ZaksięgowaniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

POCA­ŁU­NEK
BIA­ŁEGO CHŁOPCA

Biały Chło­piec mówi: to nie jest miej­sce dla cie­bie, Zosiu.

Zosia kuca przed nim, fałd beżo­wej sukienki ści­śnięty mię­dzy kolan­kami, małe usta zagry­zione w dzie­cię­cym gry­ma­sie wiel­kiego zain­te­re­so­wa­nia. Słu­cha. Biały Chło­piec mówi: pokażę ci lep­sze miej­sca, Zosiu. Pokażę ci pięk­niej­sze miej­sca.

W szyby okna tysią­cami knykci cicho puka deszcz. Wiatr napiera na fra­mugę, spod drzwi do poko­iku wci­ska się prze­cią­głe fiu­uuu. Wszy­scy, nawet wiatr i deszcz, pra­gną zoba­czyć i posłu­chać Bia­łego Chłopca.

Sie­dzi na znisz­czo­nej desko­rolce z czer­wo­nym paskiem wzdłuż kra­wę­dzi, a jego przy­bru­dzone teni­sówki opie­rają się o meta­lowe trak­cje. Gar­ni­tur jest biały, tak jak włosy Bia­łego Chłopca, za to oczy czarne, głę­bo­kie. Patrzy nimi na Zosię i wyciąga ku niej prawą dłoń, zbyt pomarsz­czoną, by była to dłoń dziecka.

Zosia uśmie­cha się, bie­rze go za rękę. Biały Chło­piec wstaje, koniusz­kiem buta lekko trąca koniec desko­rolki, ta pod­ska­kuje i gładko wsuwa się w wycią­gniętą drugą dłoń.

Biały Chło­piec mówi: idziemy.

I idą.

* * *

Dorota Przy­był nie uwa­żała się za życio­wego nie­udacz­nika, wręcz prze­ciw­nie: zda­wało się jej, że pod­czas tych dwu­dzie­stu dzie­wię­ciu lat osią­gnęła zadzi­wia­jąco dużo, ale po pro­stu miewa pecha, tak jak teraz, kiedy przy wej­ściu do „Smyka” obsi­kał ją pies. Ni­gdy wcze­śniej nie myślała, że pies może kogoś tak znie­nacka obsi­kać – prze­cież do tego potrzebne jest unie­sie­nie nogi, jakaś chwila sku­pie­nia. Jak tu zaata­ko­wać kogoś z tej pozy­cji, obsi­kać? Nie, nie da się.

A jed­nak.

Mały owcza­rek nie­miecki spo­glą­dał na nią, jakby wła­śnie apor­to­wał kość, a nie zmo­czył jej ulu­bione dżinsy.

— To pani pies?

— Tak, mój — odpo­wie­działo to, co kryło się pod cięż­kimi zwa­łami moc­nego maki­jażu. — Coś się… Glo­ria! Glo­ria, jak mogłaś obsi­kać panią!

Kobieta odwró­ciła się do Doroty ple­cami i już zaj­mo­wała się tylko pie­skiem, zwra­cała mu uwagę, tłu­ma­czyła, że nie wolno. Dorota nie została zaszczy­cona już nawet spoj­rze­niem, nie odwró­ciły się do niej ani wła­ści­cielka psa, ani nawet Glo­ria – pies, któ­rego skrzyw­dzono. Mię­dzy tyl­nymi łapami Glo­rii koły­sały się bowiem jaja.

Pech to pech, pomy­ślała Dorota i weszła do sklepu. Zosia stała już przed sto­ja­kiem z zeszy­tami i miała oczy jak piłeczki do ping-ponga.

— Mamu­siu! Mamu­siu!

Pode­szła, poło­żyła dłoń na gło­wie dziew­czynki. Uwiel­biała to robić. Paweł tego nie cier­piał. Kła­dziesz jej rękę na gło­wie jak jakie­muś psu, powta­rzał. Na szczę­ście Pawła już nie było, przy­naj­mniej w jej życiu. Mogła teraz trzy­mać rękę na gło­wie córki tak długo, jak chciała.

— No co tu zna­la­złaś, kocha­nie?

Rączki dziew­czynki błą­dziły po lśnią­cych kolo­ro­wych powierzch­niach, nie­zde­cy­do­wane, przy­tło­czone ogro­mem piękna zeszy­tów w twar­dej opra­wie. Zosi obo­jętne były gry kom­pu­te­rowe, a bajki na DVD oglą­dała z sze­roko otwartą buzią i przez pierw­sze pół godziny zie­wała, by w kul­mi­na­cyj­nych momen­tach zasy­piać jak kociak na słońcu. Zachwy­cały ją za to rze­czy naj­prost­sze: przy­nie­sione do domu kwiaty wpra­wiały ją w stan rado­snego szcze­bio­ta­nia (naj­bar­dziej lubiła tuli­pany), kredki i blok sta­no­wiły naj­lep­szą zabawkę, a na staw i drzewa w parku mogłaby patrzeć chyba do końca świata. Czę­sto sia­dała z bab­cią i słu­chała jej opo­wie­ści o daw­nych, dziw­nych cza­sach – bab­cia w buja­nym fotelu robiła swe­ter na dru­tach, Zosia na dywa­nie, wpa­trzona w bab­cine oku­lary. W ogóle maleń­kie miesz­ka­nie babci i dziadka było dla dziew­czynki miej­scem prze­sy­co­nym magią o zapa­chu naf­ta­liny: nie­modny tele­fon sto­jący na kre­den­sie, stara kie­row­nica z poprzed­niej tak­sówki dziadka, wisząca na ścia­nie w przed­po­koju, i wielki, okrą­gły dębowy stół.

Ostat­nio Zosię zafa­scy­no­wały zna­le­zione w łazience mrówki. Zanim Dorota zorien­to­wała się, co tak bar­dzo zacie­ka­wiło córkę, ta przez ponad godzinę ukry­wała się w wan­nie i wysta­wia­jąc nie­znacz­nie głowę, obser­wo­wała małe stwo­rzonka masze­ru­jące po pod­ło­dze. Krzy­czała potem pod­eks­cy­to­wana, żeby nie robić im krzywdy, bo „to som grzeczne mrófki, one som bar­dzo grzeczne mrófki i bar­dzo pra­co­wite na doda­tek!”.

Dorota już kilka razy zła­pała się na tym, że zasta­na­wia się, jak to wraż­liwe dziecko da sobie radę w życiu. Jak pora­dzi sobie z męż­czy­znami. Z całym zastę­pem Paw­łów Przy­by­łów, cze­ka­ją­cych tylko na oka­zję, by wje­chać w jej codzien­ność z siłą bul­do­żera.

— Nie moge siem zde­cy­do­wać, mamo — powie­działa, unio­sła głowę i uśmiech­nęła się prze­pra­sza­jąco, pięk­nie.

— Nie spiesz się. Wybierz, a mamu­sia poszuka cze­goś dla sie­bie.

W kwia­ciarni popsuł się kal­ku­la­tor, już dawno obie­cała sobie, że wysko­czy w ciągu dnia i kupi taki duży, z przy­ci­skami, które mógłby obsłu­gi­wać nawet słoń. Sta­nęła przed gablotą. W tafli szkła poja­wiło się odbi­cie jej twa­rzy.

— Coś podać? — zapy­tał sprze­dawca.

— Ten duży. — Dotknęła szkła pal­cem. Od jak dawna nie było na nim obrączki? — Mógłby pan poka­zać?

Sprze­dawca wrę­czył jej kal­ku­la­tor, a ona, zasta­na­wia­jąc się, raz jesz­cze zer­k­nęła na odbi­cie. W grun­cie rze­czy, wyglą­dała tro­chę jak na zdję­ciach z pierw­szych waka­cji po ślu­bie. Wtedy jed­nak, na każ­dym z nich, ota­czało ją ramię męża.

Zawsze pocią­gali ją faceci twar­dzi, pewni sie­bie, a jeśli już kochała, to kochała fatal­nie. Lubiła seks i zda­rzało jej się wylą­do­wać w łóżku z kimś zupeł­nie przy­pad­ko­wym. Wio­dła roz­ryw­kowe życie aż do chwili, kiedy poja­wił się Paweł Przy­był – niczym tor­nado, nagle, mocno, zabie­ra­jąc wszystko bez pyta­nia o zgodę. Przy­szły Król Brudu zabrał jej serce, hobby, wolny czas i spo­kój. Pod­dała się miło­ści, nie mogła z nią wal­czyć. Spró­buj­cie kop­nąć tor­nado.

— Popro­szę.

Kupiła kal­ku­la­tor do kwia­ciarni, a Zosi spra­wiła piękny pamięt­nik.

— Pamient­nik! — Cie­szyła się mała, kiedy szły Toruń­ską, mija­jąc tłumy wycho­dzące z Bie­dronki. — Mój mały pienkny pamient­nik!

— Tylko uwa­żaj, skar­bie, bo pana potrą­cisz. Widzisz prze­cież, tu idzie pan, tu drugi pan i trzeci pan z panią.

— A za nimi dwie dziew­cynki — odparła Zosia, wyma­chu­jąc nad głową pamięt­ni­kiem o jasno­zie­lo­nej okładce z palemką. — Duza i duza.

— Duża i duża? — Dorota uśmiech­nęła się, a męż­czy­zna przed nią, wielki zwa­li­sty facet w spra­nej koszulce z nadru­kiem Mari­lyn Man­son, wyszcze­rzył zepsute koń­skie zębi­ska.

Skoro wszy­scy się uśmie­chali, zro­biła to też Zosia. Roz­pro­mie­niona, pod­sko­czyła, ści­ska­jąc dłoń mamy i powtó­rzyła:

— Duza i duza.

* * *

Biały Chło­piec mówi: wiem, że ci się podo­bało, Zosiu.

Zosia spusz­cza wzrok, by po chwili unieść go z powro­tem i wle­pić w czarne oczy Chłopca. Tak, podo­bało jej się.

Biały Chło­piec siada na desko­rolce i krzy­żuje blade nogi, szu­ra­jąc teni­sów­kami o szwedz­kie panele pod­ło­gowe w pokoju Zosi. Zamy­śla się na chwilę.

— Czy chcia­ła­byś udać się tam jesz­cze raz, Zosiu?

Dziew­czynka kiwa głową. Oczy­wi­ście, chcia­łaby!

— W takim razie opo­wiem ci, co jest tam dalej. Jak jest tam pięk­nie. Chcesz posłu­chać, Zosiu?

Ener­gicz­nie kiwa głową, a Biały Chło­piec pochyla się i szep­cze jej do ucha.

Szep­cze bar­dzo długo.

* * *

Jeśli ist­niało na świe­cie ide­alne prze­ci­wień­stwo Pawła Przy­była, to jego wcie­le­niem był pan Irek. Pan Irek od ole­jów. Pan Irek, któ­rego poznała zupeł­nie przy­pad­kowo.

Każ­dego ranka, czar­nym jak obsy­dian mer­ce­de­sem vito, koja­rzą­cym się raczej z prze­my­słem pogrze­bo­wym niż kwia­to­wym, przy­jeż­dżał do kwia­ciarni dostawca Kuba. Miał wielki obwi­sły brzuch i łagodne uspo­so­bie­nie. Dźwięczny śmiech kon­tra­sto­wał z jego ogromną, tłu­stą posturą. Któ­re­goś razu przy­je­chał z kolegą, Irkiem, który miał chyba naj­wyż­sze czoło na świe­cie.

Pod­cią­ga­jąc pasek wiecz­nie zsu­wa­ją­cych się z tyłka spodni, Kuba mach­nął ręką za sie­bie, wska­zu­jąc drzwi, przy któ­rych stał zna­jomy.

— Irek — przed­sta­wił go. Odwró­cił się do dziew­czyn, zata­cza­jąc łuk ręką. — Dorota i Marta.

— Miło mi. — Marta, kole­żanka Doroty, cho­dząca dobroć i jedno wiel­kie uoso­bie­nie hasła „Nało­gowy palacz”, podała rękę męż­czyź­nie i wzięła od Kuby fak­turę.

— Dorota. Miło mi.

— Irek. To mnie jest miło.

Po krót­kiej chwili Dorota zorien­to­wała się, że wciąż ści­ska jego dłoń. Puściła ją nagle, jak dziew­czynka w pod­sta­wówce, która po raz pierw­szy nie­chcący dotknęła przed­sta­wi­ciela płci prze­ciw­nej.

Nie miała gdzie uciec, w kwia­ciarni było wąsko, a nie­mal całą prze­strzeń zaj­mo­wał teraz Kuba. Mruk­nęła coś pod nosem, uśmiech­nęła się, zer­k­nęła raz jesz­cze.

Nie­wy­obra­żal­nie Wyso­kie Czoło stał oparty o fra­mugę, w pozie, która przy­wo­dziła na myśl jedno słowo: SCHLUD­NOŚĆ. Włosy led­wie zauwa­żal­nie pocią­gnięte żelem, oku­lary w gru­bych ciem­nych opraw­kach, dokład­nie ogo­lony zarost (bar­dzo mocny – spod policz­ków prze­bi­jała sina barwa), sta­ran­nie wypra­so­wana koszulka polo, deli­katna opa­le­ni­zna (sola­rium cztery razy po pięć minut), jasne dżinsy i lśniące lakierki.

Dorota kochała schlud­nych męż­czyzn i to wła­śnie dla­tego ostat­nie lata z Paw­łem przy­pra­wiały ją nie­mal o tor­sje. Oprócz tego, że z cudow­nego, szar­manc­kiego faceta stał się zaro­zu­miałą i podłą świ­nią bez serca, Paweł Przy­był w ciągu sze­ściu lat ich mał­żeń­stwa coraz bar­dziej przy­po­mi­nał nie­chluja. Ba, dopro­wa­dził nie­chluj­stwo i nie­dbal­stwo do per­fek­cji. Stał się Nie­do­my­tym Oble­chem, Kró­lem Brudu, a ona w myślach nie potra­fiła już nazy­wać go ina­czej.

 

— Strasz­nie trudno tu obok pań zapar­ko­wać — powie­dział Irek swo­bod­nie, takim gło­sem, jakby całe życie przy­go­to­wy­wał się do wypo­wie­dze­nia tego wła­śnie zda­nia.

— Wie pan, jak każdy chce kupić kwiaty u naj­faj­niej­szych kwia­cia­rek w całym mie­ście, to tak póź­niej jest… — Uśmiech­nęła się, żart w sumie kiep­ski, ale jak na nią, wyszedł cał­kiem, cał­kiem.

— No, oczy­wi­ście. Prze­cież wła­śnie z tego samego powodu przy­je­cha­łem tu z Kubą. Do naj­faj­niej­szych pań kwia­cia­rek w mie­ście.

— Dobrze pan zro­bił.

— Wła­śnie widzę. — Uśmiech­nął się i w tam­tej chwili Nie­wy­obra­żal­nie Wyso­kie Czoło stał się panem Irkiem. A zaraz potem – po pro­stu Irkiem.

* * *

Za pierw­szym razem umó­wili się w kinie i Dorota miała wra­że­nie, że wybrali naj­go­rzej, jak mogli. Film z zało­że­nia miał być kome­dią o psie, ale z tego, co zauwa­żyła, kome­dią nie był na pewno i nawet pies oka­zał się jakiś taki smut­nawy. W ogóle, jeśli można w tej kwe­stii gene­ra­li­zo­wać, wyj­ście do kina na pierw­szej randce jest pomyłką: sie­dzisz obok tej dru­giej osoby, chcesz poka­zać się z jak naj­lep­szej strony, popa­trzeć w oczy, opo­wie­dzieć coś zabaw­nego, a tu moż­li­wo­ści zerowe: gapisz się więc w ekran, nie zwra­ca­jąc nawet uwagi na to, co poka­zują. Myśli krążą wokół osoby sie­dzą­cej dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów obok. „Czy on sły­szy, że tak gło­śno oddy­cham?”, „Czy to drgnię­cie ręki ozna­cza, że chciał dotknąć mojej dłoni?”, „Czy ja wła­śnie siorb­nę­łam? Po cho­lerę w ogóle ta cola? Prze­cież ni­gdy nie piję coli!” – Dorota mogła się zało­żyć, że mało kto potra­fiłby stre­ścić film obej­rzany na pierw­szej randce. Nawet jeśli ten ktoś miałby dwa­dzie­ścia dzie­więć lat i roz­wód na kon­cie.

— Jak film? — Irek uśmiech­nął się, kiedy wycho­dzili z sali, a jego czoło, odbi­ja­jące jasne świa­tło setek wpusz­czo­nych w sufit halo­ge­nów, wyda­wało się jesz­cze wyż­sze niż zwy­kle.

— Fajny — odparła, poprze­dza­jąc słowo „fajny” czymś na podo­bień­stwo gwizdu. Wyszło z tego „yiiiiii­fajny”, co odczy­ty­wać nale­żało jed­no­znacz­nie.

Yiiiiii­fajny zna­czy po pro­stu: do dupy.

— Tak szcze­rze? — Pochy­lił się w jej stronę, popra­wia­jąc oku­lary. — Uwa­żam, że był kom­plet­nie do bani.

— Tak szcze­rze? — Dorota zwol­niła kroku, prze­pusz­cza­jąc rudo­włosą kobietę goniącą dwójkę dzieci, które rzu­cały dokoła popcor­nem. — Chyba muszę się zgo­dzić.

Uśmie­chali się do sie­bie przez krótką chwilę, która była znacz­nie przy­jem­niej­sza niż cały dwu­go­dzinny pobyt w sali kino­wej.

— Jeśli to jest randka… — zaczął Irek, prze­pusz­cza­jąc ją w drzwiach.

— Chyba jest — prze­rwała mu. — Trudno byłoby to nazwać ina­czej.

— W takim razie mam pyta­nie.

— Tak?

— Czy dasz mi szansę na jej ura­to­wa­nie?

Uśmiech­nęła się i wyszli z budynku.

* * *

Biały Chło­piec sunie po ogrom­nej płasz­czyź­nie. Kuca, przy­trzy­mu­jąc desko­rolkę dło­nią. Drugą rękę zaci­ska na nad­garstku Zosi, klę­czą­cej tuż za nim, wtu­lo­nej w biały gar­ni­tur. Powie­trze prze­sy­cone jest zapa­chem naf­ta­liny.

A dookoła cuda.

Pod sele­dy­no­wym nie­bem wiszą cięż­kie chmury, utkane z tuli­pa­nów we wszyst­kich kolo­rach, nawet takich, o któ­rych ist­nie­niu nie miała poję­cia. Co chwilę z tych cudow­nych kolo­sów odrywa się poje­dyn­czy pła­tek i powoli opada w cie­płym powie­trzu. Jeden taki maleńki szy­bo­wiec, żółty i śliczny, ląduje na ramie­niu dziew­czynki. Zosia uważa, żeby nie spaść z desko­rolki, wcze­pia się w Bia­łego Chłopca i ze śmie­chem pod­nosi pła­tek.

W oddali maja­czy coś wiel­kiego niczym blok miesz­kalny. Zbli­żają się szybko, a wiatr roz­wiewa włosy Zosi, two­rząc z nich długą, jasną smugę. Kiedy są już bli­sko, Zosia dostrzega, że to jed­nak nie blok. Przed nimi, w wiel­gach­nym buja­nym fotelu, sie­dzi ogromna mrówka, pokryta różo­wym futer­kiem. Nosi oku­lary o gru­bych szkłach, a w odnó­żach trzyma nie­zli­czone ilo­ści dru­tów, któ­rymi tka wszystko, co znaj­duje się dokoła. Ze sta­lo­wych igieł spły­wają tysiące gru­bych nici, wni­ka­ją­cych w gładką pod­łogę, która wygląda jak trawa przy­kryta szybą, w drzewa i cicho szem­rzący stru­myk. Nad stru­mykiem pasą się nie­bie­sko-żółte zebry.

Kil­ka­set nici łączy się z cien­kimi gałąz­kami drzewa rosną­cego nie­opo­dal stru­myka. Po jego gru­bym pniu bie­gają małe puchate kotki, gania­jące się z rado­snym miau­cze­niem. Korona drzewa zro­biona jest z maka­ronu, a wszystko polane zostało tru­skaw­ko­wym sosem z olbrzy­mimi kawał­kami bia­łych bana­nów. Pro­mie­nie słońca odbi­jają się z bla­skiem od gęstej i słod­kiej mazi. To jej ulu­biona potrawa. Zosia jest urze­czona.

Nagle, na wło­cha­tych, cien­kich jak patyki nogach wycho­dzi zza drzewa nie­modny tele­fon, aby minąć ich bez słowa i w zamy­śle­niu skie­ro­wać się w stronę poma­rań­czo­wego słońca, wiszą­cego wysoko nad hory­zon­tem. Zatrzy­mują się. Tele­fon nagle dzwoni, jedna z wło­cha­tych nóg pod­nosi słu­chawkę z wła­snej głowy, roz­ma­wia z kimś cicho i odwraca się do dziew­czynki. Ciemna czwórka i ósemka na cyfer­bla­cie spo­glą­dają z zacie­ka­wie­niem, po chwili Tele­fon pyta uprzej­mym gło­sem:

— Zosia?

Potwier­dza ski­nie­niem głowy.

— To do cie­bie, Zosiu — mówi Tele­fon, poda­jąc nogą słu­chawkę.

* * *

Sie­dzieli w nowo otwar­tej cze­ko­la­de­rii i zanu­rzali dorodne tru­skawki w gęstej, cudow­nie mlecz­nej fon­tan­nie cze­ko­lady.

— Dziwne — powie­działa Dorota i nabiła na paty­czek doj­rzały owoc. Zanu­rzyła go, odcze­kała chwilę, po czym wsu­nęła do ust, zosta­wia­jąc błysz­czący ślad na war­gach.

— Co takiego? — Irek miał już dość. Odsu­nął swój paty­czek i roz­parł się wygod­nie na mięk­kiej kana­pie.

— Ta randka. Wiesz, mamy już swoje lata, żadne z nas nie liczy chyba na motyle w brzu­chu…

Kolejny owoc oto­czony cie­płą cze­ko­ladą wylą­do­wał w ustach Doroty.

— … a mimo to czuję się zestre­so­wana. Teraz już może nie tak bar­dzo, ale w kinie strasz­nie. No strasz­nie.

— To chyba dla­tego, że dawno nie byłaś na randce. Ja zresztą też.

— Moż­liwe…

— Słu­chaj, Dorota, jak mówisz, jeste­śmy doro­śli; to bądźmy też szcze­rzy. Mam nadzieję, że nie obra­zisz się za to, co powiem.

Unio­sła brwi, paty­czek zastygł w poło­wie drogi do cze­ko­la­do­wej fon­tanny.

— Mam wielką ochotę cię zerżnąć.

Prze­łknęła ślinę. Czy on naprawdę to powie­dział…?

— Wiem, jak to brzmi. Tra­gicz­nie. Ale prze­cież nie jestem gów­nia­rzem, nie spo­tka­łem się z tobą dla seksu. Po pro­stu wyglą­dasz świet­nie i jedyne, o czym w tej chwili mogę myśleć, to twoje ciało. To, jak cię roz­bie­ram, całuję, a potem się rżniemy. Wybacz słow­nic­two. Jakoś inne nie przy­cho­dzi mi do głowy.

Paweł był z początku taki sam. Pewny sie­bie, kozak, który ni­gdy nie odwraca wzroku, nawet kiedy mówi takie słowa. Mocne, odważne. Każda kobieta obrazi się za taką pro­po­zy­cję i każ­dej się ona spodoba.

— Wiesz, gdy­by­śmy byli młodsi, pew­nie dostał­byś w twarz.

— Domy­ślam się.

— Ale nie jeste­śmy.

— Nie.

Chwy­ciła torebkę, on rzu­cił bank­not na stół.

Kel­ner dzi­wił się potem, że można tak szybko opu­ścić lokal.

Mieli tu prze­cież naj­lep­szą cze­ko­ladę w mie­ście.

* * *

Zosia pod­nosi słu­chawkę, a z gło­śnika dobiega kle­ko­czący śmiech.

— Ale numer — zaśmiewa się ktoś do roz­puku. — Nor­mal­nie nie wie­rzę. Zosia tutaj? Ależ cudow­nie!

— Halo? Kim pan jest?

— Jaki pan? Jaki pan?! No, już ja ci dam pana! Kie­row­nica jestem. Stara Kie­row­nica! Witamy w Świe­cie Naf­ta­liny! Powiedz pro­szę Bia­łemu Chłopcu, że wszy­scy tu bar­dzo się cie­szymy z two­jego przy­jazdu. Zapra­szamy czę­ściej! No musisz prze­cież zoba­czyć wszyst­kie atrak­cje, a wierz mi, jest ich wiele! Nie­stety, muszę już koń­czyć. Sama rozu­miesz, Zosiu, obo­wiązki. Obo­wiązki! Do zoba­cze­nia zatem, jestem dobrej myśli!

Tele­fon z sze­ro­kim uśmie­chem odbiera słu­chawkę i odwie­sza ją sobie na głowę, po czym bez słowa znika za sze­ro­kim pniem. Jedna z nie­bie­sko-żół­tych zebr pod­cho­dzi do nich, kła­dzie głowę na kola­nach Zosi.

— Pięk­nie tu, prawda, Zosiu? — pyta Biały Chło­piec.

Głasz­cząc zebrę po grzy­wie, dziew­czynka otwiera usta w wyra­zie nie­mego zachwytu, żaden dźwięk nie wydo­bywa się z jej gar­dła. Nie potrafi nazwać tego, co widzi. Wie tylko jedno: bar­dzo, bar­dzo chcia­łaby tu zostać. Nawet bez mamusi.

Biały Chło­piec kuca przed nią i pyta:

— Czy chcia­ła­byś odwie­dzać to miej­sce czę­ściej?

Zosia kiwa głową – tak, oczy­wi­ście, chcia­łaby!

— Chyba będziesz mogła, ale pod jed­nym warun­kiem.

Zosia unosi wzrok, zacie­ka­wiona patrzy w czarne oczy Chłopca. Ten pochyla się i szep­cze jej na ucho:

— Mam poca­ło­wać takie bzyd­kie, brudne coś? — pyta, zasko­czona tak niską ceną. — Takie coś, co lezy na ziemi?

Biały Chło­piec kiwa głową.

— Tak, Zosiu, wła­śnie to masz zro­bić. Wtedy będę mógł zabie­rać cię tu czę­ściej. Może nawet bar­dzo czę­sto. Ale teraz czas na nas, Zosiu. Następ­nym razem pokażę ci wię­cej.

Kiedy sunąc w stronę pokoju Zosi, zni­kają za hory­zon­tem, Tele­fon ociera pot z cyfer­blatu, drzewo zrzuca z sie­bie maka­ron, a ogromna mrówka odkłada druty i wygina gębę w strasz­li­wym gry­ma­sie.

* * *

Dopa­dli do sie­bie jesz­cze na klatce scho­do­wej, Irek zerwał z niej majtki, zaci­snął je w pię­ści. Wepchnęła go do miesz­ka­nia, prze­wró­ciła na chłodne kafelki w przed­po­koju. Po chwili gorącz­ko­wego uwal­nia­nia się z ubrań, leżeli sple­ceni w uści­sku.

Kochali się długo i gwał­tow­nie; na ple­cach i poślad­kach zosta­wiała mu czer­wone pręgi po paznok­ciach, on unie­ru­cha­miał jej ręce nad głową, gniótł w uści­sku. Kochali się, jakby byli na sie­bie źli, choć oboje wie­dzieli, że są źli na świat, a nie na sie­bie. Na świat, który ich oszu­kał, nazna­czył w wieku trzy­dzie­stu lat samot­no­ścią, od któ­rej z każ­dym rokiem trud­niej uciec.

— To jest ten moment, kiedy zasta­na­wiasz się, co teraz — powie­działa mu, odpa­la­jąc pierw­szego od prze­szło pół­tora roku papie­rosa. Jedna paczka cien­kich Vogue’ów leżała na dnie szu­flady, jako dowód zwy­cię­stwa nad nało­giem. Zna­la­zła ją i nie­mal roze­rwała na strzępy, wyry­wa­jąc ze środka cudow­nie gładki papie­ros.

Irek pod­niósł się z pod­łogi i ocię­ża­łym kro­kiem prze­szedł przez pokój do para­petu. Za oknem było już ciemno. Dło­nie na bia­łej powierzchni, czoło zetknięte z chłodną szybą.

— Ja ci mówię, to jest począ­tek pięk­nej zna­jo­mo­ści.

Spoj­rzeli na sie­bie i rów­no­cze­śnie par­sk­nęli śmie­chem.

* * *

Zosia nie chciała wra­cać, coś ją przy­cią­gało do miesz­ka­nia dziad­ków, nie pozwa­lało wyjść; pła­kała, co rusz wbie­gała do pustej sypialni i cho­wała się za brą­zową zasłonką, tą samą, którą Dorota uwa­żała za jedną z naj­bar­dziej obrzy­dli­wych rze­czy na świe­cie. Matka była nie­ugięta, zasłonki nie zdjęła.

A Zosia nie chciała iść do domu.

— Mamu­siu, a cy ja nie mogę zostać tu u babci na tro­skę jesce?

— Nie, nie możesz, kocha­nie. Idziemy do domku, chodź, zało­żymy buty. Mamu­sia nie ma czasu.

— Ale ja bym bar­dzo chciała.

— Ale ja bym nie chciała — Dorota mówiła coraz gło­śniej­szym tonem. — Zakła­damy buty, Zosiu!

Z mar­kotną miną, śmier­tel­nie obra­żona i zła, Zosia ubrała się i poszły. W gło­wie Doroty wiro­wały obrazy sprzed godziny: ryt­miczne ruchy bio­der Irka, mię­śnie poślad­ków, w które wbi­jała palce, jego oczy patrzące na nią tak zachłan­nie.

Nocne niebo zaszło sza­rym kożu­chem, by po chwili wypluć z sie­bie strugi cie­płego desz­czu.

* * *

Biały Chło­piec pró­buje ener­gicz­nym ruchem swo­ich sta­rych dłoni otrze­pać nogawki bia­łego gar­ni­turu z kurzu, czer­wony pasek na kra­wę­dzi desko­rolki jest wyraź­nie widoczny na tle brą­zo­wej kotary, zwie­sza­ją­cej się pro­sto z nieba.

— Taka zasłonka jak u babci! — Zosia pod­cho­dzi do Chłopca i siada na desko­rolce. Deska jest cie­pła i miękka.

 

— Tak, Zosiu. A teraz zro­bisz to, o co cię pro­si­łem. Chodź.

Łapie dziew­czynkę za rękę i pro­wa­dzi w kie­runku kotary. Do nosa Zosi dociera zbu­twiały zapach zgni­łych jabłek, wzbo­ga­cony wonią kurzu i dwor­co­wej toa­lety. Zakrywa usta, robi brzydką minę.

— Błee… śmier­dzi.

— Tro­chę — Biały Chło­piec staje się jakiś nie­obecny, zwal­nia uścisk, wpa­truje się w kotarę.

Docho­dzą do miej­sca, w któ­rym tka­nina roz­lewa się po szkla­nej pod­ło­dze, pod którą na­dal widać zgnie­cioną trawę, i cuch­nie jesz­cze bar­dziej. Ciemne fałdy ota­czają kształt jesz­cze ciem­niej­szy. W pry­wat­nej skali ciem­no­ści wło­chata kulka, wysta­jąca spod mate­riału, jest jedną z najciem­niej­szych rze­czy, jakie zda­rzyło się Zosi widzieć.

— Co to?

— To Mała Brzydka Rzecz. Musisz ją tylko poca­ło­wać.

— Zeby móc tu z tobą psy­jez­dzać?

— Tak. Wła­śnie tak, Zosiu.

— A cemu to jest Mała Bzydka Zec?

— Hmm… — Chło­piec cią­gle wpa­truje się w ciemne dra­pe­rie ogrom­nego mate­riału. — Bo nie wszyst­kie rze­czy na świe­cie są ładne. Dla­tego musisz ją poca­ło­wać, Zosiu. Żeby… żeby nie było jej przy­kro.

— A jej jest psy­kro?

— Oczy­wi­ście. Prze­cież jest Małą Brzydką Rze­czą. Uklęk­nij.

Zosia wie, że mamu­sia nie chcia­łaby, aby cało­wała taką rzecz. Na pewno byłaby na nią bar­dzo zła. Ostat­nio mamu­sia czę­sto bywa zła, tak jak wtedy u babci, kiedy nakrzy­czała na nią i kazała iść do domu. A ona chciała zostać. Chciała raz jesz­cze odwie­dzić Bia­łego Chłopca.

Klęka.

— Dotknij tego, nie bój się, Zosiu.

Dotyka.

— Poca­łuj teraz. Mała Brzydka Rzecz się ucie­szy.

Pochyla się.

Niżej.

Jesz­cze niżej.

Smród ude­rza w twarz. Jest tak silny, że Zosia czuje, jakby w jej brzuszku rodził się wir, niczym w pralce mamusi. Wir za chwilę uro­śnie, sta­nie się tor­na­dem, które wyrzuci z Zosi jogurt, zje­dzony u babci, i te pyszne dwa nale­śniki z cukrem. Przed oczami na chwilę zapada ciem­ność, w ustach dziew­czynki poja­wia się słony smak.

Pochyla się jesz­cze niżej, słony posmak staje się wyraź­niej­szy.

— Poca­łuj — szep­cze Biały Chło­piec.

Zosia robi usta w dziu­bek, Mała Brzydka Rzecz poru­sza się led­wie zauwa­żal­nie. Dopiero z bli­ska widać, że two­rzą ją poskle­jane czarne włosy.

— Jeśli poca­łu­jesz Małą Brzydką Rzecz, mamu­sia już ni­gdy na cie­bie nie nakrzy­czy. I zawsze będzie ci pozwa­lała bawić się u babci tak długo, jak tylko będziesz chciała, Zosiu. Poca­łuj.

Całuje. Wargi naj­pierw deli­kat­nie muskają owło­sioną, gorącą powierzch­nię, a gdy dziew­czynka przy­ci­ska mocno buzię, roz­lega się ciche cmok.

Mała Brzydka Rzecz drga, pod skórą, jak fala na wodzie, prze­ta­cza się coś gorą­cego.

— Wspa­niale, Zosiu — szep­cze Biały Chło­piec, pochy­la­jąc się nad dziew­czynką. — Wspa­niale. Mała Brzydka Rzecz jest teraz zado­wo­lona. Dzięki tobie. Dzię­kuję. Dzię­ku­jemy.

* * *

— Co piszesz, kocha­nie?

Zosia wsu­nęła koniu­szek języka z powro­tem mię­dzy wargi, odło­żyła czer­wony dłu­go­pis i pod­nio­sła wzrok na mamę, sia­da­jącą obok na łóżku.

— Pamient­nik.

— I co tam piszesz? Poka­żesz mamusi?

— Nie. Nie moge.

— A dla­czego nie możesz poka­zać? Nawet mamusi?

— Nie moge, bo to tajem­nica.

— A kie­dyś poka­żesz?

— Kie­dyś chyba tak. — Dziew­czynka poki­wała poważ­nie głową i scho­wała pamięt­nik pod poduszką z nadru­kiem przed­sta­wia­ją­cym psa Pio­runa.

— Słu­chaj, kocha­nie, mamu­sia musi ci coś powie­dzieć. — Dorota przy­tu­liła córkę i posa­dziła sobie na kola­nach. Jasne włosy roz­sie­wały wokół ten nie­winny zapach, a Zosia, zupeł­nie nie­za­in­te­re­so­wana tym, co mówiła mama, spo­glą­dała na gołę­bia dzio­bią­cego bułkę na bal­ko­nie pań­stwa Lesz­czyń­skich.

— Dzi­siaj wie­czo­rem przyj­dzie do nas nowy wujek. Wujek jest kolegą mamusi i jest bar­dzo miły. Chcia­ła­bym, żebyś ty też była dla niego miła.

— Dobrze, mamu­siu. A czy ty kie­dyś widzia­łaś Małą Brzydką Rzecz?

Twarz Doroty ozdo­bił pełen zakło­po­ta­nia uśmiech. Już miała odpo­wie­dzieć, słowa omal ule­ciały jej z ust. W ostat­niej chwili powstrzy­mała się i poło­żyła córce rękę na gło­wie („Jak psu! Kła­dziesz jej tę rękę na gło­wie jak jakie­muś psu”) – docie­ka­nie, o co może cho­dzić jej córce, naj­czę­ściej nie miało żad­nego sensu.

— Tak, kocha­nie — odparła, wycho­dząc z pokoju. — Widzia­łam w życiu kilka małych brzyd­kich rze­czy.

* * *

— Ceść.

— Ona nie mówi — szep­cze Biały Chło­piec.

— Dla­cego?

— Bo nie. Ale chcia­ła­byś, żeby Mała Brzydka Rzecz mówiła?

— Noo… — Zosia myśli o tym, jak wspa­niale byłoby, gdyby mogła z nią poroz­ma­wiać. Opo­wie­dzia­łaby o mamusi i o tym, jaka potrafi być dla niej nie­do­bra. O tym, że nie pozwala zry­wać kwiat­ków z klombu przy parku i krzy­czy na nią, kiedy Zosia chce zostać u babci.

— Jak będziesz ją cało­wała za każ­dym razem, i to po kilka razy, to myślę, że tak. Że zacznie mówić.

— Dobze — odpo­wiada dziew­czynka i czuje, jak chłód szkla­nej pod­łogi wnika w kolana. Opiera dło­nie o szybę, pochyla się na czwo­ra­kach i całuje czarną, cuch­nącą skle­ja­ninę wło­sów.

— Bar­dzo dobrze, Zosiu. Teraz możemy już iść. Możemy prze­je­chać się obok tego naj­więk­szego kwiatu paproci. Jest wyż­szy niż wszyst­kie bloki w mie­ście, prawda?

— Uhm… — Zosia kiwa głową, nie odry­wa­jąc wzroku od wło­cha­tej kulki. — Ona ma tu takie twarde coś.

— Tak, moż­liwe. — Biały Chło­piec prze­łyka ślinę. — Jedziemy?

— Chcia­ła­bym tu zostać jesce tro­skę. Z Małą Bzydką Zecą.

— Oczy­wi­ście. — Biały Chło­piec odwraca się do niej ple­cami i wska­kuje na desko­rolkę.

* * *

Irek wpro­wa­dził się dwa mie­siące po pierw­szej randce. W tym cza­sie Zosia zdą­żyła poca­ło­wać Małą Brzydką Rzecz dokład­nie pięć­set sie­dem­dzie­siąt cztery razy.

Dorota coraz czę­ściej zasta­na­wiała się, co też takie dziecko może wypi­sy­wać w pamięt­niku. Kiedy pew­nego wie­czoru weszła do pokoju małej, zoba­czyła, że nie­mal połowa notat­nika jest już zapi­sana. Zosia scho­wała wtedy bły­ska­wicz­nie zeszyt pod poduszkę. Po raz kolejny sta­now­czo odmó­wiła zdra­dze­nia jego tre­ści.

Trudno jed­nak było przy­kła­dać do tego dużą wagę, kiedy na głowę Doroty zwa­liły się w tam­tym cza­sie znacz­nie więk­sze pro­blemy.

Paweł przy­je­chał do mia­sta i oka­zało się, że nie­mal zrósł się z butelką. Pił w trupa, gran­dził i – z tego co mówiła Julia, jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka – dwa razy wylą­do­wał w kiciu na cztery osiem. Doro­bił się bli­zny na nosie i lewym policzku, zarost nie­ustan­nie pokry­wał mu szczękę brud­nawą szcze­ciną, a dżinsy cuch­nęły chyba wszyst­kim, co moż­liwe. Klo­szard, wygląda jak klo­szard, myślała Dorota, kła­dąc się do łóżka wie­czo­rem, w dniu, w któ­rym zoba­czyła go na ulicy. Zgar­biona postać sunęła chod­ni­kiem, oddzie­lona od niej jedy­nie szybą czte­ro­let­niego focusa Irka.

Jechali na komu­nię kuzynki, a ona na świa­tłach przy­glą­dała się byłemu mężowi, któ­remu nie dałaby się teraz dotknąć nawet przez folię. Odwró­ciła wzrok i pogło­śniła radio. Król Brudu spoj­rzał na nią i oczy roz­warły mu się, jakby zamiast niej, wła­śnie zoba­czył ducha. Otwo­rzył usta, uniósł dłoń, zie­lone, poje­chali.

Król Brudu, myślała, wsłu­chu­jąc się w spo­kojny oddech Irka. Pomy­śleć, że kie­dyś mogłam go kochać…

* * *

Nałóg powró­cił, i to z olbrzy­mią siłą, jakby przez cały ten czas, kiedy nie się­gała po papie­rosa, niko­ty­nowy głód rósł w niej i pęcz­niał, by teraz wydo­stać się na zewnątrz w jakiś dziki i nie­kon­tro­lo­wany spo­sób. Paliła nie­mal bez prze­rwy.

Irek poszedł wyrzu­cić pre­zer­wa­tywę, ona prze­gięła się na łóżku, wycią­gnęła rękę – jest. Chwy­ciła papie­ros, czu­jąc, jakby wła­śnie prze­stało coś boleć. Coś w środku, coś wiel­kiego, sil­nego. Coś, co chciało dymu.

Zacią­gnęła się mocno, żar bły­ska­wicz­nie wędro­wał wzdłuż bia­łej bibułki.

— Dorotka… — Irek sta­nął w drzwiach, a czło­nek, z któ­rego powoli odpły­wała krew, koły­sał mu się na boki. — Chyba prze­sa­dzasz.

Zmru­żyła oczy, szu­ka­jąc po omacku pilota do wieży ste­reo, zawie­ru­szo­nego gdzieś w roz­ko­pa­nej na wszyst­kie strony pościeli.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?