Król Maciuś Pierwszy

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Król Maciuś Pierwszy
Król Maciuś Pierwszy
Audiobook
Czyta Robert Michalak
24,99 
Szczegóły
Audio
Król Maciuś Pierwszy
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
27,95 
Szczegóły
Król Maciuś Pierwszy
Król Maciuś Pierwszy
E-book
18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ja myślę – powiedziała Klu-Klu, że one się ukryły w samym ogrodzie. Pójdę z setnikami i załatwię to bardzo prędko. Ach jaka szkoda, że nie uciekły także lwy i tygrysy. To byłoby lepsze polowanie.

Idzie Maciuś, idzie Klu-Klu i jeszcze dziesięć Murzynów204. A ludzie stoją w oknach i patrzą. A na ulicy nie ma ani jednego człowieka. Puściusieńkie zupełnie. Sklepy pozamykane. Tak, jakby całe miasto wymarło.

Aż wstyd było Maciusiowi, że biali tacy tchórze.

Ale doszli do ogrodu – i zaczęli bić w kotły i dąć w piszczałki. Hałas, jakby całe wojsko szło. A tam były takie krzaki, taki gąszcz.

– Stać! – zawołała Klu-Klu – przygotować łuki. Tam się coś rusza.

Wybiegła Klu-Klu, skoczyła na drzewo – i ledwo złapała się gałęzi, a tu na nią takie wielkie wilczysko. Oparł się wilk, pazurami drapie pień drzewa i wyje, a tamte mu odpowiadają.

– To ich przewodnik – krzyczy Klu-Klu. – Teraz już tamte możecie zapędzić do klatki. Obejdźcie krzaki i z tamtej strony je wystraszcie.

Tak też zrobili. Wilki przestraszone pędem uciekają, ci strzelają do nich z łuków, ale niedużymi strzałami, biją mocno w te swoje bębny. Jeden z prawej strony, drugi z lewej. I nie przeszło pięciu minut, jak jedenaście wilków siedziało w klatce.

Zaraz zamknęli klatkę. A ten dwunasty zobaczył, że został sam jeden, więc dał susa i gdzieś popędził.

Klu-Klu zeskoczyła z drzewa.

– Prędzej – krzyczy – nie dać mu uciec z ogrodu.

Ale było już za późno. Wilk jak oszalały wybiegł na miasto. I teraz mieszkańcy już naprawdę widzieli, jak wilk biegnie przez ulicę, a za nim Klu-Klu i dziesięć Murzynów205. Na samym końcu dopiero szedł Maciuś. Gdzie było jemu ścigać się z dzikusami. Spocony, zmęczony, ledwo trzymał się na nogach. Aż go jakaś poczciwa staruszka poprosiła do swego mieszkania i dała mleka i bułki.

– Jedz, królu Maciusiu – mówi – dobry ty jesteś król. Ja mam osiemdziesiąt lat, różnych królów widziałam. Byli gorsi, byli lepsi. A takiego jak ty nie było. I o nas, starych, pomyślałeś, dałeś nam szkołę, takie dobrodziejstwo, i jeszcze nam płacisz za naukę. Mam syna w dalekich krajach, on pisze do mnie co pół roku, a ja chowam listy, ale ich czytać nie umiem. A dać do przeczytania obcym ludziom nie chcę, bo może tam jest jaka tajemnica, a może mnie oszukają i co innego powiedzą. A teraz będę mogła się dowiedzieć, co się z nim dzieje. A nauczycielka powiedziała, że jak się postaram, za dwa miesiące sama będę mogła do niego napisać. To się dopiero mój chłopak ucieszy.

Wypił Maciuś mleko, pocałował staruszkę w rękę, podziękował i poszedł.

A wilczur tymczasem wskoczył do kanału i tam siedzi. A Klu-Klu chce tam wleźć.

– Coo? Nie pozwolę – krzyczy Maciuś. – To jest kanał podziemny, tam jest ciemno. Albo się udusisz, albo cię ten wilk rozszarpie.

Uparła się Klu-Klu, wzięła nóż myśliwski w zęby i włazi do kanału. Nawet Murzyni byli przestraszeni, bo w ciemności walczyć z dzikiem zwierzęciem jest najniebezpieczniej.

Postał Maciuś, postał, aż sobie przypomniał, że ma elektryczną latarkę. Więc niewiele myśląc, spuścił się w kanał. Taka wąska rura – gdzie oni się podzieli? A tu pod ziemią dopiero sklepienie; dołem płynie woda – błoto takie i nieczystości, które spływają z rynsztoków. Smród aż dusi.

– Klu-Klu – woła Maciuś, a echo się odbija ze wszystkich stron, bo kanały przechodzą pod całym miastem. I Maciuś nie wie, czy mu Klu-Klu odpowiada, czy nie. Zapala Maciuś i gasi latarkę, bo boi się, że się wyczerpie i zupełnie zgaśnie. Aż tu w jednym przejściu, gdy stał po kolana w wodzie, usłyszał łomot.

Zapalił latarkę. Jest i Klu-Klu i wilk. Klu-Klu uderzyła wilka nożem w gardło, a wilk ją zębami za rękę. Klu-Klu prędko przełożyła nóż w drugą rękę i znów wilka. A on puścił rękę, nachylił mordę i już ją ma chwycić zębami za brzuch. A jakby przegryzł kiszki, to już byłby koniec. Dopiero Maciuś rzuca się na wilka, aż mu latarką dotknął ślepiów. A w drugiej ręce rewolwer. Wilk zęby wyszczerzył, tak go światło oślepiło. A Maciuś mu kulę w samo oko.

Klu-Klu zemdlała. Maciuś ciągnie ją, a boi się, że nie uradzi, że się Klu-Klu w tym błocie utopi. A sam ledwo się trzyma na nogach. I mogło być źle, ale tam na górze nie próżnowały murzyńskie dzieci. Nie pozwoliła im Klu-Klu zejść, to prawda, ale jak długo będą tu stali, jak gapy? Więc wleźli w podziemną rurę, zaraz zauważyli światełko. I wynieśli naprzód Klu-Klu, potem Maciusia, a w końcu zabitego wilka.

– Maciuś, coś ty narobił – mówi smutny król. – Maciuś, opamiętaj się, bo grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Szkoda, żebyś się zmarnował. Przyjechałem cię ostrzec. Boję się, że przyjechałem za późno. Byłbym przyjechał już tydzień temu, ale od czasu, jak dzieci prowadzą pociągi, koleje wasze są do niczego. Od samej granicy musiałem jechać na chłopskich furach. Może i lepiej się stało, bo przejeżdżałem przez różne wsie i miasteczka i wiem, co mówi o tobie naród. Maciusiu, jest źle, wierzaj206 mi.

Smutny król w największej tajemnicy opuścił swoje państwo i przyjechał ratować Maciusia.

– A co się stało takiego? – zapytał się Maciuś wzburzony.

– Stało się dużo złego, tylko ciebie oszukują, przed tobą ukrywają, ty nic nie wiesz.

– Wiem wszystko – obraził się Maciuś – co dzień przecież czytam gazetę. Dzieci powoli się przyzwyczajają, komisja pracuje. A żadna reforma nie może wejść w życie bez wstrząśnień. Wiem, że jest nieporządek.

– Słuchaj, Maciuś, ty czytasz tylko jedną gazetę, tylko swoją gazetę. Tam wszystko kłamią. Przeczytaj inne gazety.

I smutny król położył na biurku paczkę przywiezionych gazet.

Maciuś rozwijał powoli gazety. Czytał tylko wypisane dużymi literami nagłówki gazet; nie potrzeba było czytać, żeby wiedzieć, o czym tam piszą. Maciusiowi pociemniało w oczach:

„Król Maciuś zwariował”.

„Król żeni się z afrykańską małpą”.

„Panowanie czarnych diabłów”.

„Minister-złodziej”. „Ucieczka szpiega z więzienia”.

„Gazeciarz-Felek baronem”.

„Wysadzenie w powietrze dwóch fortec”.

„Nie mamy ani armat, ani prochu”.

„W przededniu wojny”.

„Ministrowie wywożą klejnoty”.

„Precz z królem-tyranem”.

– Tu właśnie – krzyknął Maciuś – są same kłamstwa. Co za panowanie czarnych diabłów? Że dzieci murzyńskie przyjechały się do nas uczyć? One są pożyteczne. Jak wilki uciekły z klatki, one z narażeniem życia zagoniły je do klatki, a Klu-Klu ma całą rękę poszarpaną. Jak nie miał kto czyścić kominów, bo białe dzieci nie chciały, i zaczęły się pożary, to czarne dzieci są kominiarzami. Mamy armaty i mamy proch. Ja wiem, że Felek był gazeciarzem, ale złodziejem nie był, a ja nie jestem tyranem.

– Maciusiu, nie gniewaj się, bo to nic nie pomoże. Mówię ci, że jest źle. Chcesz, pójdziemy na miasto, sam się przekonasz.

Przebrał się Maciuś za zwyczajnego chłopca, smutny król też był zwyczajnie ubrany. I wyszli.

Przechodzą koło tych samych koszar, obok których przechodził wtedy z Felkiem, gdy po raz pierwszy wykradł się na wojnę w nocy z pałacu. O, jaki był wtedy szczęśliwy, jak nic nie rozumiał, jaki był dziecinny. Teraz już wszystko wie i niczego się nie spodziewa.

Siedzi koło koszar stary żołnierz, fajkę pali.

– Co tam słychać w wojsku?

– Ano nic: dzieci gospodarują. Wystrzelały na wiwat naboje, popsuły armaty. Nie ma wojska już.

I zapłakał.

Przechodzą koło fabryki. Siedzi robotnik, trzyma książkę na kolanach, wierszy na jutro się uczy.

– Co tam słychać w fabrykach?

– A wejdźcie, to zobaczycie. Teraz każdemu wolno wchodzić.

Wchodzą. W kantorze papiery porozrzucane, główny kocioł pękł, maszyny stoją. Paru chłopców kręci się po sali.

– Co wy tu robicie?

– Ano, przysłali tu nas pięciuset, żeby robić. Tamci powiedzieli: „nie ma głupich” i poszli sobie na wagary. A nas tak ze trzydziestu, no przyszliśmy. Nic nie wiemy, wszystko zepsute. Tamci odeszli, a my trochę zamiatamy. Rodzice w szkole, w domu się nudzi. I nieprzyjemnie brać pieniądze, jak się nic nie robi.

Połowa sklepów na ulicach zamknięta, chociaż już wszyscy wiedzieli, że wilki w klatce.

 

Weszli do jednego sklepu. Bardzo miła dziewczynka sprzedawała.

– Moja panienko, dlaczego tyle sklepów jest zamkniętych.

– Bo wszystko ukradli. Policji nie ma, wojska nie ma. Łobuzeria włóczy się po ulicy i grabi. Co kto miał, zaniósł do domu i schował.

Wstąpili na dworzec kolei. Na środku leżał rozbity pociąg.

– Co to się stało?

– Zwrotniczy poszedł grać w piłkę, a naczelnik stacji poszedł łowić ryby. A maszynista nie wiedział, gdzie hamulec ratunkowy. I ot: stu ludzi zabitych.

Maciuś zagryzł wargi, żeby nie wybuchnąć płaczem.

Niedaleko dworca był szpital. I tu niby dzieci opiekowały się chorymi. A doktorzy, jak mieli mniej lekcji zadanych, wpadali na pół godzinki. Ale to niewiele pomogło. Chorzy jęczeli i umierali bez pomocy, a dzieci płakały, bo się bały i nie wiedziały, co robić.

– No cóż, Maciusiu, wrócimy chyba do pałacu?

– Nie, muszę iść do mojej gazety rozmówić się z dziennikarzem – odpowiedział Maciuś spokojnie, ale widać było, że się w nim wszystko gotuje.

– Ja nie mogę tam iść z tobą – powiedział smutny król, bo mogą mnie poznać.

– Ja niedługo wrócę – powiedział Maciuś i szybko iść zaczął do redakcji.

A król popatrzał207 za nim, popatrzał, pokiwał głową i wrócił do pałacu.

Maciuś nie szedł teraz, a biegł. Ręce zacisnął w pięście208 i czuł, jak odzywa się w nim krew Henryka Porywczego.

– Poczekaj, ty złodzieju, ty kłamczuchu, ty oszuście. Odpowiesz ty mi za wszystko.

Wpadł Maciuś do pokoju dziennikarza. Przy biurku siedział dziennikarz, a Felek leży na kanapie i pali cygaro.

– A, i ty tu jesteś – krzyknął raczej, niż powiedział Maciuś. – Tym lepiej, rozmówię się z wami dwoma. Coście wy zrobili?

– Wasza królewska mość zechce spocząć – zaczął swoim cichym, miłym głosem dziennikarz.

Maciuś drgnął. Teraz już był pewien, że dziennikarz jest szpiegiem. Dawno mu to już serce mówiło, ale teraz zrozumiał wszystko.

– A masz, ty szpiegu! – krzyknął Maciuś i już miał strzelić do niego z rewolweru, z którym się od czasu wojny nie rozstawał, gdy szpieg błyskawicznym ruchem schwycił Maciusia za rękę. Kula uderzyła w sufit.

– Dzieciom się rewolwerów nie daje – powiedział z uśmiechem dziennikarz i tak mocno ścisnął rękę Maciusia, jakby mu mięso odchodziło od kości. Ręka się sama otworzyła, dziennikarz rewolwer schował do biurka i zamknął na klucz.

– Teraz możemy spokojnie porozmawiać. Więc co wasza królewska mość ma mi do zarzucenia? Że broniłem waszej królewskiej mości w mojej gazecie, że uspokajałem i tłómaczyłem209; że chwaliłem Klu-Klu, za to wasza królewska mość nazywa mnie szpiegiem i chce do mnie strzelać.

– A to głupie prawo o szkołach?

– Cóż ja winien? Przez głosowanie postanowiły tak dzieci.

– Dlaczego pan nie napisał w gazecie, że nasze fortece wysadzone w powietrze?

– O tym powinien był donieść minister wojny. Naród o takich rzeczach nie powinien wiedzieć, to jest tajemnica wojskowa.

– A dlaczego pan się tak wypytywał o pożar w lasach zagranicznego króla?

– Dziennikarz musi się o wszystko pytać, bo z tego, co wie, wybiera potem wiadomości do gazety. Gazetę moją wasza królewska mość czytał codziennie. Czy źle w niej pisało210?

– O, bardzo dobrze, aż za dobrze – boleśnie roześmiał się Maciuś.

Dziennikarz spojrzał Maciusiowi prosto w oczy i zapytał:

– Czy wasza królewska mość i teraz jeszcze nazwie mnie szpiegiem?

– Ja cię nazwę – krzyknął nagle Felek, zrywając się z kanapy.

Dziennikarz zbladł, z wściekłością spojrzał na Felka, i zanim obaj chłopcy mogli się opamiętać, już stał we drzwiach.

– Zobaczymy się niezadługo znów, smarkacze! – zawołał i zbiegł szybko po schodach.

Przed domem nie wiadomo skąd się wziął samochód. Dziennikarz coś powiedział szoferowi.

– Trzymaj, łapaj! – krzyczał Felek przez okno, które z rozmachem otworzył.

Ale było za późno: samochód znikł na rogu. Zresztą kto go miał zatrzymać? Tylko przed domem zebrało się trochę gapiów i dzieci, i patrzyli, co to za hałas.

Maciuś zdziwiony był tym, co się stało, a Felek z płaczem rzucił mu się do nóg:

– Królu, zabij mnie. Królu, to wszystko moja wina – ryczał Felek – o, ja nieszczęśliwy. Co ja narobiłem.

– Poczekaj, Felek, później pomówimy o wszystkim spokojnie. Co się stało, to się już nie odstanie. W niebezpieczeństwie trzeba być spokojnym i rozważnym. Trzeba myśleć nie o tym, co było, a o tym, co być powinno, co będzie, co musi być.

Chciał Felek zaraz opowiedzieć, ale Maciuś nie chciał tracić ani chwili czasu.

– Słuchaj Felek, telefony zepsute. Mam tylko ciebie jednego. Czy wiesz, gdzie mieszkają ministrowie?

– Ja bym czego nie wiedział. Oni na różnych ulicach mieszkają. Ale to nic. Nogi mam dobre: dwa lata byłem gazeciarzem. Pewnie chcesz ich wezwać?

– I natychmiast.

Maciuś spojrzał na zegarek:

– Jak długo ci potrzeba na drogę?

– Pół godziny.

– Dobrze. Więc za dwie godziny mają być u mnie w sali tronowej. I powiedz, że jeżeli który powie, że chory, to niech pamiętają, że jestem potomkiem Henryka.

– Przyjdą! Już ja im powiem! – krzyknął Felek.

Zrzucił buty, elegancki tużurek z orderem. Na biurku stała flaszka z tuszem drukarskim. Felek zasmarował spodnie, ręce, trochę twarz – i na bosaka puścił się kłusem zwoływać ministrów. A Maciuś szybko pobiegł w stronę pałacu królewskiego, bo przed posiedzeniem ministrów chciał się jeszcze rozmówić ze smutnym królem.

– Gdzie ten pan, który rano ze mną rozmawiał? – pyta się zdyszany, ledwo mu Klu-Klu drzwi otworzyła.

– Ten pan wyszedł i zostawił list na biurku.

Wpada Maciuś do gabinetu, bo miał złe przeczucie, łapie list, a tam jest tak napisane:

„Drogi, kochany Maciusiu. Stało się to, czego się najbardziej obawiałem. Muszę cię opuścić. Drogi Maciusiu, gdybym nie znał ciebie, zaproponowałbym ci, abyś wspólnie ze mną wyjechał do mojego kraju, ale wiem, że się nie zgodzisz. Jadę północną szosą, gdybyś chciał, mógłbyś mnie dogonić konno w dwie godziny. Zatrzymam się w karczmie, zaczekam. Może. Jeżeli nie, pamiętaj, że jestem twoim przyjacielem. Ufaj mi nawet wtedy, kiedy będziesz sądził, że cię zdradziłem. Cokolwiek zrobię, to dla twego dobra. Błagam cię o jedno: to musi być tajemnica. Nikt, ale to nikt, nie może o tym wiedzieć. List spal koniecznie. Natychmiast go spal. Żal mi ciebie, biedne dziecko, sieroto samotny, bardzo bym chciał oszczędzić ci choć część nieszczęść, które ciebie czekają. Może jednak pojedziesz ze mną? List ten spal koniecznie”.

Maciuś szybko przeczytał list, zapalił świecę, przytknął koniec papieru. Papier zaczął się tlić, buchnął płomieniem, zwijał się w trąbkę: zczerniał. Płomień parzył Maciusiowi palce, ale on na to nie zważał.

– Dusza moja więcej cierpi niż palce – pomyślał.

Naprzeciw biurka wisiały portrety jego ojca i matki.

– Biedny, samotny sieroto – westchnął Maciuś, patrząc na portrety zmarłych rodziców.

Westchnął tylko głęboko. Nie wolno mu było płakać, bo za chwilę miał włożyć koronę i nie może mieć oczów211 czerwonych.

Do pokoju cicho wślizgnęła się Klu-Klu i stanęła tak pokornie, że choć w pierwszej chwili rozdrażniła Maciusia jej obecność, po chwili zapytał się łagodnie.

– Czego chcesz, Klu-Klu?

– Biały król ukrywa przed Klu-Klu swe troski. Biały król nie chce czarnej dzikiej Klu-Klu powierzyć swych tajemnic, ale Klu-Klu wie i Klu-Klu nie opuści białego króla w potrzebie.

Klu-Klu powiedziała to uroczyście, trzymając obie ręce wzniesione do góry. Tak samo przysięgał mu kiedyś Bum-Drum.

– I cóż ty wiesz, Klu-Klu? – wzruszony zapytał się212 Maciuś.

– Biali królowie pozazdrościli Maciusiowi złota, chcą go zwyciężyć i zabić. Smutny król żałuje Maciusia, ale jest słaby, więc się boi silnych białych królów.

– Milcz, Klu-Klu.

– Klu-Klu milczeć będzie, jak grób, ale Klu-Klu poznała smutnego króla. Zdradzić może Maciusia ten spalony list, ale nie Klu-Klu.

– Milcz, Klu-Klu, ani słowa więcej – zawołał Maciuś, zrzucając popiół spalonego listu na podłogę i depcząc go nogami.

– Klu-Klu przysięga, że nic więcej nie powie.

Był najwyższy czas skończyć rozmowę, bo akurat lokaje wrócili ze szkoły i popychając się wpadli do gabinetu.

Zaczerwienił się ze złości Maciuś:

– Co to za wrzaski – krzyknął. – Od kiedy to lokaje królewscy ośmielają się z takim hałasem wpadać do królewskiego gabinetu? Mało mieliście czasu nadokazywać się w szkole.

Mistrz ceremonii zaczerwienił się tak, że aż uszy stały się czerwone.

– Wasza królewska mości, błagam w ich imieniu o przebaczenie. Ale te biedne chłopaki od lat dziecinnych pozbawieni byli zabaw dziecięcych. Byli dawniej lokajczykami i kuchcikami, potem lokajami, zawsze musieli być cicho. A teraz zupełnie jak wariaci…

– No dobrze, dobrze. Przygotujcie salę tronową. Za pół godziny posiedzenie.

– Oj, ja mam tyle lekcji zadanych na jutro – jęknął jeden.

– Ja muszę mapę rysować.

– Ja mam sześć zadań i całą stronicę…

– Nie pójdziecie jutro do szkoły – groźnie przerwał Maciuś.

Skłonili się i już cicho wyszli. Tylko we drzwiach omal się nie pobili, bo jeden popchnął drugiego i ten uderzył brodą o klamkę.

Wbiegł Felek, brudny, spocony, w podartych portkach.

– Załatwiłem, wszyscy będą.

I zaczął opowiadać.

Tak, w gazetach pisali prawdę. Felek kradł pieniądze i brał łapówki. Kiedy zastępował Maciusia na audiencji, wydawał tylko część przygotowanych paczek, a co mu się podobało, zabierał dla siebie. Kto mu dawał pieniądze albo prezenty, temu dawał lepsze paczki. Miał kilku kolegów, między nimi Antka, którzy co dzień przychodzili i brali. Ale szpiegiem nie był. Wszystko mu radził dziennikarz. Kazał mu nazywać się baronem, kazał mu zażądać orderu. Udawał przyjaciela. A potem nagle zażądał sfałszowania papieru: niby że Maciuś wyrzuca wszystkich ministrów i zabiera dorosłym wszystkie prawa: że dzieci mają rządzić. Felek nie chciał się zgodzić. Wtedy dziennikarz włożył kapelusz i mówi: „Jak nie, to idę do króla i powiem, że kradniesz paczki i bierzesz łapówki”. I Felek się zląkł. Felek nie rozumiał, skąd on wszystko wie, myślał, że dziennikarze tak wszystko wiedzą. A teraz widzi, że to szpieg. I jeszcze jedno: jeszcze jeden papier sfałszowali; była to jakaś odezwa czy coś – do dzieci całego świata.

Maciuś założył ręce w tył i długo chodził po gabinecie:

– Wiele złego narobiłeś, Felku. Ale ja przebaczam.

– Co? Przebaczyć? Jeżeli mi wasza królewska mość przebaczy, to już wiem, co zrobię.

 

– No co? – zapytał Maciuś.

– Wszystko powiem ojcu; już on mi sprawi łaźnię213 taką, że popamiętam.

– Nie rób tego, Felek. Po co? Ty możesz inaczej odkupić swą winę. Chwila jest poważna, ludzie mi są potrzebni. Możesz mi się przydać.

– Minister wojny przyjechał – zameldował marszałek dworu.

Maciuś włożył koronę, och, jak strasznie ciężką koronę – i wszedł do sali tronowej.

– Panie ministrze wojny, co pan wie? Krótko, bez wstępów. Bo i ja wiem wiele.

– Raportuję waszej królewskiej mości, że posiadamy trzy fortece (było pięć), czterysta armat (było tysiąc) i dwieście tysięcy zdatnych do użytku karabinów. Naboi mamy na dziesięć dni wojny (było na trzy miesiące).

– A buty, tornistry, suchary?

– Składy są całe, tylko marmolada zjedzona.

– Czy wiadomości pana są ścisłe?

– Najzupełniej.

– Czy pan sądzi, że prędko będzie wojna?

– Polityką się nie zajmuję.

– Czy zepsute armaty i karabiny prędko można doprowadzić do porządku?

– Część jest znacznie uszkodzona, inne można by naprawić, o ile piece i kotły w fabrykach są w porządku.

Maciuś przypomniał sobie widzianą fabrykę i spuścił głowę: korona stała się jeszcze cięższą po tej uwadze.

– Panie ministrze, jaki duch panuje wśród wojska?

– Żołnierze i oficerowie są rozżaleni. Najbardziej ich boli to, że muszą chodzić do szkół cywilnych. Kiedy już otrzymałem dymisję…

– To była sfałszowana dymisja, ja o tym nic nie wiedziałem. Podpis był podrobiony.

Minister wojny zmarszczył brwi.

– Kiedy dostałem tę sfałszowaną dymisję, przyszła do mnie jakaś tam delegacja czy coś, że żądają szkół wojskowych. No i dostała ode mnie ta delegacja, czy coś takiego. Marsz do cywilnej szkoły, kiedy rozkaz do cywilnej, marsz w ogień, marsz do samego piekła, jeśli rozkaz.

– No, a gdyby tak po staremu wszystko? Czyby przebaczyli?

Minister wojny wyjął szablę.

– Wasza królewska mości, ode mnie począwszy do ostatniego żołnierza – wszyscy, jak jeden, z królem-bohaterem na czele, za ojczyznę, za honor żołnierski.

– To dobrze, to bardzo dobrze.

„Jeszcze nie wszystko stracone” – pomyślał Maciuś.

Ministrowie spóźnili się, a i tak bardzo się zasapali, bo nie przyzwyczajeni chodzić pieszo. Marszałek dworu meldował, że – przyjechali – ale oni przyszli, bo samochody były zepsute, a szoferzy odrabiali lekcje na dzień następny.

Maciuś powiedział na wstępie, że wszystko narobił szpieg-dziennikarz. No i teraz trzeba się zastanowić, co będzie.

Zaraz napisali do gazety, że dzieci mają już jutro przyjść do szkoły; a kto się dowie za późno, może się spóźnić, ale przyjść musi. Dorośli niech już siedzą do pauzy, a potem mają wrócić do swoich zwykłych zajęć. Bezrobotnym będzie się jeszcze przez miesiąc wydawało zapłatę szkolną, a potem jeśli chcą, mogą wyjechać do kraju Bum-Druma, który chce u siebie też budować domy, szkoły i wszystko. Oba sejmy tymczasem się zamyka. Naprzód się otworzy sejm dorosłych, potem się pomyśli, co zrobić z młodzieżą od lat piętnastu; a jak komisja opracuje regulamin, będzie otwarty także sejm dzieci, tylko że dzieci będą mówiły, co chcą, a potem sejm dorosłych powie, czy można. Dzieci nie mogą rozkazywać dorosłym. Głosować na posłów mogą tylko te dzieci, które są porządne i dobrze się uczą.

Tę odezwę podpisał Maciuś i wszyscy ministrowie.

Drugą odezwę napisał Maciuś do wojska. Przypomniał ostatnią wojnę i odniesione zwycięstwa.

„Dwie najważniejsze fortece wysadzono nam w powietrze. Więc niech bohaterska pierś żołnierza będzie fortecą dla każdego, kto się ośmieli wejść na naszą ziemię” – kończyła się odezwa, którą podpisał Maciuś i minister wojny.

Minister handlu prosił rzemieślników, żeby prędko naprawili wszystko, żeby pootwierano sklepy, bo w mieście jest smutno i brzydko.

Minister oświaty obiecywał dzieciom, że ich sejm będzie niedługo otwarty, jeżeli się wezmą do nauki, jak należy.

A prefekt policji ręczył, że jutro od samego rana policja zajmie swoje posterunki.

– Tymczasem nic więcej nie możemy zrobić – powiedział prezes ministrów. – Musimy zaczekać, aż zacznie funkcjonować telegraf i poczta, wtedy zobaczymy, co się dzieje w całym kraju i za granicą.

– A co się mogło stać? – zapytał się niespokojnie Maciuś, bo jakoś mu się wydawało, że wszystko za łatwo i za dobrze poszło. A może go tylko smutny król tak nastraszył.

– Nie wiemy, co się mogło stać. Nic nie wiemy.

Na drugi dzień wszystko było dobrze. Po pierwszej lekcji, na której odczytano gazetę i nauczyciele pożegnali się ze swymi uczniami – dorośli poszli do domu. Zanim znów oddali dzieciom książki i kajety214, upłynęło trochę czasu. Ale o dwunastej w południe już było jak dawniej. I trzeba przyznać, że cieszyli się wszyscy: i dorośli, i dzieci, i nauczyciele.

Nauczyciele nic nie mówili dzieciom, ale bardzo byli zadowoleni, bo z dorosłymi mieli też dużo kłopotów. Między tymi, co nie mieli jeszcze trzydziestu lat, sporo było łobuzów: zaczepiali, śmieli się i hałasowali na lekcji; starsi znowu nudzili, że im niewygodnie siedzieć, że ich głowa boli, bo duszno – że atrament niedobry; a staruszkowie spali i nic nie korzystali, a jak nauczycielka na nich krzyczała, nic sobie nie robili, bo sporo było głuchych. Młodsi robili starym różne figle, starzy się skarżyli, że im spokoju nie dają. Zresztą przyzwyczaili się już w szkołach do dzieci, więc woleli, jak było dawniej.

W biurach niby to gniewano się, że dzieci wszystko poprzewracały do góry nogami, ale myśleli, że może i lepiej się stało, bo jak jakiś papier ważny zginie, to się zwali na dzieci. A i urzędnicy bywają różni: jedni mają papiery w porządku, a drudzy nie bardzo.

Z fabrykami było gorzej, ale bezrobotni chętnie pomagali, bo myśleli, że jak zobaczą, jak oni dobrze pracują, to może ich zostawią.

Było parę drobnych awantur, ale policja dobrze wypoczęła, więc wzięła się od samego rana do roboty. A i złodzieje cicho siedzieli, bo przez ten czas najedli się i nakradli, i bali się tylko, żeby ich różne sprawki nie wyszły na jaw. Niektórzy, tacy trochę tylko złodzieje, nawet odnieśli to, co zabrali.

Kiedy koło wieczora wyjechał na miasto królewski samochód, trudno już było poznać, co wczoraj się działo.

Ano dobrze: czeka Maciuś na wiadomości. Wieczorem dowie się o wszystkim.

Tymczasem Klu-Klu zaczęła znów lekcje z murzyńskimi dziećmi. Maciuś był na lekcji i dziwił się, że czarne dzieci tak prędko się uczą. Dopiero Klu-Klu wytłomaczyła, że na setników wybrała najzdolniejsze i najpilniejsze, a tamte już tak prędko uczyć się nie będą. Nie wiedziała biedna Klu-Klu, jak niedługo i jak smutnie jej lekcje będą przerwane.

Pierwszy, jak zwykle, przyjechał prezes ministrów. Bo że wczoraj przyszedł pierwszy minister wojny, to dlatego, że przyzwyczajony do marszów.

Prezes ministrów niósł pod pachą pakę papierów, a sam smutny jakiś i zakłopotany.

– I cóż, panie prezesie ministrów?

– Źle – westchnął. – Ale można się było tego spodziewać. Może nawet i lepiej.

– Więc co? Mów pan prędzej.

– Wojna!

Maciuś drgnął.

Zebrali się wszyscy.

Stary król zrzekł się tronu, oddał koronę synowi. Syn wypowiedział wojnę i od razu ze swoim wojskiem ruszył w kierunku stolicy.

– Więc przeszedł granicę?

– Przed dwoma dniami. Już uszedł czterdzieści wiorst215.

Zaczęło się odczytywanie depesz i listów. Trwało to długo. Maciuś przymknął zmęczone oczy, słuchał, myślał – nic nie mówił.

– Może i lepiej się stało.

Głos zabrał minister wojny:

– Nie wiem jeszcze, jaką drogę wybrał nieprzyjaciel, ale myślę, że idzie w kierunku wysadzonych w powietrze dwóch fortec. Jeżeli będzie szedł prędko, może dojść do stolicy w pięć dni, jeżeli powoli, będziemy go mieli za dni dziesięć.

– Jak to? Nie pójdziemy na spotkanie? – krzyknął nagle Maciuś.

– Niemożliwe. Ludność musi się sama bronić. Parę drobnych oddziałów trzeba wysłać, choć szkoda ludzi i karabinów. Moje zdanie: niech idą. Generalna bitwa będzie na polu przed samą stolicą. Albo zwyciężymy, albo…

I nie dokończył.

– A może dopomogą nam ci dwaj inni królowie? – wtrącił minister spraw zagranicznych.

– Nie będzie czasu na to – wtrącił minister wojny. – Zresztą nie znam się na tym.

Minister spraw zagranicznych długo mówił, co trzeba zrobić, żeby ci dwaj królowie wystąpili przeciw niemu.

– Smutny król, na niego można liczyć z pewnością. Tylko że on nie lubi wojować, wojska ma niewiele. Sam nic nie poradzi. I w tamtej wojnie nie brał udziału, a tylko stał w rezerwie. Zrobi to samo, co ten drugi, przyjaciel żółtych. Temu znowu Maciuś odstąpił wszystkich żółtych królów, więc właściwie nie ma się o co bić. Choć kto wie? Może zechce zabrać i część czarnych.

Głos zabrał prezes ministrów:

– Panowie, możecie nie robić tego, co ja proponuję, ale się nie gniewajcie. Oto moja rada: posłać do nieprzyjaciela notę, że wojny nie chcemy, żeby powiedział wyraźnie, o co mu chodzi. Ja myślę, że on chce tylko dostać kontrybucję. Zaraz wam wytłomaczę. Po co ustąpił nam bez wojny jeden port i sprzedał tanio dziesięć okrętów? Bo chciał, żeby Bum-Drum przysłał złoto. Pieniędzy mamy dużo. Co nam szkodzi oddać mu połowę?

Maciuś milczał. Zacisnął pięści i milczał.

– Panie prezesie ministrów – powiedział minister finansów. – Ja myślę, że on się nie zgodzi. Dlaczego ma brać połowę złota, kiedy może wziąć wszystko? Dlaczego ma przerywać wojnę, kiedy chce zwyciężyć. Panie ministrze wojny, pan ma głos.

Maciuś zacisnął pięści tak, że mu aż paznokcie weszły w ciało. Czekał.

– Ja myślę, że notę trzeba wydać – powiedział minister wojny. – Jeżeli odpowie, potem my odpowiemy, ja się na tym nie znam. Ale wiem, że to trwa kilka dni, parę dni, niechby jeden dzień. A tu każda godzina jest droga. My tymczasem naprawimy sto, niechby pięćdziesiąt armat i parę tysięcy karabinów.

– A jeśli się zgodzi wziąć połowę złota i wojnę przerwie – zapytał Maciuś cichym i bardzo przyjemnym, jakimś dziwnym nieswoim głosem.

Zapanowała cisza. Wszyscy patrzyli na ministra wojny, który zbladł, zaczerwienił się, zbladł znowu i szybko powiedział:

– To się zgodzić.

I dodał jeszcze:

– My sami tej wojny nie możemy wygrać. A na pomoc jest już za późno.

Maciuś przymknął oczy i tak już siedział do końca posiedzenia. Niektórzy ministrowie myśleli nawet, że zasnął. Ale Maciuś nie spał i ile razy przy układaniu noty mówiono: „Prosimy nieprzyjacielskiego króla” – drgały zawsze Maciusine wargi.

Kiedy trzymał pióro, żeby podpisać, zapytał tylko:

– Czy zamiast: „prosimy” nie można inaczej napisać?

Przepisano raz jeszcze, i wyraz: „prosimy” zamieniono na „pragnęlibyśmy”.

„Pragnęlibyśmy przerwać wojnę”.

„Pragnęlibyśmy pokojowo zakończyć spór”.

„Pragnęlibyśmy połową złota opłacić koszty wojny”.

Maciuś podpisał. Była godzina druga w nocy.

W ubraniu rzucił się Maciuś na łóżko, ale nie spał. Już dzień się zaczynał, a Maciuś nie spał.

– Zwyciężyć albo zginąć – powtarzał.

Syn starego króla posuwał się z całym swym wojskiem w kierunku wysadzonych w powietrze fortec. I tu minister wojny zgadł, bo się na tym znał. Ale posuwał się bardzo powoli, i tu minister wojny nie zgadł.

Młody król musiał być bardzo ostrożny, musiał iść powoli, żeby wszędzie kopać doły i robić okopy. Prowadził pierwszą wojnę i bał się, żeby go nie otoczyli, żeby nie zrobili tak, jak na początku tamtej wojny zrobił jego ojciec, że wpuścił Maciusia do swego kraju, a potem zaszedł mu z tyłu. Młody król musiał być bardzo ostrożny, żeby tej wojny nie przegrać. Bo wtedy powiedzieliby wszyscy: „Stary król był lepszy, wolimy ojca niż syna”. Więc musiał pokazać, że właśnie on jest lepszy.

Wolał iść powoli, ostrożnie, a wreszcie po co miał się spieszyć? I tak Maciuś nie może prowadzić wojny, bo wojsko chodzi do szkoły, a dzieci psują armaty. Tam w stolicy Maciusia siedzi i czuwa mądry szpieg-dziennikarz i pilnuje, żeby robić jak największy nieporządek i zamieszanie. Doskonale się stało, że dzieci, a może więcej nawet: szpiedzy, popsuli koleje i telegrafy. Ani się Maciuś nie dowie tak prędko o wojnie, ani nie będzie mógł wysłać wojska tyle, ile potrzeba.

Tak myślał syn starego króla i wcale się nie spieszył. Niech wojsko się nie męczy, żeby mogło stoczyć bitwę przed stolicą Maciusia. Bo jasne było, że jedna bitwa być musi.

Idą wojska, idą, idą, nikt ich nie zatrzymuje. Ludność widzi, że nikt jej nie broni, zresztą zagniewani na Maciusia – nie tylko się nie bronią, ale nawet się cieszą i witają nieprzyjaciela, jak zbawcę.

204dziesięć Murzynów – dziś popr. forma: dziesięciu Murzynów a. dziesięcioro Murzynów. Pierwsza z tych form jest właściwa, jeśli grupa składała się z samych chłopców, druga, mająca zastosowanie do grupy dziewczynek i chłopców, wydaje się bardziej prawdopodobna, ponieważ autor chciał przekonać czytelników, że „dzikie” dziewczynki są równie sprawne i waleczne jak chłopcy. [przypis edytorski]
205dziesięć Murzynów – dziś popr. forma: dziesięciu Murzynów a. dziesięcioro Murzynów. Pierwsza z tych form jest właściwa, jeśli grupa składała się z samych chłopców, druga, mająca zastosowanie do grupy dziewczynek i chłopców, wydaje się bardziej prawdopodobna, ponieważ autor chciał przekonać czytelników, że „dzikie” dziewczynki są równie sprawne i waleczne jak chłopcy. [przypis edytorski]
206wierzaj – dziś popr. forma 2 os. lp tr. rozkaz.: wierz. [przypis edytorski]
207popatrzał – dziś popr. forma 3 os. lp cz.przesz.: popatrzył. [przypis edytorski]
208pięście – dziś popr. forma M. i B. lm: pięści. [przypis edytorski]
209tłómaczyć – dziś popr.: tłumaczyć. [przypis edytorski]
210pisało – popr.: było napisane. [przypis edytorski]
211oczów – dziś popr. forma D. lm: oczu. [przypis edytorski]
212zapytać się (reg.) – zapytać. [przypis edytorski]
213sprawić łaźnię – tu przen.: dać lanie, mocno zbić. [przypis edytorski]
214kajet (daw., z fr. cahier) – zeszyt. [przypis edytorski]
215wiorsta – daw. jednostka długości, ok. 1 km. [przypis edytorski]