I wcale nie chodzi tutaj o interpunkcyjne „kurwy”, „jeby” i „chujnie” z wulgarnej ulicznej „nowogwary”, bo trudno nazwać to slangiem, a co dopiero językiem. Nie o takie bluźnienie pijaczków, ale także wielu studentów, tutaj chodziło. Bo istnieje przecież bluzg „sytuacyjnie uzasadniony, a nawet niezbędny, ambiwalentny, niekiedy oniryczny, a innym razem dosłowny i niczym niezastąpiony, bluzg dostojny”, jak mawiał jego jedyny zresztą przyjaciel Witold. Aktualnie student trzeciego roku polonistyki („gdzieś trzeba przeczekać życiową desperację”, jak powtarzał), ponieważ trzeci raz nie przyjęli go na medycynę, która była jego pasją, a z kolei „biologia i chemia to już niestety nie”. Marika, dziewczyna, z którą Witold spędzał najwięcej czasu, chociaż publicznie – w jej obecności również – trzeźwy czy pijany zarzekał się, iż nie jest z nią w „żadnym, poza seksualnym i ekonomicznym, związku”, twierdziła, że „Witkacego ciągnie na tę medycynę, bo chce u siebie zdiagnozować zespół Aspergera i potem sam sobie wypisać na to jakąś receptę”. Swoją drogą nigdy dotąd nie spotkał szczęśliwszej pary niż Marika i Witold.

Nadia nie klęła nawet w takich sytuacjach. W każdym razie nie po polsku. Kiedy zaczynała kląć po niemiecku – a klęła tylko tak i zdarzało się to bardzo rzadko – znaczyło, że powoli traci kontrolę, że coś w niej pęka, dotarła do jakiejś granicy lub ściany. Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się do niego plecami i dodała:

– Dlaczego tak jest? Dlaczego nie wpuszczasz mnie do swojej przeszłości? Powiesz mi czy nie?

– Bo... Bo mnie o nią nie pytałaś – odparł spokojnie.

– Ach tak? A może ja myślałam, że tak trzeba? Z szacunku do ciebie i do twojej prywatności. Nie wypytywać. Czekać na opowieść. Czekać cierpliwie. Nie pomyślałeś o tym? A może w tym braku ciekawości kryła się zapowiedź czegoś niepokojącego? Może powinno cię to było przestraszyć? Może to, że ona nie interesuje się moją przeszłością, znaczy, że nie planuje ze mną przyszłości? Tak trzeba było pomyśleć. Bo ja często tak myślałam. Według takiej logiki.

– Nadia, przestań! Proszę! – obruszył się i podniósł głos. – Ta twoja logika nie do końca jest logiczna. Dobrze wiesz, że mówię ci wszystko. I to niepytany. Po prostu uważałem, że moja przeszłość, wcale nie taka ciekawa, nie ma nic do rzeczy. To, jak wspólnie przeżywamy teraźniejszość, mówi o moich planach na przyszłość o wiele więcej. Także o tych związanych z tobą. Szczególnie o tych. Moja logika jest inna. I mam do niej prawo – dodał stanowczo, unosząc się na łokciach. – Co cię dzisiaj napadło? Z powodu jakiejś pieprzonej książki chcesz nam zepsuć niedzielę?! Nie mam ochoty na kwestionariusz Prousta. Nie dzisiaj, verdammt noch mal! – wykrzyknął teatralnie, przedrzeźniając jej niemiecki.

Nie znosił tego języka. Uważał, że nadaje się jedynie do wydawania rozkazów. Ludziom i koniom.

Wpatrywał się w jej plecy, czekając na odpowiedź. Milczała. Po chwili położył dłoń na jej pośladku i nachylając się, wyszeptał jej do ucha:

– Kochanie, sama wiesz, że moglibyśmy tę niedzielę zacząć zupełnie inaczej.

Nie odwracając głowy, zapytała:

– A któż to taki pisał do ciebie te listy? Jeśli oczywiście wolno wiedzieć – dodała zgryźliwie.

– Pewna bardzo ważna dla mnie kobieta.

– Ach tak? – odburknęła. – A o czymże to takim wzruszającym pisała?

– Głównie o tym, że tęskni. I że najradośniejszym wydarzeniem jej dnia jest moment, kiedy zrywa kartkę z kalendarza przed zaśnięciem. Bo dzięki temu wie, że o jeden dzień krócej będzie na mnie czekała. I o tym, że czasami wydaje jej się, że słyszy moje kroki na klatce, ale nie podchodzi do drzwi, bo wie, że będzie jej tylko smutniej. I że często odwiedzam ją w snach i się do siebie przytulamy. To właśnie kiedy o tym czytałem, zdarzało mi się płakać. Bo ja także za nią bardzo tęskniłem. Tylko nie chciałem jej o tym pisać. Byłem szczeniakiem. Wydawało mi się, że powinienem być dzielny jak rycerz. To było dawno. Byłem durniem. A z rycerza miałem tylko zakuty łeb. – Zamilkł. – Bo tęsknotę trzeba przecież odwzajemniać. Jak myślisz? – zapytał cicho.

 

Nadia leżała bez ruchu. Nie odpowiadała. On także umilkł.

– Jak ma na imię? – zapytała nagle.

– Agnieszka Dobrosława – odparł spokojnie.

– Ładna? Masz z nią ciągle jakiś kontakt?

– Ładna? To za mało powiedziane. Prześliczna. Jasne, że mam. W miarę regularny. Ostatni raz widziałem się z nią przedwczoraj wieczorem – odparł.

– I co? – zapytała.

Słyszał zdenerwowanie w jej głosie.

– Jak to co? Pocałowałem ją. Jak zawsze – wyszeptał i umilkł. – Ale nie musisz się martwić. To mężatka – dodał po chwili.

Nadia raptownie się od niego odsunęła i zaczęła gwałtownie wypychać jego rękę spod swojej szyi.

– Co się dzieje, Nadia? Co jest?! – wykrzyknął teatralnie, udając rozczarowanie. – Zawsze całuję matkę na pożegnanie, kiedy wychodzę na dłużej. A przecież wyszedłem w piątek wieczorem. Dzisiaj jest niedziela – powiedział, starając się nadać głosowi jak najpoważniejsze brzmienie. – Tak dla przypomnienia – dodał cicho i przyciągnął ją mocno do siebie.

Gwałtownie wyrwała się z jego objęć. Uklękła przed nim. Czuł jej kolana naciskające na żebra. Milczała, zagryzając nerwowo wargi. W jej spojrzeniu dostrzegł zuchwały uśmieszek. Po chwili z całych sił zaczęła okładać go poduszką.

– Ty wariacie z niewyparzoną wyobraźnią! W zakutym tęskniącym łbie! Ależ sobie pan rycerz historię wymyślił! Vivat licentia poetica! Pieprzony Rilke od płaczliwych listów się znalazł! – krzyczała, waląc na oślep bez opamiętania.

Oganiał się od jej uderzeń, śmiejąc się w głos. W pewnej chwili wyczerpana nachyliła się, przykryła mu twarz poduszką i ciężko dysząc, wysyczała przez zęby:

– Najchętniej bym cię udusiła, wiesz? Chyba że – dodała – masz jakiś fajny pomysł, żeby mi to cierpienie wynagrodzić...

Powoli zsunął poduszkę z twarzy. Nadia klęczała obok z opuszczonymi rękami. Wpadające przez prostokąt okna w suficie światło, przecinane szerokimi skrzydłami leniwie obracającego się wentylatora, tworzyło na jej twarzy, piersiach, brzuchu i udach przesuwającą się spiralę cienia. Jej oczy to pojawiały się, to znikały. Wydawało mu się, że za każdym razem są bardziej błyszczące i większe. Połyskiwały także momentami zroszone kroplami potu kosmyki jej włosów.

Uwielbia jej włosy. Długie, gęste, ciemnożółte zimą i mieniące się refleksami wysuszonych kłosów latem. Lubi, kiedy zaczesuje je do tyłu – gładko, blisko przy skórze – a potem splata w potrójny warkocz. Lubi także przypatrywać się jej, kiedy je rozczesuje. Wprowadza go to w stan błogości i spokoju. Pięknie hipnotyzujący. Czasami Nadia przewiązuje warkocz szeroką atłasową wstążką. Najczęściej w jego ulubionym karminowym kolorze. Lubi ssać jej włosy, lubi ich zapach, dotyk, lubi zanurzać w nich wargi i palce. Lubi je także myć. Często nachyla się na Nadią, kiedy siedzi w wannie, zwykle z książką w dłoni. Natychmiast ją odkłada, wysuwa się z pachnącej lawendą piany, a on w milczeniu długo i delikatnie wmasowuje szampon w jej ciężkie od wody, opadające na plecy loki. Potem powoli i dokładnie spłukuje je prysznicem. Dobrze wie, jaka ma być temperatura wody – taka, żeby delikatnie parzyła skórę po wewnętrznej stronie przedramienia, ale nie jego dłoni. Zdarza się – od pewnego czasu właściwie za każdym razem – że w pewnym momencie Nadia odwraca głowę, a woda spływa strumieniami po jej twarzy, piętrząc się na wypukłości rozsuniętych warg. Upuszcza wtedy prysznic, bierze jej głowę w dłonie i długo całuje usta. Potem policzki, czoło i powieki. Czasami Nadia w zapamiętaniu wciąga go do wanny. Dlatego ostatnio stara się zawczasu wyjąć telefon i portfel z kieszeni. Odkąd masuje głowę Nadii, stracił już trzy telefony...

Jej włosy... Jego fetysz. Magiczny.

Odkąd ją zna, włosy rozpuszcza wyłącznie dla niego. Kiedy wychodziła z łazienki z rozpuszczonymi włosami, wiedział, co się wydarzy. I nigdy się nie mylił.

Chociaż przeważnie to on je „uwalniał”, jak nazwała to pewnej nocy. Najczęściej, kiedy się kochali. Uwolnione włosy jako intymność, której tylko on miał prawo doświadczyć. Tak było i jest. Tylko on. Jako jedyny na świecie mężczyzna. Kojarzy mu się to czasami z pewną ostatnio nielubianą religią, ale co tam...

Dostrzegł także delikatną czerwoną wysypkę na jej dekolcie i szyi pomimo opalenizny. W stanie podniecenia, nie tylko seksualnego, chociaż przede wszystkim wtedy, Nadia dostawała wysypki. Według lekarzy to była reakcja fizjologiczna. Na podniesiony zbyt nagle poziom adrenaliny we krwi. Reakcja ponoć wcale nie tak rzadka, a u kobiet statystycznie dość powszechna. Nadia się jej nie tyle wstydziła, ile obawiała. Uważała, że jeśli ktoś zarejestruje korelację pomiędzy jej wysypką a podnieceniem lub zdenerwowaniem, posiądzie wiedzę, którą będzie mógł wykorzystać. Przeciwko niej. Taka tam – jego zdaniem – ubzdurana teoria spiskowa. Faktem jest, że wysypka na jej skórze mogła być dla niego albo bardzo dobrą, albo bardzo złą wiadomością. Doskonale wiedział, kiedy dyskusje z Nadią zbliżały się do granicy, za którą wybuchała kłótnia. Wystarczyło, że przyglądał się jej szyi i dekoltowi.

Jednak teraz, patrząc na zaczerwienie zaczynające się tuż pod brodą i kończące nierównomiernymi plamami na początku wypukłości piersi, nie był pewien, co je wywołało. Zdenerwowanie historyjką o matce? Czy może podniecenie? Siedziała na nim okrakiem. Czuł jej ciężar na udach. Wsunęła kosmyk włosów do ust i patrząc mu w oczy, ssała go nerwowo w milczeniu. Nagle uniosła się, wstała z łóżka i podeszła do okna. Po chwili cofnęła się, podniosła z podłogi jego koszulę. Przysłoniła nią pośladki, związała rękawy wokół talii i bez słowa wyszła na balkon, zamykając drzwi.

Zsuwając się powoli z łóżka, kątem oka dostrzegł przy poduszce książkę. Sięgnął po nią i rzucił ze złością w kierunku metalowego kosza pod biurkiem. Książka poszybowała zbyt wysoko, trafiła w obudowę komputera, odbiła się i upadając na blat, strąciła drewnianą ramkę z fotografią. Nie wstał, aby ją podnieść. Siedział nieruchomo na skraju łóżka i wpatrywał się w obracające się powoli skrzydła wentylatora.

To prawda, że nie opowiadał jej zbyt wiele o swojej przeszłości. W porównaniu z tragediami, które ją spotkały, jego przeszłość wydawała się sielankowa. Przewidywalna, nudna, sztampowo szczęśliwa i poza jednym szczeniackim dramatem, o którym z całych sił starał się zapomnieć, niewarta opowieści. Ponadto nie sądził, że cokolwiek musi czy powinien. Przy niej przecież nie musiał nic. Wszystkiego chciał. I to jego zdaniem było w ich związku najpiękniejsze. Poza tym jakie znaczenie miała jego biografia przed nią? Dla niego czas zaczął się liczyć od zeszłej Wigilii. I tamtego wieczoru zaczęła się także jego przeszłość, której opowiadanie nie miało sensu. Bo ona ją doskonale znała. Od pierwszej chwili. Ich wspólnej...

Inne książki tego autora: