Tajemnicze butkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnicze butki
Tajemnicze butki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 13,98  11,18 
Tajemnicze butki
Tajemnicze butki
Audiobook
Czyta Agata Elsner
7,99  5,91 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Tajemnicze butki

Saga

Tajemnicze butkiZdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1958, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726623413

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1. NOWE BUCIKI

Zaczęło się to w Malinowym Domku.

Nie wiadomo, od czego powstała ta nazwa domku. Czy od dachówki malinowego koloru, którą dach domku był pokryty? Czy może od gęstych krzaków malin, które rosły w jego ogródku?

Ale mniejsza o to, dość że w Malinowym Domku mieszkała z rodzicami dziewczynka, której było na imię Donisława. Wołano na nią Donia.

Domek stał tuż pod miasteczkiem przy rozległych, nadrzecznych łąkach.

Miasteczko nazywało się Wróbliszki.

Pewnego dnia matka z Donią poszły do miasteczka, bo dziewczynce trzeba było kupić nowe buciki.

Udały się do pracowni „Pod Skrzypiącym Butem”, bo wtedy nikt jeszcze z mieszkańców miasteczka nie zmiarkował, że... Zaraz się dowiecie, co się stawało z każdym, kto tam buty kupił.

Otóż „Pod Skrzypiącym Butem” była właściwie szkoła szewska dla chłopców. Szkoła mieściła się na piętrze, a na dole był sklep, gdzie sprzedawano buty, buciki, trzewiczki i pantofle, które chłopcy na górze uszyli.

W sklepie sprzedawał obuwie pan Leon, który każdego wchodzącego do sklepu witał słowem: „Mszowanie” — co było skróceniem wyrazów „moje uszanowanie”.

Otóż gdy mama z Donią weszły do sklepu, pan Leon powiedział „mszowanie, mszowanie”, jedno dla mamy, drugie dla dziewczynki, i zaczęła się przymiarka bucików.

Ach, Doniu, czy ci chociaż przez myśl przemknęło, że wszystko to, co się potem stało, zależne było od tego, iż wybrałaś sobie właśnie te buciki!

Były one brązowe z szerokim noskiem. Wskazałaś na nie i powiedziałaś:

— Te mi weź, mamusiu.

________________________________________________

Teraz muszę na chwilę zostawić mamusię z Donią w sklepie i zacząċ o czym innym.

Mianowicie muszę zwrócić uwagę na te dziwne historie, jakie od pewnego czasu zaczęły się dziać na ulicach Wróbliszek.

Oto idzie z rana do sądu pan sędzia, poważny, starszy pan. Jest on tęgawy i powolny w ruchach.

I nagle ni z tego, ni z owego pan sędzia zaczyna wyprawiać jakieś podrygańce.

To podskakuje na jednej nodze, to hop! hop! wybija hołubce, to przebiera grubymi nóżkami prędziutko, prędziutko w jednym miejscu, to wywija jakieś młynki raz prawą nogą, raz lewą.

Na Boga, co to znaczy!

Przechodnie schodzą mu z drogi i delikatnie udają, że zupełnie nie widzą tego szaleństwa pana sędziego.

A oto idzie pani aptekarzowa — matka pięciorga dzieci, bardzo pracowita, zawsze spiesząca się kobieta, bo w domu huk pracy przy tylu drobiazgu.

I znowu ni z tego, ni z owego pani aptekarzowa staje przed jakimś domem i w miejscu, gdzie już skończył się chodnik, a jeszcze nie zaczęła się jezdnia, gdzie widać żywą, czarną ziemię, ustawia stopę tak, że noskiem celuje w niebo, i zaczyna obcasem wiercić dziurę w tej bożej ziemi.

Mija pół godziny, godzina, a pani aptekarzowa wciąż stoi i wierci, wierci obcasem.

Ludzie przemykają szybko obok i również, choć niezmiernie zdumieni, udają, że nie widzą tak dziwnego zachowania się pani aptekarzowej.

A panna Krysia, córka pana Serdelińskiego, wędliniarza! Panna Krysia inńe znów objawia wybryki.

Ta bardzo dobrze wychowana, skromna panienka, pomagająca ojcu w sklepie, nagle idąc ulicą zaczyna gwizdać. I to jak! Aż drży powietrze, aż liście z drzew lecą.

I wtedy powstaje na ulicy straszliwy zamęt.

Różne psy, myśląc, że to się je przyzywa, zbiegają się do panny Krysi. Każdy pies myśli, że to właśnie na niego gwizdała, że to właśnie jemu chce dać serdelka (bo serdelkami pachną codzienne sukienki panny Krysi). Więc w szale zazdrości, aby serdelek nie dostał się innemu kundlowi, rzucają się psy na siebie, gryzą się i kotłują pod nogami przechodniów.

I kto by się domyślił, skąd pochodzą te dziwactwa pana sędziego, pani aptekarzowej i panny Krysi!

Komu by do głowy przyszło, że temu wszystkiemu winne są buciki kupione przez nich w pracowni „Pod Skrzypiącym Butem”! Że w tej pracowni dzieją się tak dziwne rzeczy! Że trzewiki przejmują nawyczki tych chłopców, którzy je robią!

A właśnie tak jest.

Buty pana sędziego były uszyte przez Florka Wierzgałę, który jednej chwili nie ustoi ani nie usiedzi spokojnie, tylko wciąż wyprawia nogami jakieś harce.

Trzewiki pani aptekarzowej robił Pawełek Ględa, który tak ciągle gada, że mało człowiekowi dziury w uchu nie wywierci.

A znów pantofelki panny Krysi sporządził Antek Gwizdała, bezustannie w czasie pracy wygwizdujący ochoczo i fałszywie wszystkie zasłyszane przez radio i z patefonów melodie.

Chłopcy ci mieli istotnie inne nazwiska, ale owe: Wierzgała, Ględa i Gwizdała, zostały im nadane przez kolegów właśnie dlatego, że takie mieli nawyczki.

Teraz rozumiemy, jak bardzo dziwnie mogło się ułożyć życie każdego z mieszkańców tego miasteczka. Jak zależało to od tego, z jakimi właściwościami kupił sobie kto obuwie w pracowni „Pod Skrzypiącym Butem”.

Donia trafiła na buciki uszyte przez Janka Dumacza.

Janek przy robocie nie lubił mówić. Myślał wtedy o pięknym, pełnym tajemnic świecie, który zapewne daleko rozciąga się na wschód i zachód, na północ i południe od Wróbliszek.

I marzył Janek o przedziwnych przygodach, które mogłyby go tam spotkać, gdyby pewnego dnia zamiast do pracowni wyruszył przed siebie przez pola i lasy, dokąd oczy poniosą.

Nie wiedziała Donia, że właśnie buciki, które kupiła, mają spełnić tęsknoty Janka Dumacza.

______________________________________________________

Zaraz po obiedzie wystroiła się dziewczynka w nowe buciki, wyszła do ogrodu, usiadła na kamieniu przy furtce wychodzącej na nadrzeczne łąki i zapatrzyła się w daleki, zielony świat.

A właśnie sprzątano z łąk suche już siano. Gospodarze, którzy te łąki dzierżawili od miasta, ładowali teraz siano na duże drabiniaste wozy i odjeżdżali z nim do swych wiosek.

Gdy już zjeżdżał z łąk ostatni wóz, Donia wstała nagle z kamienia, dopędziła wóz i usadowiła się na desce, która z tyłu wystawała spod siana. Wóz, gdy wydostał się z łąk na twardą drogę, zaturkotał szybko.

Z każdą chwilką Malinowy Domek zmniejszał się w oczach dziewczynki. Wreszcie dach stał się tylko małą malinową kropką, aż i ta znikła zupełnie.

Donia wjechała w las.

2. W KRASNALKOWEJ CHACIE

Jazda przez las trwała dosyć długo. Dziewczynką zdrzemnęła się, a gdy wóz na jakimś wystającym korzeniu podskoczył w górę — Donia spadła na ziemię.

Ziemia była od mchów miękka i przyjemnie chłodna.

Donia tylko zamamrotała coś niewyraźnie i usnęła na dobre. Spała na drodze! Ale na szczęście owego wieczoru nikt tędy nie jechał.

Gdy już wszystko słoneczne ciepło wyparowało ż ziemi i uczynił się nocny chłód — zimno to Donię zbudziło.

Usiadła, przetarła oczy, nic jednak nie mogła dojrzeć. Okropnie się przeraziła. Myślała, że nagle oślepła. Ale nie. To tylko noc była taka czarna, bez księżyca i bez gwiazd.

A dookoła jeszcze świat jej zaciemniały potężne, kosmate świerki i gęsta leszczyna; w górze zasłaniały niebo rozczochrane czuby wysokich sosen.

Gdzieś niedaleko ciurlikał strumyczek i lekki wiatr trzepotał listkami osiczyny.

Nagle w głębi lasu dał się słyszeć trzask łamanych gałęzi. Po chwili w ciemność zaczęła wsączać się złota smużka światła. Trzask był coraz bliższy, światło coraz wyraźniejsze.

Donię przejął lęk.

Trzeba się ukryć.

Podniosła się z ziemi, zrobiła dwa kroki i wsunęła się pod gęstą, ciężką łapę świerka. Przez szpareczki między igłami pilnie patrzyła, kto też to, świecący sobie ową latarnią, wyjdzie z gąszczu.

Światło niosło się wysoko nad ziemią. Donię przejmował strach coraz większy. Musi to iść nie lada olbrzym, skoro latarnię tak wysoko trzyma!

Nagle odgięły się w bok gałęzie i światłość zalśniła wprost nad głową dziewczynki.

Jakieś ogromne stworzenie otarło się bokiem o świerk i stanęło obok na mchowej drodze.

Donia leciutko odsunęła świerczynowe gałązki. Bardzo była przerażona, ale bardziej jeszcze ciekawa.

Wyjrzała.

Na drodze stał jeleń. Dwie potężne gałęzie rogów wybiegały mu znad czoła w górę i tam rozchodziły się na boki. Nad samym czołem między rogami jaśniał złoty krzyż.

— Krzyż... — szepnęła Donia.

Rozgarnęła świerkowe łapy i na czworakach wylazła z kłującej gęstwiny. Podniosła się na nogi.

W tej chwili jeleń obejrzał się.

Wyraźnie ujrzał gałęzie drzew i stojącą wśród nich dziewczynkę. Wyglądało to jak czarny obrazek wymalowany na złotym tle.

Przez chwilę jeleń patrzył na dziewczynkę. Aż się odezwał:

 

— Czy to ty masz na nóżkach buciki, które szvł Janek Dumacz?

Donia spojrzała na swe butki.

— Nie wiem, kto je szył, ale wiem, że mamusia mi je kupiła... gdzie? Zaraz... zaraz... „Pod Skrzypiącym Butem”.

Chociaż buciki były kupione dziś, Doni wydawało się to tak dawno, bardzo dawno temu, że zaledwie sobie przypominała.

— Aha, dobrze. Więc jaką chcesz mieć przygodę: samolotową czy krasnalkową?

Nie wiem, co by wybrał duży chłopczyk, ale Donia była tylko małą dziewczynką, więc zawołała:

— Krasnalkową!

— Do krasnalków mamy niedaleko, ale droga niewygodna, więc cię zaniosę na grzbiecie.

Jeleń zrobił kilka kroków i stanął przy dużym kamieniu.

— No, wsiadaj.

Donia, chwytając się gałęzi, wgramoliła się na kamień, a z kamienia łatwo już wdrapała się na grzbiet jelenia. Uchwyciła się mocno garściami jego gęstej, długiej sierści.

Jeleń ruszył. Po pewnym czasie zaczął schodzić w dół.

Powietrze stawało się coraz bardziej wilgotne, lekkie dla oddechu, woniejące bagienną roślinnością. Głoś strumyka, który chwilowo przepadł gdzieś w głębinie leśnej, teraz znów dźwięczał w gąszczu i już stale im towarzyszył.

Im głębiej schodzili w dół, tym głos ten stawał się wyraźniejszy, Strumień też zbiegał po leśnym stoku coraz prędzej i coraz weselej.

Tymczasem uchodziła już z lasu krótka letnia noc. Na wschodzie pojaśniało, nad drzewami pomykały zaróżowione obłoczki. Gwiazda poranna raz w raz zjawiała się między gałęziami, jak zawieszona w górze rubinowa latarka; światło jej przekłuwało mrok leśny to tu, to tam ostrą, czerwoną strzałą.

Teraz już można było odróżnić sosnę od dębu, świerk od lipy. Na gałęziach trzepotały się już ptaki, a wiewiórki smyrgały po pniach w górę, jakby chciały stamtąd dojrzeć, czy już słońce wynurzyło się nad ziemię.

Teraz wyraźnie było widać, że schodzą w głąb parowu. Boczne ściany obrosłe były gęsto jarzębiną, berberysem, kaliną i maliniakiem.

Dołem biegł strumyk. Po dnie kamienistym to kręcił się jak wężyk między krzakami, to rozwidlał się, gdy mu drogę zastąpił kamień, to kołował w malutkich zatoczkach, to przebijał się przez srebrne, maleńkie jeziorka.

Jeleń szedł po dnie strumienia.

Chwilami woda podnosiła się w falach i dobiegała mu do kolan; chwilami, burząc się w wodospadach, oblewała Donię drobniuchnym deszczem; chwilami, jakby się przekomarzając, uciekała na boki, chowała się, a jeleń szedł wyschniętym, kamienistym szlakiem, aż woda nagle wybiegała z jakiegoś niespodzianego ukrycia i ze śmiechem skakała dokoła jeleniowych racic.

Przyjemnie było tak wędrować w towarzystwie wesołego strumyka, przyjemnie było słuchać jego szumu, bełkotu czy świergolenia.

A jeszcze i inne słychać tu było głosy.

Wilgi, sikory i makolągwy wyśpiewywały swoje miłe piosenki, nad niedalekim polem dźwięczały w górze skowronki, a na małych polankach parowu, przygrzanych słońcem i porosłych niską trawą, sypały się suche, trzeszczące nutki pasikoników i polnych świerszczy.

Parów wciąż się pogłębiał. Coraz mniej było w nim drzew; coraz więcej krzaków. Jarzębina rosła tu szerokimi kępami, a tak obficie, że gdy wiatr ciągnął parowem i zaburzyły się w powietrzu szkarłatne grona, to zdawało się, że po obu stronach wąwozu płyną rzeki czerwonej wody.

W pewnym miejscu jeleń przystanął.

Tu od strumyka biegła w bok ścieżynka; wyraźna ona była, choć tak wąziutka, jakby ją wydeptały mrówki.

I tu nagle Donia posłyszała piosenkę. Śpiewały ją głosiki cieniutkie, słabiutkie, ale musiało ich być tysiące, bo piosenka brzmiała silnie i wyraźnie.

Dziewczynka usłyszała słowa:

Gdy słońce zgaśnie wieczorem,

to pocieszamy wciąż siebie,

że jutro znowu rozbłyśnie

na czystym, bezchmurnym niebie.

Gdy chmury zbiorą się ciemne

i deszcz się z chmur tych strumieni,

wierzymy — przyjdzie pogoda

w koronie jasnych promieni.

O Panie, ześlij też wiarę

(jak deszcz na łąki kwitnące),

że minie wojna, że z gniazdem

w krótkiej my jeno rozłące.

A jeśliby serca nasze

przestały tętnić nadzieją,

to spal je, Panie, piorunem,

na popiół niechaj zetleją.

Kto tak śpiewa?

Jeleń nie ruszał się z miejsca. Donia zrozumiała: widocznie tu jest kres jej podróży, powinna zejść na ziemię i udać się tą mrówczą ścieżynką tam, skąd dźwięczała piosenka.

Zsunęła się więc z grzbietu swego wierzchowca, objęła go za głowę i ucałowała w chrapy. Jeleń wolno oddalił się i zniknął w gęstwinie.

Dziewczynka odważnie podreptała w bok. Musiała przedzierać się przez gęste krzewy, ale ilekroć spojrzała na ziemię, widziała wciąż wyraźnie wąziutki pasek ścieżynki.

Po kilkunastu krokach mrówcza dróżka zaczęła podnosić się w górę i nagle gałęzie rozchyliły się wprost na stare, spróchniałe drzwi.

Za drzwiami rozlegało się szuranie, szelest i wiele, wiele zmieszanych ze sobą cieniusieńkich głosików.

Najwidoczniej była to chatka pustelnika. Nade drzwiami przybity był mały krzyżyk, a pod nim napis:

W SAMOTNI MOJEJ ROZMAWIAM Z PANEM

Napis był zrobiony z gałązek. Musiał być stary. Niektórych liter w nim brakowało, inne były spróchniałe i stoczone przez, robactwo.

Na dachu chatynki wyrastał cały las trawy, polnego kwiecia i jagodzin, bieliła się tu nawet brzozka, A na niezdarnym kominie tłoczyły się jedno przy drugim jaskółcze gniazda.

Kto tam śpiewa?

Donia zastukała.

Za drzwiami szelest wzmógł się, jakby stadko myszek w popłochu uciekało i nagle wszystko ucichło.

Pchnęła drzwi. Zaskrzypiały przeraźliwie.

Stanęła na wysokim progu wiodącym do izdebki małej i pustej. Przez okienko bez szyb pchały się do izby gałęzie kaliny. Podłoga była czysto umieciona i przysypana igłami jałowca. Mocno pachniały wiszące na ścianach wianki zeschłego ziela.

— Czy jest tu kto?

Cisza.

Ale zaledwie przestąpiła próg i tak stanęła, że padło na nią światło z okienka, cieniutki jakiś głosik zapiszczał:

— Nie bójmy się, nie bójmy! To dziewczynka! Takuteńka jak moja Hanisia, com jej pomagał kolebać braciszka.

— O... o... prawda! W naszej chacie też taka Zochna była!

I zaczęły się na izbę sypać maleńkie istotki — ubożęta, co je także krasnalkami albo krasnoludkami zowią.

Wychodziły z kupy chrustu leżącego pod kominem, wygrzebywały się z popielnika, wyskakiwały zza pieca i zza suchych wianków, gramoliły się ze szpar w podłodze, wysypywały jak grochowe strączki z koszyka w kącie.

Zaroiło się od nich na podłodze, jakby kto z pełnego ula wszystkie pszczoły na klepisko wysypał. Każdy ubrany był w szkarłatny żupanik, każdy w ciżemkach na nóżkach, w czapeczce z ptasim piórkiem na głowie.

Ubranka ich z jakiejś przedziwnej przędzy były utkane, bo chociaż taki i z popiołu wylazł, dość mu było otrząsnąć się, a już ani pylinki na nim nie zostało, już był czysty, aż błyszczący.

Jedni z nich byli to starcy z siwymi brodami, inni młodzi, a wszyscy jednakowo zwinni i ruchliwi. Tuptali po podłodze, zadzierali głowy w górę i przyglądali się Doni, bo wielce byli ciekawi tego niebywałego gościa w ich chacie.

Donia usiadła ną progu i przyglądała się ubożętom ciekawie.

— No... no... ale was tu, jak w makówce maku! Czy to tu wasza stolica?

Wysunął się z gromady taki jeden siwiutki i powiada:

— E, stolicy u nas nie było i nie ma. Rozproszeni my od niepamiętnych czasów po ludzkich siedzibach.

— Wiem, wiem... czytałam o was w jednej grubej książce z obrazkami. Pomagacie gospodyniom — a to uśpić dziecko, a to podmieść śmieci, a to przepłoszyć myszy ze szkody.

— Tak, tak... pomagamy, jak umiemy. Za dawnych, dawnych czasów gospodynie zostawiały nam na noc jadło na miseczkach, sypały dla nas okruszyny po kątach. Ano potem to się zmieniło, gdyście starych bożyców porąbali, a w Boga jedynego uwierzyli. Hej, Goplinku, ty pamiętasz, jak się to zaczęło!

Wszystkie ubożęta zwróciły się w stronę krasnalka, który siedział na gałązce pod piecem i ciżmy sobie kościaną igiełką zeszywał.

— Pamiętam, jakby to wczoraj było, choć wtedy jeszcze długiej brody nie miałem, alem już od wieków gospodarzył w tamtej chacie. Przyszli dwaj podróżni na postrzyżyny Ziemowita i oni to pierwsi ten znak nad głową chłopca z góry na dół i z lewa na prawo uczynili.

— Piast?... Znak krzyża... — zdumiała się dziewczynka. — Byłeś wtedy w chacie Piasta? Przecież to setki lat temu.

— E, dla ubożęcia to nie dziwota. Sto lat, trzysta lat — krótka chwila w naszym życiu.

— Ale... skądeś się tu wziął z Piastowej chaty? A i wy wszyscy? W tamtej książce było, że krasnoludków tylko po kilku w jednej chacie mieszka.

Uciszyło się w gromadzie. Dziewczynka uczuła, jakby chłód przeszedł chatą. Świerszcz, co tam zawzięcie ciurlikał w szparze okiennej — zamilkł. I nagle w chatce pociemniało — chmura przesłoniła słońce.

— Widzisz... jak Niemcy zaczęli lud polski gnać z jego odwiecznej ziemi, wyrzucać z dworów, chałup, z miastowych domów, z borowych leśniczówek — to i myśmy się stamtąd zabrali precz. Na polskiej ziemi z Niemcami pod jednym dachem siedzieć nie chcemy!

— Nie chcemy! — huknęła gromada.

— No, tośmy się tutaj przytulili. Ale wrócimy na swoje.

— Wrócimy! — huknęła znów gromada.

— A jakeście się tu zebrali, skoro jesteście z różnych stron Polski?

Krasnalki spojrzały po sobie.

— Jak? To nasza tajemnica.

I żaden z krasnalków na pytanie Doni nie odpowiedział, tylko Szkarłacik wysunął rączkę, pokazał błyszczące na dłoni złote ziarenko piasku i szybko je schował.

Co to ziarenko znaczy? Donia odczuła, że w nim właśnie tkwi jakąś tajemnica.

Tymczasem Srebrnik mówił dalej:

— Z niezliczonych my wiosek, osad, miasteczek i miast. Gdzie aby Niemiec próg polski przestąpił, stamtąd pana tego progu, lud polski, na tułaczkę wyganiał albo na miejscu ubijał. A gdzie prawego gospodarza nie stało — stamtąd i ubożęta ruszały w świat. Są tu też z nami i tacy, co przed wiekami zostali wygnani spod polskiego nieba.

— Z ziemi opolskiej, wrocławskiej...

— Z ziemi gdańskiej, szczecińskiej...

— Przygarnęliśmy je na te chwile lat paru setek, a teraz oto i oni wrócą.

— Wrócimy i musi niedługo.

— Skąd to wiecie? — spytała dziewczynka.

— Bo jest już znak.

— Znak? Jaki?

— Jest tu z nami taki, co mgłą mu zaszły oczy, jak tylko ziemię śląską opuścił. Bo miał przepowiedziane, że innej ziemi oglądać nie będzie.

Z gromady wysunął się starzec wsparty na ramieniu maleńkiego ubożęcia.

— Byłem jako słup przydrożny, jednako niewidzący, w którąkolwiek patrzyłem stronę. A teraz już mi się mgła przerzedza. Wczoraj odróżniły już moje oślepłe oczy noc od dnia. A dziś już widzę braci moich!

Głos drżał mu z radości.

Krasnalki coraz były śmielsze, coraz bliżej cisnęły się do Doni.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?