Czy mężczyźni są światu potrzebni?Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Jak pożądają mężczyźni?

Czy mężczyzna może być wierny?

Mężczyzna molekularny

Podbrzusze mężczyzny: geografia intymna

Czy światu potrzebni są jeszcze mężczyźni?

Dlaczego mężczyźni mają erekcję?

Czy kobiety są lepsze od mężczyzn?

Czego boją się mężczyźni?

Jakich mężczyzn wybierają kobiety?

Z jakimi mężczyznami kobiety nie mają dzieci?

Mężczyzna jako ojciec

Jak cierpią mężczyźni?

Czy ja jestem światu potrzebny?

Redaktor prowadzący: DOROTA WIERZBICKA

Konsultacja: Dr ZBIGNIEW LIBER

Redakcja: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, KRZYSZTOF LISOWSKI, ANNA RUDNICKA, HENRYKA SALAWA

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT

© Copyright by Janusz Leon Wiśniewski

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007

Wydanie drugie

ISBN 978-83-08-04647-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

JAK POŻĄDAJĄ MĘŻCZYŹNI?


Kobieta, aby pójść do łóżka z mężczyzną, potrzebuje bliskości, zaufania i poczucia więzi. Mężczyzna – przeważnie – potrzebuje tylko miejsca...

Czy w tym deprymującym (głównie dla mężczyzn) stwierdzeniu kryje się jedynie cynizm, czy także jakaś prawda? A jeśli tak, to jak gorzka jest ta prawda? Dlaczego mężczyźni pożądają inaczej? I co z tego wynika?

U zwierząt wszystko jest o wiele prostsze. Pożądanie służy prokreacji i jak największej dystrybucji genów. Bliska nam ewolucyjnie małpka bonobo bez żadnych skrupułów jest w stanie przerwać akt kopulacji, gdy tylko na horyzoncie pojawi się inny samiec, który swoim wyglądem i zachowaniem zdradza, że mógłby jej zagwarantować lepszy zestaw genów dla potencjalnego potomstwa. Na taką decyzję wyuzdana bonobo potrzebuje nie więcej niż osiem sekund. Jeszcze mniej czasu potrzebuje na to samica poligamicznego nornika górskiego.

Zwierzęta pożądają tylko w jednym celu: prokreacji. Do dzisiaj trwają dyskusje naukowców na temat tego, czy realizując swoje pożądanie w akcie seksualnym, zwierzęta odczuwają przy tym jakąś przyjemność. Oglądając fotografie kopulujących par goryli, słynących notabene z wierności, mam co do tego poważne wątpliwości. Cynicy twierdzą, że cierpienie na pysku (twarzy?) goryla wynika z tego, iż ciągle jest fotografowany z tą samą samicą.

Ludzie są pierwszym i jedynym gatunkiem, który na drodze ewolucji oddzielił prokreację od pożądania. I jednym z trzech gatunków, który pożąda i spółkuje bez względu na porę roku. Pozostałe dwa to muchy i pluskwy. U całej reszty stworzeń pożądanie pojawia się wyłącznie w krótkim okresie godowym (tzw. rui). Tylko wtedy występuje u nich przewaga popędu płciowego (podobnie jak u ludzi) nad uczuciami głodu, zimna, pragnienia i bezpieczeństwa. Dotyczy to w większym stopniu samców niż samic.

W dodatku, tylko człowiek koniecznie chce powiązać pożądanie ze zjawiskiem kulturowym, jakim jest miłość. Pomagają mu w tym poeci i pisarze, od czterech tysięcy lat wychwalający w literaturze „miłość romantyczną” (mam w tym swój udział), a także laboranci, którzy zsyntetyzowali pigułkę antykoncepcyjną, i dziennikarze, którzy z miłości romantycznej zrobili kultowy, zawsze dobrze sprzedający się temat. To oczywiste, że bez miłości romantycznej nie byłoby ani Hollywood, ani tym bardziej Bollywood.

Tymczasem wiele wskazuje na to, że człowiek w sferze seksualności pozostał w dużej mierze zwierzęciem. Wymyślając tysiąclecia temu miłość, jedynie zhumanizował pożądanie, seks oraz reprodukcję, nadając kulturowe znaczenie biologicznym faktom. Mimo to niewiele się przez wieki zmieniło, jak wykazały badania antropologa George’a Murdocha. W końcu lat czterdziestych XX wieku przebadał on historię 238 kultur cywilizacyjnych na całym świecie. Tylko dla 43 z nich monogamia była społecznie preferowanym wzorcem struktury rodziny. W pozostałych panował system, który dzisiejszy świat zachodni nazwałby brutalnie i dosadnie urzeczywistnieniem fantazji masturbującego się mężczyzny: jak najwięcej różnych kobiet w jak najkrótszym czasie. Czy to u Indian w Ameryce Północnej, czy u Inków w Ameryce Południowej, czy u kultur szczepowych w Afryce lub Azji – w większości akceptowano fakt, że mężczyźni współżyją jednocześnie z wieloma kobietami. Czasami musiano liczbę tych partnerek prawnie reglamentować. Do dzisiaj muzułmanie, zgodnie z Koranem, mogą posiadać maksymalnie cztery żony (jeśli są w stanie je wszystkie utrzymać na tym samym poziomie materialnym). Z kolei władca Aszantów (obecna Ghana) musiał zaakceptować prawo, według którego jego harem nie mógł przekraczać dokładnie ustalonej, tajemniczej do dzisiaj liczby 3333 kobiet.

Biolodzy ewolucyjni widzą w tej poligynii ukryty sens. Nawet dla kobiet. Niewiasta w haremie miała szanse wymieszania swoich genów z genami najważniejszego i najbardziej wpływowego mężczyzny w państwie.

Według znanego zoologa Tima Birkheada z uniwersytetu w Sheffield w Wielkiej Brytanii, monogamia jest systemem skrajnie nienaturalnym. W artykule opublikowanym w renomowanym czasopiśmie naukowym „Nature” (2005) Birkhead przekonuje, że ludzie, podobnie jak zwierzęta, z natury dążą do pozbawionych więzi uczuciowej kontaktów seksualnych z przypadkowymi, często zmienianymi partnerami (nazywamy to zjawisko promiskuityzmem), a monogamia, jako dominujący w zachodnich cywilizacjach system partnerski, jest sztucznym tworem kulturowym, narzuconym przez religię dla ustabilizowania społeczeństw. Dodajmy: ściśle patriarchalnych społeczeństw.

Monogamię narzucili światu, o dziwo, mężczyźni. Chcąc uniknąć konfliktów i całego zła wynikającego z walki o dostęp do jak największej liczby kobiet, wymyślili demokratyczny system, w którym każdy mężczyzna będzie miał, przynajmniej teoretycznie, prawo do tylko jednej kobiety. Samych kobiet o zdanie oczywiście nie pytano. Zresztą nawet gdyby zapytano, to odpowiedź (w tamtych czasach) mogła być tylko jedna. Znajdując się w całkowitej materialnej zależności od mężczyzn, przyjęły pomysł małżeństwa z jednym partnerem na całe życie – uważały, że w ten sposób zagwarantują sobie i swoim dzieciom materialne bezpieczeństwo.

Przez tysiące lat kobiety były zmuszone handlować z mężczyznami: moja wierność w zamian za moje i moich dzieci bezpieczeństwo socjalne. Ale dzisiaj, na początku XXI wieku, ten kontrakt między płciami traci powoli (i nareszcie) ważność. Kobiety same potrafią zadbać o swoje utrzymanie. Mężczyźni i kobiety obeszli równik historii, powracając do punktu wyjścia, czyli do jaskiń. Przynajmniej jeśli chodzi o seksualne partnerstwo i równouprawnienie.

Z biologicznego punktu widzenia hedonistyczni mężczyźni wracają do jaskiń z ogromną radością. Erotyka w plejstocenie stanowi doskonały scenariusz dla każdego filmu pornograficznego (chociaż osobiście nie podejrzewam, żeby do tego gatunku filmów istniały „scenariusze”). Ostatnie, liczące ponad 7200 lat, znalezisko archeologów w niemieckiej Saksonii zdaje się to potwierdzać. Dziewiętnastego sierpnia 2003 roku czujny operator koparki w Erdreich, niedaleko Lipska, przygotowując teren do założenia przewodów gazowych, natrafił na figurkę z okresu neolitu ceramicznego. W artykule naukowym, który niedługo później pojawił się w fachowym czasopiśmie „Germania”, archeolog Harald Stäuble potwierdził, że figurka przedstawia wyuzdany akt seksualny naszych jaskiniowych przodków. To było sensacyjne odkrycie, ponieważ najstarsze znane dotychczas przedstawienia aktu płciowego powstały (jako freski) w Grecji dopiero ponad 4000 lat później. Do erotycznej figurki z Saksonii dołączyło wkrótce liczące ponad 6000 lat znalezisko archeologów z Ludwigshafen, wydobyte z wód Jeziora Bodeńskiego na granicy Niemiec i Szwajcarii – tzw. dom kultu. Okazał się on świątynią, z której ścian wystają gliniane, niegdyś obfite, kobiece piersi.

 

Według antropolog Helen Fisher, autorki wydanych w Polsce fascynujących książek Anatomia miłości i Dlaczego kochamy, kobiety z epoki kamiennej „chodziły w krzaki z coraz to nowym partnerem”. W domach z betonu nie ma wolnej miłości, ale w jaskiniach z granitu lub piaskowca była jak najbardziej. Fred Flintstone tylko w kreskówce dla dzieci jest zabawnym pantoflarzem i zatwardziałym monogamistą. Ten sam Fred Flintstone na kanale National Geographic lub w „różowej serii” na innych kanałach, emitowanej zwykle po północy, byłby kimś zupełnie innym, ale prawdziwszym: biologicznie uwarunkowanym samcem, z niczym nie hamowanym (oprócz prawa silniejszego w stadzie) instynktem.

Jak się okazuje, wyuzdany seks jaskiniowców ma nawet dzisiaj ogromne znaczenie dla ludzkości. Przynajmniej dla tej jej części, która zadaje sobie pytanie, jak to się stało, że praczłowiekowi udało się zaludnić całą planetę. Dotychczas obowiązująca teoria zakłada, że wszyscy – jako gatunek – wywodzimy się od pewnej pary praprzodków z Afryki, która rozmnożywszy się, opanowała cały świat. Pierwsi ludzie z Afryki przywędrowali na inne kontynenty i w wyniku brutalnych wojen podbili zastane gatunki ludzkie, doprowadzając do ich wymarcia.

Ostatnio jednak Alan R. Templeton, młody genetyk z uniwersytetu w Michigan, w trakcie kongresu Australijskiego Towarzystwa Genetycznego w Melbourne podważył prawdziwość tej teorii. Twierdzi, że człowiek afrykański wcale nie wymordował innych gatunków ludzkich, ale jedynie się z nimi wymieszał. Podpiera on swoje tezy szczegółowymi analizami DNA różnych żyjących obecnie na świecie ras ludzkich. Stopień wymieszania genów jest tak duży, że według Templetona „nasi przodkowie myśleli jedynie o seksie i robili to każdy z każdym, przy każdej nadarzającej się okazji”. Tylko w ten sposób mogło dojść do aż takiego wymieszania genów. Okazuje się, że slogan „make love, not war” to wcale nie pomysł hippisowskich komun końca lat sześćdziesiątych XX wieku.

Niekiedy człowiek jest nawet bardziej „biologiczny” od zwierząt, a przy tym znacznie bardziej od nich (ewolucyjnie) obłudny. Samce zwierząt używają seksualnych forteli w celu zapłodnienia jak największej liczby samic. Mężczyźni (ze znacznie lepiej rozwiniętym mózgiem), wymyślając o wiele bardziej skomplikowane fortele, wcale nie chcą dopełnić naturalnego obowiązku zapłodnienia kogokolwiek (przeważnie wręcz przeciwnie, bardzo się tego obawiają). Pragną jedynie czerpać z aktu seksualnego przyjemność, najlepiej z obcymi „samicami”, nie zostawiając nic w zamian naturze. W swoim upodobaniu do obcych samic są bardzo podobni do samców gadów, których mózg zatrzymał się w rozwoju na najbardziej podstawowym etapie. Na przykład jaszczurki mają jedynie tzw. gadzi mózg (obecny także u człowieka), składający się wyłącznie z pnia. To tam jest źródło podstawowych fizjologicznych procesów. Jaszczurki nie mają ani kory mózgowej (odpowiadającej za myślenie), ani układu limbicznego (sterującego emocjami).

Mimo to, jak stwierdziła para amerykańskich zoologów, Laura Steele i William Cooper Jr, samce gekonów (łac. Gekkonidae, duża rodzina 90 rodzajów i 800 gatunków jaszczurek) w okresie rui zachowują się bardzo podobnie jak pożądający mężczyźni. Pląsają, mają błogi wyraz pyska i poruszają ogonem – ale to popisy nie dla samicy, która jest obok i czeka w gotowości na akt zapłodnienia. Ta już cała do nich należy. Gekony robią to dla samic, które czasami zupełnie przypadkowo znalazły się na oznaczonym przez nie terenie. Samce te nie zważają na zmęczenie, stratę energii i czasu. W dodatku owe samice wcale nie muszą być płodne. Podniecony seksualnie gekon jest zadziwiająco podobny do mężczyzny, ale w jednym bardzo się od niego różni. Gekon zachowuje się, jakby myślał o przyszłości. Wiele samic oczarowanych ruchami ogona gekona pozostanie na jego terenie tak długo, aż jajeczka w nich dojrzeją. Samiec gekon także nie opuści tego miejsca, w nadziei, że może zostać po raz kolejny ojcem. Z kolei większość współczesnych mężczyzn, po nasyceniu swego pożądania, jak najszybciej zmieniłaby miejsce pobytu...

Czas, jaki mija u ludzi od wstępnego zainteresowania do zachowań seksualnych, jest wprawdzie dłuższy niż u szympansów, lecz krótszy niż na przykład u goryli. No ale goryle nigdy nie czytały Leśmiana. Spętany warunkami społecznymi i nakazami religii (niektórych), człowiek ograniczył swoją, do tej pory nieposkromioną, seksualność za pomocą ciasnych gorsetów, pijących pod sercem i pod podniesionymi do góry z podniecenia piersiami (kobiety), oraz zrobionych z drutu kolczastego etyki kagańców moralności (mężczyźni). Mężczyznom w tych kagańcach jest o wiele gorzej niż kobietom w gorsetach. Kobieta w gorsecie, nawet jeśli cierpi, wygląda powabnie; mężczyzna w kagańcu jest jak rozjuszony seksualnie wilk. Wynika to głównie z uwarunkowań ewolucyjnych.

Mężczyźni na całym świecie kopulują 50 miliardów razy rocznie, co daje około miliona litrów nasienia dziennie. Mężczyzna ma między nogami dwie fabryki, które bez przerwy, na cztery zmiany, w dzień i noc, produkują miliony ich malutkich genetycznych kopii. W każdej sekundzie na całym świecie mężczyźni produkują 200 bilionów plemników, co przekłada się na mizerne pięć urodzeń na sekundę! Kobieta rodzi nieporównywalnie małą liczbę dzieci w porównaniu do liczby dzieci, które może począć mężczyzna. Ewolucyjnie rzecz ujmując, na świecie istnieje ogromny przerost podaży spermy nad popytem na nią. Już sam ten fakt biologicznie determinuje większą poligamiczność mężczyzn.

Lecz aby być poligamicznym, trzeba pożądać. I to bardzo intensywnie. Teoretycznie nawet nieustannie. Natura (lub Stwórca) w związku z tym już na poziomie molekularnym wyposażyła mężczyzn w inną niż kobiety chemię pożądania. Zaopatrzyła ich w jądra produkujące testosteron (jego chemiczna nazwa to: 17ß-Hydroxy-androst-4-en-3-on), którego poziom u mężczyzn jest o wiele wyższy niż u kobiet.

Ewolucję należy ganić (albo jej dziękować?) za to, że mężczyźni pożądają zazwyczaj młodych i atrakcyjnych kobiet. Bo im młodsza, tym więcej dzieci może mu urodzić. Im atrakcyjniejsza, tym bardziej atrakcyjne dzieci przyjdą na świat. Lepiej wyglądające potomstwo ma większe szanse na znalezienie atrakcyjnych partnerów. W ten sposób cykl się zamyka. Na dodatek atrakcyjność partnerki przyczynia się do zrównoważenia podaży spermy i popytu na nią. Akty seksualne z kobietami atrakcyjnymi (według badań amerykańskiego Instytutu Kinseya) trwają o wiele krócej niż te z mniej atrakcyjnymi.

Przy wysokim poziomie testosteronu mężczyźni mają jednocześnie bardzo niski poziom (w porównaniu z kobietami) oksytocyny i wazopresyny, dwóch peptydowych hormonów, które od dawna przez neurobiologów kojarzone są z utrzymaniem więzi społecznych i zaliczane do grupy tzw. hormonów wierności.

Szczególnie interesujące jest działanie oksytocyny na pożądanie mężczyzn. Jej poziom wpływa na tzw. czas refrakcji, czyli czas, jaki upływa od ejakulacji do możliwości następnej erekcji. U mężczyzn z niskim poziomem oksytocyny ten czas jest o wiele krótszy niż u mężczyzn z wysokim poziomem tego hormonu. Krótko mówiąc, mężczyzna potencjalnie mniej wierny „może drugi raz” po piętnastu minutach, podczas gdy ten bardziej wierny dopiero po piętnastu godzinach. Ewolucja jest także w tym wypadku niesprawiedliwa dla kobiet...

Jak już okazywało się wielokrotnie, pożądanie mężczyzn może być bardzo niebezpieczne... politycznie. Historia pokazuje, że dla pożądanych kobiet mężczyźni wywoływali wojny, w których wyniszczali całe narody lub zmieniali mapy świata. Wielu mężczyzn na tym świecie żyje według nieprawdziwej wskazówki w chwytliwym sloganie (wymyślonym notabene przez kobietę), twierdzącym, że „życie to pożądanie, cała reszta to tylko drobiazg”. Pożądający mężczyźni – zdobywając za wszelką cenę kobietę – poszukują głównie potwierdzenia. Samopotwierdzenia. Nic ich tak nie umacnia w przekonaniu o własnej wartości jak kobieta, która krzyczy. Ale nie ze złości. Z rozkoszy.

CZY MĘŻCZYZNA MOŻE BYĆ WIERNY?


Kobiety pragną dużo seksu z mężczyzną, którego kochają. Mężczyźni natomiast chcą po prostu dużo seksu...

Już od pierwszego kontaktu mężczyzna ocenia kobietę z punktu widzenia pożądania. Nie patrzy na nią jak na potencjalną matkę, partnerkę, opiekunkę lub rozmówczynię. Patrzy na nią, często podświadomie, czysto seksualnie. Naukowcy z uniwersytetu w Padwie we Włoszech poddali badaniom reprezentatywną grupę mężczyzn i kobiet w różnym wieku, sporządzając tzw. mapę uwagi wzroku. Okazuje się, że w pierwszej minucie kontaktu mężczyzna najwięcej czasu poświęca piersiom kobiety, potem nogom, następnie twarzy – koncentrując się na ustach – po czym natychmiast kieruje wzrok na biodra. Badania obejmowały dwie grupy kobiet: ubranych w wyzywające stroje wieczorowe i w skromne biurowe. Kobiety poddane tym samym badaniom zatrzymywały swoją uwagę przez większą część pierwszej minuty głównie na twarzy i głowie mężczyzny. Jedyna statystycznie istotna fluktuacja dotyczyła mężczyzn w strojach wieczorowych. Około 8% czasu w pierwszej minucie kontaktu kobiety poświęciły oglądaniu okolicy rozporka.

Świadomość seksualna pojawia się u mężczyzn wcześniej niż u kobiet. U młodych chłopców jest ona ponadto o wiele ważniejsza niż u dziewcząt. Wbrew utartym przekonaniom już w tym wczesnym okresie mózg odgrywa w ich seksualności rolę porównywalną z rolą ich narządów płciowych. Chłopcy mogą osiągać orgazm, snując jedynie fantazje seksualne, bez prawdziwego kontaktu fizycznego. Mają erotyczne, prowadzące do polucji sny. Większość dziewcząt w ich wieku nie ma snów erotycznych.

Na skutek wysokiego stężenia testosteronu chłopcy są bardziej aktywni seksualnie niż dziewczęta. Specyficzny test przeprowadzony przez endokrynologa profesora Eberharda Nieschlaga z uniwersytetu w Münster w Niemczech wykazał, że testosteron (w tym wypadku jako steryd anaboliczny) jest podstawowym czynnikiem rozstrzygającym o budowie ciała i rejestrze głosu. Nieschlag stwierdził na podstawie swoich badań, że dobrze zbudowane basy z oznakami pierwszego zarostu mają o wiele więcej wytrysków tygodniowo niż tenory. W ogóle chłopcy częściej się masturbują, z większym uporem dążą do zaspokojenia seksualnego i choć dojrzewają wyraźnie później, wcześniej – napierani pożądaniem – rozpoczynają współżycie płciowe. Matki ostrzegają swoje córki, że młodemu mężczyźnie chodzi tylko o jedno, i zazwyczaj mają niestety rację. Potem córki same stają się matkami i sytuacja zmienia się radykalnie. Żal im, że mężczyźnie już o to nie chodzi, ale swoje córki ciągle ostrzegają.

Gdy chłopcy przeobrażają się w mężczyzn, pożądają z upływem czasu coraz mniej (przynajmniej kobiet, z którymi są aktualnie w stałych związkach). Pożądanie maleje stopniowo. Po roku stałego związku liczba aktów seksualnych par małżeńskich (według badań magazynu „Spiegel” z 1998 roku na 2400 parach) spada przeciętnie o połowę. Wystarczy jednak, że dojdzie do utraty lub zmiany partnerki, a poziom libido mężczyzny wraca do stanu wyjściowego. Fenomen ten znajduje natychmiast swoje wymierne odzwierciedlenie w wartości stężenia testosteronu we krwi mężczyzny.

Wyniki badań endokrynologów z uniwersytetu stanowego w Pensylwanii potwierdziły charakterystyczną prawidłowość: poziom testosteronu u mężczyzny po zawarciu małżeństwa (może nie od razu w noc poślubną) stopniowo spada, ale natychmiast rośnie, gdy dochodzi do rozwodu. Także w ten sposób tłumaczy się niezaprzeczalny fakt, że żonaci mężczyźni żyją przeciętnie dłużej niż kawalerowie lub rozwodnicy. Zbyt wysoki poziom testosteronu osłabia oraz spowalnia działanie systemu odpornościowego (upośledzając działanie białych ciałek krwi), prowadząc w ten sposób do większej i wcześniejszej umieralności. Związane jest to z wpływem poziomu testosteronu na działanie limfocytów T (tzw. limfocytów grasicozależnych), będących nośnikami odporności komórkowej, wyposażonych w zdolność unicestwiania obcych komórek. Wyniki badań przeprowadzonych w słynnej amerykańskiej Mayo Clinic (opublikowane w „Journal of Immunnology”, listopad 2004) wskazują, że brak testosteronu bezpośrednio aktywizuje działanie limfocytów T, powodując zwiększoną odporność organizmu. Jak na razie obserwacje te poczyniono jedynie na wykastrowanych samcach myszy i nie można ich przenosić bezpośrednio na ludzi.

Notabene, wśród różnych przebadanych grup mężczyzn najniższy poziom tego hormonu stwierdzono u księży katolickich (według artykułu w amerykańskim czasopiśmie naukowym „Journal of Endocrinology” z 2001 roku).

 

Praktycznie wszystkie badania przeprowadzone w XX i na początku XXI wieku potwierdzają smutną tezę, że w dziedzinie seksu mężczyźni potrzebują (i poszukują) różnorodności. Doskonale wiedział o tym na przykład doktor Alfred Charles Kinsey, amerykański biolog, specjalista od owadów, który w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku na zlecenie rządu USA zarzucił swoje badania nad bzykaniem os owocówek i zajął się opracowywaniem raportów dotyczących zachowań seksualnych Amerykanów, szokując nimi purytańskie wtedy (ale także i dzisiaj) Stany Zjednoczone.

Kinsey, który rozmawiał na ten temat z tysiącami mężczyzn, doszedł do wniosku, że gdyby nie zakazy społeczne i kaganiec moralny, mężczyzna korzystałby bez wahania z absolutnej swobody seksualnej. Bonobo i Bogdan nie różnią się zbytnio w tym względzie. Męski promiskuityzm jest uwarunkowany ewolucyjnie. Swoboda seksualna została zapisana w męskich genach. Wie o tym każdy farmer w Ohio w USA lub rolnik z polskiego Mazowsza. Kiedy byk kończy kopulację z krasulą, jego zainteresowanie może być ponownie pobudzone wprowadzeniem mućki. Na siódmą z kolei krowę byk zareaguje tak samo silnie jak na pierwszą. Wystarczy tylko, żeby była inna. Podobnie zresztą zachowuje się baran, który mając do czynienia z tą samą owcą, nie może powtórzyć ejakulacji więcej niż pięć razy. Z inną owcą ejakuluje natychmiast.

To zjawisko ma nawet swoją nazwę: efekt Coolidge’a, i wywodzi się od nazwiska mało znaczącego w historii Stanów Zjednoczonych prezydenta. John Calvin Coolidge Jr (urzędował w latach 1923–1929) zwiedzał kiedyś wraz z małżonką rządową farmę kur. Małżonka w pewnym momencie zapytała przewodnika, ile razy dziennie kopuluje kogut. Odpowiedź brzmiała: „Dziesiątki razy”. Prezydentowa Coolidge zażyczyła sobie, aby przekazano tę odpowiedź prezydentowi. Co też natychmiast uczyniono. Prezydent zapytał wtedy: „Za każdym razem z tą samą kurą?”. Gdy usłyszał: „Za każdym razem z inną”, polecił, aby natychmiast przekazano tę odpowiedź pani prezydentowej.

Pociąg seksualny u kobiet jest równie silny jak u mężczyzn lub nawet silniejszy. Jest natomiast w o wiele większym stopniu uzależniony od więzi emocjonalnej. Mężczyźni pozbawieni seksu częściej stają się ponurzy, drażliwi i agresywni. Kobiety w stanie celibatu rzadko doświadczają tych uczuć. Mężczyznom chronicznie brak po prostu seksu, kobietom – tego, co seksowi jedynie towarzyszy. Analiza socjologiczna ogromnego niekomercyjnego, towarzyskiego forum internetowego, znanego w USA pod nazwą Criagslist (ponad miliard odwiedzin od czasu powstania forum i ponad pięć milionów zarejestrowanych użytkowników), wskazuje, że opuszczone kobiety poszukują przede wszystkim namiastki bliskości, a seks ich w ogóle nie interesuje (przynajmniej w początkowej fazie).

Dla mężczyzn najbardziej liczy się częstotliwość aktów seksualnych i intensywność fizycznej przyjemności. Dla kobiet najważniejsze jest poczucie bliskości, której dostarcza lub którą imituje seks. I równie istotne jest dla nich poczucie bezpieczeństwa. Z analiz ankiet Instytutu Kinseya z roku 2001 (badającego jakość pożycia seksualnego par heteroseksualnych w czasie) wynika, że liczba kobiet przeżywających regularnie orgazm bardzo istotnie wzrasta tuż po zawarciu małżeństwa. Statystycznie rzecz biorąc, jeśli przed ślubem tylko jedna na sto kobiet deklarowała przeżywanie orgazmu, to po ślubie ta liczba wzrosła do pięćdziesięciu sześciu (sic!). Z kolei dla mężczyzn ta jakość (trudno mówić o braku orgazmu u mężczyzny) po ślubie została oceniona jako „istotnie lepsza” lub „lepsza” tylko przez sześciu na stu.

Związane to jest między innymi z różną dynamiką wytwarzania oksytocyny, hormonu odpowiedzialnego u wszystkich naczelnych za budowanie więzi społecznych. Kobiety produkują o wiele więcej oksytocyny niż mężczyźni. Każdy satysfakcjonujący stosunek seksualny z bliskim im mężczyzną prowadzi dodatkowo do zwiększonej produkcji tego hormonu. U mężczyzn poziom stężenia oksytocyny pozostaje generalnie stały. Poza tym, upraszczając trochę, kobieta „na oksytocynie” wzdycha z zadowolenia po seksie (nawet tym bez orgazmu). Mężczyzna zaczyna po prostu chrapać.

Wzorzec zachowań męskich w odniesieniu do seksu nie zależy od orientacji seksualnej. Tylko znikoma mniejszość homoseksualnych mężczyzn przejawia stereotypowe kobiece zachowania i ulega tzw. zniewieścieniu, wykazując czułość, opiekuńczość i mniejsze zainteresowanie seksem dla samych doznań fizycznych. Z kolei homoseksualne kobiety pozostają ukształtowane według normalnego wzorca kobiecego. Testosteron nie wydaje się dominować nad ich żeńskimi hormonami i cały czas pozostają aktywne przymioty typowo kobiece: czułość, wrażliwość i pragnienie bezpieczeństwa oraz bliskości.

Fizyczna przyjemność wynikająca z seksu według ankiet Instytutu Kinseya (1999 rok) znalazła się na jednym z ostatnich miejsc na skali wartości (u kobiet!). Krótko mówiąc: kobiety pragną dużo seksu z mężczyzną, którego kochają. Mężczyźni natomiast chcą po prostu dużo seksu. Wynika to głównie z różnicy reakcji na bodźce. Mężczyźni reagują głównie na dotyk i widok nagiego ciała, kobieta potrzebuje zasadniczo poczucia bezpieczeństwa i czułości.

Z tego też wynika sukces farmakologii w leczeniu zaburzeń erekcji u mężczyzn i porażka terapii w przypadku oziębłości płciowej kobiet. Viagra (substancja czynna to sidenafil), levitra (vardenafil) i ostatnio cialis (tadalafil) są bardzo skuteczne tylko w przypadku mężczyzn. Wszystkie trzy specyfiki nie są w żadnym wypadku afrodyzjakami i ich funkcja ogranicza się do zwykłej inhibicji jednego enzymu, PDE5 (phosphodiesteraza, rozkładająca wysokoenergetyczne związki fosforowe w komórce), powodującego zwiotczenie ścianek naczyń krwionośnych w ciele jamistym prącia. Podobnie specyfiki te powinny więc działać u kobiet, zatrzymując krew w łechtaczce. Jednakże tak nie jest. Skuteczność viagry i jej podobnych u kobiet nie przekracza 3%, podczas gdy u mężczyzn oceniana jest na ponad 70%.

Oziębłość seksualną kobiet trzeba leczyć inaczej, zaczynając od mózgu, a nie od łechtaczki. Najbardziej obiecującym, na dzisiaj, specyfikiem jest PT-141, poddawany aktualnie próbom klinicznym w Centrum Nauk Zdrowia przy uniwersytecie stanowym w Arizonie. PT-141 jest syntetycznym odpowiednikiem występującego także w mózgu peptydowego hormonu alfa-MSH (alpha-melanocyte).

Co ciekawe, głównym zadaniem tego peptydu jest pobudzanie pigmentacji skóry w celu ochrony przed oparzeniami spowodowanymi promieniowaniem ultrafioletowym słońca. W trakcie badań nad PT-141 większość mężczyzn, przyjmujących ten specyfik, zyskiwała wyjątkową dla nich opaleniznę. Ale nie tylko. Ponad 83% w swoich raportach informowała o przypadkach niekontrolowanej, długotrwałej erekcji. Podobny stan pobudzenia seksualnego notowały kobiety. Istnieje więc duża szansa na to, że wkrótce wszyscy mężczyźni będą opaleni, a kobiety nie tylko opalone, ale i zadowolone...

Twierdzenie, że kobiety nie potrzebują orgazmu, aby czerpać przyjemność z seksualnej bliskości, jest podobne do jeszcze bardziej absurdalnego stwierdzenia, iż bezdomny śpi na ulicy, bo tak lubi. Ignorancja mężczyzn wobec znaczenia orgazmu dla kobiet ma, niestety, bardzo długą historię. Jeśli jakąś bzdurę powtarza się przez tysiące lat, to w końcu zaczyna ona być obowiązującą regułą lub nawet dogmatem.

Pierwszy raz wprowadził ją w obieg, bardzo dawno temu, w 125 roku naszej ery, niejaki Soranos z Efezu, najbardziej znany ginekolog i położnik starożytności. W jednym ze swoich manuskryptów napisał, że „nie jest zupełnie istotne, czy kobieta odczuwa przyjemność”, liczy się tylko orgazm mężczyzny. Ta wygodna dla mężczyzn (ze względu na przedwczesne wytryski, hedonistyczny egoizm, brak znajomości mapy kobiecego ciała itp.) teoria rozpowszechniła się bardzo szybko i chociaż nieprawdziwa, obowiązywała przez wieki. Gdy w 1859 roku lekarz Pierre Briquet odkrył u kobiet orgazmy powodowane drażnieniem łechtaczki, zakwalifikował je jako dowód „niebezpiecznej histerii”. Na tyle groźnej, że dwadzieścia lat później jego kolega po fachu, także Francuz, niejaki doktor Zambacco, doradzał władzom Francji wypalanie łechtaczek rozżarzonym żelazem, aby „zapobiec postępującej demoralizacji”. Jeszcze dzisiaj, w XXI wieku, w niektórych krajach afrykańskich młodym kobietom wycina się łechtaczki niejednokrotnie zardzewiałym, tępym nożem.

W tym samym XIX wieku w pobliskiej Anglii, chełpiącej się „demokracją”, szalał na dobre wiktoriański purytanizm, pełen obłudy i niebywałego zakłamania. Kobieca seksualność była tam absolutnie negowana i potępiana. Dziewiętnastowieczny angielski gentleman, znakomicie radzący sobie w świecie podwójnej moralności, pozorów i fałszu, wieczorami chętnie odwiedzał liczne burdele (w 1858 roku w samym tylko Londynie było 3335 domów publicznych, zatrudniających ponad 30 tysięcy prostytutek; w tym samym roku w Paryżu domów publicznych było tylko 204), a rano czytał pseudonaukowe wynurzenia wiktoriańskiego seksuologa, ówczesnego autorytetu, niejakiego doktora Williama Actona. Twierdził on kategorycznie, że „większość kobiet w bardzo niewielkim stopniu niepokoją jakiekolwiek odczucia seksualne”.