O dwunastu z ZapieckaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
O dwunastu z Zapiecka
O dwunastu z Zapiecka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 17,98  14,38 
O dwunastu z Zapiecka
O dwunastu z Zapiecka
Audiobook
Czyta Agata Elsner
9,99  7,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

O dwunastu z Zapiecka

ilustrowała

OLGA SIEMASZKOWA

Saga

O dwunastu z ZapieckaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1946, 2020 Janina Porazińska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623475

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Nie przez góry, nie przez morze

iść ci do tej wioski Bożej.

Jak ta równia mazowiecka

wiedzie droga do Zapiecka:

ni się wzniesie, ni się skłoni —

już Zapiecek jak na dłoni.

W pierwszej chacie na wschód słonka

z ojcem, z matką mieszka Bronka.

A Małgosia znów w zagrodzie,

gdzie się krząta rój przy miodzie,

w sadku wisien i jabłoni.

Miło jest tam zajrzeć do niej.

Gdzie chałupka w jarzębinach,

urodziła się Balbina.

I nie myśli o tym wcale,

jak jest pięknie pod koralem

ich zagrodzie, gdy jesienią

drzewiny się rozrumienią.

Zuzia mieszka na rozstaju.

Tam to słowik śpiewa w maju.

Śpiewa, ciurka, fiuka, klęsce

w gąszczu bzów, przy Bożej Męce.

Zaś Barbarka i Weronka

siedzą w chatach tuż przy łąkach:

gdzie to żaby grają nocą,

gdzie się w stawie gwiazdy złocą,

a rzeczułka się wygina

i ciurlika w gęstych trzcinach.

A Justyna i Agatka

w dwóch sąsiednich białych chatkach.

Na śliwinach śliwek krocie

i przełazek mają w płocie.

Miła Zochna i Joasia —

tam gdzie jest czereda ptasia.

Dom ich stoi pod jaworem.

Na jaworze w każdej porze

ptaków, ptaszków całe krocie

Aż drży jawor w ich szczebiocie.

Katarzynka sobie mieszka,

gdzie jesienią gąszcz w orzeszkach,

gdzie jeżyny, chłód borowy,

bo jej tato jest gajowym.

No i wspomnę wam o Hance,

o tej Hance sołtysiance,

której chata modrzewiowa

w cień się starej lipy chowa,

przytulona do pnia drzewa,

i świerszczowym chórem śpiewa.

Cała będzie ta książeczka

o dziewczynkach tych z Zapiecka.

–––

U BARBARKI PIES MYJE GARNKI

Na stole stał garnek po mleku. Mama, gdy wychodziła, powiedziała: — Barbarka, umyj ten garnek.

Mama wyszła z izby. Barbarka postawiła garnek na ziemi i woła:

— Burek, umyj ten garnek!

I sama łaps! za chustkę i już jej w domu nie ma, wybiegła na drogę.

A tu Burek ucieszony raz — dwa! zabiera się do wylizywania garnka.

Najpierw przy brzegu dookoła. Pyszne! bo są tu resztki śmietany. Potem głębiej, głębiej... Ładnie, pięknie umył boki garnka. A teraz trzeba jeszcze sięgnąć do dna, bo tam pachnie serwatką.

No... no... jeszcze trochę łeb trzeba wsunąć, jeszcze... chłep, chłep, chłep...

Już i dno wylizane do czysta.

Uff! — odsapnął sobie Burek i łeb do góry podnosi, ale i garnek w górę jedzie

Cofa się Burek — i garnek się cofa.

A ciemno pieskowi jak podczas najczarniejszej nocy.

— Co za diabeł wlazł mi na łeb! — myśli Burek i bierze się wartko do oswobodzenia głowy.

Usiadł. Ściąga garnek.

Najpierw przednią prawą łapą — nic.

Potem przednią lewą łapą — nic.

Więc drapie garnek.

Najpierw tylną prawą nogą — nic.

Potem tylną lewą nogą — nic.

Więc jak nie zacznie łbem trząść, a zataczać nim, a na boki rzucać! Łups!! — palnął garnkiem o piec i garnek rozpadł się na dwadzieścia skorup.

Burek wyskoczył z izby i dyr-duś! dyr-duś! na pole w ziemniaki. Schował się przed tym strachem, co mu tyle czasu łeb ściskał.

A dwadzieścia skorup na podłodze pod piecem leży.

Patrzą na to inne garnki z policy i nuż biadolić:

— Oj, szkoda go, szkoda! Taki był godny, z odpustu na święty Roch przyniesiony.

— Taki był ładny: pękaty, brzuszkowaty...

— I kwiatki miał na brzuszku.

— A polewę jak lusterko. Mogłeś się w nim do syta na siebie napatrzeć.

— Dwadzieścia pięć groszy kosztował!

— A jak mu w boczek puknąłeś, to odpowiedział jak dzwon: czysto, dźwiękliwie.

— A teraz aby te skorupki...

— Barbarka winna! Barbarka ladaco! Czemu kazała Burkowi garnek zmywać!

I stary sagan zawołał:

— Już ja za to Barbarce odpłacę!

A szczerbaty żeleźniak za nim:

— I ja! I ja!

A znów rynka od słoniny za nimi:

— I ja! I ja!

Od tej okrutnej zawziętości aż huczało tam w górze na policy.

Przybiegła Barbarka, zobaczyła skorupy, przeraziła się. Przyszła matka, zobaczyła skorupy.

— A któż to zrobił?

— Burek.

Zgarnęła matka skorupki, wzięła miotłę i do Burka.

A Burka przy budzie nie ma. Wciąż w tych ziemniakach na polu siedzi, bo owego licha, co za łeb chwyta, okrutnie się wciąż boi.

Gospodyni miotłę rzuciła. I tak to upiekło się tym razem Burkowi.

Na drugi dzień postawiła matka na ogniu mleko w starym saganie i mówi:

— Barbarka, popatrz tu na mleko, coby nie skipiało.

Stanęła Barbarka przy piecu. Patrzy... patrzy... Zrobił się na mleku kożuszek, ale w miejscu stoi, a po brzeżku bąbelki wyskakują.

— Eee... jeszcze się nieprędko zagotuje!

I Barbarka myk do kąta, do swej gałgankowej lali.

A sagan tylko na to czekał.

Raz — dwa — trzy! — pospieszył się, wielki czepiec wyburzył w górę i chlust! chlust! chlust! na kuchnię!

— Mleko kipi!

Wbiegła matka, łaps! za sagan! Ale połowa mleka już po gorącej płycie w bąbelkach skacze. A tyle przy tym robi szumu, tyle syku, tyle dymu, jakby lokomotywa do izby wjechała.

— Barbarko, Barbarko, nie wartaś to ty kary?

Innego znów dnia nastawiła matka w szczerbatym żeleźniaku kaszę na obiad i mówi:

— Barbarka, spojrzyj no czasami na kaszę. Jak wody w niej ubędzie, to dolej.

I matka poszła ziemniaki okopywać.

A Barbarka przystawiła do pieca stołek i coraz na niego hop! i do żeleźniaka zagląda.

A no, gotuje sie kasza wartko: bul-bul, bul-bul...

A potem zaczęła inaczej śpiewać.

Klap! Klap! Klap!

Bardzo to Barbarce się podoba.

A potem jeszcze inaczej: wydyma się wielki bąbel i puff! bąbel pęka. A zaraz robi się drugi i znowu: puff!

— Olaboga, jakie to ucieszne! — śmieje się Barbarka, w żeleźniak patrzy i ani jej nie przemknie przez głowę, żeby wody dolać.

Kasza wciąż swoje: puff! puff!

Wchodzi matka i już z sionki woła:

— Rety! co tu tak czuć! Kasza się przypaliła!

Zagląda mama do żeleźniaka: a tam kasza aż brązowa! Odgarnia łyżką: wszystka prawie do dna przywarła!

Próbuje jej: gorzka jak chrzan!

— Barbarko, Barbarko, nie wartaś to ty kary?!

Wieczorem siadła mama przy stole i mówi:

— Barbarka, pokrój kawałek słoniny i przysmaż w rynience, to nią ziemniaki omaścimy.

A no, dobrze. Barbarka słoninę drobno pokrajała, do rynki włożyła i na kuchni postawiła. Ale wciąż jej się zdaje, że nie tu słonina dobrze się stopi, ale tam, i znowu nie tam, ale tu. I jeździ rynką po całej kuchni.

A rynka po żelazie chrobocze:

„Mam trzy nóżki, mam,

jeżdżę tu i tam.

Odsunięte dwa kółeczka,

nie zostawię ni skwareczka!

Ryms!“

I rynka dwiema nóżkami wpadła w otwór na blasze, a przerażona Barbarka krzyknęła:

— Mamo, mamo! Ogień się słoniną okrasił!

Tego już było za wiele.

Matka złapała się za głowę.

— Boże miłosierny! Co ja mam szkody przez tę dziewczynę, to już nie do wytrzymania! Z torbami pójdę! Na dziady pójdę przy takiej córce! Mleko zmarnowała! Kaszę przypaliła! Słoninę wylała!

„A garnek! A garnek!“ — brząka zawzięty sagan.

Przypomniał go matce.

— I z garnka aby skorupy!

— To Burek...

— Dlaczego przy mnie Burek nic nie zbije?!

„Bo u Barbarki pies zmywa garnki!“ — zabrzęczało znów na półce.

— Miałam ci kupić wstążkę na jarmarku, ale ci jej nie kupię! Muszę mieć te pieniądze na garnek! A ty noś sobie w uplotkach konopne nici! Niczegoś lepszego nie warta!

— Nie kupicie mi, mamo, wstązecki...

Barbarka zmartwiała ze smutku. Tak się cieszyła na tę wstążkę! Miała być czerwona, na palec szeroka, z ząbeczkami po bokach. Do warkoczka.

— Oj, rety, reteczki!

Łyka Barbarka nieomaszczone ziemniaki i łyka łzy za tą wstążeczką, za tą, co jej nie będzie.

Aż z tego żalu przy wieczerzy usnęła.

Niedaleko stołu, na półeczce, stał biały garnuszek, na garnuszku wymalowany był niebieski gołąbek, z garnuszka sterczała szczoteczka do zębów, a przed garnuszkiem stało tekturowe pudełeczko.

Gdy Barbarka usnęła, garnuszek brzęknął:

— Bardzo mi żal Barbarki. To dobra dziewczynka. Prawda, gołąbku?

Namalowany gołąbek poruszył niebieskim skrzydełkiem.

 

— Tak, tak, bardzo dobra. Odebrała Antkowi sikorkę i wypuściła ją na wolność. I jak kotka złamała łapkę, to jej nosiła na strych jedzenie, dopóki się łapka nie zrosła.

— Gołąbku, gdybyśmy tak mogli Barbarce jakoś pomóc! Może co wymyślisz?

— Na pewno wymyślę. Jeszcze chyba tej nocy wymyślę.

Na drugi dzień pyta garnuszek gołąbka:

— Czy już co wymyśliłeś?

Namalowany gołąbek potrząsnął niebieskim dzióbkiem.

— Jeszcze nie. Ale nie martw się. Na pewno coś wymyślę.

Po południu przyszła w odwiedziny pani nauczycielka.

Usiadła sobie na ławie i z mamą pogadują: a to o kurach, że jakoś gorzej teraz się niosą, a to o prosiakach, a to o lnie, a i o Barbarce.

Mama mówi:

— Strasznie ta moja Barbarka nieuważna. W tamtym tygodniu to miałam przez nią nieprzeliczone straty. Miała dopilnować mleka — mleko wykipiało. Miała dolewać wody do kaszy — kasza się przypaliła. Miała stopić słoninę — słonina poszła na ogień. Burkowi dała garnek zbić.

„Bo u Barbarki pies zmywa garnki!“ — zachrobotał nieznośny stary sagan.

Ale pani nauczycielka go nie usłyszała, bo mama mówiła dalej. I w tej właśnie chwili namalowany gołąbek skrobnął niebieskim pazurkiem o garnuszek:

— No, teraz! Pchaj się, pchaj się naprzód!

— Kiedy pudełeczko przede mną stoi.

— To nic, pchaj się z pudełeczkiem!

Posunął się garnuszek jeszcze i jeszcze, do samego brzeżka.

Ruszyła pani nauczycielka ręką, trąciła łokciem garnuszek. Obejrzała się.

— O, jaki ładny garnuszek. I szczoteczka w nim. Czy to Barbarki?

A mama mówi:

— Już to muszę prawdę powiedzieć, że Barbarka do czyszczenia zębów to jest pilna. Co dzień zęby czyści. Tym węglem je szoruje.

I mama otworzyła tekturowe pudełeczko.

A tam było coś czarnego. Patrzy pani: sadze, nie sadze.

— Co to?

— A to ten proszek do zębów. Sama go sobie Barbarka zrobiła z lipowego korzenia. Upaliła korzeń na węgiel i na kamieniu go utłukła. Bardzo się pani taki czarny proszek podobał.

— Chodźże, Barbarko, niechaj cię ucałuję.

Podchodzi Barbarka, a pani nauczycielka otwiera torebkę, wyjmuje z niej małą paczuszkę i mówi:

— Weź to sobie ode mnie. Weź, taki mały upominek.

Rozwija Barbarka paczkę, a z radości aż jej się rączki trzęsą.

Rozwija, rozwija... patrzy... patrzy...

Wstążeczka! Takuteńka jak ta, co miała być, a potem miała nie być: czerwona, na palec szeroka i z ząbkami po bokach!

Barbarka aż westchnęła z wielkiego szczęścia, aż zapomniała podziękować.

Chwyciła wstążkę i biegnie, biegnie do Justysi, aby jej ten podarunek pokazać. A Burek wyskoczył z budy, i za nią, i za nią.

Stanęła przed Justysinym ogródkiem, stanął i Burek. Teraz dopiero go zobaczyła.

— Nie ciesz się, nigdy ci już nie dam garnka do wylizania!

–––

O WERONI KTÓRĄ ŁĄKA KOCHAŁA

Płynie przez Zapiecek rzeczka nieduża, ale bystra, wesoła. Bełkocze po kamieniach, szumi przy brzegach, a chichocze tam, gdzie musi przedzierać się przez trzciny, przez sitowie i tatarak.

Nad rzeczką w prawo i w lewo leżą zapieckie łąki. Każdy gospodarz ma tu jej kawałek.

Przez całą wiosnę i lato Weronka co dzień na swą łąkę biegała.

A to z podwieczorkiem dla siostry, co tu na skraju pasła krowy.

A to ze śniadaniem dla ojca, gdy kosił trawę na siano, gdy siano grabił i stożył.

A to ze śniadaniem i podwieczorkiem dla brata, co tu kopał rów dla odprowadzenia wody.

A jak tu się już Weronka dostała, to dalej po trawie skakać i w zaroślach nad rzeką myszkować, i w trzcinach się chować, i na kładce się huśtać, i na brzegu po płytkiej wodzie brodzić, i z mokrego piasku cudaki lepić.

Poznały się z łąką dobrze i pokochały. Łąka pokochała Weronkę, a Weronka łąkę. Gdy pokochała, to i wszystko rozumiała, co bełkocze rzeka, co szumi trzcina i rokicina, co śpiewają i gadają ptaki, co w niedalekim stawku rechoczą żaby.

Klekoczą raz do siebie boćki, a Weronka najwyraźniej słyszy:

„Kle-kle, Wojtuś, kle-kle,

twoja ciotka w piekle.

— Co ona tam robi?

— Żabom kluski drobi.

Postawiła przed progiem,

Zamieszała ożogiem.

— A z czego te kluski?

— Ze ślimaków tłustych.

— Lećmyż tam ty i ja,

może i nam klusek da.

— Leć, Weronka, z nami,

to ci klusek damy!“

A Weronka w śmiech:

— Ja mam żabie kluski jeść? Ha — ha — ha! Ja mam kluski matusine z białej mąki, słoniną omaszczone! Nie łakomam na wasze kluski ze ślimaków! Zjedzcie je sobie sami!

— Nie, to nie!

Kle-kle, kle!

Porwały się bociany, poleciały.

Od kwietnia już zaczynały się w stawie żabie rozmowy.

— Kumo... kumo...

— A co? A co?

— Coś warzyła? Coś warzyła?

— Barszcz! Barszcz! Barszcz!

Burrrrakikiki... Burrrrakikiki...

— Kumo... kumo...

— A co? A co?

— Gdzieś była? Gdzieś była?

— Na jarjarjarjarmarku...

jarjarjarjarmarku... jarjarjarjarmarku...

— Kumo... kumo...

— A co? A co?

— Coś kupiła? Coś kupiła?

— Trzewikikiki... trzewikikiki...

A na końcu cały chór:

— Na koooooooorkach!... Na koooooooorkach!

I tak w kółko opowiadają sobie o tym barszczu i o tych trzewikach na korkach.

Aż Weronka też się chce pochwalić, więc woła:

— I ja mam na niedzielę trzewiki!

— Na koooooooorkach? Na koooooooorkach?

— A przecie! Na korkach! — woła Weronia, bo nie chce być gorsza od żab.

Ale żaby zapewne w to nie wierzą, bo wybuchają śmiechem:

— Rech-rech-rech! rech-rech-rech!

Rozumiała też Weronka, co brzęczą komary.

Niech no tylko położyła się na trawie, zamknęła oczy i udawała, że śpi, to zaraz nadlatywała banda komarów i dalej jej nad uchem harcować:

— Wołkiiiiiiiii wwwwwww zzzzzzzzbożu, a ty śśśśśśśśpiiiiisz, śśśśśśpiiiiiisz...

Wtedy Weronka porywa się ze śmiechem.

— Nie śpię, nie śpię, jenom was chciała omamić!

Tuż nad brzegiem rzeczki rosła stara, wypróchniała wierzba. Ona też niejedną bajdurkę Weronce opowiedziała.

Choćby o tym strzyżyku.

Strzyżyk, ptaszek malusieńki, ciągle się uwijał po gałązkach wierzby.

I zabawny był, bo strasznie czupurny. Wyskoczy taki malec spod liścia i zuchwale łebek zadziera, ogonkiem kiwa, skrzydełkami potrząsa i skacze, i rozgląda się, i puszy, i woła:

— Mój dziad, dziad, dziad, dziad, dziad

był chwat! był chwat! był chwat!

Weronka śmieje się i pyta?

— A co ten twój dziad zrobił?

Ale strzyżyk, taki ważny, z tycią dziewczyninką co Weronka ani chce gadać, nawet nie spojrzy na nią, tylko puszy się nastroszony, zuchwały i swoje woła:

— Mój dziad, dziad, dziad, dziad, dziad

był chwat! był chwat! był chwat!

Aż stara wierzba raz zaszumiała:

— Opowiem ci, Werońciu, jak to było z tym prapraprapraprapradziadkiem strzyżyka, bo to w naszym rodzie historia znana.

Było to za dawnych, dawnych czasów, gdy nad tą rzeką szumiała jeszcze wielka, gęsta puszcza. Z głębi puszczy wiodły tu do rzeki ścieżki, wydeptane przez zwierzęta. Przychodziły tu one pić wodę.

Pewnego dnia na takiej ścieżce stał strzyżyk i zajadał po kawałku upolowaną liszkę.

Aż tu z puszczy wychodzi na ścieżkę niedźwiedź. Zobaczył go strzyżyk i woła:

— Ej, ty, kosmaty łaziku, nie leź tędy, bo mi liszkę rozdepczesz!

A niedźwiedź nic, idzie.

Więc strzyżyk jeszcze głośniej woła:

— Nie słyszycz, czy co? Umykaj stąd, pókiś cały!

A niedźwiedź nic, idzie.

Więc się strzyżyk rozgniewał. Napuszył się, podfrunął w górę i hop! niedźwiedziowi na łeb i nuż po tym łbie skakać, a nóżkami go deptać, a pazurkami ubijać!

I przy tym wrzeszczy:

— Na proch cię zetrę! na prrroch! Umykaj! Umykaj!

Weroncia z radości aż piszczy i podskakuje:

— I co było? I co?

— A no, potem ten strzyżyk po całej puszczy rozpowiadał, że niedźwiedź, jak ze strachu zawrócił, jak poo...szedł w puszczę, tak go więcej przy tym wodopoju nie widziano.

— Teraz już wiem, dlaczegoś taki zuchwalec! — woła Weronka do strzyżyka i śmieje się, i pędzi do domu, aby przy płotku opowiedzieć Barbarce tę historię.

–––

PODARUNEK MAŁGOSI

W kącie ogródka rósł krzaczek różany. Ale lichy był, lichutki: aby na nim trzy gałązeczki, a na każdej gałązeczce po jednym listku.

Stanęła tu raz Małgosia i mówi:

— Krzaczku, krzaczku, pośpiesz się i zakwitnij na świętego Filipa.

— A czemu na świętego Filipa?

— Bo mojej matusi Filipina, tobym matusi w dzień patrona twoje kwiatki dała.

— Dobrze, dobrze, Małgosiu, ale...

I krzaczek smutno zaszeleścił suchymi listkami...

— Jakże mi zakwitnąć, kiedy siedzę w ziemi suchej jak popiół. Toż przecie już od miesiąca ani jedna kropla deszczu nie spadła.

— To ja powiem wodzie, żeby cię podlała!

Skoczyła Małgosia do sieni, nachyliła się nad stągiewką i zawołała:

— Wodo, wodo, podlej krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Woda błysnęła wesoło srebrnym lusterkiem.

— Dobrze, dobrze, ale powiedz koneweczce, żeby mnie ze stągiewki nabrała.

— Koneweczko, koneweczko, nabierz wody ze stągiewki, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Stara koneweczka zaklekotała luźnymi klepkami:

— Dobrze, dobrze, ale jakże ja wody nabiorę, kiedy obrączka ze mnie spadła i klepki się rozsypały. Poproś obrączkę, żeby moje klepki jak należy ścisnęła.

— Obrączko, obrączko, ściśnij jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Zardzewiała obrączka żałośnie brzęknęła:

— Służyłam wiernie, póki mogłam, ale teraz już nie poradzę, stara jestem, skruszała. Idź do kowadła i poproś, żeby na swym grzbiecie ukuło nową obrączkę.

— Kowadło, kowadło, daj na sobie ukuć nową obrączkę, żeby obrączka ścisnęła jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała ze stągiewki wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Ciężkie kowadło huknęło ze złością:

— Jakże obrączkę ukuję, kiedy nie ma młota! Zawołaj mi tu wartko tego próżniaka!

— Młocie, młocie, leć do kowadła, ukuj na nim nową obrączkę, żeby obrączka ścisnęła jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała ze stągiewki wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Młot zastukał głucho:

— Ukuję, ukuję z radością, ale jakże dostanę się do kowadła, kiedy siedzę tu zamknięty w skrzyni, a wieko nie chce się uchylić. Poproś, Małgosiu, skrzynne wieko.

— Wieko od skrzyni, wieko, uchyl się, żeby młot ze skrzyni wyszedł i ukuł na kowadle nową obrączkę, żeby obrączka ścisnęła jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała ze stągiewki wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Spaczone wieko starej skrzyni zatrzeszczało:

— Rade bym się uchylić, ale nie mogę się ruszyć. Zamek mnie trzyma. Poproś, Małgosiu, zamek, żeby mnie puścił.

— Zamku, zamku, puść wieko, żeby wieko się uchyliło i uwolniło młot, żeby młot ukuł na kowadle nową obrączkę, żeby obrączka ścisnęła jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Zamek zaklekotał gderliwie:

— Czego tam znów? Puścić wieko? Puszczę je do licha, puszczę, tylko niech się we mnie klucz obróci.

— Kluczu, kluczu, obróć się w zamku, żeby zamek się otworzył i puścił wieko, żeby wieko się uchyliło i uwolniło młot, żeby młot ukuł na kowadle nową obrączkę, żeby obrączka ścisnęła jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała ze stągiewki wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

Krzywy klucz jęknął zgrzytliwie:

— Rad bym, Małgosiu, obrócić się, bardzo bym rad. Ale jak się zaciąłem, tak ani rusz. Kowal poszedł do miasta, ale idź do kowalowej, może coś na to poradzi.

— Kowalowo, kowalowo, poradźcie co na klucz, żeby klucz obrócił się w zamku, żeby zamek się otworzył i puścił wieko, żeby wieko się uchyliło i uwolniło młot, żeby młot ukuł na kowadle nową obrączkę, żeby obrączka ścisnęła jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała ze stągiewki wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

 

Ale kowalowa była strasznie skąpa, więc zrobiła zafrasowaną minę i powiada:

— Poradziłabym, a jakże, poradziłabym, żebym to miała w domu choć kapkę smalcu.

— A to ja wam smalcu przyniosę!

I Małgosia hyc-hyc! pobiegła do swej chaty, wpadła do komory i łaps! za garnek ze smalcem.

A garnek w krzyk:

— Nie dam smalcu, nie dam! Gospodyni mówiła, że nikomu nie wolno smalcu ruszać!

— Ale ja cię, garnuszku, pięknie proszę. Dajże mi tego smalcu aby ździebko, aby tyle, co małym paluszkiem zagarnę.

— A na co ci smalec?

— Na to, żeby dać kowalowej, żeby kowalowa nasmarowała klucz, żeby klucz obrócił się w zamku, żeby zamek się otworzył i puścił wieko, żeby wieko się uchyliło i uwolniło młot, żeby młot ukuł na kowadle nową obrączkę, żeby obrączka ścisnęła jak należy klepki koneweczki, żeby koneweczka nabrała ze stągiewki wody, żeby woda podlała krzaczek różany, to róże zakwitną na świętego Filipa.

— No, to co?

— Jakże co? Przecie matusi jest Filipina!

— Rety, reteczki, zapomniałem zupełnie! Filipina! Juścić Filipina!

Garnek zakołysał się na boki i mówi:

— Jak to potrzebne dla gospodyni, na jej patrona, to bierz!

Małgosia wartko nabrała na palec smalcu i pobiegła do kowałowej. Kowalowa na łyżce nad ogniem smalec stopiła i posmarowała nim klucz.

Klucz leciutko obrócił się w zamku.

Zamek z wielkim hałasem puścił wieko.

Wieko odskoczyło aż pod ścianę i uwolniło młot.

Młot hyc-hyc! wyskoczył ze swego więzienia i dźwięknął o kowadło.

Kowadło podstawiło grzbiet i dało na sobie ukuć żelazną obrączkę.

Żelazna obrączka potoczyła się wesoło wsiową drogą, wpadła na Małgosine podwórko i ścisnęła luźne klepki dookoła koneweczki.

Koneweczka chyżo poskoczyła do stągiewki i nabrała z niej wody.

A woda raz-dwa-trzy podlała różany krzaczek.

Różany krzaczek pośpieszył się, jak tylko mógł, i...

W dniu świętego Filipa Małgosia wstała raniutko, wykopała krzaczek różany i razem z ziemią wsadziła go do dużej doniczki.

Przydźwigała doniczkę do izby i postawiła ją na stole pod oknem.

Budzi się matusia, patrzy... patrzy zdziwiona...

— A i skądże tu taki piękny różany krzaczek! Ile to na nim kwiatów! Cały bukiet. A jak pachną! Skądeś, Małgosiu, taki piękny krzak wzięła na mojego patrona?

— To nasz krzaczek z kąta ogródka! To ten, co się zdawał uschnięty, nieżywy.

I Małgosia zarzuciła matce rączki na szyję:

— Nie gniewajcie się, matusiu, na mnie, powiem wam szczerą prawdę: wzięłam z komory ździebko smalcu dla kowalowej, żeby kowalowa posmarowała klucz, żeby klucz...

–––

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?