BajdurkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bajdurki
Bajdurki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 17,98  14,38 
Bajdurki
Bajdurki
Audiobook
Czyta Agata Elsner
9,99  7,39 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Janina Porazińska

Bajdurki

ILUSTROWAŁ

Ignacy Witz

Lust

BajdurkiZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1952, 2020 Janina Porazińska i LUST Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726623451

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

CIACHU - CIACHU - CIACH

Janicku, Janicku,

cóz to mas na licku?

— Cerwone lelije.

— Podarujze mi je.

Śpiewa sobie pasterka Justysia. Śpiewa idąc za gąskami. A tych gąsek gromada, bo to i swoje, i sąsiadowe.

— E, czerwonej lelii to mi nie trzeba. Mam swoją na liczku. Ale co ładna spódniczyna, a kaftanik, a zapaska — to by mi się zdały.

Oj, zdałyby się!

Bo ta Justysi kiecuszka to na rosach zaszargana, na cierniach podarta, na rżysku wystrzępiona, a i od słońca spłowiała. Deszcz z barwistości do ostatka ją wyprał. Szary, szareńki kurz się w nią nabił.

A tu na świecie tyle różności kolorów — co cud!

Patrzy pasterka na niebo, a niebo jest modrzyste i obłoki po nim płyną srebrem obrzeżone albo i złotą nicią obdziergane. A pod zniżające się słonko ścielą się chmury czerwono-promienne; szparami tu i tam wyziera niebo to niebieskie, to zielone, to szmaragdowe, to mieniące się jak perły.

Jak te perły na jarmarcznych straganach w Szczercowie.

— Hej, takie ci mieć obleczenie!

Idzie Justysia za gąskami po pastwisku nad rzeką. Młoda wiosna jest to dopiero. Ale że słonko już od miesiąca mocno grzeje, a nocami ciepłe deszcze przechodzą — to i trawy podrosły wysoko, stokrocie się już bielą, a tej drobnej żywizny pełno po ziemi biega, w powietrzu bzyka i furkoce.

Idzie pasterka brzegiem rzeki, o tych modrościach, o tej czerwieni na niebie myśli, aż tu widzi — po trawie lezie rak. Wielkie raczysko. Lezie i nożycami tnie: ciachu-ciach-ciach.

A z tym rakiem to tak było: Żył on sobie w rzece, norę tam miał w gliniastym brzegu. Wielkie to było raczysko, to i szczypce miał wielkie. I wciąż przednie łapska z nory do rzeki wysuwał, i wciąż nożycami ciachał: ciach, ciach, ciach...

Gniewało to rzekę, że ją tak nożycami kraje a kraje.

I tak — raz nocą chce sobie woda śpiewać potoczysto, drobnofalisto.

„Jeden miesiączek na niebie,

drugi miesiączek na wodzie,

na wodzie.

Oj, przypatrz ty się, noceńko,

mojej srebrzystej urodzie,

urodzie!...“

A tu rak jej piosenkę szczypcami kraje i kraje na kawałki. Ani z tego zrozumienia, ani z tego śpiewu. Jedno drugiego się nie trzyma:

„Je... bul-bul-bul... den... bul-bul-bul... miesią... bul-bul-bul... czek-czekczek...“

E, do licha z tym krajaczem!

Rozgniewała się woda i jak tylko rak wylazł z nory, chwyciła go, zakołysała i fyrt! wyrzuciła na brzeg:

— Siedźże se tam, nie psoć mi dłużej!

I tu go Justysia ujrzała. A gdy go ujrzała, mówi:

— Raku, krajesz a krajesz nożycami po próżnicy. Ukrajałbyś mi tej zachodowej czerwieni na spódniczkę, a tej niebieskości na kaftanik, a tej, zieloniutkiej gładzizny na zapaskę. I żeby sreberko było na okolenie, i żeby złote cekiny były na naszycie... Oj, to bym cię za to kochała!

A rak mówi:

— Czemu nie! Moje nożyce potrafią wszystko naciąć. Idźże sobie za gąskami, a ja ci tu tych kolorów naszykuję.

Poszła Justysia gąsek pilnować.

Rak właśnie dopiero co dojrzał nieżywego kreta i chciał zabrać się do uczty — ale trudno. Mógł nie obiecywać. Ale jak obiecał, to musi zrobić. Musi Justysi naciąć.

Wyciągnął więc nożyce ku zachodowi... ale gdzie tam! Do barwiczek na zachodzie dostać nie może.

— Wlezę na tę górkę, to z wierzchołka, ani chybi, do nieba dosięgnę. Lezie raczysko po raczemu tyłem, tyłem się cofa pod górę, pod górę... Lazł całą godzinę, no i wreszcie wlazł na wierzchołek. Wyciągnął nożyce ku zachodowi.

— Eeee... gdzie tam!

Wspiął się na pazurki.

— Ani myśleć, ani myśleć, żeby dostać.

Złazi raczysko w dół, złazi po raczemu tyłem, tyłem i myśli:

„Co też tam się dzieje z moim kretem? Czy go aby kto nie porwał? Czy go kto nie zjadł? Czy go żuki grabarze w ziemi nie zagrzebały?“

O Justysi zapomniał.

Ale zaledwie swymi oczyskami, na słupkach, zakręcił w lewo i w prawo, dojrzał Justysię, że już gąski z pastwiska spędza.

Przystanął, zadumał się, o krecie zapomniał.

— Obiecałem, a nie nakrajałem. Co jej powiem? Co powiem?... Aha!

A Justysia już go dopadła.

— Nakrajałeś, raku, dla mnie kolorów?

— Nakrajałem, a jakże, nakrajałem. Niebieskiego na kaftanik, zielonego na zapaskę i jeszcze srebra na dziergotkę, i jeszcze złota na centusie.

— Ojejej!... — skacze Justysia z radości. — A gdzież to masz?

— A no, widzisz... zobaczyły ważki (co to je jeszcze nazywają panny albo świtezianki), żem nakrajał tych barwistych płatków, przyleciały i porwały mi wszystko dla siebie na sukienki.

— A nie kłamiesz ty, raku?

— Prawdę szczerą mówię. Jak mi nie wierzysz, to pobiegnij tam, gdzie się trzciny kołyszą, popatrz.

Pobiegła Justysia i widzi... prawdziwie! Latają tam ważki, świtezianki, panny. Te modro przybrane, te — złociście, te — niebiesko. A wszystkie mają skrzydełka srebrne.

— Czemuście mi kolory zabrały? To było dla mnie! — krzyknęła Justysia.

Ale ważki, świtezianki i panny kołysały się dalej spokojnie na trzcinach i nic a nic sobie nie robiły z Justysinego krzyku.

Przypomniała sobie pasterka o spódniczce, więc biegnie z powrotem do raka i pyta:

— A czerwieni mi nakrajałeś?

— A jakże. A jakże.

— To gdzież ona jest?

— A no, widzisz... jak zobaczyły tę czerwień kowaliki, to zaraz przybiegły i zabrały ją na swe żupany.

A nie kłamiesz ty, raku?

— Szczerą prawdę mówię. Jak nie wierzysz, to pobiegnij do olszowego zagajnika, popatrz.

Pobiegła Justysia i widzi... Po olszowych pniach łażą do góry i na dół, do góry i na dół kowaliki, a każdy w czerwonym żupaniku, każdy wygląda jak koralik żywy.

— Czemuście mi zabrały, co rak nakrajał? To było dla mnie na spódniczkę! — krzyknęła Justysia.

Ale kowaliki ani przystanęły; wciąż to pięły się po pniu w górę, to zbiegały w dół. Nic sobie z Justysinego krzyku nie robiły.

A tymczasem... słonko już zaszło niebo już zszarzało, chmury już spopielały.

Mrok snuje się ziemią, snuje się niebem — do reszty kolory ugasza.

Wraca Justysia do raka, a zła, aż czerwona.

Przeląkł się rak. O krecie już wcale nie myśli. Pragnie już tylko Justysię ułagodzić.

— Jak chcesz, to ci nakraję...

— Co? Tych szarości, tych mroczysków? Oszukałeś mnie! Kłamcą jesteś!

Rak chciał zawołać:

— Nie jestem kłamcą! Do nieba nie mogłem dostać! A że o tych pannach, o tych kowalikach — to co? Dziś jest przecież pierwszy kwietnia, prima aprilis, to wolno zwodzić.

Chciał tak zawołać, ale me zdążył.

Chwyciła go Justysia, podniosła w górę i machnęła.

Rak poleciał w górę, jakby miał skrzydła. Od tego bystrego a niespodziewanego pędu wszystko, co chciał powiedzieć, poplątało się biedakowi w jego skorupiastej głowie. Więc krzyknął tylko:

— Do nieba prima aprilis!

I plums! wpadł do rzeki.

Zaburzyła się woda, rozeszły się po niej koła, zakołysały się trzciny.

Rak oparł się o dno rzeczne.

Jasność dnia zagasła. Zatliła się jasność nocy. Wielki, pyzaty księżyc wysunął się zza lasu i dźwignął się w górę, i srebrniał, i drżał.

Przeszedł przez oziminę, przez podorywkę, zamigotał w okienku Wojtaszkowej chałupy, przelazł przez chruśniak i powędrował orosiałym pastwiskiem ku wodzie.

Jak olbrzymi ze szczerego srebra ukuty talar położył się na rzece.

Rzeka zapląsała z radości i chciała zaśpiewać:

„Jeden miesiączek na niebie,

drugi miesiączek na wodzie,

na wodzie.

A przypatrz ty się, noceńko,

mojej srebrzystej urodzie,

urodzie!...“

Ale że rak dolazł już do swej nory i wystawił nożyce, i zaczął swoją raczą robotę: ciachu-ciachu-ciach-ciach... to rzeka zaraz rozsypała nutki swej nocnej śpiewanki, bo ją rak pociął na kawałki.

I wyszło z tego:

„Je... bul-bul-bul... den... bul-bul-bul... miesią... bul-bul-bul... czek-czekczek...“

— Widzicie go! Znów ten krajacz mi tu psoci!

WIATROWA POGODA

Nie miał wiatr szczęścia do Lipowej Wólki. Oj, nie miał! Wszyscy tam na niego narzekali.

Wojtaszka, że piszczy w kominie.

Gędosiowa babka, że wyje za ścianą.

Stary Duda, że mu skomli w szparach.

Kulawy Pietrek, że labidzi na strychu.

Tylko małemu Marcinkowi wiatr się podobał.

 

— Matusiu, a co to takie fiuka pod okienkiem?

— Fiuka on tam, fiuka zatraceniec! Od tygodnia już tak dokazuje.

Żyto aby... aby... zarutko już ma zakwitnąć. Ale jak zakwitnie, to co? Wszystką pylinkę ten fiukacz zmiecie i po polu rozwieje!

— A to niech rozwieje...

— Oj, syneczku, głupi z ciebie skrzat, a głupi. Jak pylinkę rozwieje, to się ziarno na chleb nie urodzi.

Ale Marcinek nie umie się martwić. Wspomniała matka o chlebie, więc woła:

— Mamo, dajcie mi chleba, telo z miodusiem!

A wiatr już uciekł ze wsi. Już po gościńcu z piaskiem harcuje. I przy tych harcach tak sobie myśli:

„Może to i prawda, że ja piszczę, że wyję, że skomlę, że labidzę. Może bym się od kogo jakichś ładnych piosenek nauczył. Niechby przestali na mnie narzekać. Ale od kogo by tu?“

Kokoszka, co tam na gościńcu wytrzęsionych z wozu ziarenek szukała, podniosła łebek i zagdakała:

— Od ko-ko-ko-ko-ko-ko-ko-ko-gutów-gutów!

Wiatr aż się poderwał z uciechy:

— Prawda! Od kogutów! Toż to najlepsi śpiewacy na całą wieś, a w każdej zagrodzie taki siedzi.

Poleciał więc w najbliższe opłotki i huknął:

— Hej, mości kogucie! Nauczże mnie po waszmościnemu śpiewać!

A kogut, jak to kogut: zamachał skrzydłami, wyciągnął szyję i wrzasnął:

— Wynoś się, smarkaczuuuuuuuuuuu!

— Wynoś się, smarkaczuuuuuuuuuuuuu!

Wiatr znów się poderwał, ale teraz ze złości:

— Ej, bo jak ci gwizdnę w ogon!

Rzucił się na koguta, wytarmosił go za ogon, wszystkie pióra nawiał mu na dziób i uciekł.

Uciekł aż na moczary pod olszynami i tam znów huczy a huczy:

— Kto mnie nauczy śpiewać? Kto mnie nauczy?

Na moczarze poruszyła się czarna woda.

— My. Kumy. My. Kumy... re-re-re-re-re-re-re-chotki... re-re-re-re-re-re-re-re-re-chotki...

Ale wiatr nieuprzejmie fiuknął:

— Fiii... rechot z błota!

Fiiii.... rechot z rowu!

Fiiii... to nie dla mnie!

Fiiii-fiiii... cóż znowu!

I poleciał w pole.

A w polu stała straszka na wróble. Gawronkowa ją tam w swym owsie zatknęła.

Straszka — to była żerdka. Na żerdzi szeroka kiecka, na poprzeczce — różowy kaftanik, na wierzchołku żerdki — kapelusik z kwiatkami.

Straszka gałganami trzęsła, w kałuży, co tam po ostatnim deszczu w bruździe stała, przezierała się jak w lusterku i strasznie się sama sobie podobała. No i bardzo lubiła się chwalić.

Więc też tak sobie przyśpiewywała, a głośno, aby ją wszystkie sąsiedzkie pola słyszały:

„Jestem sobie panna miła,

zalecaków mam co siła.

Są i ze wsi, są i z miasta,

jestci tego z półtorasta!“

Usłyszał ją wiatr i myśli:

„Oj, od tej panny to mógłbym się piosenek nauczyć. Ale się trzeba godnie przyozdobić, aby chciała ze mną gadać. Bo to panna niebywała... Ho-ho! Półtorasta kawalerów do niej się zalecało!“

Ale jakżeż to wiatr się przyozdobi?

Nie odzieje się pięknie, bo i tak to ubranie na nim zaraz się roztarmosi. Nie przyczesze się gładko, bo i tak zaraz włosy mu się zmierzwią. Tylko może się wypachnić, wonnością nasycić, pachnizną na wskroś nasiąknąć.

A no, dobrze.

Poleciał wiatr w klonową aleję i woła:

— Klony, klony, dajcie mi pachnideł, bo lecę do panny, co miała półtorasta zalecaków. Chcę godnie przed nią zaszumieć.

A klony chórem liści zaszemrały:

— Oh, jak nam smutno, że ci się nie możemy odwdzięczyć za twe przysługi... Roznosisz nasze dzieci-skrzydlaczki po całym dookolnym świecie, aby tam znalazły kolebki pod grudkami ziemi. Aby tam wyrosły w szumiące, bujne drzewa. Dobry jesteś dla nas, dobry. A my twej prośby nie możemy spełnić, bo pachnideł nie mamy... nie mamy...

— No, trudno. Jak nie macie, to nie macie.

Poleciał więc wiatr dalej, do lipowego lasku.

— Lipy, lipy, dajcie mi pachnideł, bo lecę do panny, co miała półtorasta zalecaków. Chcę godnie przed nią zaszumieć.

A lipy chórem liści zaszemrały:

— Jeszcze wiosna... jeszcze nasze kwiatki śpią, jeszcze woni nie mamy... nie mamy...

Poleciał więc wiatr do ogrodu, gdzie przy parkanie tłoczyły się bzowe krzaki.

Stały teraz w kwieciu. Były jak olbrzymie białe i liliowe bukiety pozatykane w ziemię.

— Krzaki, bzowe krzaki! Dajcie mi pachnideł, bo lecę do panny, do panny, co miała półtorasta zalecaków. Chcę godnie przed nią zaszumieć.

A krzaki zakołysały ciężkimi od kwiatów gałązkami:

— Bierz... bierz...

I płynęły od nich fale zapachów, jak płyną fale wody po jeziorze. Jedna za drugą... jedna za drugą...

Hej, naokręcał się tam wiatr i w prawo, i w lewo i nahopkał się w górę, i naskakał w dół, i natarzał się w tym zapachu, aż się upachnił nie do pojęcia!

I do panny! Spieszył się, spieszył, żeby mu ten zapach nie uciekł. Więc fiuuuuu! z takim rozszumem wpadł na pole, że pannie kapelusz zerwał, kaftanik na sęku rozdarł, a kieckę wydął jak balon.

Panna się obraziła, skoczyła w owies i nie chciała z wiatrem gadać.

Smutno się wiatrowi zrobiło, smutno i źle, i gorzko. Serdeczną gorzkością gorzko.

I już chciał do wsi lecieć i na przekór Wojtaszkowej w kominie piszczeć, na przekór Gędosiowej babce pod ścianą wyć. Staremu Dudzie po szparach skomleć, kulawemu Pietrkowi na strychu labidzieć.

Ale zobaczył, że właśnie Marcinkowa matka przyszła na pole len plewić. A Marcinka, co jej tu usnął, w płachtę włożyła i końce płachty do gałęzi polnej gruszy uwiązała.

Spał sobie teraz chłoptaś w płachcie jak w kolebeczce.

Przyzadumał się wiatr:

— Tenci to miły Marcinek tu śpi, ten jedyny we wsi, któremu się moje śpiewanie podobało. A muszę go tam pokolebać, żeby mu się dobrze spało.

I poniechał wiatr swoich gwizdów-pogwizdów, swojej gonitwy, swoich dzikich harców.

Zaczął się lekuchno nad ziemią ważyć, tak lekuchno, że aby listki dygotały. Aby migało na bajorze to słoneczkowe światełko, co je tam woda drobniutko łyskiem-błyskiem przelewała. Jakby kto z garsteczki w garsteczkę iskry przesypywał.

Na tę chwilę czekał właśnie łan żyta.

Roztworzyły się zielone, wiszące jak łzy na rzęsach żytniane kwiatki. Wysypały się z nich pylinki i złotozieloną chmurką zawisły nad kłosami.

A kłosy stały uroczyste, srebrne i w swym srebrnym zadumaniu lekko szeleszczące.

Marcinkowa matka uniosła się znad lnowego zagonka, złożyła w zachwyceniu ręce i szepnęła. Cichuśko szepnęła, jakby się bała mocniejszym głosem pogodę spłoszyć:

— Piękna pogoda nagodziła się na kwitnienie żyta, pię... kna...

A Marcinek w płachcie spał i nic nie wiedział, że to on...

PIĘĆ I TRZY

Miała Kasia tych piosneczek

dwanaście torbeczek.

Jak się Kasia zatańczyła,

wszystkie pogubiła.

I poszły piosenki w świat.

Szły, szły... zobaczyły chałupkę. Taką, jak to się o niej śpiewa:

„Chałupeczka niska,

słonko na nią błyska.

Kto w chałupce mieszka?

Łupka od orzeszka.“

A przy chałupce ogródek. Malusieńki: pięć kroczków dłużyny, trzy kroczki szerzyny.

Mówią piosenki:

— Zamieszkajmy tu sobie.

A no, dobrze. Łupka usunęła się w kącik i razem sobie zamieszkały.

Strasznie wszyscy byli ciekawi, kto to tam teraz w tej chałupce siedzi.

Wzeszło słonko, stu promieniami w szybkę uderzyło: przeświecało, przejaśniało — niczego się nie dowiedziało.

Przyszedł deszcz, ku szybkom się cisnął, z góry na dół ściekał... tu się kropelka zatrzymała, tam ciurkiem pośpieszyła, kędy inędy bokiem obiegła, a owdzie na miejscu stanęła — patrzy, patrzy w izdebkę... niczego nie wypatrzyła.

Przyszła wichrzyca-dujawica, śniegiem w okienko biła, okienkiem targała, hałasiła:

— Wpuśćcie mnie! Wpuśćcie mnie!

I z niczym odeszła.

Aż i przyszła wiosna.

Aż i nastał dzień 25 marca, co to go lud nazywa roztwornym i strumiennym.

Roztwornym, bo się odtajała ziemia wtedy roztwiera, aby te trawki i te ziółka na świat już wypuścić. Strumiennym, bo śniegi, bo lody topnieją i strumieniami łysku-błysku ku dolinom, ku rzekom spływają.

A jak się ziemia zazieleniła, to się zaraz pola, łąki i zagaje ożywiły.

Idzie dróżką babulka i prowadzi na sznurku koziołka na paszę. Koziołek uparty; to przystaje i nie chce iść, to babulkę tryku-tryku pod kolana rogami, aż babulka truchcikiem bieży.

Wyszła na próg jedna z piosenek i śpiewa:

„Była babuleńka

rodu bogatego.

Miała koziołeczka

bardzo upartego.

Fik mik!

Hopinki matysinki,

hopasa matyjasa!

Bardzo upartego“.

Stanęła babulka, w rączki klasnęła i zawołała:

— A mojaś ty, kochana! Przecież ty jesteś o mnie! Pójdźże ze mną, pójdź, to mi się nie będzie na pastwisku nudziło.

I piosenka z babulką poszła.

Minęło czasu mało-wiele.

Bzyku... bzyku... po szybie, wpadł do chateczki pierwszy wiosenny komar.

Hiiiiiiiii... obleciał cztery kąty i piec piąty, szczęśliwie ominął pajęczynę i usiadł sobie na przyokienku.

A wtedy jedna z piosenek zaśpiewała:

„Co tam w lesie huknęło?

Co tam w lesie stuknęło?

Ach, to komar z dębu spadł,

złamał sobie w karku gnat.

I połamał paluszki

o dębowe sękuszki.

I połamał golenie

o dębowe korzenie“.

— A mojaś ty, moja! — zawołał komar. — Czy tam dalej nie będzie:

„Zleciało się wilków sześć

komarowe mięso jeść“.

— A jakże, a jakże, będzie — przyświadcza piosenka.

— A jeszcze dalej:

„Huzia! wilki do lasu,

nie róbcież tu hałasu!“

— A jakże, a jakże, będzie — przyświadcza znów piosenka.

— Ach, to przecież jest o moim pradziadku! To on z dębu spadł i narobił w lesie huku. Leć, leć ze mną, pokażę ci ten dąb. Jeszcze tam są na nim znaki.

Piosenka z komarem odleciała.

I tak powoli, jedna po drugiej, piosenki opuszczały chatkę i leciały w świat.

Aż ich zostało tylko trzy.

Jedna z nich mówi:

— Ja jestem piosenką o polnej gruszy.

I zaśpiewała:

„W polu grusza stała,

dzień i noc szumiała.

Suknia na niej

jak na pani

zielona,

zielona.

A jechał tam polem Grześ

na koniku Nieśmnienieś,

na koniku, na rączym,

podkówkami dzwoniącym,

dzwoniącym.

— A witaj mi, gruszynko,

na tym polu gaździnko...“

Długo jeszcze piosenka śpiewała o polnej gruszy, aż powiada:

— Mamy tu ogródek, a w nim nic nie rośnie. Pójdę do polnej gruszy pokłonię się jej, gruszową piosenkę jej zaśpiewam i poproszę, niech tu do ogródka przybędzie.

Poszła piosenka do polnej gruszy i do siebie ją zaprasza.

A grusza pyta:

— No, a jakżeż tam u ciebie jest?

— Pięknie jest! Będziesz sobie w ogródeczku. Ogródek pięć kroczków dłużyny, trzy kroczki szerzyny...

Zatrzęsły się na gruszy listeczki.

— Co?! I chcesz, żebym ja tam rosła! Ja muszę na miedzy nad polami gazdować, ja muszę patrzeć dookolnie szeroko... daleko.. Wiatr musi mieć do mnie sto dróg przelotnych, deszcz musi mieć do mnie sto ścieżek po ziemi. Pod żadną ścianą rosnąć nie będę! Za żadnym płotkiem rosnąć nie będę!

Nie i nie!

Więc to piosenka musiała przy gruszy zamieszkać.

A ta druga piosenka była kalinowa:

„Rosła kalina z liściem szerokim,

nad modrym w gaju rosła potokiem.

Drobny deszcz piła, rosę zbierała,

w majowym słońcu liście kąpała“.

(Lenartoroicz)

Poszła piosenka do kaliny.

— Kalino, kalino z liściem szerokim, chodź do mego ogródeczka, bo ja jestem o tobie.

— A czy jest w twoim ogródeczku potok modry? A czy rośnie tam wierzbina?

— Nie ma potoku, nie rośnie wierzbina. Mój ogródek jest maleńki: pięć kroczków dłużyny, trzy kroczki szerzyny.

— To nie pójdę do ciebie. Przecież „się stroję jak dziewczę młode i jak w lusterko tak patrzę w wodę“. I gdzieżby przyszedł mój Jaś, co to „u tej krynicy, u tej kaliny Jasio fujarki kręcił z wierzbiny“?

I kalina od swego ruczaju odejść nie chciała. Więc piosenka pozostała przy niej.

 

I została w chatce piosenka ostatnia.

I nie wiedziała ona o tym, że jesienią, gdy to wichry dmuchały, gdy deszcze po ziemi ciurkały — nawiało, naniosło do ogródka wiele nasionek.

A teraz, o wiośnie, wszystko to zaczęło kiełkować, rosnąć, zielenić się, kwitnąć. Biadolinka to różna była, taka, co się rada pleni po przydróżkach, po zapłociach, po miedzach i rowach polnych.

A to rumianek miłowonny, a to niebieskie „żabie oczka“, a to zabawne „bocianie noski“, a to lubo pachnąca macierzanka.

Ale najwięcej było tu różnych roślinek jagodnych, z ogródków chłopskich nawianych. Widocznie dobrą tu dla siebie znalazły ziemię, bo zaczęły bujać w górę i mocno zielenić się, i szeroko rozpościerać liście.

Chciały jak najwięcej chwycić słońca, jak najsłodsze wydać jagody.

Wyszła na próg ostatnia piosenka, a była to piosenka o Zosi i jagódkach, popatrzyła i uradowała się:

— A toż wy moje jagódki, a ja — wasza!

I zaśpiewała:

„Chciało się Zosi jagódek,

kupić ich za co nie miała.

Jaś ich miał pełen ogródek,

ale go prosić nie śmiała“.

I została piosenka w małej chatce przy ogródku, co miał pięć kroczków dłużyny, trzy kroczki szerzyny.

I czeka na Zosię, której się chciało jagódek.

Bo przecież myśli, że wszystko w życiu musi tak być, jak jest w piosence.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?