Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,90  62,32 
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Praca. Historia tego, jak spędzamy swój czas
Audiobook
Czyta Jacek Dragun
37,90  27,29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rzeczywiście pewne umiejętności są konieczne do wytworzenia narzędzi olduwajskich. Mimo to większość z nich wygląda po prostu jak kamienie, które ktoś tłukł w nadziei, że uda mu się uzyskać przydatny do czegoś grot lub ostrą krawędź. Nie wyglądają one jak produkty wielce rozwiniętych umysłów, pracujących nad realizacją jasno określonego planu. Natomiast wytworzenie pięściaka aszelskiego to proces skomplikowany i wieloetapowy. Po pierwsze, należy znaleźć odpowiedni kamień — nie wystarczy pierwszy lepszy — potem przy użyciu młota kamiennego ociosać poddający się obróbce jajowaty rdzeń, a następnie konsekwentnie wygładzać powierzchnię i kształtować krawędzie, używając mniejszych młotków kamiennych lub miększych wykonanych z kości lub rogu. Milczącymi świadkami wysokich umiejętności potrzebnych do wytworzenia jednego pięściaka są liczne pęknięte lub rozłupane kamienie — ofiary niecelnych lub zbyt mocnych uderzeń młotów znajdywane wszędzie tam, gdzie odkrywano te kamienne narzędzia.

Niektórzy antropolodzy spekulują, że pięściaki nie były używane jako narzędzia same w sobie, ale jako kamienie, z których odłupywano małe, ostre odłupki zawsze wtedy, gdy potrzebna była ostra krawędź, i że z czasem takie usuwanie odłamka po odłamku prowadziło do powstawania bardzo estetycznie wyglądającego, symetrycznego pięściaka. Tymczasem ślady użytkowania widoczne na jego krawędziach wskazują, że mimo swojej nieporęczności homo erectus niemal z całą pewnością wykorzystywał pięściaki do czegoś więcej niż tylko do odłupywania ostrych kawałków. Podsumowując, większość archeologów bez przekonania zgadza się, że choć może się wydawać nieporęczny i niepraktyczny, pięściak był narzędziem uniwersalnym, czymś w rodzaju scyzoryka kultury aszelskiej.


Ponieważ nie ma w okolicy żadnego przedstawiciela gatunku homo erectus, który powiedziałby nam, jakie konkretnie prace wykonywano za pomocą pięściaków, narzędzia te pozostaną archeologicznymi sierotami. Jednak zupełnie inne spojrzenie na ten dylemat oferuje nam niewidzialna archeologia naszej przeszłości ewolucyjnej: zajmująca się narzędziami i innymi przedmiotami wykonanymi z materiałów organicznych, takich jak drewno, które od czasu, gdy były używane, rozłożyły się i zniknęły bez śladu.

Dla łowców-zbieraczy najistotniejsza była mobilność, zależało im więc na tym, aby od jednego obozu do drugiego nosić ze sobą jak najmniej rzeczy. Między innymi z tego powodu kultura łowców była niezwykle uboga w wyroby materialne. Większość narzędzi wytwarzano z lekkich, organicznych i łatwych w obróbce materiałów, takich jak drewno, skóra, ścięgna, niewyprawiona skóra, włókna roślinne, róg czy kość. Zanim społeczności rolnicze, które osiadły na obrzeżach Kalahari jakieś osiemset lat temu, wprowadziły do użytku żelazo, ludy takie jak Ju/’hoansi wykorzystywały odłupki kamienne do cięcia oraz jako groty strzał, przymocowane do drzewców za pomocą kauczuku. Innymi słowy, kamień był budulcem kluczowym, lecz używanym w bardzo małych ilościach. Nawet jeśli nasi przodkowie, od australopiteka po człowieka heidelberskiego, wytworzyli o wiele mniej narzędzi niż dwudziestowieczni łowcy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że większość z nich wykonano z drewna, trawy i innych materiałów organicznych.

Jednym z powszechnych narzędzi używanych przez dwudziestowiecznych łowców był kij kopieniaczy. Ju/’hoansi wytwarzają go z grubej, prostej gałęzi krzaka grewia, który można znaleźć w całym Kalahari. Kije te mają zwykle około jednego metra długości i spłaszczone ostrze zagięte pod kątem 25 stopni hartowane w gorącym piasku. Jak sama nazwa wskazuje, narzędzie to świetnie nadaje się do wykopywania korzeni i bulw, zwłaszcza z bardzo gęstego piasku. Co więcej, może ono służyć również jako laska, narzędzie do oczyszczania ścieżki z kolców, włócznia, maczuga i broń rzucana.


Zestaw broni myśliwego Ju/’hoansi, od lewej do prawej: maczuga, zatruta strzała, zakończony hakiem drąg do polowania na postrzałkę kafryjską, kij kopieniaczy, włócznia i łuk

Nie potrzeba dowodów archeologicznych, aby stwierdzić z dużym przekonaniem, że właśnie to proste narzędzie — mocny, naostrzony kij — a nie pięściak, jest najdłużej występującym narzędziem w ewolucyjnej historii człowieka. Zważywszy, że szympansy żyjące na senegalskiej sawannie używają celowo naostrzonych patyków, aby nadziewać na nie galago, jest niemal pewne, że weszły one do użycia na długo przed pojawieniem się narzędzi kamiennych.

Wystawiony na działanie sił natury materiał organiczny ulega rozkładowi tlenowemu, przyspieszanemu przez działalność różnych padlinożerców, insektów, grzybów i bakterii. Tkanki miękkie martwych zwierząt zawsze rozkładają się w pierwszej kolejności, ale i tułów słonia może zostać ogołocony z mięsa, a jego kości pogruchotane przez hieny w ciągu zaledwie kilku dni. Lignina (składnik drewna nadający mu wytrzymałość) w korzystnych, suchych warunkach potrzebuje kilkuset lat, aby obrócić się w pył, a duże kości — nawet kilku tysięcy lat. Natomiast przy dużej wilgotności drewno i kości rozkładają się bardzo szybko. Jeśli martwy materiał organiczny znajdzie się w ubogim w tlen środowisku, na przykład w kleistym błocie, często będzie rozkładał się o wiele dłużej, a z czasem ulegnie również działaniu kwasu anaerobowego oraz mikroorganizmów zwanych acetogenami.

Czasem jednak się zdarza, że materiał organiczny przetrwa przez bardzo długi czas.

W 1994 roku do archeologów z Państwowego Urzędu do spraw Dziedzictwa Kulturowego w Dolnej Saksonii w Niemczech zadzwonili geolodzy pracujący przy odkrywkowej kopalni węgla niedaleko Schöningen, którzy zgłosili odkrycie czegoś, co ich zdaniem może zainteresować archeologów. Okazało się, że mieli rację. Przez następne cztery lata zespół zajmujący się dziedzictwem kulturowym odkrył szczątki dwudziestu starożytnych dzikich koni oraz kilku dawno już wymarłych bizonów i jeleni szlachetnych. Niektóre kości nosiły ślady ugryzień pozostawione przez starożytne drapieżniki, jednak uwagę pracowników zespołu przykuło to, że na wielu kościach znaleziono dowody wskazujące na to, że w zabiciu tych zwierząt brał udział człowiek. Choć już sam dowód na zbiorowy, zorganizowany ubój jest wystarczająco rzadki, aby uczynić to odkrycie przełomowym, lecz to dziewięć dobrze zachowanych włóczni, jakie archeolodzy odkryli między szczątkami, z których jedna wciąż tkwiła w miednicy jednego z koni, uczyniło je sławnym. Obok nich znaleziono również coś na kształt kija kopieniaczy, lancę oraz niewielką liczbę narzędzi z krzemienia, z których kilka przypominało groty włóczni.

Tak dobry stan, w jakim zachowały się te drewniane przedmioty, sugerował, że ich wiek nie może przekraczać pięćdziesięciu tysięcy lat. Jednak później, gdy zbadano je metodą datowania radiowęglowego, okazało się, że narzędzia te zostały prawdopodobnie porzucone w mule starożytnego jeziora między trzystu a trzystu trzydziestoma siedmioma tysiącami lat temu. Były to więc najstarsze drewniane artefakty, jakie do tamtej pory znaleziono4. Bliskość pokładów kredy spowodowała, że błoto, w którym leżały, było zbyt zasadowe, aby bakterie acetogeniczne mogły przyspieszać ich rozkład.

Mimo że odkryte przedmioty zostały częściowo zniekształcone przez ciężar błota, pod którym leżały, nie ma żadnych wątpliwości co do wprawy i umiejętności, jakich wymagało ich wytworzenie. Każdą włócznię wykonano z pojedynczego, prostego, chudego trzonka świerkowego, który najpierw pieczołowicie wystrugano, ociosano i wygładzono, a następnie zaostrzono po obu końcach. Co więcej, środek ciężkości każdej z nich znajdował się w jednej trzeciej długości rękojeści, dokładnie tak jak oszczepy używane przez współczesnych atletów.

Ciekawi ich aerodynamicznych właściwości archeolodzy wykonali kilka replik włóczni z Schöningen i poprosili światowej klasy oszczepników, aby wypróbowali je praktyce. Najdłuższy rzut wynosił siedemdziesiąt metrów, a więc dystans gwarantujący złoty medal każdych igrzysk olimpijskich do 1928 roku5.

Po czterech latach kopania i analizowania odkrytego materiału archeolog Hartmut Thieme, który prowadził wykopaliska w Schöningen, doszedł do wniosku, że znalezisko to było miejscem polowań i przetwórstwa zwierzyny i że ludzie, którzy wytwarzali te włócznie — zapewne neandertalczycy — byli gatunkiem bardzo rozwiniętym społecznie.

Te liczące niewiele ponad trzysta tysięcy lat oszczepy są dowodem na przełom w produkcji narzędzi. Istnieją liczne pochodzące z tego samego okresu artefakty, które dowodzą, że w tych czasach ludzie etap technologii aszelskiej mieli już za sobą. Włócznie te są ważne dlatego, że stanowią dowód na wysoko rozwiniętą tradycję wykorzystania drewna. Wytrzymałość jest jedynym powodem tego, że najdłuższy okres w historii technologii człowieka definiujemy w odniesieniu do technologii kamiennych, które w najlepszym wypadku oferują nam zaledwie szczątkowy obraz życia naszych przodków.

Ze wszystkich materiałów organicznych, które homo erectus miał do dyspozycji przy produkcji narzędzi, tylko kość, kość słoniowa i skorupa były dość wytrzymałe, aby przetrwać tysiące lat. Skorupy małży były używane jako narzędzia do cięcia przez przedstawicieli homo erectus w Azji Wschodniej, jedynym miejscu na świecie, gdzie człowiek nie był zainteresowany wiecznym wytłukiwaniem pięściaków. Poza znalezionymi w Swartkrans, stanowisku archeologicznym w Republice Południowej Afryki, liczącymi około półtora miliona lat śladami wskazującymi na to, że narzędzia wykonane z kości służyły do rozłupywania kopców budowanych przez termity, istnieje bardzo niewiele dowodów na to, że ludzie systematycznie wykorzystywali kość jako materiał do konstruowania narzędzi w czasach dawniejszych niż trzysta tysięcy lat temu, kiedy to zaczęto w miarę regularnie produkować pięściaki z kości słoni6. Powodem może być to, że kości niszczeją zdecydowanie szybciej niż kamień, a obróbka przyspiesza ich rozkład. Co więcej, w tamtym okresie kości były po prostu łatwo dostępne we wszystkich rozmiarach i kształtach, więc często obrabianie ich nie było konieczne. Prosta kość piszczelowa pochodząca od przeróżnych gatunków może z powodzeniem służyć jako maczuga, a można też przerobić ją na prosty młotek, tłuczek czy ubijak; żebra wszelakiego ptactwa doskonale się nadają do wydłubywania ślimaków z ich muszli; szczęka osła, jak zauważył biblijny Samson, jest doskonała do okładania wrogów; a każdy, kto kiedykolwiek złamał nieugotowaną kość w poszukiwaniu szpiku, przekonał się, że fragmenty takiej kości obfitują w ostre krawędzie i kanty, którymi łatwo zadaje się ciosy i cięcia.

 

Z wyjątkiem kilku dni w roku, kiedy okolicę nawiedzają ulewne burze z piorunami, niewielkie miasteczko Kathu, leżące w Prowincji Przylądkowej Północnej, pokrywa warstwa pyłu nanoszonego przez wiatr z mieszczącej się nieopodal odkrywkowej kopalni rudy żelaza. Górnicy nie są pierwszymi ludźmi, którzy trudnili się kopaniem w czerwonej ziemi w poszukiwaniu bogatych w żelazo kamieni. Robiono to już setki tysięcy lat temu, gdy nikomu jeszcze nie przyszło nawet do głowy, że rudę można wydobywać, obrabiać, topić i wykorzystywać do tworzenia różnych użytecznych przedmiotów. Ostatnio kopaniem zajmują się tu również archeolodzy.

W ostatnich dekadach stanowisko archeologiczne Kathu Pan dostarczyło licznych zaskakujących odkryć. Pośród najważniejszych znajdują się bardzo mocne dowody na to, że późny homo erectus i być może również człowiek heidelberski tworzyli wymyślne narzędzia z kamienia i drewna, stosując technologię, którą jeszcze do niedawna uważano za rozwijającą się dopiero przez ostatnich czterdzieści tysięcy lat7.

Nie mniej ważnym odkryciem niż ślady narzędzi stworzonych z wielu materiałów jest znaleziony na stanowisku inny, starszy artefakt, któremu nadano niespecjalnie wyszukaną nazwę „pięściaka z Kathu Pan”. Spoczywał obok zębów wymarłego gatunku słonia, a wytworzył go zapewne krewny homo erectus między siedmiuset pięćdziesięcioma a ośmiuset tysiącami lat temu. Ten konkretny pięściak, zrobiony z mieniącego się cętkami żelaziaka miał kształt opadającej łzy i w niczym nie przypominał pozostałych odkrytych w Kathu Pan pięściaków o współcześniejszym pochodzeniu. Podczas gdy pozostałe narzędzia są solidnie wykonane, funkcjonalne i praktyczne, ten jest przykładem prawdziwej rzemieślniczej wirtuozerii. Długi na niemal 30 cm, liczący 10 cm w najszerszym punkcie jest przedmiotem o niemal idealnej symetrii, równowadze i precyzji wykonania. I podczas gdy zwykły pięściak może powstać w wyniku kilkudziesięciu wprawnych uderzeń kamieniarza, ten jest efektem setek idealnych, precyzyjnie wymierzonych ciosów.

Pytany o powód i przeznaczenie swojego istnienia pięściak z Kathu Pan milczy jak kamień. Jednak, gdy chodzi o talent i geniusz swojego twórcy, nie szczędzi słów. Każde jego wgniecenie nosi w sobie nie tylko wspomnienie dotyku palców rzemieślnika, badających symetrię jego zaokrąglonych, wypukłych powierzchni, ale i pamięć o każdym pojedynczym kamiennym odłupku i uderzeniu młota, który go odłupał od prążkowanego fragmentu żelaziaka.


Niezależnie od tego, ile czasu miałyby do swojej dyspozycji goryl czy szympans, są małe szanse, że udałoby im się wykonać przedmiot przypominający zwykłego pięściaka, nie wspominając już o takim, jaki znaleziono w Kathu Pan. Równie mało prawdopodobne jest, że któryś z nich napisze książkę czy zagra solo na fortepianie. W przeciwieństwie do nich homo sapiens potrafi opanować szereg różnych umiejętności i gdy już to uczyni, zaczyna korzystać z nich instynktownie. Profesjonalny pianista potrafi zmienić melodię, która rozbrzmiała w jego głowie, w dźwięk bez konieczności wgłębiania się w sekwencję uderzeń palców o klawisze, tak samo jak wprawny piłkarz potrafi kopnąć piłkę prosto w okienko odległej o czterdzieści metrów bramki bez świadomego analizowania skomplikowanych praw mechaniki opisujących jej lot.

Opanowanie danej umiejętności do takiego stopnia, by wykonywać ją instynktownie wymaga czasu, energii i bardzo dużo pracy. Najpierw należy nauczyć się jej podstaw, zazwyczaj poprzez kombinację wykonywania poleceń, naśladowania i eksperymentowania. Następnie należy ją ćwiczyć, często przez wiele lat, aż stanie się naszą drugą naturą. Nabywanie umiejętności wymaga również energii, zręczności i umiejętności kognitywnego przetwarzania informacji, podobnie jak pewnych mniej namacalnych cech, o których zwykle chętniej niż naukowcy rozprawiają poeci: wytrwałości, pragnienia, determinacji, wyobraźni i ambicji.

Zdolność homo sapiens do nabywania i opanowywania tak różnych umiejętności, jak zabijanie strzałem z łuku czy przeprowadzanie operacji mikrochirurgicznych, jest wpisana w nasze dłonie, ramiona, oczy i kształt naszych ciał. Nie tylko jesteśmy rezultatem różnego rodzaju pracy, jaką wykonywali nasi przodkowie, oraz umiejętności, jakie nabywali, ale pod pewnymi względami urodziliśmy się, żeby pracować i przez całe nasze życie praca, którą wykonujemy, nieustannie nas zmienia.

Z czasem, kiedy nasi przodkowie coraz bardziej uzależniali się od narzędzi, nasza trajektoria ewolucyjna zmieniała kierunek na taki, który faworyzował cechy naszej budowy sprzyjające używaniu narzędzi. Wśród najoczywistszych cech, jakie odziedziczyliśmy po niezwykle zdeterminowanych, lecz nieporadnych homo habilis, próbujących zmienić kamienie i inne przedmioty w użyteczne narzędzia, są ręce zręczne na tyle, byśmy mogli nimi nawlec igłę; przeciwstawne kciuki umożliwiające chwytanie i posługiwanie się przedmiotami; ramiona i barki świetnie przystosowane do rzucania pociskami; oczy na przedzie głowy, które pozwalają ocenić odległość dzielącą dwa obiekty; i wreszcie motorykę ogólną, która koordynuje wszystkie powyższe cechy.

Jednak najważniejszym psychologicznym dziedzictwem związanym z narzędziami są zmiany neurologiczne.

Zwoje białej i szarej materii kryjącej się w naszych czaszkach mają dużo bardziej zagadkową naturę niż pięściak aszelski. I choć dysponujemy wymyślnymi maszynami, mogącymi zarejestrować, przeanalizować i zapisać każdy impuls elektryczny, jaki zapala nasze neurony, czy łaskocze nasze synapsy, organy te strzegą swoich sekretów z dużo większym uporem niż na przykład nasze wątroby, płuca czy serca. Mimo to jesteśmy w stanie stwierdzić, że interakcje między naszymi ciałami a otoczeniem nie tylko kształtują rozwój naszych mózgów wraz z upływem czasu, ale i to, że nabywanie umiejętności, takich jak wytwarzanie i używanie narzędzi czy odczytywanie znaków na piasku, zmienia warunki doboru naturalnego i wpływa na ścieżkę rozwoju ewolucyjnego naszych przodków. Założenie to potwierdza fakt, że większość naddatku energetycznego powstałego w wyniku wykorzystania narzędzi i gotowania żywności, który w innym wypadku spowodowałby, że nasi przodkowie byliby więksi, silniejsi, szybsi i lepiej uzębieni, został przeznaczony na rozwój, przekształcanie i odżywianie coraz większych, bardziej skomplikowanych plastycznych mózgów oraz do zmiany kształtu naszych ciał, aby mogły pomieścić te wyjątkowo duże bryły tkanki nerwowej.

Wielkość mózgu w odniesieniu do rozmiarów ciała, podobnie z resztą jak jego skład, to przydatne, ale mało dokładne wskaźniki inteligencji. U wszystkich gatunków istnieje na przykład bardzo duża zależność między ogólnie pojętą inteligencją a wielkością, kształtem oraz stopniem pofałdowania kory nowej — części mózgu, która najbardziej rozwinęła się u ssaków. Jednak pod względem zdolności nabywania nowych umiejętności najbardziej interesujący jest szereg zmian, które zachodzą w naszym dzieciństwie, na etapie dojrzewania i później, umożliwiających rekonfigurację architektury systemu nerwowego poprzez fizyczną interakcję z otaczającym nas światem.


Podczas gdy większość gatunków zwierząt rozwinęła wiele wysoko wyspecjalizowanych umiejętności, udoskonalanych przez pokolenia drogą doboru naturalnego, nasi przodkowie wybrali drogę na skróty i stawali się coraz bardziej elastyczni oraz wszechstronni. Innymi słowy, opanowali umiejętność opanowywania umiejętności.

Większość ssaków potrafi samodzielnie chodzić niemal od urodzenia. Wieloryby i pozostałe walenie, żyjące porównywalnie długo jak ludzie, o ile oczywiście nie zostaną przebite harpunem dla ich wysokiej wartości mięsa lub „w celach naukowych”, rodzą się jako wprawni pływacy; większość zwierząt kopytnych umie chodzić, a wszystkie niemowlęta u naczelnych — poza człowiekiem — od urodzenia są zdolne wdrapać się na plecy lub kark swojej matki i trzymać się ich z zawziętą determinacją. Natomiast nowo narodzony homo sapiens jest bezbronny. Aby zapewnić mu kontakt fizyczny, trzeba wziąć go na ręce. Jego charakterystyczną cechą jest trwająca wiele lat całkowita zależność od dorosłych. W momencie urodzenia wielkość mózgu szympansa wynosi 40 procent wielkości mózgu osobnika dorosłego, lecz już po pierwszym roku ich mózgi rosną do poziomu 80 procent. Wielkość mózgu noworodka homo sapiens to jedna czwarta rozmiaru mózgu w pełni rozwiniętego, który osiągną dopiero mniej więcej na początku okresu dojrzewania. Po części wynika to z dostosowania się do wąskich kanałów rodnych, którymi noworodek opuszcza łono matki, znacznie zwężonych przez pionową postawę człowieka. Innym powodem jest fakt, że mózgi nowo urodzonych homo sapiens rozwijają się prawidłowo przede wszystkim na podstawie impulsów dobiegających z otoczenia niż bezpieczeństwa i ciepłoty matczynego łona.

Choć noworodki homo sapiens są bezbronne, ich mózgi pracują nieustannie. Niemowlęctwo to okres, w którym atakowane zewsząd przez mnóstwo bodźców zapachowych, dźwiękowych, dotykowych, a po kilku tygodniach również wzrokowych mózgi przechodzą najgwałtowniejszy etap rozwoju. Nowe neurony łączą się w synapsy, aby odcedzić sens i znaczenie z całego chaosu bombardujących je impulsów. Proces ten trwa przez całe dzieciństwo aż do początkowego etapu okresu dojrzewania, kiedy to liczba synaps jest dwukrotnie większa niż w dniu narodzin, a mózgi młodych ludzi wypełniają zwariowane, nierzadko absurdalne fantazje. Nie dziwi więc, że podstawowe umiejętności, które młodzi opanowują w tym okresie życia, to te, które później odczuwamy jako najbardziej intuicyjne.

Na początku okresu dojrzewania nasze ciało zmniejsza liczbę połączeń synaptycznych, które uformowały się w okresie niemowlęcym i przez dzieciństwo, i kiedy wchodzimy w etap dorosłości jest ich już dwukrotnie mniej. Proces przycinania synaps jest równie ważny dla rozwoju mózgu jak wcześniejszy etap ich tworzenia. To właśnie wtedy mózg przechodzi etap samodoskonalenia, aby móc lepiej reagować na wymagania stawiane przed nim przez otoczenie i nauczyć się kierować zasoby energii tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna, a nieużywane połączenia synaptyczne niszczeją i ostatecznie obumierają.

Tymczasem proces kształtowania mózgu przez środowisko, w którym żyjemy, trwa nadal. Reorganizacja i rozwój neurologiczny postępują w życiu dorosłym, a nawet na starość, choć w miarę starzenia się opiera się on bardziej na spadku jego wydajności niż wzroście i regeneracji. Jak na ironię wyjątkowa plastyczność naszego gatunku za młodu oraz to, jak bardzo nasz mózg kurczy się na starość, odpowiadają za to, że będąc w podeszłym wieku, stajemy się tak bardzo uparci i niechętnie odnosimy się do zmian; dlatego nawyki nabyte za młodu tak trudno jest zmienić, gdy jesteśmy starzy; dlatego często uważamy, że nasze przekonania i wartości wynikające z kultury są odzwierciedleniem naszej prawdziwej natury; i dlatego wartości sprzeczne z naszymi, nazywamy nieludzkimi czy nienaturalnymi.


A co na to nasi przodkowie? Czy byli równie plastyczni za młodu i uparci na starość? Czy ewolucja owej plastyczności może być odpowiedzią na pytanie, dlaczego nasi przodkowie tak długo trzymali się tych swoich pięściaków?

 

Zapis kopalny wskazuje jednoznacznie, że poprzez dobór naturalny ewolucja faworyzowała osobniki o większych mózgach, większych korach nowych, aż do około dwudziestu tysięcy lat temu, kiedy to mózgi naszych przodków zaczęły się kurczyć. Zapisy te jednak nie rzucają zbyt wiele światła na to, jak szybko lub jak wolno mózgi naszych przodków rozwijały się w trakcie ich życia. Być może w przyszłości odpowiedzi na tę zagadkę udzieli nam genetyka. Na razie nie ma zbyt wiele możliwości poza przyglądaniem się przedmiotom takim jak enigmatyczne pięściaki i zadawaniem sobie pytania, dlaczego po milionie lat pieczołowitego wykonywania ich, trzysta tysięcy lat temu nasi przodkowie nagle porzucili je na rzecz nowych, wszechstronniejszych narzędzi wytwarzanych za pomocą wielu nowych technik.

Odpowiedzią może być to, że nasi przodkowi byli w pewien sposób przywiązani genetycznie do tej konkretnej konstrukcji narzędzia w taki sam sposób, jak niektóre gatunki ptaków są przywiązane do konkretnego sposobu budowania gniazd. Jeśli tak, oznacza to, że homo erectus i inni skrupulatnie wykonywali pięściaki kierowani intuicyjnym autopilotem, mając zaledwie mgliste pojęcie, dlaczego to robią8, aż mniej więcej trzysta tysięcy lat temu nagle przekroczyli swój genetyczny Rubikon i znaleźli się u progu nowej ery innowacji.

Do innej odpowiedzi dojdziemy, jeśli porzucimy koncept inteligencji jako cechy ogólnej, a spojrzymy na nią jak na zespół różnych cech kognitywnych, które przynajmniej na początku rozwijały się po to, aby umożliwić wykonywanie konkretnych prac w reakcji na naciski adaptacyjne. Wówczas jedną z form inteligencji, będącej reakcją na te naciski, może być umiejętność rozwiązywania problemów, inną abstrakcyjne myślenie, jeszcze inną orientacja przestrzenna, a jeszcze inną umiejętność odbierania i przetwarzania informacji przekazywanych społecznie.

Jeśli tak jest, to homo erectus tak uparcie trzymał się pięściaka, dlatego że na początku uczenie się od innych było cechą dużo bardziej korzystną niż umiejętność rozwiązywania problemów. Stworzenia plastyczne pod względem kognitywnym, takie jak większość ssaków lądowych, głowonogi i niektóre gatunki ptaków, wyciągają naukę z własnych doświadczeń. Plastyczność ma jednak pewne ograniczenia. Każda jednostka musi bowiem uczyć się tych samych rzeczy od samego początku i popełniać te same, kosztowne energetycznie, czasami śmiertelne błędy swoich przodków.

Jednak w połączeniu z cechami umożliwiającymi uczenie społeczne plastyczność staje się zdecydowanie pożądaną cechą, ponieważ korzystne, wyuczone zachowania — takie jak unikanie jadowitych węży czy poznanie zastosowania pięściaków — może być przekazywane z pokolenia na pokolenie bezkosztowo i przy minimalnym ryzyku.

Mimo że my nie wiemy, do czego służył pięściak, homo erectus wiedział to na pewno. Wiedzę tę nabywał za młodu, obserwując, jak posługują się nim inni. Jest nie do pomyślenia, aby drogą obserwacji i naśladowania homo erectus nie nabył również innych umiejętności. Niektóre z nich były zapewne techniczne, takie jak wykonanie dobrego kija kopieniaczy, rozczłonkowywanie i rozbieranie tuszy zwierząt czy rozpalanie ognia. Innymi mogły być pewne zachowania, na przykład nauka śledzenia zwierzyny czy uspokajanie drugiej osoby słowem czy dotykiem.

To, że nasze języki są czymś więcej niż tylko zbiorem słów i że rządzą nimi reguły składni, które pozwalają nam świadomie przekazywać złożone wiadomości, mogło być efektem procesu rozwoju przebiegającego równolegle z rozwojem sztuki wytwarzania narzędzi. Aby skutecznie przekazać wiadomość, słowa muszą być ułożone w odpowiedniej kolejności. Wiele goryli i szympansów — tak jak Koko — żyjących w środowisku zdominowanym przez człowieka nauczyło się posługiwać kilkoma tysiącami słów, z kolei kotawce sawannowe używają sygnałów dźwiękowych, aby ostrzec innych przed pojawieniem się różnych rodzajów drapieżników. Można więc przupuszczać, że australopitek miał mózg na tyle rozwinięty, aby opanować podobne umiejętności. Jednak przejście od wydawania ostrzegających odgłosów do śpiewania pieśni miłosnych to duży krok, ponieważ języki opierają się na słowach ułożonych zgodnie z zawiłymi zasadami gramatyki. Opanowanie ich wymaga posiadania układów neuronowych, które łączą postrzeganie sensoryczne z kontrolą motoryczną, oraz umiejętności wykonywania hierarchicznych działań. Zdanie, które teraz czytacie, ma sens tylko dlatego, że słowa w nim zawarte zostały ułożone w odpowiedniej kolejności. W taki sam sposób należy uporządkować odpowiednie czynności, aby razem stworzyły proces budowy narzędzia. Nie uda się skonstruować włóczni, jeśli wpierw nie zrobimy ostrza, nie przygotujemy drzewca, a jeszcze wcześniej nie poszukamy materiałów, które wykorzystamy do jej budowy. Przez długi czas panowało przekonanie, że za przetwarzanie mowy odpowiada wyłącznie jeden, oddzielony pod względem anatomicznym, obszar — ośrodek Broki — dziś wiadomo jednak, że odgrywa on również bardzo istotną rolę w zachowaniach niezwiązanych z językiem, takich jak wytwarzanie i korzystanie z narzędzi9, co oznacza, że jest możliwe, iż presja ewolucyjna, wymuszająca tworzenie i wykorzystywanie narzędzi, przyczyniła się do rozwoju mowy na jego początkowym etapie.


George Armitage Miller żył w świecie słów. Każdy obiekt, jaki pojawiał się w jego polu widzenia, i każde słowo, jakie dobiegało jego uszu, natychmiast wywoływały kaskadę skojarzeń, synonimów i antonimów, które z błyskiem przelatywały przez jego umysł. Miller, założyciel Harvard Center for Cog­nitive Studies (Centrum Badań Kognitywnych na Uniwersytecie Harvarda), w szczególności interesował się procesami kognitywnymi, które kryły się za językiem i przetwarzaniem informacji. W 1980 roku, na długo przed tym, jak sieci cyfrowe stały się częścią naszego życia, doprowadził do stworzenia Wordnetu, wciąż funkcjonującej bazy danych, która zawiera niezliczone ilości jednostek leksykalnych, związków między większością słów języka angielskiego.

Jednak w 1983 roku przez pewien czas bezskutecznie poszukiwał słowa, które wyraziłoby związek między żywymi organizmami a informacją. Jako wielki fan książki Schrödingera Czym jest życie Miller był przekonany, że Schrödinger pominął w swojej definicji życia jeden bardzo istotny aspekt. Miller uważał, że aby organizmy żywe mogły zgodnie z zasadą entropii konsumować wolną energię, musiały najpierw ją znaleźć, a żeby być w stanie to zrobić, musiały posiadać umiejętność zdobywania informacji o świecie, który je otacza, interpretowania ich i reagowania na nie. Innymi słowy oznaczało to, że znaczna część energii była przez organizmy żywe wydatkowana na poszukiwanie informacji przez zmysły, a następnie na przetwarzanie jej w celu pozyskania jeszcze większej ilości energii.

„Tak jak ciało, by przetrwać, musi pożywić się negatywną entropią [wolną energią]”, wyjaśniał Miller, „tak samo umysł musi żywić się informacją”10.

Miller nie znalazł słowa, które opisałoby organizmy trawiące informację, więc wprowadził nowe: „informacjożercy”. Na początku zamierzał opisywać tym terminem wyłącznie „organizmy wyższe” takie jak my, które mają bardzo energożerne układy nerwowe i mózgi, lecz dzisiaj wiemy już, że informacjożercami są wszystkie żyjące stworzenia, od prokariontów po rośliny. Dlatego na przykład bakterie w kałuży mogą nie mieć w sensie fizycznym organu odpowiadającego za myślenie, lecz podobnie jak roślina, która obraca swoje liście w stronę światła, potrafią reagować na bodźce sygnalizujące bliskość źródła energii, a jeśli takiego w pobliżu nie ma, próbować je odnaleźć.

Skomplikowane organizmy, mające mózgi i układy nerwowe, pozyskują większość energii poprzez filtrowanie i przetwarzanie informacji odbieranych za pomocą zmysłów. Kiedy dana informacja zostanie oceniona jako nieistotna, jest natychmiast ignorowana. W przeciwnym wypadku stanowi impuls do podjęcia działania. Widok łatwej zdobyczy będzie dla geparda sygnałem, żeby przejść w tryb łowiecki. Na tej samej zasadzie widok ogona geparda będzie dla gazeli sygnałem do ucieczki. Jednakże wiele gatunków nie tylko instynktownie reaguje na odebraną informację. Potrafią również, tak jak psy Pawłowa, nauczyć się reagować na konkretne bodźce w sposób pseudoinstynktowny. Inne natomiast umieją wybrać na podstawie instynktu i nabytych doświadczeń, w jaki sposób chcą zareagować. Dlatego, kiedy głodny szakal natrafi na stado lwów odpoczywających nieopodal niedawno upolowanej ofiary, zanim podejmie decyzję, czy spróbować ukraść kawałek mięsa, ocenia ryzyko, jakie niesie ze sobą ta próba, testując czujność i nastrój lwów.