ZaksięgowaniTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Drugi z czar­tów sie­dział na kra­węż­niku i zano­sił się śmie­chem. Zawie­szony na szyl­dzie sklepu kot poru­szał się coraz wol­niej, opusz­czały go siły, na chod­nik kapała krew. Kobieta z pod­da­sza dzwo­niła po poli­cję, gru­bas ubie­rał się i szu­kał cze­goś, czym mógłby uwa­lić noc­nego cwa­niaka. W tym cza­sie czart ciskał w kota kamie­niami, póki sam nie zemdlał i na powrót nie stra­cił rozumu.

* * *

Przez kolejne trzy dni Jurek nie ode­zwał się ani sło­wem. Więk­szość czasu prze­spał, cza­sem tylko leżał w swoim kar­to­no­wym domku i idio­tycz­nie gapił się w sufit.

Zosta­wia­łam go w miesz­ka­niu. Chyba bałam się, że w pracy zacznie robić coś, czego póź­niej razem będziemy żało­wali. Tym­cza­sem następ­nego dnia po noc­nej przy­go­dzie w biu­rze aż huczało. Przy­je­chał kie­row­nik, chciał się ze mną widzieć.

— Pani Marto, na począ­tek chcia­łem pogra­tu­lo­wać świet­nego wyniku w zeszłym mie­siącu. Sto sie­dem­dzie­siąt pro­cent tar­getu, bar­dzo ład­nie. Oby tak dalej.

Nasz kie­row­nik był ide­al­nym uoso­bie­niem śred­niej sta­ty­stycz­nej. Gdyby wyma­zać go ze świata gumką Boga, nikt by się nie zorien­to­wał. Ni to brą­zowe, ni to czarne włosy, gładko ogo­lona twarz i lekka nad­waga. Zwy­czajny głos, zwy­kłe ruchy i gesty. Założę się, że nie miał ani zwie­rzaka, ani hobby. Trzy poziome zmarszczki prze­ci­nały czoło, zmę­cze­nie sza­rzało pod oczami. Po krót­kim wstę­pie prze­szedł do rze­czy:

— Przy­je­cha­łem do pań­stwa w pew­nym kon­kret­nym celu, pani Marto. W bilan­sach za maj wid­nieje potężna strata w wyso­ko­ści dwóch milio­nów zło­tych, i to z tytułu jed­nego ubez­pie­cze­nia na życie. Zawar­tego za pani pośred­nic­twem.

— Zga­dza się.

— W związku z tym naszło mnie kilka pytań. Mia­no­wi­cie dla­czego, u licha, nie zle­ciła pani szcze­gó­ło­wych i kom­plek­so­wych badań lekar­skich czło­wie­kowi, który przy­szedł ubez­pie­czyć się na tak ogromną sumę?!

— Ponie­waż w pro­ce­du­rze nie ma o tym mowy. Można wybrać szcze­gó­łowe lub zwy­kłe. Klient nie kwa­li­fi­ko­wał się na szcze­gó­łowe, więc wybra­łam wariant stan­dar­dowy.

— Nie kwa­li­fi­ko­wał się, ale na drugi dzień umarł, tak?

— Tak.

Jesz­cze pół roku temu sam mi, gnoju, kate­go­rycz­nie zabro­ni­łeś wysy­ła­nia klien­tów na szcze­gó­łowe bada­nia, bo sys­tem kom­pu­te­rowy za dużo wtedy odrzu­cał. Pogar­szał się wynik. Kaza­łeś wszyst­kich, bez jed­nego pie­przo­nego wyjątku, wysy­łać na stan­dar­dowe bada­nia. Ale prze­cież ci tego nie powiem. Bo mnie wyrzu­cisz.

— Czy miała pani wcze­śniej jaki­kol­wiek kon­takt z panem Pota­siń­skim lub panią Pota­siń­ską?

Nie wie­rzy­łam wła­snym uszom.

— Słu­cham?

— Zada­łem pyta­nie, pro­szę odpo­wie­dzieć.

— Oczy­wi­ście, że nie.

— Na pewno?

— Panie kie­row­niku, co pan suge­ruje? — Policzki musia­łam mieć już tak czer­wone jak otwarta rana. Lek­kie dotknię­cie spo­wo­do­wa­łoby, że try­snę­łyby z nich krew.

— Dwa miliony zło­tych to ogromna kwota. Nawet połowa z tego potrafi usta­wić czło­wieka na całe życie.

— W zupeł­no­ści się z panem zga­dzam. I?

— To cał­kiem nie­zła pokusa dla sprze­dawcy polisy.

Zerwa­łam się, odsu­wa­jąc z hukiem krze­sło.

— Osza­lał pan?!

Dopiero wtedy zauwa­ży­łam minę Rafała. Sie­dział za tym swoim biur­kiem i uda­wał, że pisze coś nie­sły­cha­nie waż­nego. Uszy nasta­wił jak radary i zer­kał w naszą stronę tak, że mógłby dostać zeza. Na twa­rzy błą­kał mu się idio­tyczny uśmie­szek. Sprze­dał mnie. Wro­bił. Naga­dał bzdur, żeby wejść kie­row­ni­kowi w tyłek.

— Jest pani zwol­niona, pani Marto — dokoń­czył prze­ło­żony i odszedł, wię­cej na mnie nie spo­glą­da­jąc.

Poczu­cie nie­spra­wie­dli­wo­ści i wście­kłość zalały mnie jak wrząca woda, Rafał szcze­rzył się na bla­dej gębie. Pode­szłam do niego i usia­dłam po prze­ciw­nej stro­nie biurka. Wszy­scy patrzyli. Zebra­łam naj­gęst­szą melę, jaką udało mi się wydo­być z krtani, prze­żu­łam w ustach i wyplu­łam mu pro­sto w twarz. Zie­lon­kawa maź spły­nęła po czar­nych wło­sach i oku­la­rach w cien­kiej opra­wie.

— Wiesz, że to nie­prawda. Dla­czego naga­da­łeś takich bzdur?

Rozej­rzał się po sali, zro­bił cier­pięt­ni­czą minę. Kąciki warg wygiął ku dołowi.

— Nie wiem, o czym mówisz! — wark­nął dono­śnym gło­sem, po czym dodał szep­tem — fujara idzie wyżej, mam szansę wsko­czyć na jego miej­sce. Będę kie­row­ni­kiem, kumasz? Musia­łem coś poświę­cić. Ty byłaś naj­bli­żej. Sorry, prze­cież nawet cię lubi­łem. Może kie­dyś wysko­czymy na piwo, czy coś.

Wstał, obrzu­cił mnie zde­gu­sto­wa­nym wzro­kiem i czmych­nął do łazienki.

Nie ma się co uża­lać. Czego ocze­ki­wa­łam, pra­cu­jąc z samymi zło­dzie­jami? Prę­dzej czy póź­niej i tak któ­ryś by mnie sprze­dał.

* * *

— Wsza­aaarzee. Wsza­rze, wsza­rze jedzą wszy. Ja też jem wszy, a nie jestem wsza­rzem. Pani Marto, kim ja jestem?

Ile można…

— Jurek, jesteś dia­błem. Czy to naprawdę tak trudno zapa­mię­tać?

— Dobre sobie! Dia­błem?

— No, dia­błem. — Sie­dzia­łam przy kubku gorą­cej cze­ko­lady, ponie­dział­kowa Wybor­cza potra­fiła zdo­ło­wać jak nic innego. Setki ofert pracy, a wśród nich żad­nej sen­sow­nej. Jakby pisali je dla Chiń­czy­ków albo istot z innego świata.

— I co, może jesz­cze potra­fię robić jakieś czary? Albo stra­szyć? — Jurek wyły­siał już zupeł­nie, wzrok miał błędny, ruchy oszczędne i leniwe. Było z nim coraz gorzej, strach się bać, co będzie, jak i jego w moim życiu zabrak­nie.

— Jesteś przy­jem­nym dia­błem. Tych nie­przy­jem­nych już nie ma.

— Myśla­łem, że jestem pie­skiem.

— Dobrze, jesteś pie­skiem. — Zgo­dzi­łam się i prze­wró­ci­łam stronę. Więk­szego for­matu już chyba wymy­ślić nie mogli. Lek­tura dla maso­chi­stów.

— A nie dia­błem?

Nie odpo­wie­dzia­łam.

Zdję­cie na kolej­nej stro­nie spra­wiło, że pra­wie wyla­łam na sie­bie zawar­tość kubka. Z gazety patrzyła na mnie Julita Pota­siń­ska, którą dwóch rosłych gli­nia­rzy pako­wało do samo­chodu.

„Po wyłu­dze­niu dwóch milio­nów zło­tych od ubez­pie­czalni, wykra­dła ciało męża z kost­nicy”, waliło po oczach czar­nymi lite­rami. Cały arty­kuł zaj­mo­wał nie wię­cej niż pół strony i wypeł­niały go szczel­nie zarzuty wobec Pota­siń­skiej. Już pla­no­wano pro­ces, w któ­rym moja była klientka miała być sądzona za zabój­stwo.

Zimny oddech na szyi mógł ozna­czać tylko jedno. Jurek stał na sto­liku i gapił się w gazetę. Bez­sze­lest­nie prze­mie­ścił się z pokoju do pokoju.

— Co się stało? Chcia­łeś cze­goś?

— Nie. Tak sobie tylko… piony ruszyły, oj tak, czarne piony ruszyły z wielką ochotą na krew… — zaczął mam­ro­tać cichym gło­sem. — Strzeż się biały królu…

— Słu­cham?

— Nic, ja tak sobie tylko…

— Prze­śpij się może, co? Bo łazisz po miesz­ka­niu, węszysz i nie wia­domo co. Wypocz­nij.

Poczła­pał do sie­bie, ale oczy błysz­czały mu dalej.

* * *

Kilka dni póź­niej w Komen­dzie Rejo­no­wej Poli­cji poja­wił się pewien świa­dek, który wywró­cił sprawę Julity Pota­siń­skiej do góry nogami.

Nazy­wał się Bar­tło­miej Bąk i bez mru­gnię­cia okiem przy­znał się do zabój­stwa Roberta Pota­siń­skiego. Był wyso­kim bru­ne­tem o pocią­głej twa­rzy, z ramio­nami owło­sio­nymi jak małpa, a z jego nosa nie­ustan­nie zjeż­dżały oku­lary w czar­nych opraw­kach. W naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach opi­sał przy­go­to­wa­nie roz­tworu, któ­rym zabił, wstrzyk­nię­cie go w zna­mię mię­dzy pal­cami u stopy, zatar­cie śla­dów i wro­bie­nie Pota­siń­skiej.

Zezna­nia zostały spi­sane, a pani Julita oczysz­czona z zarzu­tów. Bar­tło­miej Bąk, zakuty w kaj­danki, popro­sił jesz­cze o wizytę w kiblu, i tyle go widziano. Funk­cjo­na­riusz, który go pil­no­wał, gotów był przy­siąc, że świeżo spi­sany męż­czy­zna wszedł do kabiny i odda­wał mocz ury­wa­nym sikiem. Znik­nął, kiedy skoń­czył. Pomi­ja­jąc ciemny odcisk dłoni na spłuczce, kabina była pusta.

* * *

Jurek znowu uciekł. Zaczy­nam się go bać.

Mówił mi straszne rze­czy, opo­wia­dał o śmierci rodzi­ców, twier­dził, że wła­sno­ręcz­nie zabił bab­cię Jadwi­się. Że wepchnął jej garść swo­ich wło­sów do gar­dła i wtedy ode­szła. Ponoć nie można wziąć do ust czar­cich wło­sów i żyć dalej.

Było jakoś po pierw­szej. Zbu­dzi­łam się, kiedy wycho­dził przez okno. Nie dzi­wi­łoby mnie to, gdyby nie fakt, że miesz­kam na trze­cim pię­trze. Jurek miał blond włosy i był kobietą. Kiedy zapy­ta­łam, co to ma zna­czyć, odparł, że mam zamknąć ten koń­ski ryj, bo śmier­dzi. Usiadł na para­pe­cie, chyba zro­biło mu się słabo, jakby z czymś wal­czył, jakby zma­gał się z samym sobą. Maja­czył. Mówił, że zgwał­cił raz ślepą dziew­czynkę i szep­tał do niej gło­sem taty, opo­wia­dał, jak kradł lekar­stwa cho­rym na raka i AIDS. Takim, co muszą miesz­ka­nie sprze­da­wać, żeby kupić za nie kilka mie­sięcy życia. Mówił mi straszne rze­czy, a potem po pro­stu wyszedł z miesz­ka­nia i zaczął kro­czyć ścianą w dół.

Wyglą­dał pięk­nie, jak praw­dziwa kobieta. Małe piersi jak jabłuszka, mię­si­ste wargi, ciemne oczy i jasne włosy. Ubrany był w suk­nię ślubną.

Wyj­rza­łam przez okno, a Jurek stą­pał po ścia­nie, mijał kolejne pię­tra, aż dotarł na sam dół i znik­nął mi z oczu. Wtedy widzia­łam go po raz ostatni; odtąd jestem sama. Mój mały dia­beł opu­ścił mnie nocą, a wraz z nim ostat­nia nadzieja na nor­malne życie.

* * *

— Obie­ca­li­ście, że jak tylko dosta­nie­cie pie­nią­dze, wró­ci­cie mu życie. — Pota­siń­ska wyglą­dała jak zjawa, sińce pod oczami były wyraź­nie widoczne na kre­do­wo­bia­łej twa­rzy.

 

Stali w trójkę: ona i dwa czarty.

— Wystą­piły pewne kom­pli­ka­cje — odparł Jurek w ciele kobiety.

Julitą tar­gnął spazm. Zła­pała się za głowę, usia­dła na ławce.

— On już się pra­wie zupeł­nie roz­ło­żył i cuch­nie tak potwor­nie… Poli­cja dwa razy chciała prze­szu­kać miesz­ka­nie, dwa razy ode­sła­łam ich z kwit­kiem. Dostaną w końcu nakaz i go znajdą.

— Zara­dzimy — uspo­ka­jał ją lubel­ski czart bez imie­nia.

Pół godziny póź­niej dotarli do miesz­ka­nia Pota­siń­skich. Mokry asfalt wyda­wał się polany smołą, w któ­rej odbi­jały się ciemne kamie­nice.

— To tutaj.

— Wiemy.

— I co teraz?

— Teraz wej­dziesz do domu i znaj­dziesz męża żywego. — Jurek uważ­nie przy­glą­dał się swoim paznok­ciom.

Kobieta prze­łknęła ślinę i spoj­rzała mu w oczy.

— Dzię­kuję — zdo­łała wyrzu­cić z sie­bie, a po policz­kach popły­nęły łzy. — Ja już nie mam siły…

— No, idź już — popę­dzał ten bez imie­nia, uśmie­cha­jąc się sze­roko.

Kiedy zni­kła za drzwiami do klatki scho­do­wej, dwa ostat­nie czarty w Lubli­nie wybu­chły skrze­kli­wym piskiem i ruszyły w swoją stronę.

— Już tylko on.

— Z naj­więk­szą ochotą, panie kolego. Z naj­więk­szą ochotą…

Ich czarne syl­wetki malały na tle ciem­nego mia­sta, aż zni­kły zupeł­nie.

* * *

Wbie­gła po scho­dach, prze­ska­ku­jąc po dwa naraz. Wpa­dła do miesz­ka­nia, a w środku coś syczało.

W kuchni mąż Julity, cały i zdrowy, sma­żył jajecz­nicę.

Bez słowa przy­warła do jego ple­ców i roz­kle­iła się zupeł­nie.

— Tak bar­dzo się bałam, Robert… — szep­tała przez łzy. — Tak bar­dzo się o cie­bie bałam…

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział, na­dal mie­szał jajecz­nicę. W miesz­ka­niu wciąż uno­sił się trupi fetor. Julita spoj­rzała na ręce męża i serce sta­nęło jej w miej­scu. Palce pokry­wał słaby zie­lon­kawy nalot, w kilku miej­scach skóra łusz­czyła się i odcho­dziła. Wnę­trza dłoni były czer­wone, wierzch bie­lu­sieńki. Krew, która po śmierci spływa w niżej poło­żone frag­menty ciała nie­bosz­czyka, pozo­stała tam, na wpół zakrze­pła.

— Robert…

Nie odwró­cił się, zesztyw­niał jesz­cze bar­dziej i pochy­lił nad patel­nią. Julita sta­nęła obok niego, spoj­rzała w twarz i prze­łknęła ślinę.

Robert Pota­siń­ski miał szare oczy i bia­ło­sine czoło. Fio­le­towe wargi napu­chły, a cała twarz stę­żała w pośmiert­nym uści­sku tka­nek.

Gdzieś daleko za oknem zabrzmiał dono­śny śmiech przy­po­mi­na­jący kaszel.

Julita nie potra­fiła powie­dzieć, które z nich było bar­dziej nie­szczę­śliwe. Przy­tu­liła odra­ża­ją­cego męża. Po policz­kach trupa spły­wały poje­dyn­cze łzy.

* * *

Pan Pia­ni­sta wie­dział, że kie­dyś do tego doj­dzie.

Byli pod jego oknem i darli się na całe gar­dło. Ich głosy wwier­cały się w mózg, swę­dząc i dra­piąc. Raz po raz cia­łem Pana Pia­ni­sty wstrzą­sały dresz­cze. Dydelf leżał bez ruchu w koko­nie z kurzu.

Palce ude­rzały w kla­wi­sze, muzyka stała się gło­śna i poszar­pana. Dźwięki zle­wały się w jeden, coraz gło­śniej­szy prze­kaz. Struny wycho­dziły z pia­nina i zni­kały w pod­ło­dze, pro­wa­dzone chłod­nymi murami budynku. Wsią­kały w zie­mię, głę­boko, głę­biej niż jakie­kol­wiek fun­da­menty.

Zaczęła się ostat­nia bitwa Pana Pia­ni­sty.

* * *

Jurek w ciele panny mło­dej kucał pośrodku ulicy i srał na przej­ściu dla pie­szych. Zadzie­rał suk­nię wysoko i szcze­rzył czarne zęby. Nie­bie­ska honda civic minęła go powoli, a czar­no­włosy chło­pak za kół­kiem miał oczy jak piłki do kosza. Jurek prze­je­chał ręką po gów­nie i dopadł do szyby. Mazał szkło dło­nią i patrzył w prze­ra­żone źre­nice kie­rowcy. Ten wci­snął gaz do dechy i auto wystrze­liło do przodu.

Jurek prze­biegł ulicę, na środku wyko­nał taniec robota. Bez­i­mienny czart opie­rał się o lampę i recho­tał żabim skrze­kiem. Niebo nad nimi marsz­czyło się, zupeł­nie jakby zasę­piony Bóg ścią­gał brwi dokład­nie nad tym frag­men­tem mia­sta.

— No, dalej! — wrzesz­czał Jurek, zadzie­ra­jąc głowę i wygra­ża­jąc ku niebu zaci­śniętą pię­ścią. — Pokaż się i walcz!

Pan Pia­ni­sta zaci­skał powieki i grał coraz szyb­ciej. Pot na czole zamie­niał się w parę, syczał. Mary­narka była już cała mokra, zaczęła krę­po­wać ruchy. Prze­rwał na moment, wrza­ski wzmoc­niły się, zaczęły dud­nić w samym środku głowy. Pan Pia­ni­sta zerwał z grzbietu ubra­nie. Mary­narka poszła w strzępy i wylą­do­wała obok Czasz­kina.

Męż­czy­zna ude­rzył w kla­wi­sze jesz­cze moc­niej niż poprzed­nio. Potężny, silny akord poszedł przez pokój, szyba w oknie zadrżała. Palce sza­lały nad kla­wia­turą.

Jurek zato­czył się na chod­niku i roz­wa­lił pla­sti­kowy śmiet­nik. Upadł i zalał się krwią. Z kobiety prze­isto­czył się w łysa­wego pie­ska, czarne śle­pia spo­glą­dały cie­ka­wie dokoła.

— Gdzie ja jestem? Co tu, do jasnej cho­lery, znowu się wyra­bia? Jestem ponoć dia­błem, życzę sobie, żeby…

— Wsta­waj! — ryk­nął bez­i­mienny. — Wsta­waj, bo sam roz­walę ci ten głupi łeb!

Pie­sek zro­bił kilka kro­ków przed sie­bie, zamer­dał ogo­nem, z gar­dła dobiegł lwi ryk. Tym­cza­sem bez­i­mienny roz­chy­lił płaszcz i wargi. Z ust wysu­nął się czarny, roz­dwo­jony język.

— Kim ja jestem? — zapy­tał Jurek.

— Jesteś jed­nym z dwóch, któ­rzy wyrwą serce z piersi pew­nego jeba­nego muzy­kanta! Skur­wy­syn to skur­wy­syn, jak­kol­wiek by go nazwać! — wrza­snął czart bez imie­nia, a z ust kapała mu krew. — Sły­szysz mnie, grajku?! Idziemy po cie­bie! — Spoj­rzał w brudne okna kamie­nicy, twarz prze­ciął mu wście­kły gry­mas. — Pocze­kaj, zaraz ja ci zagram, skur­wy­synu!

Urwał, kiedy usły­szał dźwięki pły­nące z kamie­nicy. Coraz gło­śniej­sza muzyka zda­wała się prze­ni­kać z asfaltu pod sto­pami, spły­wać z drzew, ska­py­wać ze skle­po­wych witryn. Wsią­kała w ciało, roz­ta­piała kości i stawy, paliła w prze­łyku i odby­cie.

Tar­gany kon­wul­sjami, padł na kolana. Zer­k­nął w bok. Siwy prze­cho­dzień koło sześć­dzie­siątki przy­glą­dał im się prze­ra­żo­nym wzro­kiem, a laska w jego dłoni drżała. Bez­i­mienny rzu­cił się w jego stronę.

Dopadł czło­wieka w paru susach. Z prze­ciwka nad­jeż­dżał auto­bus, gruby kadłub odbi­jał się w oczach sta­ruszka.

— Och, dziadku. Tak dobrze, że jesteś…

Facet pofru­nął na ulicę, jakby nie był z krwi i kości, lecz z waty i kloc­ków lego. Gruch­nął o maskę auto­busu, krew zachla­pała szybę i ulicę. Pojaz­dem zarzu­ciło po jezdni, zatrzy­mał się z piskiem. Bez­włosy pie­sek zmie­nił się, na jego miej­scu leżał teraz męż­czy­zna, który wyglą­dał jak Bar­tło­miej Bąk i rzy­gał prze­zro­czy­stym ślu­zem. Na czwo­ra­kach pod­biegł do trupa i wgryzł mu się w brzuch.

Kie­rowca auto­busu, trzy­dzie­sto­dwu­letni Jarek Wąso­wicz, któ­remu za mie­siąc miał się uro­dzić synek, gapił się na ulicę onie­miały, pozba­wiony wła­dzy nad cia­łem. Jurek sko­czył na maskę i wbił wzrok w kie­rowcę. Poli­zał krew na szy­bie i prze­szedł po niej ku drzwiom. Jarek odzy­skał rozum, wrzu­cił bieg i odje­chał węży­kiem. Dia­beł zesko­czył na jezd­nię.

— Zarżniemy tu tylu, ilu będzie trzeba! — wrza­snął bez­i­mienny i wspiął się na lampę. Zdjął but i rzu­cił w okno osło­nięte nie­bie­ską roletą w gwiazdki i księ­życe. Dziecko w środku zakwi­liło, ktoś zapa­lił świa­tło i wyj­rzał przez roz­bite okno. Kobieta pła­kała.

Pan Pia­ni­sta zer­k­nął na dydelfa i pomy­ślał, że zwie­rzak wygląda jak mar­twy. Jeśli nie umarł do tej pory, i tak umrze za chwilę.

Walił w kla­wi­sze jak sza­lony, muzyka zda­wała się roz­sa­dzać instru­ment, ata­ko­wała pokój falami. Pot stru­gami spły­wał po twa­rzy, kiedy Pan Pia­ni­sta uno­sił ręce i opusz­czał je na kla­wi­sze. Szybko, mocno i pre­cy­zyj­nie.

— Zadu­szę ci tego zwie­rzaka, muzy­kan­cie!!! — huczał tubalny głos zza okna. — Obie­cuję ci, że ten kości­sty sier­ściuch zdech­nie!

Czasz­kin leżał z wycią­gnię­tymi przed sie­bie łap­kami, język bez­wład­nie wysu­nął mu się, wokół pyszczka zbie­rała czer­wono-biała piana.

Pan Pia­ni­sta mógł się rzu­cić do kuchni, odkrę­cić wodę w kra­nie i napoić dydelfa, ratu­jąc mu życie. Wtedy na pewno by z nimi nie wygrał.

Spoj­rzał na zwie­rzaka, który towa­rzy­szył mu przez tyle lat, maleńka łza dołą­czyła do spły­wa­ją­cych stru­żek potu. Muzyka stała się jesz­cze bar­dziej przej­mu­jąca, dźwięki wydłu­żyły się, roz­cią­gnęły w cza­sie. Dydelf zamknął oczy, a szyba za ple­cami gra­ją­cego pękła z hukiem. Przez okno wpa­dło chłodne nocne powie­trze i sza­tań­ski śmiech.

Krew buch­nęła z nosa i ust Pana Pia­ni­sty, ręce rąbały w kla­wi­sze, stawy i ścię­gna strze­lały.

Na zewnątrz Jurek usi­ło­wał wepchnąć dwójkę stu­den­tów pod samo­chód, zjadł też wła­sny kał i wyrwał sobie kilka zębów. Zła­pał bez­i­mien­nego towa­rzy­sza i wydra­pał mu oczy. Ten odwdzię­czył się wgry­zie­niem w szyję i zła­ma­niem ręki.

Czarty padły na zie­mię, czarna maź, w jaką zamie­niły się ich ciała, roz­lała się na boki.

Pan Pia­ni­sta kaszl­nął, zachar­czał gło­śno, z ust buch­nęła kolejna struga krwi. Jesz­cze trzy akordy, dwa, jeden. Ostatni dźwięk był jak płacz dziecka, zabrzmiał gło­śno i prze­cią­gle, cichł długo, aż w końcu muzyka zamil­kła zupeł­nie. Kla­wi­sze pia­nina wyglą­dały jak zębate pobo­jo­wi­sko. Więk­szość była popę­kana i oblu­zo­wana, kilka odpa­dło nie­mal zupeł­nie.

Dwa ostat­nie miej­skie czarty zapo­mniały, że w ogóle ist­niały, i zni­kły w ciem­nej masie, z któ­rej powstały wieki temu.

Pan Pia­ni­sta ruszył chwiej­nym kro­kiem do kuchni, by po chwili wró­cić ze szklanką wody. Usta­wił ją obok dydelfa, pogła­dził futerko i usiadł z powro­tem przed instru­men­tem.

Zer­k­nął na zwie­rzaka z nadzieją, że ten otwo­rzy oczy i za chwilę przy­tuli się do kostki wła­ści­ciela.

Ude­rzył w kla­wi­sze.

STRACH PRZED MALA­RZEM

Wszystko zaczęło się, kiedy ska­cząc na główkę, zary­łem w dno jeziora i zła­ma­łem kichawę. Było parne lato, niebo grzało jak farelka, a ja zgry­wa­łem cwa­niaka przed dwoma nie­złymi laskami, z któ­rych jedna miała skórę barwy mlecz­nej cze­ko­lady, a druga naj­więk­sze cycki w powie­cie. Jeśli dobrze koja­rzę, był to szó­sty skok – wpa­dłem do wody i na chwilę pociem­niało mi w oczach. Ból nosa, krzyki z brzegu i jucha lejąca się po kla­cie. W końcu tra­fi­łem z tym do szpi­tala, no i gdyby nie mama z tatą, pew­nie mój kosz­mar w ogóle by się nie wyda­rzył. Tro­skli­wość rodzi­ców wzięła górę („Jak nie pój­dziesz, to ci taka bulwa do końca życia zosta­nie”) i pod­da­łem się ope­ra­cji nosa – chrząstki krzywo się pozra­stały i trzeba było łamać jesz­cze raz, na znie­czu­le­niu. Prze­bu­dze­nie pamię­tam jak dziś.

* * *

— Sze­rzej. — Pie­lę­gniarka miała głos jak stu­letni pijak.

Przy­się­gam na wszystko, że pie­lę­gniarki ze szpi­tala na Przy­by­szu nie były ludźmi. Wszyst­kie niskie i przy­sa­dzi­ste, z wło­sami ukła­da­ją­cymi się na boki niczym słoma, z war­gami wiecz­nie prze­dzie­la­ją­cymi twa­rze wred­nym uśmie­chem. Pie­lę­gniarki. Nie­lu­dzie.

— Sze­rzej — powtó­rzyła.

Otwie­ra­łem japę już tak sze­roko, że gdyby chciała, mogłaby przez nią zoba­czyć moje jelita.

— No — mruk­nęła i wyrzu­ciła drew­niany paty­czek do kosza.

Z ulgą przy­ją­łem widok całej tej upior­nej trójki kro­czą­cej w stronę drzwi. Ja byłem ostatni, pozo­sta­łych już skon­tro­lo­wały. Codzienna zgroza ruty­no­wych badań na szczę­ście się skoń­czyła.

To już trzeci dzień. I po cho­lerę musia­łem szpa­no­wać tym idio­tycz­nym sko­kiem na banię przez barierkę? Chło­pa­kom się udało, ja zaha­czy­łem kola­nem. Ope­ra­cja nosa, a teraz to. Trzy hetery, które pew­nie z przy­jem­no­ścią poprze­bi­ja­łyby mi oczy igłami i zdarły z ple­ców pasy skóry.

Ale naj­gor­szy był ten chło­piec…

Zabij­cie mnie, nie mam poję­cia, skąd się wziął tam­tej nocy. Miał ze sobą kredki i plu­szową małpkę.

Kiedy wszedł, spa­łem. Obu­dził mnie wrzask tego spod drzwi. Facet miał na imię Józef i był już nie­przy­zwo­icie stary. Plamy wątro­bowe gęsto pokry­wały żółtą skórę, oczy były wiecz­nie zamglone i wci­śnięte głę­boko w czaszkę, a palce przy­po­mi­nały szpony.

Józef zwykł opo­wia­dać nam różne histo­ryjki, a naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące było, że dzia­dyga wciąż jeź­dził samo­cho­dem.

— Mom autko, Audi A3 — opo­wia­dał ochry­płym, ale nagle nabie­ra­ją­cym ener­gii gło­sem, uśmie­cha­jąc się w bło­gim roz­ma­rze­niu. — I jak mnie bobka dener­wuje, to ja szu­uuu, i w trasę!

 

— No, dzia­dek! — darł się wtedy Lechu, potęż­nie zbu­do­wany pacjent o olbrzy­mim brzu­szy­sku, który leżał na łóżku obok i nie­mal bez prze­rwy prze­glą­dał stary numer CKM-a. — I na czorne łebki! Leśnych ssa­ków dzia­dek przy dro­dze szu­kosz!

— Łeee — odpo­wia­dał sta­ru­szek. — W tym wieku to ino na buty sikosz. A kie­dyś na twarz czło­wiek… echhh…

Recho­tali wtedy jak jakieś naćpane żaby.

Kiedy przy­szedł chłop­czyk, nikomu nie było do śmie­chu.

Poło­żył plu­szową małpkę pod ścianą (zauwa­ży­łem, że miała wytarty brzu­szek, pew­nie od czę­stego przy­tu­la­nia) i pod­szedł do Józka. Uda­wa­łem, że śpię, pozo­stali chyba też. Żaden się nie ode­zwał, cho­ciaż stary zaczął się drzeć prze­ra­żo­nym gło­sem.

Chłop­czyk mógł mieć ze cztery latka, głowę oka­lały mu jasne włosy, w oczach miesz­kał błę­kit. Widzia­łem, bo dzia­dek zapa­lił wcze­śniej lampkę nad łóż­kiem, zupeł­nie jakby na kogoś cze­kał.

Malec wysy­pał kredki na sto­lik, na któ­rym stary trzy­mał jedze­nie i przy­no­szone przez „bobkę” krzy­żówki. Józef roz­wa­lał całą „Roz­rywkę” w dwa dni, twier­dził, że na krzy­żów­kach, ana­gra­mach i jol­kach mógłby spę­dzić czas do końca życia. „Bobka jest dobra, marudna, ale dobra”, mawiał, kiedy tak giął się nad jakąś wredną pano­ra­miczną.

W sali cuch­nęło jego kwa­śnym potem.

Chło­piec wziął kredkę i zaczął malo­wać na koł­drze, a Józef znów roz­darł się, jakby wła­śnie go zarzy­nano. Zaczą­łem się zasta­na­wiać, kiedy wpad­nie tu któ­raś wywłoka z dyżurki. Ryk sta­rego musiał prze­cież roz­brzmie­wać w całym szpi­talu.

Chło­piec tym­cza­sem pokry­wał koł­drę kolo­ro­wymi wzor­kami, widzia­łem, jak malo­wał kwiaty, czarne i białe kwa­draty, twa­rze i sza­chowe koniki. Mnó­stwo sza­cho­wych koni­ków.

— Zostaw mnie! — darł się dzia­dek, a oczy chciały wysko­czyć mu z czaszki. — Zostaw! Odejdź, pro­szę…!

Trwało to długo, ale żadna z pie­lę­gnia­rek nie ruszyła dupy, żeby mu pomóc. Służba zdro­wia to praw­dziwi szma­cia­rze, myśla­łem wtedy, przy­glą­da­jąc się chłop­czy­kowi i jego małpce sie­dzą­cej pod ścianą. W końcu z powro­tem zaczęła ogar­niać mnie zasta­na­wia­jąca sen­ność, ale mógł­bym przy­siąc, że tuż przed tym, zanim świat znik­nął za powie­kami, widzia­łem, jak malec ski­nie­niem ręki przy­wo­łuje swoją maskotkę. Ta wstała i pode­szła do łóżka Józefa, poru­sza­jąc się na plu­szo­wych nóż­kach.

Następ­nego dnia rano zna­leźli dziadka mar­twego. Zszedł na zawał, tak mówili leka­rze, ale ja wie­dzia­łem, że zabił go ten mały sukin­syn z kred­kami. Kiedy wyno­sili zwłoki, do szpi­tala wpa­dła żona faceta. Była chuda jak wiór i krzy­czała z roz­pa­czy. A ja przy­glą­da­łem się bia­łej koł­drze, zasta­na­wia­jąc się, jakim cudem nie widać na niej śla­dów kre­dek.

* * *

Żyłem niby nor­mal­nie, jak każdy mia­łem kum­pli, jak każdy tro­chę popi­ja­łem i tro­chę się uczy­łem, a w rok po poby­cie w szpi­talu pozna­łem Basię. Była tym, czego zawsze bra­ko­wało mi w życiu, ona o mnie mówiła to samo i zanim się zorien­to­wa­łem, sta­łem przed ołta­rzem w gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze i z obrączką na palcu. Po kilku mie­sią­cach od ślubu oka­zało się, że nie możemy mieć dzieci.

Nie zli­czył­bym wizyt u gine­ko­lo­gów, uro­lo­gów, prok­to­lo­gów i naj­róż­niej­szych innych -logów. Wszystko wska­zy­wało na to, że i ja, i Basia jeste­śmy zdrowi. Ale dziecka jakoś nie było. Sta­ra­li­śmy się żyć nor­mal­nie, kochać się nor­mal­nie i nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Czę­ściowo się to uda­wało, czę­ściowo nie. Coraz czę­ściej ludzie mówili, że to jakaś blo­kada psy­chiczna, która uru­cha­mia się w orga­ni­zmie kobiety, kiedy zbyt mocno pra­gnie dziecka. Ni­gdy w to nie uwie­rzy­łem.

Zaczę­li­śmy myśleć o adop­cji.

Zosta­łem agen­tem ubez­pie­cze­nio­wym, cho­ciaż rów­nie dobrze mógł­bym pra­co­wać w cyrku. I tu, i tu czło­wiek błaźni się przed innymi ludźmi, byle się przy­po­do­bać i zaro­bić. Miesz­ka­li­śmy na Chro­brego i pew­nej nocy, dobre kilka lat po tam­tym kil­ku­dnio­wym poby­cie w szpi­talu, po raz drugi w życiu zoba­czy­łem tego chłopca. Wra­ca­li­śmy z domówki u Agnieszki i Mate­usza, mojego naj­lep­szego kum­pla ze stu­diów. Kon­kret­nie, to opi­ja­li­śmy ich dzie­ciaka; kolej­nego, który nie był nasz – i byłem mocno naprany.

Chło­piec sie­dział na ulicy i malo­wał. Twa­rze, kwiaty, dło­nie. Wszystko to poja­wiało się mię­dzy jego nogami roz­ło­żo­nymi na asfal­cie. Patrzył na mnie, a ja czu­łem, że za chwilę dwa auta zde­rzą się z hukiem aku­rat w miej­scu, w któ­rym sie­dział.

— Co ty… — Basia nie zdą­żyła dokoń­czyć, kiedy szarp­ną­łem ją za rękę i pocią­gną­łem do domu.

Ucie­ka­łem wraz z żoną przed chłop­cem, który miał nie wię­cej niż cztery, pięć lat. Nie posta­rzał się ani tro­chę przez cały ten czas.

Zamkną­łem drzwi od środka, roz­go­rącz­ko­wane palce kil­ka­krot­nie upew­niały się, czy klucz jest prze­krę­cony o ćwierć obrotu, tak by nie można go było wypchnąć od zewnątrz. Gdy­by­śmy byli trzeźwi, napo­tkał­bym wtedy pew­nie surowy wzrok żony, który poja­wiał się zawsze, kiedy robi­łem coś głu­piego; tym razem poszła się kąpać, a ja pra­wie zesra­łem się ze stra­chu.

Usły­sza­łem kojący szum prysz­nica. Zamkną­łem oczy i osu­ną­łem się po ścia­nie.

Puka­nie do drzwi usły­sza­łem dopiero po chwili. Dwa kroki, klamka, klucz w zamku – dzia­ła­łem jak auto­mat. Wbrew wła­snej woli otwo­rzy­łem drzwi, a przede mną stał chłop­czyk. W ręku trzy­mał kredki róż­nej dłu­go­ści, zużyte i znisz­czone.

— Zabi­jesz mnie? — wyrwało mi się i poczu­łem chłód w ciele.

— Mówi­łeś coś do mnie?! — głos Basi tłu­miły strugi wody bęb­niące o bro­dzik.

— Nie. To tele­wi­zor — odpo­wie­dzia­łem sztywno, a mój mały gość wszedł powoli do pokoju. Domkną­łem drzwi.

— Czy to będzie boleć? — Papie­ros nie chciał wysu­nąć się z paczki, ręce trzę­sły się jak w febrze.

— Nie, to aku­rat nie boli. W grun­cie rze­czy, to nawet przy­jemne uczu­cie — odparł dzie­ciak nie­pa­su­ją­cym do niego, męskim gło­sem. — Kiedy ja zaczy­na­łem, nic mnie nie bolało.

Spoj­rza­łem za okno. W krza­kach leżała plu­szowa małpka, zosta­wił ją.

— Spójrz mi w oczy — rzekł malec.

Klęk­ną­łem, opar­łem pośladki na pię­tach. To już nie byłem ja, coś mną kie­ro­wało.

Oczy małego były białe. To zna­czy, miał źre­nice, ale ich kolor był jasny jak śnieg. Przyj­rza­łem się, dostrze­głem w nich jakieś kon­tury. Sie­dze­nie… tak, chyba tak… i wspor­niki… trzę­sło.

Ock­ną­łem się z odrę­twie­nia, wokół mnie leżały roz­sy­pane na pod­ło­dze tram­waju kredki. Wzią­łem jedną z nich. Bro­dacz, sie­dzący przede mną na bor­do­wym krze­sełku, miał na imię Wła­dek. Widział mnie, a jego oczy były wiel­kie jak pię­ści.

Skoń­czy­łem malo­wać jego twarz na pod­ło­dze, poko­lo­ro­wa­łem szyję i koł­nie­rzyk. Zer­k­ną­łem raz i drugi, porów­na­łem podo­bień­stwo i uśmiech­ną­łem się z apro­batą. Wokół dory­so­wa­łem kwiaty i kilka sza­cho­wych figur. Wystar­czy.

Pojazd prze­chy­lił się na prawo, wcho­dząc w zakręt, ktoś rzu­cił gło­śno uwagę na temat kiep­skich umie­jęt­no­ści tram­wa­ja­rza.

Wła­dek wle­piał we mnie wzrok. Pod­sze­dłem, jego dłoń była spo­cona i chłodna.

Przez kurtkę i skórę na brzu­chu widzia­łem wątrobę, tak znisz­czoną, że ledwo pra­co­wała. Piło się.

Ale to nie wątroba miała być przy­czyną. Tym razem to mózg. Poło­ży­łem dłoń na siwych wło­sach, poczu­łem olbrzymi guz. Pękał.

— Nie bój się. To już koniec. — Spró­bo­wa­łem uśmiech­nąć się pocie­sza­jąco, a Wła­dek wresz­cie prze­stał się bać.

Wzrok mu odpły­nął, ciało gruch­nęło o pod­łogę. Mój rysu­nek otu­lał go ze wszyst­kich stron.