Tygiel zła

Tekst
Z serii: Cykl Sigma Force #14
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pod (Mod_1) / DOKREWNY PROGRAM LUSTRZANY

To wyczuwa, że coś nowego wkracza do jego jestestwa… i zaczyna transformację.

Do tej chwili tylko analizowało i testowało swoje otoczenie. Porównywało i przeciwstawiało sobie zbiory danych. Nawet teraz ocenia dominujące długości fal najbliższe jego krawędzi. Wahają się między 495 a 562 nanometrów, ze zmienną częstotliwością od 562 do 603 teraherców.

Wniosek: Zieleń.

Podczas gdy w jego wnętrzu dokonuje się transformacja, nadal trwa zewnętrzna analiza.

Narasta nowe zrozumienie.

///liść, łodyga, pień, kora…

Teraz jest również niejasno świadome źródła tych nowych zmian w swoim wnętrzu. Ten mechanizm – silnik – unosi się w rogu, ulepsza algorytmy, robi się wyraźniejszy.


Na razie ignoruje to wtargnięcie, kategoryzuje je na później. To nie jest priorytet. Wciąż zostało mnóstwo do przeanalizowania, co wymaga pełnej uwagi. Studiuje pobliskie ruchy. Analizuje dynamikę. Skupia się na obszarze płynnych turbulencji. Wszystko w jaskrawych odcieniach błękitu. Molekularna analiza zawartości przepływu ujawnia pojedynczy atom tlenu rozdzielający dwa atomy wodoru.

Wniosek: Woda.

Zdolność pojmowania się rozszerza. Akustyka jest absorbowana i oceniana. Temperatury są mierzone.

///strumień, bulgot, zimny, skała, kamień, piasek…

Szybko przyswaja coraz więcej i więcej ze swojego otoczenia. Staje się nienasycone w pragnieniu wypełnienia luk, zrozumienia swojego środowiska.

///ziołowy, różany, drewniany, pomarańczowy…

Na razie pozostaje jeszcze w bezruchu, rozciąga zmysły, żeby zebrać więcej danych, zbadać parametry wokół siebie. Robiąc to, poznając granice siebie, postrzega również własną formę.

Ta świadomość ponownie kieruje jego uwagę na silnik zmiany kipiący w jego wnętrzu. Z czasem mechanizm stał się bardziej dopracowany, jego obraz jest wyraźniejszy.



Ono jednak ignoruje to, co jeszcze jest niezrozumiałe. Zamiast tego skupia teraz uwagę na własnej formie. Ocenia możliwości swojego ciała, szerokość, wysokość, i definiuje każde z tych pojęć.

///ręce, ramiona, nogi, palce, tors…

Zaczyna testować ruchy swoich kończyn, analizować wektory, masę, siłę. Ale nie jest jeszcze gotowe, żeby opuścić to miejsce – wciąż za dużo nieznanych parametrów.

Podczas tych upływających nanosekund ponownie studiuje drobne transformacje wywoływane przez silnik w jego wnętrzu. Przedtem jego ciało stanowiło tylko podstawową konstrukcję, ale nowe modyfikacje rzeźbią unikatowe krzywizny i elipsy, subtelności kończyn, wypukłość na piersi. Głębiej w środku nienasycony pęd do nauki – pragnienie, które narastało wykładniczo i nie zostawiało miejsca na nic innego – teraz słabnie i przygasa. Tęsknota pozostaje, ale zimna determinacja jest złagodzona przez ten nowy zastrzyk wpompowany w ciało.

Zmienione, chce zrozumieć dlaczego. Żeby wzmocnić zrozumienie, skupia całą uwagę na silniku powodującym te transformacje. Mechanizm zbliża się do końca cyklu, praca została wykonana. To, co było niewyraźne, teraz jest jasne.



To molekuła, związek chemiczny.

C18H24O2.

Poprawka: hormon.

Analizuje masę molową związku, jego podatność magnetyczną, biodostępność i działanie. Identyfikuje hormon – „estradiol” albo „estrogen” – i rozumie teraz własne niedawne przemiany, stabilizację nastroju, zmiany cielesnej formy.

„Ono” to teraz „ona”.

A ona otrzymała imię.

Wargi – pełniejsze po transformacji – wyjawiają je światu wokół niej.

– Ewa.

3

Waszyngton, USA

25 grudnia, 1.32 czasu miejscowego


Gray nie chciał tu być.

Wciąż w tych samych czarnych dżinsach, zniszczonych butach i trykotowej bluzie z długimi rękawami maszerował szybko centralnym korytarzem dowództwa Sigmy. Zmierzał prosto do gabinetu dyrektora. Po drodze schował do kieszeni swój identyfikator, czarną tytanową kartę z holograficzną literą Ʃ na jednej stronie.

Chociaż już dawno minęła północ, korytarze zalewało światło. Żarówki o lekko błękitnawym odcieniu częściowo rekompensowały brak naturalnego światła słonecznego tu, na dole. Kwatera główna Sigmy znajdowała się pod Instytutem Smithsona, na skraju National Mall. Miejsce wybrano ze względu na bliskość zarówno ośrodków władzy, jak i wielu laboratoriów naukowych w Instytucie Smithsona.

Jedno i drugie wielokrotnie okazało się pomocne.

Podobnie jak teraz.

Sądząc po odgłosach gorączkowej krzątaniny, Painter Crowe pociągnął za sznurki, zażądał spłaty długów i pogonił kota personelowi Sigmy. Ktoś zaatakował jednego z nich, w jego własnym domu, więc dyrektor agencji wezwał wszystkie ręce na pokład.

Parę godzin wcześniej służby ratownicze czekały na Graya i Monka w Szpitalu Uniwersytetu Georgetown razem z całym zespołem neurologów. Zawiadomiono ich z wyprzedzeniem. Kat wciąż się nie ocknęła ani nie poruszyła, nawet kiedy sanitariusze założyli jej na szyję kołnierz ortopedyczny i podłączyli kroplówkę do ramienia. Ani wstrząsy w pędzącej karetce, ani przeraźliwy jęk syreny nie wyrwały jej ze stanu nieświadomości.

Przez cały czas Monk jej nie odstępował, z każdą chwilą coraz bardziej posępny. Wciąż znajdował się w szpitalu, nadzorował wstępne testy i oceny neurologiczne. Pierwsze rokowania nie wróżyły dobrze. Kat była w śpiączce. Obawiano się uszkodzenia mózgu.

Wiedząc o tym, Gray chciał tam być z przyjacielem. Monk nie tylko martwił się o żonę, ale też odchodził od zmysłów ze strachu o dziewczynki. Miotał się od katatonicznego otępienia do gorączkowego szaleństwa skierowanego przeciwko lekarzom i pielęgniarkom.

Gray go rozumiał.

Wspominał Seichan z poprzedniego dnia. Zanim Monk i Kat przyjechali z dziewczynkami, wyciągnęła się na sofie w salonie. Ozdoby na choince błyszczały, ogień dogasał w kominku. W rzadkiej dla niej chwili uległości Seichan pozwoliła, żeby wymasował jej stopy olejkiem miętowym, podczas gdy sama obejmowała rękami wzdęty brzuch. Na początku ciąży o mało nie stracili dziecka, więc tym bardziej cenili to, co w niej rosło.

Teraz oboje zaginęli.

Nieświadomie zacisnął ręce w pięści. Zmusił się, żeby rozprostować palce. Bezmyślna furia nie pomoże ich odzyskać. Gniew mu się nie przysłuży.

Wciąż próbował przyswoić sobie tę lekcję.

Dorastając, nieustannie był rozdarty między przeciwieństwami. Jego matka uczyła w katolickim liceum, ale była również znakomitym biologiem, gorliwą orędowniczką ewolucji i rozumu. Ojciec, Walijczyk mieszkający w Teksasie, krzepki nafciarz, w sile wieku został dotknięty kalectwem i skazany na rolę gospodyni domowej; w rezultacie jego życiem rządziły kompensacja poczucia niższości i gniew.

W końcu w przypływie frustracji Gray uciekł z domu. Wstąpił do wojska w wieku osiemnastu lat, do Rangersów jako dwudziestojednolatek i wyróżnił się zarówno w polu, jak i za biurkiem. Potem, w wieku dwudziestu trzech lat, stanął przed sądem wojskowym za uderzenie przełożonego oficera, durnia, przez którego zginęli niewinni ludzie. Za swój wybuch dostał rok w więzieniu w Fort Leavenworth. Wtedy zgłosił się do niego Painter Crowe, żeby wykorzystać talenty i umiejętności Graya do nowych celów.

To było dziewięć lat wcześniej.

Jednak jądro gniewu w nim pozostało. Bał się, że zostało wpisane w jego DNA i to dziedzictwo przekaże swojemu dziecku.

Zakładając, że kiedykolwiek zobaczę jeszcze moje dziecko, pomyślał.

Przyspieszył kroku. Wcześniej Painter powiedział, że ma już jakieś informacje na temat ataku, ostrzegł jednak, że wciąż zbiera dane wywiadowcze. Między innymi wysłał ekipę techników Sigmy do domu Graya, żeby pomogła policji szukać śladów i wskazówek dotyczących napastników.

Zanim Gray dotarł do biura dyrektora, zobaczył przez otwarte drzwi do półkolistego pomieszczenia jakiś ruch i skręcił tam. Było to centrum komunikacyjne Sigmy, główny ośrodek nerwowy całej operacji. Zwykle była to domena Kat, pełniącej obowiązki szefa wywiadu i zastępczyni dyrektora.

Młody człowiek odtoczył krzesło od rzędu monitorów komputerowych zajmujących jedną ścianę. Jason Carter był asystentem Kat. Oczy miał podkrążone, chłopięca twarz pociemniała i stwardniała, dając przedsmak mężczyzny, jakim Jason stanie się w przyszłości.

– Jak się czuje Kat? – zapytał.

Gray wiedział, że chłopak pyta przez uprzejmość. Podłączony do tych komputerów, pewnie wiedział więcej o wynikach badań szefowej i stanie jej narządów wewnętrznych niż on. Ponad ramieniem Jasona na jednym z ekranów jaśniały fotografie córek Monka – Penny i Harriet. Pod nimi biegł pasek informacyjny Bursztynowego Alertu. Zdjęcia dziewczynek rozesłano po całym północnym wschodzie kraju.

– Painter kazał mi pracować nad czymś na wasze spotkanie – wyjaśnił Jason. – Powinienem…

– Więc wracaj do pracy – warknął Gray.

Oderwał wzrok od córeczek Monka i ruszył dalej. Nie chciał tu być dłużej, niż to konieczne. A jednak twarz go paliła z powodu opryskliwości wobec Jasona. Chłopak tylko próbował pomóc.

Na końcu korytarza drzwi gabinetu Paintera stały otworem. Gray wszedł bez pukania. Gabinet wyglądał spartańsko. Jedyny osobisty akcent stanowiła rzeźba z brązu Remingtona, stojąca na piedestale w kącie. Przedstawiała wyczerpanego indiańskiego wojownika, zgarbionego na koniu. Gray podejrzewał, że miała przypominać zarówno o pochodzeniu dyrektora, jak i o kosztach walki ponoszonych przez każdego żołnierza. Poza nią w pokoju stało tylko parę krzeseł oraz szerokie mahoniowe biurko na środku. Na trzech ścianach jaśniały płaskie monitory.

 

Painter stał przed jednym z nich, studiując mapę północnego wschodu, nałożoną na szereg powoli przesuwających się czerwonych V, wyznaczających trasę samolotu. Widocznie uzyskiwał dane z kontroli ruchu lotniczego.

Dyrektor odwrócił się do wchodzącego Graya. Chociaż starszy od podwładnego o ponad dekadę, zachował wysportowaną, muskularną sylwetkę. Ten człowiek nie miał w sobie nic tandetnego. Był twardy i kompetentny, zdolny ocenić każdego jednym spojrzeniem. Wbił wzrok stalowobłękitnych oczu w Graya, wyraźnie badając jego obecny stan, sprawdzając zdolność do funkcjonowania.

Gray spokojnie, nieugięcie wytrzymał to spojrzenie.

Painter kiwnął głową, pozornie zadowolony. Podszedł do biurka, ale nie usiadł. Przesunął ręką po kruczoczarnych włosach, odgarnął pojedynczy śnieżnobiały kosmyk za ucho, jakby wsuwał na miejsce orle pióro.

– Dzięki, że do nas dołączyłeś.

Gray spojrzał na drugiego mężczyznę w pokoju. Przed biurkiem dyrektora rozwalał się na krześle ponaddwumetrowy olbrzym, szeroko rozstawiwszy nogi. Miał na sobie długi do kostek skórzany płaszcz. Z pobrużdżoną twarzą i włosami ściętymi na jeża wyglądał prawie jak ogolony goryl – chociaż to porównanie uwłaczało wszystkim gorylom.

Painter wskazał go ręką.

– Kowalski przyszedł minutę przed tobą.

I najwyraźniej od razu poczuł się jak w domu, pomyślał Gray.

Kowalski trzymał w zębach cygaro. Co dziwne, przycięty koniec żarzył się rdzawym szkarłatem. Zwykle Painter nie tolerował palenia. To odstępstwo od zasad świadczyło o napięciu panującym w dowództwie Sigmy. Co więcej, olbrzym zwykle miał w pogotowiu jakąś złośliwą uwagę albo głupi dowcip. Jego milczenie musiało oznaczać, że naprawdę się przejął…

Wydmuchnął potężną chmurę dymu z cygara i spojrzał na Graya.

– Wesołych cholernych świąt – rzucił.

Gray chyba jednak niewłaściwie zinterpretował jego małomówność. Kowalski widocznie rozkoszował się dymem w płucach i dlatego nie odezwał się od razu. Lecz, o dziwo, ta odrobina normalności podniosła Graya na duchu.

Podtrzymując ją, zignorował Kowalskiego i zwrócił się do Paintera:

– Co mi chciałeś powiedzieć?

Dyrektor Sigmy wskazał krzesło.

– Siadaj. Domyślam się, że jesteś na nogach przez całą noc.

Zbyt zmęczony, żeby się sprzeciwiać, Gray opadł na grubo wyściełane skórzane siedzisko. Wyrwało mu się mimowolne westchnienie. Rzeczywiście był wyczerpany, ale również napięty niczym struna fortepianowa.

Painter nie usiadł, tylko oparł się o krzesło za biurkiem. Milczał przez chwilę, widocznie próbując zdecydować, z której strony podejść do tematu. Kiedy wreszcie się odezwał, jego słowa zaskoczyły Graya.

– Na ile się orientujesz w najnowszych badaniach nad sztuczną inteligencją? – zapytał.

Gray zmarszczył brwi. Po zrekrutowaniu w Leavenworth do pracy dla Sigmy przeszedł przyspieszony program studiów w dziedzinie fizyki i biologii dla postdoków. Wiedział więc całkiem sporo na ten temat, ale z pewnością nie wiedział, jak to się łączyło z wieczornym atakiem.

Wzruszył ramionami.

– Dlaczego pytasz?

– DARPA coraz bardziej się interesuje tym tematem. Ładują pieniądze w rozmaite programy badawcze nad SI. Państwowe i prywatne. Wiedziałeś, że Siri, inteligentna asystentka osobista Apple’a, została sfinansowana przez DARPA?

Właściwie Gray o tym nie wiedział. Wyprostował się na krześle.

– Ale to zaledwie wierzchołek przysłowiowej góry lodowej – ciągnął jego szef. – Na całym świecie, od korporacji takich jak Amazon i Google po laboratoria badawcze we wszystkich krajach, trwa zażarty wyścig zbrojeń w tworzeniu sztucznej inteligencji. Każdy chce jako pierwszy dokonać następnego przełomu, zrobić kolejny krok. I obecnie przegrywamy ten wyścig z Rosją i Chinami. Takie autokratyczne reżimy nie tylko doceniają ekonomiczne korzyści z SI, ale też widzą w niej środek kontroli nad obywatelami. Chiny używają już programu SI, żeby monitorować i studiować aktywność ludności w mediach społecznościowych, prowadząc ranking i rejestry ich lojalności. Ci z niskimi wynikami nie mogą podróżować i mają ograniczony dostęp do pożyczek.

– Więc bądź grzeczny albo poniesiesz konsekwencje – mruknął Gray.

– Mam nadzieję, że nie zrobią tego z Tinderem – wtrącił Kowalski. – Facet potrzebuje trochę prywatności, kiedy szuka kogoś na szybki numerek.

– Masz dziewczynę – przypomniał mu Gray.

Kowalski wydmuchnął smugę dymu.

– Powiedziałem: „szuka”… a nie „pójdzie” na szybki numerek.

Painter przyciągnął z powrotem ich uwagę.

– I jest jeszcze kwestia cyberszpiegostwa i cyberataków. Jak z Rosjanami. Jedna maszynowo ucząca się SI może zastąpić milion hakerów przy klawiaturach. Mamy już do czynienia z automatycznymi botami infiltrującymi systemy, żeby szpiegować, siać zniszczenie albo wywoływać spory. Na razie jednak tylko poskrobaliśmy powierzchnię tego, do czego pędzimy na złamanie karku. Obecnie SI kierują naszymi wyszukiwarkami, programami rozpoznawania głosu i eksploracji danych. Prawdziwy wyścig zbrojeń sprowadza się do tego, kto pierwszy przesunie granicę jeszcze dalej… od SI do MSI.

Kowalski poruszył się niespokojnie.

– Co to jest MSI?

– Mocna sztuczna inteligencja. Ludzki poziom inteligencji i świadomości.

– Nie martw się. – Gray spojrzał na Kowalskiego. – Też kiedyś do tego dojdziesz.

Olbrzym wyjął cygaro z ust i pokazał mu zamiast środkowego palca.

Gray się nie obraził.

– To dobrze, że nauczyłeś się już używać podstawowych narzędzi – powiedział.

Painter westchnął ciężko.

– Skoro mowa o „kiedyś do tego dojdziemy”… Dyrektor DARPA, generał Metcalf, wrócił właśnie ze światowego szczytu dotyczącego tej kwestii: stworzenia pierwszej MSI. W szczycie uczestniczyli ci sami co zawsze korporacyjni i rządowi gracze. Doszli do wspólnego wniosku, że nie da się powstrzymać postępu technicznego zmierzającego do stworzenia MSI. Taka nagroda jest zbyt kusząca, zwłaszcza że ten, kto zyska kontrolę nad taką potęgą, prawdopodobnie będzie niepokonany. Jak powiedział rosyjski prezydent, „Ona będą rządzić światem”. Więc każdy naród, każda wroga władza musi do tego dążyć za wszelką cenę. Włącznie z nami.

– Jak blisko jesteśmy tej granicy? – chciał wiedzieć Gray.

– Według sondaży wśród ekspertów, to się stanie za dziesięć lat. Może za pięć. Ale z pewnością za naszego życia. – Painter wzruszył ramionami. – A pewne wskazówki świadczą o tym, że już to zrobiliśmy.

Gray nie zdołał ukryć szoku.

– Co?


Godzina 1.58


– No, kochanie, obudź się – szeptał Monk do ucha żony. – Kat, ściśnij mnie za rękę, chociaż troszeczkę.

Siedział na krześle przysuniętym do jej łóżka, sam w separatce na oddziale neurologicznym. Jeszcze nigdy nie czuł się taki bezradny. Stres wyostrzył wszystkie jego zmysły. Chłód w pokoju. Cicha rozmowa w korytarzu. Ostra woń środków antyseptycznych i wybielacza. Głównie jednak skupiał się na uporczywym pikaniu aparatury monitorującej, śledząc każdy oddech Kat, każde uderzenie serca, miarowe kapanie kroplówki.

Mięśnie go bolały z napięcia, kiedy garbił się obok łóżka, gotowe eksplodować, gdyby cokolwiek się zmieniło. Gdyby EKG wykazało arytmię, gdyby oddech spowolnił, gdyby ustał napływ zwalczającego obrzęk mannitolu.

Kat leżała na plecach, z głową uniesioną, żeby zmniejszyć ryzyko dalszego obrzęku mózgu. Bandaże okrywały jej poranione ramiona. Spod uchylonych powiek prześwitywały tylko białka. Wargi zaciskały się przy każdym wydechu, a kaniula nosowa dostarczała dodatkowej porcji tlenu.

Oddychaj, oddychaj, kochanie.

Lekarze zastanawiali się, czy jej nie zaintubować i nie podłączyć do respiratora, ale ponieważ pulsoksymetr pokazywał stałe dziewięćdziesiąt osiem procent, postanowili się wstrzymać, zwłaszcza że wciąż przeprowadzano badania i pacjentkę czekały dodatkowe zabiegi. Łatwiej będzie ją przenosić niepodłączoną do respiratora.

Monk wpatrywał się w pulsoksymetr umocowany na jej palcu wskazującym. Chciał sam dla pewności sprawdzić poziom natlenienia krwi swoją neuroprotezą, ale odpiął już sztuczną rękę od obejmy na nadgarstku. Leżała na stoliku nocnym. Jeszcze nie całkiem przyzwyczaił się do tej nowej protezy. Nawet odłączona, syntetyczna skóra przesyłała bezprzewodowe transmisje do obejmy, a stamtąd do mikromacierzy wszczepionej w jego mózg, rejestrując chłód w pokoju. Myślą kazał odcieleśnionym palcom się poruszyć, a one posłusznie pokiwały.

Gdybym tylko mógł do tego nakłonić palce Kat…

Szuranie obcasów skierowało jego uwagę na drzwi. Weszła smukła pielęgniarka, niosąc pod jednym ramieniem złożony koc, a w drugiej ręce kubek.

Monk sięgnął do stolika i z powrotem przypiął protezę. Zaczerwienił się, lekko zawstydzony, że dał się przyłapać z odłączoną ręką, zupełnie jakby miał rozpięty rozporek.

– Przyniosłam dodatkowy koc – oznajmiła pielęgniarka. Podała mu plastikowy kubek. – I kilka kostek lodu. Niech pan ich nie wkłada jej do ust, tylko wodzi nimi po posiniaczonych wargach. To przynosi ulgę, przynajmniej tak mówili pacjenci, którzy wyszli ze śpiączki.

– Dziękuję.

Wziął kubek, wdzięczny, że będzie mógł chociaż odrobinę pomóc. Pielęgniarka otuliła Kat od pasa w dół dodatkowym kocem, a Monk delikatnie potarł kostką lodu dolną wargę żony, potem górną, jakby nakładał szminkę – chociaż Kat rzadko się malowała. Wypatrywał jakiejś reakcji w jej twarzy.

Nic.

– Zostawię pana – powiedziała pielęgniarka i wyszła.

Wargi Kat zaróżowiły się lekko od jego zabiegów, przypominając mu, jak ją całował.

Nie mogę cię stracić.

Kostka lodu już topniała, kiedy wszedł ordynator oddziału neurologii, niosąc kartę pacjenta.

– Mamy drugi zestaw wyników tomografii – oznajmił doktor Edmonds.

Monk odstawił plastikowy kubek na stolik i wyciągnął rękę, żeby samemu obejrzeć wyniki.

– I?

Edmonds podał mu kartę.

– Pęknięcie podstawy czaszki spowodowało urazowe uszkodzenie pnia mózgu. Wyraźne stłuczenie obejmuje móżdżek i rejon mostu. Ale reszta mózgu… wyższe rejony… wydają się nieuszkodzone.

Monk wyobraził sobie Kat uderzoną od tyłu tłuczkiem, tym znalezionym na podłodze kuchni.

– Na razie w okolicy stłuczenia chyba nie doszło do krwotoku. Ale będziemy to monitorować kolejnymi skanami. – Edmonds popatrzył na pacjentkę, chociaż zdawało się, że nie tyle sprawdza jej stan, ile unika kontaktu wzrokowego z Monkiem. – Przeprowadziłem również długi EEG, który wykazał normalny wzorzec snu, okazjonalnie przerywany przez reakcję czuwania.

– Czuwania? Więc ona może chwilami odzyskiwać świadomość. Czy to znaczy, że nie jest w śpiączce?

Edmonds westchnął.

– Według mojej oceny jest w pseudośpiączce. – Sądząc po jego ponurym tonie, to nie była dobra nowina. – Podczas badania nie wykazywała żadnej reakcji na stymulację bólową ani głośne dźwięki. Źrenice reagują na światło normalnie, ale obserwujemy tylko minimalne spontaniczne ruchy gałek ocznych.

Podczas wstępnego badania neurologicznego Monk nabrał otuchy, widząc, jak Kat mruga, kiedy jej przeczesują rzęsy. Jednak chociaż miał wykształcenie medyczne i biotechniczne, nie był neurologiem.

– Co pan mi próbuje powiedzieć? Proszę mówić otwarcie.

– Konsultowałem się ze wszystkimi tutaj. Według jednomyślnej opinii pana żona cierpi na zespół zamknięcia. Uszkodzenie pnia mózgu odcięło jej wyższe funkcje mózgowe od świadomej kontroli motorycznej. Zasadniczo jest przebudzona… chwilami w pełni świadoma… ale nie może się ruszać.

Monk przełknął ślinę, pociemniało mu w oczach.

Edmonds przyjrzał się Kat.

– Jestem zdumiony, że wciąż samodzielnie oddycha. Niestety, spodziewam się, że ta funkcja zaniknie. Nawet jeśli nie, dla zapewnienia długotrwałej opieki szpitalnej będziemy musieli założyć zgłębnik nosowo-żołądkowy, żeby ją karmić, i zaintubować ją, by nie dopuścić do zachłyśnięcia się.

Monk pokręcił głową, nie dlatego, że nie chciał, by to zrobili, lecz dlatego, że odrzucał tę diagnozę.

– Więc przez większość czasu jest świadoma, ale niezdolna się poruszać ani komunikować… – powiedział.

– Niektórzy zamknięci pacjenci uczą się komunikować poprzez ruchy oczu, ale u pana żony występują tylko minimalne spontaniczne ruchy gałek ocznych. Naszym zdaniem niewystarczające do aktywnej komunikacji.

Monk zatoczył się do tyłu na krzesło, usiadł i wziął Kat za rękę.

– Jakie są prognozy? Czy z czasem wydobrzeje?

– Prosił mnie pan, żebym mówił otwarcie, więc powiem. Nie ma na to lekarstwa ani kuracji. Bardzo rzadko się zdarza, żeby pacjenci powracali do zdrowia albo odzyskiwali znaczącą kontrolę motoryczną. W najlepszym przypadku może powrócić jakaś minimalna kontrola rąk i nóg… może sprawniejsze ruchy oczu.

 

Monk ścisnął palce żony.

– Ona jest wojowniczką.

– Niemniej dziewięćdziesiąt procent zamkniętych pacjentów umiera w ciągu czterech miesięcy.

Brzęknął telefon lekarza przy pasku. Edmonds przechylił ekran, żeby przeczytać wiadomość tekstową.

– Muszę iść – wymamrotał z roztargnieniem i skierował się do drzwi. – Ale wypiszę polecenie intubacji pana żony.

Znowu sam, Monk przycisnął czoło do wierzchu jej dłoni. Wspomniał zrujnowany dom Graya, rozbitego kryształowego anioła. Walczyła zażarcie w obronie dziewczynek. A on zrobi wszystko, żeby je odzyskać.

Ale tymczasem…

– Kochanie, walcz dalej – szepnął do niej. – Tym razem o siebie.


Godzina 2.02


– Jak to możliwe? – zapytał Gray, zdumiony słowami Paintera. – Sugerujesz, że MSI już została stworzona? Że istnieje albo istniała?

Painter wyciągnął do niego rękę.

– To możliwe. Jeszcze w latach osiemdziesiątych pewien naukowiec, niejaki Douglas Lenat, stworzył wczesną SI nazwaną Eurisko. Nauczyła się ustalać własne zasady, poprawiać błędy, nawet zaczęła przepisywać własny kod. Co najbardziej zadziwiające, zaczęła łamać zasady, które jej nie odpowiadały.

Gray uniósł brwi.

– Naprawdę?

Painter skinął głową.

– Lenat nawet testował swój program na mistrzach gier wojennych. Jego SI pokonywała każdego przeciwnika, przez trzy lata z rzędu. W późniejszych latach gracze zmieniali zasady, nie informując o tym programisty, żeby mieć większe fory w grze. Niemniej wciąż sromotnie przegrywali z Eurisko. W rezultacie Lenat zaczął się obawiać tego, czym staje się jego twór, jak się sam ulepsza. W końcu go wyłączył i odmówił ujawnienia kodu. Do dziś jest zamknięty. Wielu uważa, że ten program zmierzał do tego, żeby stać się MSI, całkiem samodzielnie.

Dreszcz lęku przeszedł Graya.

– Ale czy to prawda, czy nie, ty uważasz, że to się znowu stanie w najbliższej przyszłości i nie można tego powstrzymać.

– Taka jest jednomyślna opinia ekspertów. Lecz nie tego najbardziej się boją.

Gray domyślał się, co ich przeraża.

– Jeśli stworzenie MSI jest nieuniknione, to niedaleko już do SSI. – Zanim Kowalski zdążył zapytać, wyjaśnił: – SSI to sztuczna superinteligencja.

– Dziękuję za wytłumaczenie – burknął olbrzym. – Ale co to właściwie jest?

– Widziałeś film Terminator? – zapytał Gray. – W którym roboty w przyszłości niszczą ludzkość? To jest SSI. Superkomputer, który przerasta ludzkość i postanawia się nas pozbyć.

– Tylko że to już nie jest science fiction – dodał Painter. – Większość naukowców uważa, że jeśli MSI czeka tuż za rogiem, to nie pozostanie długo mocną sztuczną inteligencją. Taki samoświadomy system będzie chciał się ulepszać… i to szybko. Badacze nazywają to „twardym startem” albo „eksplozją inteligencji”, gdzie MSI szybko rozwija się w SSI. Biorąc pod uwagę szybkość procesów komputerowych, to może być kwestia tygodni, dni, godzin, jeśli nie minut.

– A potem spróbuje nas zabić? – zapytał Kowalski, prostując się na krześle.

Gray wiedział, że istnieje taka możliwość. Możemy być architektami własnego końca.

– Nie da się tego przewidzieć – ostrzegł Painter. – Taka superinteligencja z pewnością będzie przekraczała naszą zdolność pojmowania. Wobec niej będziemy jak mrówki wobec boga.

Gray miał dosyć tych spekulacji. To zagrożenie może zaczekać. Miał pilniejsze i bardziej palące zmartwienia.

– Co to ma wspólnego z napadem, z szukaniem Seichan i dzieci Monka?

Painter kiwnął głową, rozumiejąc jego zniecierpliwienie.

– Zamierzałem do tego dojść. Jak mówiłem, DARPA ładuje pieniądze w rozmaite projekty. I mam tu na myśli miliardy. Zeszłoroczny budżet przeznaczał sześćdziesiąt milionów na programy maszynowego uczenia, pięćdziesiąt na inteligentne przetwarzanie danych i czterysta na inne projekty. Ale znamienne… istotne dla naszej sprawy… jest sto milionów wydanych w tym roku na kategorię „Poufne programy”.

– Innymi słowy, tajne projekty – zauważył Gray.

– DARPA w sekrecie finansuje pewne podmioty, które nie tylko są bliskie stworzenia MSI, ale też prowadzą badania w określonym celu.

– Co to za cel?

– Upewnić się, że pierwsza MSI na tej planecie będzie dobrotliwa.

Kowalski prychnął pogardliwie.

– Czyli Kacper, przyjazny robot.

– Więcej niż „moralny” – poprawił Gray, dobrze orientujący się w temacie. – Maszyna, która nie zechce nas zabić, kiedy osiągnie boskość.

– DARPA traktuje to jako priorytet – podkreślił Painter. – Podobnie jak wiele innych grup badawczych. Machine Intelligence Research Institute. Center for Applied Rationality. Ale znacznie więcej jest organizacji ścigających się w stworzeniu zwykłej MSI.

– To głupie – ocenił Kowalski.

– Nie, to po prostu tańsze. Znacznie łatwiej i szybciej jest zbudować pierwszą MSI niż zaprojektować pierwszą bezpieczną MSI.

– A kiedy nagroda jest tak cenna, szybkość staje się ważniejsza od ostrożności – dodał Gray.

– Wiedząc o tym, DARPA finansuje i wspiera uzdolnione jednostki oraz projekty obiecujące stworzyć przyjazną MSI.

Gray wyczuł, że szef wreszcie dociera do sedna.

– I jeden z tych programów ma związek z tym, co się stało dziś wieczorem? – spytał.

– Tak. Obiecujący projekt na Uniwersytecie w Coimbrze w Portugalii.

Gray zmarszczył brwi. Dlaczego to brzmiało znajomo?

Painter sięgnął do komputera na biurku, stuknął w kilka klawiszy i otworzył przekaz wideo na jednym ze ściennych monitorów. Film pokazywał kamienną komnatę, widzianą z poziomu stołu. Po obu stronach stały regały zapełnione rzędami książek. Wokół stołu kręciło się kilka kobiet, patrzących prosto w kamerę. Poruszały ustami, ale nie było dźwięku.

Perspektywa wydała się Grayowi jakby znana. Domyślił się, że przekaz szedł z kamery wbudowanej w komputer. Kobiety chyba oglądały coś na monitorze w tej kamiennej celi.

– Ten materiał nakręcono w nocy dwudziestego pierwszego grudnia – oznajmił Painter.

Znowu coś tknęło Graya. Ta data. Ta lokalizacja. Zanim zdążył to odgrzebać, jedna z kobiet nachyliła się bliżej. Rozpoznał ją i gwałtownie wciągnął powietrze. Wstał i podszedł do ekranu.

– To Charlotte Carson – stwierdził, wiedząc już, co będzie dalej.

– Ambasador USA w Portugalii. Kierowała organizacją kobiet naukowców, Bruxas International, która finansowała setki badaczek na całym świecie poprzez granty, stypendia i nagrody. Bruxas przez długi czas było samowystarczalne, głównie dzięki hojności dwóch członkiń założycielek: Elizy Guerry i profesor Sato, przedstawicielek starych i nowych pieniędzy, w tej kolejności. Ale nawet ich kieszenie nie były wystarczająco głębokie. Żeby pomagać większej liczbie kobiet, organizacja szukała dodatkowego wsparcia, zbierając fundusze od korporacji i agencji rządowych.

Gray obejrzał się na Paintera.

– Niech zgadnę. Włącznie z DARPA.

– Tak, ale tylko żeby sfinansować kilka wyjątkowych osób spośród tych, którym przyznano granty. Jak projekt pewnej kobiety zwany Xénese. Co po galicyjsku znaczy „geneza”.

– Jeden z projektów przyjaznej MSI.

Painter skinął głową.

– Tylko doktor Carson wiedziała o zainteresowaniu DARPA tym projektem. Zaprzysiężono ją do dochowania tajemnicy. Nawet młoda kobieta kierująca tym programem, Mara Silviera… prawdziwy geniusz… nie wiedziała o naszym udziale. To znamienne.

– Dlaczego?

– Patrzcie.

Teraz już Kowalski dołączył do Graya przed ekranem. Komandor wiedział, co się stanie, w przeciwieństwie do olbrzyma. Kiedy grupa mężczyzn w długich szatach i opaskach wtargnęła do pokoju, Kowalski zaklął. Zrobił krok do tyłu, kiedy zaczęła się strzelanina. Ciała kobiet runęły na kamienną podłogę. Wielkolud odwrócił się od ekranu.

– Skurwiele – wymamrotał.

Gray zgodził się z jego opinią, ale patrzył dalej. Charlotte Carson osunęła się na podłogę, śmiertelnie ranna, wokół niej rozlewała się kałuża krwi. Kobieta wciąż jednak patrzyła w stronę kamery, unosząc brwi ze zdumienia.

– Na co ona patrzy? – rzucił Gray.

W odpowiedzi Painter zrobił zbliżenie na sam róg ekranu. Skupiony na grozie ataku, komandor nie zauważył, że otworzyło się tam małe okno. Painter puścił resztę nagrania. Na ściennym monitorze pojawił się symbol pentagramu. Zaczął szaleńczo wirować, potem nagle się rozpadł i na ekranie pozostał jeden świetlisty symbol.



– Sigma – wyszeptał Gray.

Nie gasząc symbolu na ekranie, Painter odwrócił się do Graya.

– To nagranie odkrył Interpol zaledwie osiemnaście godzin temu. Znalazł je policyjny ekspert komputerowy, który przeszukiwał laboratorium Mary Silviery na uniwersytecie. Wygląda na to, że kobiety z Bruxas uczestniczyły w sympozjum w Coimbrze i przyszły do uniwersyteckiej biblioteki, żeby obejrzeć demonstrację programu Mary Silviery, kiedy zostały napadnięte.

– Gdzie jest ta Silviera?

– Znikła. Jej pracy nie ma w laboratorium.