Pan Twardowski w CzupidłowieTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pan Twardowski w Czupidłowie
Pan Twardowski w Czupidłowie
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 27,98  22,38 
Pan Twardowski w Czupidłowie
Pan Twardowski w Czupidłowie
Audiobook
Czyta Agata Elsner
14,99  11,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Pan Twardowski w Czupidłowie

ILUSTROWAŁ JAN MARCIN SZANCER

Saga

Pan Twardowski w CzupidłowieZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1959, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623406

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

niewielkie miasto czupidłowo ma w swym herbie pannę na niedźwiedziu. panna jest w długiej szacie, włosy ma rozczesane na ramiona, a ręce trzyma wzniesione. niedźwiedź kroczy po złotym polu.

każdy mieszkaniec czupidłowa ten herb zna, nawet dzieci, bo widzi go za każdym razem, gdy idzie rynkiem. na rynku bowiem stoi ratusz, a na ratuszowej wieży, tuż pod zegarem, wmurowana jest tablica z owym herbem.

to, co tu dalej opowiem, działo się właśnie w owym czupidłowie, mieście pod panną na niedźwiedziu.

kto chce we wszystko uwierzyć, co jest w tej historii, prośzę bardzo, niechaj wierzy.

kto powie, że tu tylko część jest prawdy a część została zmyślona — niechaj sądzi i tak.

historię herbu miasta wyczytał w starej księdze i jak umiał, tak opowiedział niżej podpisany. dla ciekawych a ochotnych przeczytania podajemy ją tu na następnych stronach.

kronikarz

miasta czupidłowa

rok pański mcmxlvi

PANNA NA NIEDŹWIEDZIU

Dawne to, dawne czasy.

Książę Polski, Mieszko I, miał córkę Świętosławę. Gdy dzieweczce tej było lat piętnaście, wydał ją Mieszko za mąż za króla duńskiego.

Przez Bałtyk, morze głębokie, morze dalekie, pojechała polska księżniczka do Danii, do swej nowej ojczyzny. A ziemię tę od wschodu, od zachodu i od północy fale morskie oblewają. A nad ziemią tą północne wichry szumią, deszcze i mgły częściej ją odwiedzają aniżeli słońce.

Smutno z początku tam było Świętosławie. Tyle aby miała radości, co z dwórkami polskimi w mowie ojczystej się ugwarzała i piosenki polskie śpiewała. A gdy nikt z dworzan duńskich tego nie widział, to i bawiła się jak dziecko: z dwórkami biegała po ogrodzie, ciskała na palik kółkami wiklinowymi i kukiełki ze szmatek stroiła.

Toć miała dopiero piętnaście lat.

Przyszedł na świat syn. Kanutem go nazwano. Wyrósł z niego wojownik śmiały, rycerz i zdobywca.

Młodym jeszcze był, a już Wielkim go nazwano. Zawojował wyspę sąsiednią i państwo brytyjskie na niej założył.

Lata mijały.

Już Świętosława umarła. Wieść o tym do brata jej, do króla Polski, Bolka Chrobrego, przesłano.

I znów lata mijały.

Już i Kanutowi Wielkiemu na śmierć się zbiera. Przywołał więc do łoża syna Swenona, córkę Klotyldę i mówi im:

— Dwoje was aby zostawiam i sprawiedliwie między was oboje spuściznę swoją chcę podzielić. Ty, Swenonie, zostaniesz władcą na ziemiach Danii i Brytanii. A tobie, córko, zostawiam w dziedzictwie me skrzynie w skarbcu. Są tam złote kielichy i złote łańcuchy, sznury pereł i korali, pierścienie i zapiny. A diamentów, szafirów, rubinów i szmaragdów mnogość tam taka, że garncami można je mierzyć. — I mocnym głosem umierający Kanut dopowiada: — Przykazuję ci, Swenonie, wszystko ze skarbca siostrze we wianie oddać.

*

Do pięknej, do bogatej królewny zjeżdżają dziewosłęby od królewiczów, od książąt, od wielmożów.

Ale Swenon wszystkich z niczym odprawia. Nie spieszno mu wydawać siostrę za mąż, nie spieszno mu ze skarbca skrzynie wyciągać i w świat za siostrą je wysyłać.

Aż myśl straszną, myśl zbrodnicza do serca mu się zakrada.

„Pozbędę się Klotyldy. Wszystkimi skrzyniami w skarbcu sam zawładnę”.

Zawołał sługę takiego, o którym wiedział, że każdy jego rozkaz spełni, a gdy mu każe o czymś milczeć, to będzie milczał jak głaz.

A był tam przy zamku królewskim wielki drzewieniec. W drzewieńcu tym w skałach wykute były groty, w grotach hodowano dzikie zwierzęta. W jednej z tych grot trzymano niedźwiedzia przed rokiem w puszczy złowionego — olbrzyma niebywałej siły i wielkości.

Wezwał Swenon sługę za pieniądze wszystko spełnić gotowego i szepcze mu do ucha:

— Bacz, coby niedźwiedź-olbrzym przez trzy doby nic więcej do żarcia nie dostawał, jeno korzonki a jagody. Niechaj na mięso będzie wygłodniały.

Spojrzał sługa ze zdumieniem na królewicza. Po co mu niedźwiedzia głodzić?

A Swenon tak mówi dalej:

— Królewna Klotylda co dzień o poranku po drzewiencu się przechadza. Gdy miną trzy dni, pójdziesz za nią, namówisz królewnę, aby poszła z tobą na olbrzyma-niedźwiedzia przez okienko popatrzeć. A gdy już koło groty będziecie, szybko odsuniesz zasuwę i królewnę do groty wrzucisz.

Choć z tego sługi łotr był nad łotrami i za pieniądze wszystko gotów był zrobić, przecie aż się skurczył od tego rozkazu.

Królewna miała czternaście lat, była piękna, wesoła i dobra. I ma ją wrzucić niedźwiedziowi na pożarcie!

Spojrzał z przerażeniem na okrutnego królewicza, westchnął i powlókł się rozkaz spełnić.

Czwartego dnia, jak królewna rano pobiegła do drzewieńca — tak i nie wróciła z niego. Przepadła.

Zaczął się w zamku gwałt i poszukiwania.

Gdy nastał drugi świt, Swenon sądząc, że królewna dawno już przez niedźwiedza została rozszarpana i zjedzona, mówi obłudnie:

— Może królewna sama ciszkiem do puszczy na łowy się wybrała? Może tam się jej jakowaś zła przygoda zdarzyła? Pojadę jej szukać.

Wpadł do komnaty Klotyldy, porwał jej sukienkę, buciki, chusteczkę, ukrył to pod kaftanem, na konia wskoczył i do puszczy pognał.

Tam ubił zająca, jego krwią sukienkę, buciki i chusteczkę królewny zbroczył i do zamku przycwałował z wielkim krzykiem:

— Gorze nam, gorze! Królewnę w puszczy dzikie zwierzęta rozszarpały! Tyle aby po niej zostało!

I zakrwawione szmatki, i zbroczone krwią buciki po trawie rozrzuca, ludziom ukazuje.

Zaraz też rozesłał gońców w cztery strony swego królestwa, aby rycerstwo, aby wielmożów na zamek londyński, na ucztę pogrzebową spraszali.

Przysposobiono ucztę, zjechali zaproszeni goście.

A tymczasem...

Gdy sługa królewnę do jamy wepchnął, zaraz przyskoczył tam marucha, ciekawy — co to?

Obszedł królewnę, obwąchał. Mrrr... mrrr... poznaje. To te ręce, które mu tu często przynoszą przysmak nad przysmaki: plaster miodu. Obwąchał niedźwiedź ręce królewny, polizał je i spokojnie obok nóg królewny się położył.

Dozorca dostał teraz rozkaz karmienia niedźwiedzia jak poprzednio, przed postem. Więc przez otwór w sklepieniu wrzucano mu znów co dzień kawały mięsa, pęki korzonków i wsypywano jagody.

Klotylda korzonkami i jagodami żywiła się i czekała, i wierzyła.

Gdy goście do uczty zasiedli, skinął Swenon na sługę, któremu przed paru tygodniami kazał ten niecny czyn wykonać, i szepcze mu do ucha:

— Idźże do jamy i popatrz, czy tam jaka szmatka po królewnie się nie wala. Uprzątnij. Może goście będą mieli wolę zwierzęta nasze w grotach obejrzeć?

Poszedł sługa. Zasuwy odmyka, do jamy wchodzi a tam... królewna żywa i cała klęczy i modli się, a niedźwiedź przy niej leży i mruczy.

— Wielki Boże! — wrzasnął sługa i z jamy wypadł, ani pamiętając, aby drzwi zasunąć.

Siedzą goście za stołami, jedzą, piją, o wyprawach wojennych gwarzą. Słudzy roznoszą misy z mięsiwem, dzbany z winem, kosze z owocami.

Pod ścianami na ławach najemne płaczki jęczą i płaczą po królewnie. Szaty na sobie z żałości drą, włosy z żałości targają.

Nagle ktoś mocno zakołatał wejściowymi drzwiami.

— Hej, otworzyć tam! —woła Swenon. — Gość zapóźnióny, prosić go tutaj!

Skoczył sługa, wielki wrzeciądz odsunął, ciężkie podwoje rozwarł i... zatoczył się pod ścianę z przerażenia.

W otwarte drzwi wpycha się niedźwiedź-olbrzym. Na niedźwiedziu królewna! Szata na niej długa, włosy na ramiona rozczesane, obie ręce ku górze dziękczynnie wzniesione.

Człap, człap... skrobią pazury o kamienną podłogę. Człap, człap... wkracza do sali biesiadnej olbrzym-marucha.

Porwali się goście z miejsc i tak śmiertelna cisza zaległa izbę, że słychać było trzepot listka na gałązce za oknem.

Pierwszy ocknął się Swenon... postąpił kilka kroków naprzód i w skrusze jak długi runął na ziemię przed niedźwiedziem.

*

Klotylda wyszła za mąż za księcia Lotaryngii.

Miała siedmiu synów. Prawnukowie ich w wyprawach rycerskich rozeszli się po całej Europie. Niektórzy z nich osiedlili się w Polsce. A wszyscy za swój znak rodowy przybrali „pannę na niedźwiedziu”, które to godło Rawiczem nazwano.

Któryś z potomków Klotyldy założył miasteczko Czupidłowo i godło swe na jego ratuszu polecił zawiesić.

SKLEP PANA ALOJZEGO

Od zdarzenia opowiedzianego w tej legendzie minęło prawie tysiąc lat.

I oto... posłuchajcie.

W tym to Czupidłowie niejaki pan Alojzy Pudełko miał sklep.

W sklepie były przybory do szycia i do ręcznych, kobiecych robót. Były też tam i zabawki.

Sklep miał dwa okna wystawowe.

W jednym oknie leżał stos wełny w różnych kolorach, szpulki nici białych i czarnych, motki bawełny, tasiemki, guziki, szydełka, igły i szpilki, agrafki, zatrzaski...

 

W drugim oknie były zabawki.

Jakie? Czyż trzeba to wymieniać!

Zresztą w ciągu tego opowiadania o wielu z tych zabawek dowiemy się. Proszę też sobie zapamiętać, że w tym drugim oknie na dole, w rożku, wybity był kawałek szyby.

Państwo Alojzowie mieszkali na parterze, w tym samym domu, obok sklepu.

Na noc drzwi sklepu zamykało się mocną sztabą, a na okna wystawowe opuszczało się żelazne kraty.

Do sklepu było wejście z ulicy i od strony sieni.

Pan Alojzy miał zwyczaj co dzień o czwartej rano, w wojłokowych pantoflach, w piżamie (letniej lub zimowej), z głową okręconą szalikiem (bo to, panie bdziejku, prosto z łóżka, a w sieni są przeciągi), wchodzić do sklepu dla sprawdzenia, czy aby — broń Boże! — w nocy nie było włamania i kradzieży.

Zapalał światło, obchodził długi stół, przeglądał wszystkie półki, sprawdzał drzwi (te od ulicy) i okna.

Wszystko w porządku.

Uspokojony wracał do sypialni.

Raz na miesiąc pan Alojzy, zaopatrzony przez panią Pudełkową w pudło z zapasami żywności, wyruszał do Warszawy po towar.

Były w tym oczywiście i zakupy nowych zabawek.

A i w samym Czupidłowie była maleńka wytwórnia.

Wytwórnia lalek.

Panna Genowefa, krawcowa, szyła i dostarczała do sklepu pana Alojzego lalki z batystu, filcu, atłasu lub sukna.

Lalki te miały buzie malowane ręcznie.

A były one rozmaite.

Poczynając od stworków na żabich nogach, o zielonych, długich brodach (może takie stworki zamieszkują leśne bagna i sitowia nad brzegami jezior?), a kończąc na księżniczkach tak delikatnych, że — gdyby żyły — to zapewne, jak ta księżniczka z bajki Andersena, nie mogłyby zasnąć na siedmiu pierzynach, gdyby pod nimi leżało maleńkie ziarnko grochu.

Panna Genowefa była prawdziwą artystką. Lalki jej były tak piękne, że przystroiłyby wystawę niejednego wspaniałego magazynu w Warszawie czy w Moskwie, w Paryżu czy w Londynie. Ale panna Genowefa o tym nie wiedziała i szyła lalki tylko dla Czupidłowa.

Nikt też nie widział, jak zręcznie, jak pomysłowo zwijają się przy tej robocie jej delikatne ręce, nikt się od niej tej sztuki nie uczył. Bo jedynymi świadkami jej pracy — gdy ta siedziała od rana przy okienku wychodzącym na podwórko — były piesek Wyjuś, kotek Umykałek i trzy dropiate kurki.

Nie liczę tu gromady swarliwych wróbli, bo trudno było uważać je za stałych mieszkańców podwórka; to z ćwierkotem tu wpadały, to z jeszcze większym hałasem nagle podrywały się i wynosiły nie wiadomo dokąd.

No i nie liczę jedynego, ale jakże wspaniałego krzaku bzu, który przy okienku panny Genowefy rósł i szumiał, kwitł i pachniał.

GDY ZGASŁO ŚWIATŁO

Pewnego wieczoru, gdy panna Genowefa ślęczała pilnie nad wykończeniem ostatniego tatrzańskiego zbójnika, nagle zgasło światło.

Odłożyła robotę. Wstała, podniosła roletę i otworzyła okno.

U sąsiadów bliższych i dalszych, z których okien zawsze wieczorem mrugały światełka, teraz było ciemno. I latarnia uliczna nie paliła się. Znaczy: zgasło światło w całym Czupidłowie.

Świecy ani nafty panna Genowefa w domu nie miała, więc skazana była na przymusowy odpoczynek.

Nie bardzo się tym zmartwiła.

„Obmyślę sobie przez ten czas, jaką by tu nową laleczkę...“

Przysunęła do okna fotelik i usiadła wygodnie.

Była to wiosna. Bez pod okienkiem aż ociężał, aż przygarbił się od setek kiści kwiatowych. Powietrze było ciepłe i rozpachnione. Od dalekiego stawu szły głosy żabich chórów.

Panna Genowefa przymknęła oczy, myśli jej zaczęły się cofać, cofać...

Taki sam wieczór... Boże, jak to dawno temu! Miała wtedy może siedemnaście, może osiemnaście lat. Z rodzicami mieszkała. W Krakowie.

Pewnej niedzieli umówili się, gromada młodych, na wycieczkę. Poszli brzegiem Wisły na Skałki Twardowskiego.

Czy był też Mietek?

Ach był, był! I okropnie wtedy dokazywał, zupełnie jak psotny smarkacz.

Wandzi wsadził na głowę koronę z gałązek jeżynowych. A Wandzia miała długie, puszyste włosy — nie mogła z nich tych zadziorków wyplątać. Adamowi wsypał garść mrówek za kołnierz. Biedny chłopak o mało ze skóry nie wyskoczył, tak się drapał. Aż musiał pobiec do lasku i tam rozebrać się do naga, aby te mrówki powytrząsać z bielizny.

Potem Mietek uspokoił się. Usiedli nad brzegiem Wisły i czekali, aż księżyc przejrzy się w wodzie.

Edek zapytał:

— Czy widzicie pana Twardowskiego na księżycu? Ja go widzę doskonale. O, nogi ma opuszczone, ręce oparł na karabeli, a na rękach głowę. Patrzy w dół.

Stacha zapytała:

— A kto to naprawdę był ten pan Twardowski?

Wszyscy spojrzeli na Adama. On jeden między nimi był słuchaczem uniwersytetu, z pewnością on najwięcej wiedział.

Adam lubił wykładać, uczyć, objaśniać, jakby już był nauczycielem.

Chwilę pomyślał i zaczął opowiadać:

— To był polski szlachcic, uczony, chemik, a jak wtedy mówiono — alchemik i podobno czarodziej. Żył za czasów króla Zygmunta Augusta, ostatniego z rodu Jagiellonów.

— A jakie robił czarodziejskie sztuki?

— No, rozmaite. Choć był wielki i gruby, potrafił jeździć wierzchem na kogucie. Jak na malowanego konia chuchnął, to koń ożył: zeskoczył z szyldu, zaczął rżeć i galopować. A gdy umarła żona króla, piękna Barbara...

— Wiem, wiem! Barbara Radziwiłłówna!

— I król po niej rozpaczał... Na zamku wileńskim do starej komnaty, o murach grubych na metr, o północy wpłynęła postać Barbary. Pan Twardowski na prośby króla czarodziejską sztuką ją sprowadził. Przesunęła się po ścianie w długiej, białej szacie, w czepeczku naszywanym perłami i spiętym pod brodą. Na chwilę przystanęła, popatrzyła na króla, wyciągnęła ku niemu ręce i znikła.

— A co król?

— Król zemdlał.

Adam umilkł, nikt się nie odzywał. Przysunęłyśmy się, dziewczęta, bliżej ku sobie...

Aż dopiero po chwili Mietek zapytał:

— A jakim sposobem ten Pan Twardowski zawędrował na księżyc?

— Właśnie, właśnie! Jak to się stało?

Wszyscy byli ciekawi.

— To znów inna historia z jego życia. Tę moc czarodziejską Pan Twardowski kupił od diabła...

— Od diabła?!

Zaległo milczenie.

Brrrr... jak ta Wisła kłębi się niesamowicie!

Od Bielan nadleciały trzy ogromne ptaki. Przefrunęły cichutko, bez żadnego szelestu, tuż nad naszymi głowami. Księżyc umknął przed nimi za chmurę. Po wodzie przesunęły się cienie.

Skądś zahukał złowrogo puchacz.

„Pójdź, pójdź...“

— O, mami na tamten świat — szepnęła Stacha. —

Pójdź, pójdź w dołek

pod kościołek.

Adam, mów dalej. Więc jak to było?

— Kupił, bo obiecał diabłu za to duszę. Układ podpisali krwią utoczoną z serdecznego palca. Duszę tę diabeł miał prawo zabrać tylko z Rzymu.

„Do Rzymu nie pojadę — uspokajał się w duchu Pan Twardowski. — Czekaj więc, diable, nie doczekasz się!“

Popłynęły lata.

Pan Twardowski o układzie z diabłem zapomniał, ale diabeł — chciwy na ułowienie duszy ludzkiej — o układzie z Panem Twardowskim pamiętał. Wiedział, że w drugim powiecie jest karczma, co się nazywa... I póty Pana Twardowskiego różnymi drogami wodził, aż go do tej karczmy przywiódł. I tu go cap!

— Mości panie, dawaj mi swą duszę, ta karczma „Rzym“ się nazywa!

Biedny Pan Twardowski chce się bronić.

Pochwycił z kolebki maleńkie dziecko, dziś dopiero ochrzczone, i nim się przed diabłem osłonił.

Próżno diabeł skakał, kopytami stukał — przystępu do Pana Twardowskiego nie miał. Więc wziął się na inny sposób.

Zakrzyknął:

— To tak, mości Twardowski, słowa dotrzymujesz! Przecież mi obiecałeś, że z Rzymu duszę twoją mogę zabrać! To takie twoje szlacheckie verbum nobile!

Ochłonął z przerażenia Pan Twardowski. Słowa honoru nie złamie, za nic nie złamie!

Położył dziecko do kolebki.

— Bierz mnie, asan.

Gwizdnął diabeł na swych towarzyszy. Podsadzili się w pięciu pod Pana Twardowskiego, bo szlachcic był wysoki a gruby jak beczka, z hukiem, ze śmiechem przez drzwi karczemne wykotłowali się na drogę i hurrrrra... w górę!

A miał ten Pan Twardowski sługę wiernego, Błażka, co w tej ciężkiej chwili nie chciał pana swego opuścić.

Uczepił się Błażek wylotu kontusza i tak z Panem Twardowskim w górę wzleciał.

Ano, lecą i lecą, lecą i lecą... coraz wyżej i wyżej... Aż Pan Twardowski wspomniał sobie na „Godzinki“, które do Matki Najświętszej co rano zwykł był śpiewać. Więc gdy zobaczył, że od wstającego słońca niebo na wschodzie już różowieje, zaczął w swej wielkiej frasobliwości nucić.

A Błażek mu do wtóru:

Witaj, Pani świata,

niebieska królowo!

Witaj, Panno nad Panny,

gwiazdo porankowa!

Przybądź nam, miłościwa.

Pani, ku pomocy!

A wyrwij nas z czartowskiej

nieprzyjaciół mocy!

I oto od tej pieśni diabły zaczęły coraz bardziej słabnąć a słabnąć, aż omglały zupełnie i Pana Twardowskiego puściły. A że właśnie w tej chwili przelatywali obok księżyca, chwycił się szlachcic srebrnego rożka. I stękając a pocąc się z wysilenia, jakoś się tam przecie na księżyc wygramolił i na nim usiadł.

I tak do dziś dnia tam siedzi.

— A Błażek?

— Błażka zamienił w pajączka. Spuszcza się co i raz pajączek po nitce ku ziemi i wieści o tym, co się na ziemi dzieje, panu swemu zanosi.

Tyle wtedy powiedział Adam.

„Ile to już lat temu? — przypomina sobie teraz panna Genowefa. — Chyba ze czterdzieści... Kawał czasu! “

A panna Genowefa tak doskonale tamten wieczór pamięta, jakby to było przed rokiem. Przypomina sobie nawet, że miała wtedy niebieską sukienkę w białe grochy, z falbanką na dole. Przypomina sobie... A to już czterdzieści lat temu!

Nagle zabłysło światło u sąsiadów i u panny Genowefy.

Wstała więc, zamknęła okno, aby do pokoju nie wpadały ćmy i komary, i podeszła do stołu.

Wspominki z wycieczki, która odbyła się przed czterdziestu laty, nasunęły jej nowy pomysł.

„Zbójnika jutro wykończę.“

Wyjęła z szuflady kawałek cienkiego sukna, zrobiła na nim kredą rysunek i zaczęła uważnie przykrawać Pana Twardowskiego.

CZY CI SIĘ PODOBA PAN ALOJZY?

Pan Alojzy Pudełko był strasznie skąpy.

Każdego ranka wydzielał żonie pieniądze na sprawunki całego dnia, a pieniędzy tych dawał zawsze tak mało, że biednej kobiecie nigdy ich nie mogło wystarczyć. Co dzień też odważał pół wiaderka węgla do kuchni, po czym piwnicę z węglem zamykał i klucz brał do kieszeni.

Nawet zapałki miał zawsze ukryte w jakimś tajemniczym kącie i wydzielał z tego żonie po pięć zapałeczek na dzień.

W sklepie wciąż towar liczył, wciąż sprawdzał, czy mu czego nie brakuje.

Na próżno dzieci z ulicy prosiły go o niepotrzebne pudełeczka do zabawy, na próżno żona upominała się o stare gazety na podpałkę do pieca.

Szkoda. To można sprzedać. Makulaturę kupują.

Pan Alojzy zbierał wszystkie papierki i sznurki, chował stare pudełka, tekturki, gazety, nawet malutkie karteczki zdzierane z kalendarza.

Kołeczki do niesienia cięższych paczek sam strugał z patyków starych mioteł. Dlatego też miotły, choćby najbardziej zdartej, nie wolno było u niego wyrzucić.

A co się nacierpiała przez tego sknerę panna Natalia, sklepowa!

A to za mało zachwalała zabawkę...

— Przecież klient wziął pięć sztuk.

— Może kupiłby i szóstą!

A to ucięła z kłębka za dużo sznurka.

A to niepotrzebnie zawinęła lalkę w nowy papier, bo można było jeszcze w ten stary.

A to po wejściu do sklepu za długo szura nogami po słomiance, przecież od tego słomianka się zdziera.

Nie było dnia, żeby się biedna dziewczyna nie spłakała.

A gdy nadszedł pierwszy miesiąca i pannie Natalii trzeba było wypłacić pensję!

Z ciężkim westchnieniem pan Alojzy wydobywał z zakamarków kamizelki pieniądze i zaczynało się wynajdywanie przyczyn, aby z tych bardzo skromnych poborów można było choć kilkanaście złotych wytrącić.

Więc: raz spóźniła się.

— Zapomniałam, że w nocy zegar został przesunięty.

— To trzeba było pamiętać!

Więc: upuściła na ziemię dzbanuszek.

— Przecież odkupiłam.

 

— Ale inny, panie bdziejku, na pewno będę na nim stratny.

Więc: złamała szczebel u drabinki.

— Co jestem winna, że pękł mi pod nogą?

— A co ja jestem temu winien?

Zawsze musiał coś jej z zapłaty urwać.

Nikt od niego nic nie zarobił. Sam u siebie wprawiał szyby, łatał sobie i żonie obuwie, drutował garnki, szył słomianki.

W swej strasznej pasji oszczędzania pan Alojzy udręczał i siebie. Całą zimę chodził w cienkiej jesionce, wypalał tylko jedną fajkę na dzień, chociaż palenie fajki sprawiało mu wielką przyjemność. Nigdy nie poszedł do cukierni, nie kupił sobie nawet czekoladki, chociaż bardzo lubił słodycze i łapczywie je zajadał, gdy go ktoś nimi poczęstował.

Gazetę kupował zawsze z poprzedniego dnia, bo była wtedy nieco tańsza.

Można by było to wszystko zrozumieć, gdyby pan Alojzy był biedakiem i tak bardzo oszczędzał z konieczności.

Ale wprost przeciwnie, pan Alojzy był bardzo zamożny.

Miał w Czupidłowie dwa domy, miał pod miastem dziesięć morgów łąki, którą wydzierżawiał chłopom, miał duży udział w młynie, w składzie węgla i w tartaku. No i ten sklep.

A przy tym był tylko sam z żoną, nie miał ani dzieci, ani bliższej rodziny. Nie zbierał też tych pieniędzy, aby przeznaczyć je na jakiś piękny cel — zrobić za nie coś dobrego dla osieroconych przez wojnę dzieci polskich, dla nauki, dla sztuki czy dla swego rodzinnego Czupidłowa.

Nie.

Zbierał pieniądze, bo je kochał, bo chciał ich mieć więcej, coraz więcej.

A że szedł do tego przez łzy innych ludzi, przez krzywdę i wyzysk — o tym wcale nie myślał.

Czy wam się podoba pan Alojzy?

Mnie — nie.