Topiel

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

KACPER

Przechodząc na drugą stronę, zawsze zostawiał za płotem całą pewność siebie. Jakby ktoś przełączał w nim pstryczek do zmiany nastroju. W jednej chwili odważny i zdeterminowany, ale gdy przeciskał się przez dziurę, w jego świadomości budził się ten przeklęty, tchórzliwy, wewnętrzny głosik mówiący: teraz ci się nie uda. Wyczerpałeś już limit szczęścia. Dorwą cię jak wtedy i znowu skończy się na tym, że przez cały pobyt ojca w kraju będą awantury i ciche dni, a matka będzie się wstydziła pokazać w szkole. No i gliny. Tym razem raczej nikt nie da mu kolejnej szansy.

– Pieprzyć to – mruknął, dodając sobie odwagi. Część jego chciała, by zawrócił, mówiła mu, że jeszcze może, że jeszcze ma szansę. – Pieprzyć – powtórzył Kacper nieco głośniej i kątem oka dostrzegł Darka, który zerknął na niego i skinął głową.

I nagle poczuł uderzenie adrenaliny. W kolejnych sekundach obraz się rozjaśnił, rozmywając na krawędziach. Albo serce mu przyspieszyło, albo świat wokół zwolnił, w ustach zrobiło mu się sucho, a na języku poczuł metaliczny posmak. Zsunął się ze zbocza i już był przy wagonie, drżąca ręka sama zacisnęła się na uchwycie obok wejścia, stopa wylądowała na schodku. A wszystko przy akompaniamencie tych samych histerycznych myśli: złamiesz serce matce, ojciec dostanie świra, pójdziesz do poprawczaka...

– Pierdolić – mruknął, ale wystraszył się, że za głośno. Przez szum, jakby radia na niedostrojonym kanale, przedzierały się pojedyncze słowa: matka, serce, poprawczak, odpuść.

Spojrzał na budynki papierni, na gmachy biurowe oraz hale fabryczne po prawej i magazynowe po lewej i na wprost. Na suwnicę, na którą kiedyś próbował się wspiąć, jednak zabrakło mu odwagi. Nigdy nie widział, by pracowała, ale chyba musiała, skoro dopiero co ją odmalowali, nie? Mimo to tory porastało zielsko.

– Idziemy – powtórzył i ruszył, nie czekając na resztę.

Przed nim rozciągało się jakieś dwieście metrów niemal całkowicie odkrytego terenu. Tu i tam tylko jakiś pagórek, wgłębienie, kępa krzaków, wąski rów nazwany kiedyś przez kogoś okopem. Od niego zostało już pół drogi do papierowych hałd, można się w nim ukryć, przyczaić, tylko trudno zgrabnie i niezauważalnie pokonać ostatni odcinek, zwłaszcza komuś większemu niż Grzesiek. Dlatego od jakiegoś czasu Kacper omijał okop i pędził zgarbiony jak pod ostrzałem prosto do ściany magazynu. Jasne, nadkładał drogi, ale przynajmniej miał tam na pół zrujnowaną budkę, coś na kształt komórki, cholera wie po co i na co. Dobre miejsce na odpoczynek lub kryjówkę.

Tym razem też wybrał drogę naokoło. Skulił się i pognał, licząc, że wzmagający wiatr i deszcz zagłuszą mlaskanie podeszew o błoto. Gdy dopadł do budki, osunął się po ceglanej, częściowo otynkowanej ścianie, przywarł do niej plecami i dysząc ciężko, zrobił szybki rachunek sumienia: raz się pośliznął, ale złapał równowagę i nie upadł, tylko wsparł na ręce. Piekła, więc możliwe, że ją rozciął, w błocie nie było widać. Raz wydawało mu się, że kogoś widzi przy hałdach, jakiegoś pracownika, jednak to mogło być tylko wrażenie. Kątem oka dostrzegł natomiast, jak Darek wślizguje się do okopu.

Połowa drogi, pomyślał, a głosy w jego głowie natychmiast podjęły, że owszem, to połowa, ale tylko jeśli teraz zawróci. W przeciwnym wypadku to wyłącznie jedna czwarta, w dodatku ta najłatwiejsza.

– Pieprzyć to – mruknął. – Pieprzyć to, pieprzyć!

Podniósł się ostrożnie, stanął przy krawędzi i wyjrzał. Droga wolna, więc uniósł rękę, dając znać chłopakom w okopie, że rusza.

Teraz oby do hałdy, oby w ten cały stos pisemek dla kobiet, opowiastek z życia wziętych, siermiężnie szarych „Detektywów”, śliskich okładek magazynów motoryzacyjnych, pociesznych „Misiów” i „Świerszczyków” oraz cycków i włochatych picz wywalonych na rozkładówkach. Nie wiedzieć czemu wszystkie te „Catsy”, „Nowe Wampy” i niewinne w porównaniu do tych dwóch „Twoje Weekendy” zawsze otwierały się na najostrzejszych fotach. Jakby wszystkie pornomodelki wypinały się lub wystawiały do słońca. Albo do dzieciaków takich jak on.

Nie wyhamował, pośliznął się na „Chipie” i wpadł na stertę. Lawina gazetek osunęła się, przykrywając go niemal w całości. Kacper zamarł, rozcapierzając palce, rozpłaszczony jak alpinista na ścianie przy mocnym wietrze. Nie spanikował, ani na zewnątrz, ani w środku, w głowie, w której oprócz szumu i łomotu serca pojawiło się kilka spokojnych, rzeczowych pytań: ktoś usłyszał? Ktoś przyjdzie? Nakryją go?

Nikt się nie zjawił. Kacper podniósł się powoli, odwrócił plecami do stosu i zaczął sunąć tyłkiem po gazetach, w lewo. Teraz miał przed sobą zdezelowane wagony na bocznych torach i rosnące za nimi drzewa, potem dziurawy płot. Za nim zostawił spokój i pewność siebie.

Pewnie tam leżą, pomyślał w nagłym przypływie rozbawienia, leżą w murowanej studzience, pod stosem pofałdowanych od wilgoci pism dla kobiet.

Sunął tak po łuku, aż trafił w wąwóz pomiędzy dwiema hałdami. Tam stał już Grzesiek, jakby na niego czekał.

– No idź, co tak stoisz?

Ale już dostrzegł, w czym problem. Grzesiek cały drżał, a jego cofnięty podbródek dygotał, jakby coś mu się tam w buzi urwało.

– W głowie mi się kręci – powiedział, szczękając zębami. – To chyba po tym uderzeniu. Mocno mnie jebnął.

Kacper skinął głową, choć nie wierzył. Grześka zwyczajnie obleciał strach, bo zwykle kończył akcję tutaj, jak wszyscy kradł gazety z hałd. Do budynku nie wszedł chyba jeszcze nigdy.

– Gdzie Darek? – zapytał.

Grzesiek wskazał brodą magazyn bez drzwi. To właśnie tam znajdował się stos, do którego zmierzali. Suchy, świeży i nieprzebrany. Skarb tej wyprawy. Eldorado.

– Dobra, to idę do niego – powiedział Kacper i powoli ruszył dalej.

– Weź mi Spider-Mana, jak będzie nowy, dobra? – Głos Grześka, rozedrgany, strachliwie wysoki, z miejsca napełnił Kacpra obrzydzeniem. – I „Twój Weekend”.

– Pieprz się – szepnął Kacper w odpowiedzi, ale z litości na tyle cicho, by piegus go nie usłyszał. Ostrożnie podszedł najpierw do ściany, przystanął, zerknął i dopiero wtedy wkroczył do hali.

Szum w uszach jakby się oddalił i dopiero po kilku sekundach do Kacpra dotarło, że przez całą drogę towarzyszył mu szelest wszechobecnego deszczu, teraz bębniącego o wyłożony papą dach.

W środku panował półmrok, unosił się zapach mokrego papieru, jednak to, co leżało na zajmującym całe pomieszczenie stosie, nie było mokre. Kacper szybko zdjął plecak, ubłoconymi rękami wyjął z bocznej kieszonki najpierw chusteczkę, a następnie listę zakupów. Przeczytał ją szybko, właściwie bardziej powiódł wzrokiem, by upewnić się, że wszystko pamięta, po czym zaczął szukać.

Szło łatwo, więc pozwolił sobie na luksus bycia wybrednym. Tu pogięty numer, tam lekko naderwana okładka... Tak jak przypuszczał, musieli dopiero co dowieźć towar, wczoraj albo przedwczoraj, kiedy jeszcze nie padało, bo na większości komiksów w rogu pod logo wydawcy widniał numer 6/97.

Przypomniał sobie o Batmanie dla nowego, więc wziął dodatkowy egzemplarz, oprócz tego dla siebie. Na okładce pokraczny demon z głową prawdziwego nietoperza i w bojowej pozie, przed nim jakiś rozwalony typek, a za nim wojowniczka. Nad napisem „Batman” jeszcze jeden: „Knightsend”, zapowiadający, że tocząca się od wielu numerów saga o złamaniu i odrodzeniu Mrocznego Rycerza wreszcie ma się ku końcowi.

Spakował obydwa zeszyty, po czym dołożył trzeci, a niech mu tam, znalazł zamówienie Grześka. Zapiął plecak i już miał się zbierać, gdy nagle usłyszał:

– Ej, ty tam!

Zamarł. Darek stojący na szczycie stosu zachwiał się i poleciał do tyłu, machając odruchowo rękami. Od ściany z pustaków dzieliła go niewielka odległość i Kacper był pewien, że jeśli jego kumpel teraz w nią przydzwoni, na bank straci przytomność. A może skończy się jeszcze gorzej?

Spanikowane myśli dopadły Kacpra chmarą, przedstawiając najczarniejsze scenariusze, ale nim zdążyły wybrzmieć, Darek już upadł głową w gazety, przetoczył się i zerwał gotowy do skoku. W dłoni trzymał upuszczoną wcześniej reklamówkę. Reklamówkę wziął, kurwa, jak skończony debil!

– Do ciebie mówię, chodź no tu! – rozległo się głośniej, ostrzej i Kacper już wiedział, że to nie do nich dwóch. Ktoś przyuważył Grześka.

Czym prędzej doskoczył do muru, zerknął zza winkla i zobaczył gnającego przez otwartą przestrzeń kumpla, a za nim faceta w niebieskim fartuchu.

Gdyby chociaż był grubasem, pomyślał Kacper, jak wielu w tym zakładzie, albo miał gorszą kondycję. Ale nie, facet był normalnej budowy, a długie nogi pozwalały mu z każdym krokiem zmniejszać dystans. W tej sytuacji Grzesiek mógł dotrzeć jedynie do okopu. O ile da radę przeskoczyć go w tym błocie i o ile...

– Co się dzieje? – zapytał Darek, ale Kacper, tchnięty nagłą myślą, nie odpowiedział, tylko rzucił się przed siebie, nakładając po drodze plecak. W wąwozie między hałdami nabrał rozpędu, więc gdy wpadł na odkryty teren, gnał już najszybciej, jak w tych warunkach się dało. Jakimś cudem ani się nie potknął, ani nie wylądował w kałuży, przeskoczył nad połamanymi cegłami. Facet z papierni nie obejrzał się, pewnie nie usłyszał w tym deszczu, na przemian to wyklinał, to nawoływał Grześka. Już prawie go zresztą miał, dzieliła ich może podwójna długość ręki. A przecież Grzesiek musiał jeszcze wspiąć się na wagon albo go obiec. Bez szans!

Pierwszy z dwóch torów suwnicy Kacper pokonał jednym susem. Drugim skokiem, parę metrów dalej, wziął okop. Lądując, upadł, na szczęście do przodu, wsparł się na rękach, po czym poderwał się i popędził.

Czuł, że pali go w płucach, że wali mu serce, przed oczami miał mroczki, ale mimo to, gdy był już blisko, spiął się, znalazł oparcie dla stóp i skoczył.

 

Wylądował facetowi na plecach, a resztę zrobiła siła pędu, błoto i grawitacja. Człowiek poleciał do przodu, potknął się, wyrżnął twarzą o szynę drugiego toru suwnicy i zamarł. Kacper podniósł się, zatoczył i wbrew rozsądkowi na moment przystanął, patrząc na znieruchomiałego mężczyznę. Na widok jego zamkniętych oczu i krwi płynącej z ust i nosa zrobiło mu się w jednej chwili gorąco, słabo i niedobrze.

Jezus, Maria, pomyślał, czując, jak uginają się pod nim nogi. Zabiłem go! Zabiłem!

Ktoś złapał go za rękę i zaczął ciągnąć, jednak on nie potrafił się ruszyć.

– Kurwa, chodź, chodź! – Dotarło do jego uszu jakby spod wody. Czy też odwrotnie, to on był pod wodą, topił się, zapadał, a ktoś krzyczał do niego z brzegu.

Usłyszał głośny plask i bolesny gorąc rozlał się po jego policzku. Kacper potrząsnął głową i zrobił jeden, potem drugi krok do tyłu. Dopiero gdy zobaczył, że facet się ocknął i powoli zaczął podnosić, znalazł w sobie siłę, by się odwrócić. Złapał za uchwyt wagonu. Darek wyciągnął do niego rękę.

Przebiegli przez wagon i w pośpiechu, osuwając się dwa razy, wspięli się na zbocze. Darek przecisnął się przez dziurę, Grzesiek już czekał po drugiej stronie. Kacper złapał za siatkę, rozgiął ją i zanim przeszedł, jeszcze raz się obejrzał. Przez wagon, na przestrzał ujrzał, jak facet siedzi i maca się po rozkwaszonej twarzy. Z jakiegoś powodu wydało mu się to nagle nie straszne, a bardzo, bardzo śmieszne.

Potrzebował chwili, by zrozumieć, skąd ta zmiana. Znowu był po drugiej stronie siatki.

JÓZEK

– Przepraszam, nie wie pani, gdzie tu jest Grzybek? – zapytał Józek staruszki, która akurat wyszła na podwórko niewielkiego, zniszczonego domku na końcu ulicy. Kobieta miała na głowie chustkę w kwiaty i najwyraźniej tylko to należało do niej. Reszta ubrania, czyli brązowy ortalionowy bezrękawnik nałożony na starą drelichową kufajkę sięgającą wielkich czarnych kaloszy, zdecydowanie stanowiła własność kogoś innego. Męża? Może syna?

– Przepraszam. Grzybek gdzie jest, wie pani?! – powtórzył tym razem głośniej i znacznie wolniej, jak do przygłuchej.

Dopiero teraz spojrzała na niego z malującym się na twarzy wyrzutem.

– Przecież słyszę – zaskrzeczała. – Nie trzeba dwa razy powtarzać.

Machnęła ręką, sypiąc trzymanym w dłoni ziarnem, i nagle wokół niej zakotłowało się od kur. Józek widział przez siatkę, jak ptaki walczą zawzięcie, jak skaczą po sobie, robiąc przy tym niemożliwy rwetes. Rozbawił go ten widok.

– A ty chyba nie jesteś stąd, co?

Zdał sobie sprawę, że staruszka wciąż mu się przygląda. A skoro tak, pomyślał, mogłaby go zapamiętać i jakby kto pytał, opisać. W filmach zawsze jest od cholery takich świadków. Pamiętają rzeczy nawet po latach, opisują sprawców ze szczegółami i naprowadzają na tropy.

Tak, ale to są filmy, głupku, zbeształ się w myślach. W rzeczywistości pewnie ledwo cię widzi.

– Nie, proszę pani, nie jestem stąd – odparł grzecznie i pełnym zdaniem, a jednocześnie udając, że ociera twarz z deszczu, zasłonił się ręką i przytrzymał dłoń, jakby bolał go ząb. – To powie mi pani, gdzie ten Grzybek? Bo się tam umówiłem.

Staruszka sypnęła kurom kolejną garść i wyszczerzyła się w szczerbatym, złośliwym grymasie. Przypominała mu teraz starą wiedźmę.

– Z dziewczyną? – zapytała.

– Nie, z kolegami. To wie pani czy nie?!

Zdenerwowany podniósł głos, co najwyraźniej pomogło, bo wątłe ramiona kobiety drgnęły, ręka w za długim rękawie uniosła się, wskazując kierunek.

– Główną drogą na górę. Zobaczysz na pewno – powiedziała. – Tylko na polanę nie skręć, bo tam...

Tańczą moje koleżanki wiedźmy, dopowiedział za nią w myślach, trochę rozbawiony, ale bardziej zły.

– ...kozy się pasą – dokończyła staruszka.


Grzybkiem okazała się konstrukcja przypominająca wielkiego metalowego muchomora, umieszczona w najlepszym punkcie widokowym wzniesienia zwanego przez miejscowych górką papierniczą. Zanim wandale wyrwali deski z ławek, a potem lokalne pijaczki, ćpuny i licealiści zasadzili wokoło sadzonki butelkowych tulipanów, zużytych igieł, sreberek po czipsach Chio i innych śmieci, było to niewątpliwie idealne miejsce, by posiedzieć i pogapić się na rozciągającą się w dole malowniczą panoramę miasta.

Bo Głuchołazy, musiał to przyznać, z tej perspektywy wyglądały całkiem ładnie. W większości niskie zabudowania, nowe i stare, mieszkalne i użytkowe, poprzetykane zielenią drzew i zasnute oparami z fabrycznych kominów niczym magiczną mgłą. Znad krytych papą dachów sterczały dwie wieżyczki kościoła parafialnego oraz smukła wieża kościółka dla młodzieży, a między nimi chluba i jeden z symboli miasta: kamienna wieża bramy górnej, na którą, jak się ostatnio dowiedział, ze względu na stan drewnianych schodów wchodziło się z rzadka i tylko latem. Po prawej, na wzniesieniu, stał szpital MSWiA – teraz, w świetle dnia, zwykła prostokątna bryła, ale wieczorami, gdy we wszystkich oknach zapalały się światła, przypominał ponoć wielki wycieczkowy statek. Dziadek Józka i Darka nazywał go czasem statkiem miłości na pamiątkę tego głupiego serialu.

Nie minęło dziesięć minut, a od siedzenia na wybrakowanej ławeczce zaczął go boleć tyłek. Po kolejnych pięciu nie pomogła nawet wsunięta pod pośladki zrolowana katana Kacpra, dla bezpieczeństwa oddzielona od deski porwanym foliowym płaszczem. Józek wstał i rozejrzał się. A co, jeśli go wystawili? Albo co gorsza – jeśli wpadli?

Raz jeszcze spojrzał na zniszczone już komunijne seiko i dał im w myślach pięć minut. Jeśli nie zjawią się o pełnej godzinie, po prostu stąd sobie pójdzie. W końcu nic złego nie zrobił. Trzymanie komuś kurtki, jak poprosi, to nie jest żadne przestępstwo!

I niemal w tym samym momencie, gdy podjął decyzję, wyłonili się spomiędzy drzew. Uwalani błotem, rozczochrani, z jasnymi plamami wokół oczu i ust, jak negatywy pand. Wyglądali tak komicznie, że mimowolnie parsknął.

– Co wam się stało?

– Zamknij się – burknął Grzesiek. Minął Józka szerokim łukiem i usiadł na ostatnim ocalałym kawałku grzybkowego siedziska, wcześniej jednak uprzejmie odsuwając na bok katanę i foliowy płaszcz.

Darek był nieco bardziej rozmowny.

– Oj, stary, powinieneś to widzieć! – powiedział, biorąc od kuzyna pognieciony płaszcz. – Akcja jak z tego filmu... Jak... No, ty byś pamiętał. Ten, no... A, właśnie, z Tango i Cash.

Józek zmarszczył czoło.

– Zjeżdżaliście z dachu po kablu na paskach?

Darek pokręcił głową, szczerząc zęby.

– Lepiej, kurwa. Dużo lepiej!

Kacper również obszedł Józka łukiem. Sięgnął po katanę, włożył, kryjąc plecak, po czym wyjął z kieszonki zapalniczkę i pomiętą paczkę papierosów. Przyjrzał się obu tym przedmiotom leżącym w jego ubłoconych dłoniach i pokręcił głową.

– Masz, ty mi odpal, co? – zwrócił się do nowego. – Ja tu zaraz wszystko ujebię.

Józek westchnął. Nie chciał, żeby było od niego czuć fajkami, ale już raz dziś Kacprowi i reszcie odmówił, a oni przyjęli to całkiem dobrze. Jeśli zgodnie z planem miał tu spędzić resztę wakacji, powinien choć spróbować grać drużynowo.

Schował się pod daszek, wsunął papierosa do ust, starając się go nie obślinić, i osłaniając jedną dłonią, odpalił zapalniczkę. Długo nie chciała zaskoczyć. Kamień zgrzytał, raz czy drugi podskoczyła iskra, jednak płomień się nie pojawiał. I gdy już Józek zwątpił, czy kiedykolwiek się rozpali, nagle zaskoczyło. Przyłożył płomień do końcówki papierosa, zaciągnął się i niemal natychmiast zaniósł kaszlem.

Zgiął się wpół, zapiekło go w gardle, a oczy zaszły mu łzami. Usłyszał śmiech Grześka i poczuł na plecach mocne uderzenie otwartej dłoni. Uniósł rękę na znak, że nie potrzebuje powtórki, po czym zakasłał jeszcze kilka razy, wypluł z ust gęstą ślinę i powoli się wyprostował. Podał Kacprowi papierosa.

– Sorry – wychrypiał. – Nie palę.

– A kto pali? – zapytał Kacper, wypuszczając dym. – Mam dla ciebie tego Batmana.

– Dzięki.

– Żebyś ty widział, jak go zdobył – wtrącił się Darek. – Stary, żebyś ty to widział! W pewnym momencie pojawił się tam...

Józek nie słuchał uważnie. Nie dlatego, że go to nie interesowało – po prostu gdy jego kuzyn zaczął swoją opowieść, on stał tak, że widział drogę, którą przyszli. I nagle wydało mu się, że pięćdziesiąt metrów dalej, przy samym niemal zakręcie, ktoś ukrył się za drzewem. Przetarł oczy, wytężył wzrok i zobaczył drugą postać. Nieduży mężczyzna w ubłoconym roboczym kombinezonie, z czymś na twarzy, co przypominało prowizoryczny opatrunek. On też wyłonił się zza zakrętu, też próbował ukryć się za drzewem, ale chyba poczuł na sobie spojrzenie chłopaka, bo najpierw zamarł, by zaraz rzucić się do biegu pod górę.

– Chodu! – krzyknął Józek, a pozostali chłopcy obejrzeli się, akurat by dostrzec, jak do biegnącego dołączają dwaj kolejni, identycznie ubrani mężczyźni.

– Kurwa! – zawołał Kacper i jako pierwszy zerwał się z miejsca.

Mieli do wyboru dwie drogi – w górę wzniesienia między rozbudowywane osiedle domków jednorodzinnych lub ostrym zboczem górki papierniczej w dół, po udeptanej w wysokiej trawie ścieżce. Wystarczył rzut oka, by uznać, że nawet przy ładnej pogodzie i suchym gruncie ta droga wymagała uwagi. Teraz, gdy błoto ścieżki sunęło niczym lawa, a jedyną alternatywę stanowiła śliska trawa pełna ostów, pokrzyw i cholera wie czego jeszcze, wybieranie tej opcji było proszeniem się o wypadek.

Mimo to wszyscy bez wahania pognali w dół zbocza.

Grzesiek potknął się już na pierwszym kamieniu. Niebezpiecznie poleciał do przodu, wyciągając przed siebie ręce, krzyknął coś przeraźliwie i wyrżnął gębą w błoto. Pędzący tuż za nim Darek odruchowo przeskoczył kolegę, upadł na trawę i sturlał się dobrych kilka metrów, nim udało mu się zatrzymać. Usiadł skołowany, przykładając ręce do głowy.

Józek, który biegł ostatni, wyhamował przy gramolącym się Grześku. Kucnął, złapał go za ramię i szarpnął.

– Wstawaj, spierdalamy! – krzyknął. Miał wrażenie, że pościg jest tuż za nim. Już niemal czuł na sobie ciężar wielkiej łapy jednego z facetów. – Wstawaj, słyszysz?!

Mocniej szarpnął Grześka, a ten podniósł się na kolana, po czym wstał. Józek był pewien, że trwało to wieczność, że kosztowało ich całą przewagę, jednak gdy się obejrzał, tamci dopiero równali się z Grzybkiem.

– Trawą, na dupie! – zawołał.

Spróbowali w ten sposób, ale szybko odpuścili, więc wrócili na ścieżkę. Józek przypomniał sobie wyprawę w Tatry i słowa mamy o schodzeniu bokiem. Spróbował i choć poruszał się wolniej, to jednak już się tak nie ślizgał i nie wywracał jak Darek przed nim. Kątem oka dostrzegł, że Grzesiek podłapał i też zaczął schodzić bokiem.

Kacper dotarł już niemal na sam dół. Wywrócił się pod koniec, upadł na bok, przetoczył się i poderwał na tyle sprawnie, że właściwie nie wytracił pędu. Wyhamował dopiero przy drzewach, łapiąc się grubego pnia. Obejrzał się i coś krzyknął.

Józek zaryzykował spojrzenie za siebie. Ludzie z papierni zaczęli już schodzić po zboczu, ale wolno. Zdecydowanie za wolno jak na kogoś, kto chce ich złapać. Na tym etapie powinni już, cholera, odpuścić. Powinni już wiedzieć, że ich nie złapią, a mogą co najwyżej...

I wtedy właśnie, na kilka sekund, nim ich dostrzegł, dotarło do niego, że wpadli w pułapkę. I że znaleźli się właśnie tam, gdzie ci faceci chcieli ich mieć.

Zatrzymał się i złapał Grześka, gdy ten próbował go minąć.

– Kacper, za tobą! – krzyknął, jednocześnie pokazując palcem na dwóch mężczyzn w granatowych kombinezonach, którzy wyłonili się zza wypełnionego gruzem kontenera na śmieci stojącego na poboczu drogi.

Najstarszy z chłopców obejrzał się i odruchowo rzucił w górę zbocza, jednak nawet na czworakach udało mu się pokonać raptem kilka metrów, po czym zsunął się do punktu wyjścia. Spróbował jeszcze raz, ale z podobnym skutkiem. Darek wyhamował tuż przed nim i rozejrzał się bezradnie, szukając drogi ucieczki.

– Co robimy? – zapytał Grzesiek.

Józek nie odpowiedział, myślał intensywnie. Znów się obejrzał. Ci z tyłu schodzili wolno, więc jeszcze nie stanowili zagrożenia. Co innego ci na dole, bo od uciekającego w chaszcze Kacpra dzieliło ich coraz mniej. Nie musieli się zresztą spieszyć – krzaki były zbyt gęste, by mógł się przez nie przedostać. Zaplącze się, a oni wyłuskają go z nich jak pieprzony groszek. Chyba że...

 

Schylił się i wygrzebał z ziemi dwa większe kamienie. Oba mieściły się w dłoni, jeden, obły i płaski, idealnie nadawał się do rzucania kaczek.

– Łap kamienie – polecił Grześkowi. – Łap kamienie i jazda.

Ponownie zerknął za siebie, zacisnął dłonie na ubłoconych pociskach i rzucił się biegiem w dół, krzycząc głośno.

Darł się tak i pędził, nic sobie nie robiąc z marnowanego oddechu, a stromy spad sprawiał, że z każdym krokiem nabierał coraz większego rozpędu. Gdzieś tam z tyłu głowy huczała mu myśl, że może się potknąć, pośliznąć, skręcić nogę, ale niezdolny do zatrzymania się, pchany niewidzialną siłą grawitacji, nie przejmował się takimi bzdurami. Będzie jak będzie. Teraz widział tylko drzewa, ku którym niebezpiecznie się zbliżał, dwóch pracowników papierni zaskoczonych jego szarżą i Kacpra przedzierającego się przez chaszcze. Szło mu lepiej, niż można było przypuszczać. Musiała tam być jakaś ukryta ścieżka.

Coś śmignęło Józkowi koło ucha i uderzyło o pobliski pień, odpryskując kawałek kory. Kamień Grześka!

Przypomniał sobie o swoich i nie mierząc nawet szczególnie, cisnął najpierw jednym, a potem drugim kamieniem. Chybił, ale w ślad za nimi poleciały kolejne, z lewa, a więc rzucone przez Darka. Jeden z nich trafił w ramię starszego pracownika, łysiejącego chudzielca, a ten zatoczył się, krzyknął coś, po czym schował się za drzewem. Jego towarzysz, rosły, masywny blondyn wyglądający na opóźnionego, zaklął szpetnie, choć jakoś bez przekonania. Zaraz też zarobił kamieniem w rękę, a potem tuż nad sercem.

Gdyby to była strzała albo nóż, przemknęło Józkowi przez głowę, gdy w pełnym pędzie wpadał na żwirową drogę, byłaby akcja jak z Rambo.

Przebiegł połowę ulicy, zanim zaryzykował i obejrzał się przez ramię. Tuż za sobą dostrzegł Grześka, od Darka dzieliło ich co prawda kilka metrów, ale sporo wolniejszy pościg już mu nie zagrażał. Kacpra nie widział, co akurat wziął za dobry znak.

Na rozwidleniu zawahał się, jednak uznał, że nie będzie wracał w stronę papierni, więc pognał w lewo. Minął stróżówkę ze szlabanem, posępny, brunatny biurowiec i przyklejone do niego dwie albo trzy odrapane kamienice. Skręcił w prawo, przypadł do muru i łypnął zza winkla. Odetchnął, widząc, że choć obaj uciekający z nim chłopcy nadal biegną co sił w nogach, nikt już ich nie goni.

Schował się, przywarł plecami do ściany i najpierw dyszał ciężko, rozmasowując kolkę, a następnie spróbował splunąć. Gęsta, biała ślina przykleiła mu się do brody.

– Kurwa... mać – wysapał z trudem. A potem zaczął się śmiać.