Kłamca 2.8. Papież sztuk

Tekst
Z serii: Kłamca
Z serii: Cyngiel niebios #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ta opcja mu odpowiadała…

…choć trochę psuła ją łatwość, z jaką mu to wszystko przyjdzie, brak jakiegokolwiek wyzwania, jakiejkolwiek…

Pokręcił głową. Nie, po prostu mu odpowiadała i już.

A gdy dwadzieścia minut później zdyszana, mokra od potu dziewczyna wyznała mu pełnym uwielbienia, rozedrganym szeptem: „Jesteś pierdolonym bogiem, kowboju”, uśmiechnął się tylko i powiedział:

– Pierdolącym, skarbie. Reszta się zgadza.


Wyszedł z baru około północy i przez jakiś czas włóczył się ulicami miasteczka, nie myśląc o niczym konkretnym. Czasem jednak zauważał jakąś prozaiczną sytuację i wtedy nagle w głowie przeskakiwał mu obrazek – albo filmik czy animacja – jak by to wyglądało w fabule. Jak scena, którą właśnie obserwował, mogłaby przedzierzgnąć się w popkulturową kliszę? Jaka konwencja pasowałaby lepiej do starego pijanego lumpa i młodego japiszona na przystanku autobusowym? Dramat? (Japiszon rozpoznaje w lumpie ojca, który dawno temu go porzucił). Sensacja? (Lump podchodzi do japiszona i mówi mu coś, co narazi życie chłopaka na śmiertelne niebezpieczeństwo). Dreszczowiec z psycholem? (Szczeniak w garniturze rozgląda się, wyjmuje z teczki siekierę i zarąbuje żula dla dzikiej satysfakcji, a potem rezygnuje z nocnego i idzie poszukać taksówki).

Każda scena dziejąca się wokoło miała teraz fabularny potencjał. Każda mogła w jednej chwili przestać być życiem i stać się opowieścią dla mas. Był tylko jeden problem, z którego Crane zaczynał sobie właśnie zdawać sprawę.

To wszystko, co działo się wokół niego, te scenki mniejsze i większe były niczym więcej jak tylko scenkami właśnie. Mniej lub bardziej udanymi, mniej lub bardziej oryginalnymi lub postmodernistycznymi, ale w oderwaniu od większej fabuły zupełnie pozbawionymi znaczenia. Tej natomiast, osi scenariusza, jakoś nie było. Podobnie jak protagonisty, antagonisty i…

Crane przystanął, zdając sobie sprawę, że to wszystko, co właśnie pomyślał, to nieprawda. Istniał przecież protagonista, i to najlepszy z możliwych. On sam. O antagonistę też nie było trudno, jeżeli potraktować jako otwierającą scenę niedawną rozmowę i zamach w hotelu. Ktokolwiek za tym stał, ktokolwiek chciał go zabić, wiedział sporo o tym, kim Crane się staje, i za wszelką cenę nie chciał do tego dopuścić. A zatem ów ktoś, czy może cała organizacja ktosiów, to właśnie antagonista. Cel? Mogłoby nim być rozwiązanie zagadki, dlaczego stał się tym, kim jest, ale Dezyderiusza Crane’a mało to teraz obchodziło. Więc może…

– …stara, dobra i starannie przemyślana zemsta? – powiedział na głos…

…i choć brzmiało to całkiem nieźle, to jednak nie aż tak, jak mogłoby zabrzmieć we wnętrzu jego głowy, gdyby się tak łaskawie nie wpierdalał w zdanie swej wewnętrznej narracji.


Postanowili sklecić naprędce kilkupunktowy plan. Pierwszy i zdecydowanie najważniejszy punkt brzmiał: za wszelką cenę utrzymujemy sprawę w tajemnicy przed skrzydlatymi.

Nie wymagało to dodatkowych wyjaśnień, tłumaczeń i dyskusji, bo cała trójka zdawała sobie sprawę, że nie ma znaczenia, kto spieprzył – polecieliby wszyscy.

Byli po to, by skutecznie likwidować albo wystawiać dawnych bogów, nie po to, by tworzyć nowych. Samo sprzedanie wiedzy o prawdziwej naturze świata również nie działało na ich korzyść, ale z tego akurat, zdaniem Lokiego, mogli się spokojnie wyłgać.

Po pierwsze, sprzedając scenariusz, zachował wszelkie możliwe środki ostrożności, a samo wspomnienie o sprawie zamaskował w swej głowie przed odczytaniem metodą odkrytą niedawno w jakiejś książce.

Po drugie, co Kłamca sprawdził już po wielokroć, aniołowie nie oglądali specjalnie filmów i generalnie guzik wiedzieli o popkulturze. Gdyby jednak sprawa wypłynęła, archaniołowie, a zwłaszcza Michał, mogliby nie dać im drugiej szansy. Zwłaszcza odkąd Loki miał z Jenny ciche tygodnie, tracąc tym samym swą jedyną słabą ochronę przed Ogniem Pana i Wodzem Jego Zastępów.

Reszta punktów planu opierała się na przewidywanym postępowaniu nowego boga i ewentualnych sposobach przeciwdziałania. Z braku innych opcji Loki przyjął taktykę „co ja bym zrobił na jego miejscu”, o tyle niepozbawioną sensu, że na swój dziwaczny sposób byli z Crane’em spokrewnieni.

– W pierwszej kolejności postawiłbym na dwie rzeczy – uznał Kłamca. – Po pierwsze, przetestował zakres swoich mocy, po drugie, starał się je maksymalnie zwiększyć.

Eros zanotował, po czym pstryknął długopisem.

– W jaki sposób byś to zrobił? – zapytał.

– Zwiększył moce? Biorąc pod uwagę to, czego byłbym potencjalnym bogiem – Loki postukał się palcem w nos – sądzę, że użyłbym wszystkich dostępnych mi mediów, by… Dobra, panowie. Zbieramy się. Potrzebne nam na szybko jakieś centrum handlowe.

Bachus, który właśnie wrócił z toalety i ledwie wcisnął się ze swym brzuchem z powrotem za stolik, sapnął głośno.

– Po co nam teraz centrum handlowe, Loki?

– Potrzebujemy damskiej bielizny, bo ciągle sobie z nią nie radzę.


Właśnie ten moment, nie cała wcześniejsza połajanka, był w takich rozmowach najgorszy. Chwila, gdy ojciec kończył już kazanie, zostawało mu raptem kilka zdań do końca. Wtedy jego słowa zaczynały się plątać, głos cichł, pauzy wydłużały się niczym cienie późnym letnim popołudniem. Wzrok uciekał mu w stronę siedzącej na łóżku matki, a ta wytrzymywała owo spojrzenie tylko chwilę, by zaraz zwiesić głowę i wygładzić chyba tylko dla niej widoczne fałdki na kocu.

Zawsze gdy przychodzili z „rozmową”, zajmowali te same pozycje – ona na łóżku, on przy szafie obok drzwi – i nieodmiennie odgrywali te same role, powtarzali te same kwestie, by wreszcie spalić się na finale. Stu czuł ich zażenowanie i pośrednio mu się ono udzielało. Mógł sobie być zbuntowanym trzynastolatkiem, ale przecież kochał swych staruszków. I nie był potworem. Dlatego tym razem, wiedząc doskonale, co się święci, zrobił w odpowiednim momencie żałosną minę i wyjęczał:

– Proszę, tylko nie teraz. Nie możecie mi zabrać karty graficznej z komputera, bo bez niej nie będę w stanie…

Przerwał, niby uciekając nerwowo wzrokiem w górę i w lewo, nie ostentacyjnie, ale na tyle zauważalnie, by mama, której się ostatnio nudziło w pracy i czytała na tony podręczniki dotyczące mowy ciała, odebrała to jako odwołanie do wyobraźni, a więc kłamstwo.

– …odrabiać lekcji. Muszę sprawdzać pewne rzeczy w inte…

Urwał słowo, mając nadzieję, że powiedział je dość głośno, by tata usłyszał. Ostatnio miał trochę problem ze słuchem, jakiś debil zatrąbił mu prosto w ucho trąbką stadionową i teraz trzeba mu było wszystko powtarzać.

Tego jednak nie.

Nagły błysk w oczach rodzica i nikły uśmiech pod wąsem znaczyły, że oba sygnały dotarły i zagnieździły się w jego głowie jako własne pomysły. A szybka wymiana spojrzeń z matką potwierdziła to ostatecznie. „Dobrze” – pomyślał Stu. Tym razem nie będzie chwili krępującej ciszy. Teraz tylko nie okazać ulgi, bo to mogłoby wszystko skopać. Utrzymać żałosną minę, odpowiednio zareagować, gdy…

– Przykro mi, synu, ale kara musi zaboleć – stwierdził ojciec. – Wtedy ją zapamiętasz i, być może, następnym razem powstrzymasz się od sprawiania kłopotów innym i sobie, a nam przykrości.

– Ale tato. Czy nie mógłbym…?

– Nie, mój drogi, nie mógłbyś.

Ojciec podszedł do biurka i położył rękę na migającym zielonymi lampkami routerze. Wypiął go dwoma sprawnymi ruchami.

– To po pierwsze. Po drugie: karta. Wypniesz sam czy mam…?

Zrobił groźną minę, za którą zupełnie nic się nie kryło. Stu wiedział o tym, ale nawet gdyby było inaczej, domyśliłby się tego po reakcji matki, która, usłyszawszy ojcowski blef, gwałtownie wstrzymała oddech. Ojciec nie znalazłby karty graficznej w bebechach komputera nawet i za sto lat. No ale gdyby zmusić go do jej szukania, pewnie znowu zrobiłby tę minę zbitego psa, a w dodatku cała ta szopka przeciągnęłaby się nie wiadomo ile.

Dlatego, pociągając nosem, Stu zwlókł się z obrotowego krzesła, opadł na kolana, raz jeszcze poprosił i usłyszał odmowę, po czym, wyczerpawszy już wszelkie odwołania do ojcowskiej litości, zdjął pokrywę obudowy i wypiął masywną, obudowaną radiatorami i wentylatorami kartę graficzną. Podał ją ojcu i zacisnął zęby, gdy dostrzegł, jak rodzic ją ściska, nie bacząc na podzespoły. W tym momencie pożałował, że nie oddał jej w pudełku.

– Jak długo? – zapytał jeszcze, co było ostatnim krokiem w stronę dopełnienia rytuału.

– Tak długo, jak będzie trzeba – odparł ojciec i to były sakramentalne słowa, które domykały temat.

Matka podniosła się z łóżka, wygładziła koc i spódnicę, podeszła do drzwi.

– Kolacja będzie za pół godziny. Poczytaj coś do tego czasu – powiedziała i uśmiechnęła się smutno. – I nie bocz się tak. To dla twojego dobra.

– Matka ma rację – powiedział ojciec, również podchodząc do drzwi. – Może teraz widzisz to inaczej, ale robimy to wszystko dla ciebie. Bo cię kochamy.

Stu chciał teraz odpowiedzieć, że też ich kocha, ale nie mógł, bo to by skopało jego przykrywkę. Dlatego tylko mocniej pociągnął nosem i warknął:

– A ja was nienawidzę.

A potem czekał z zamkniętymi oczami, aż zamkną się drzwi.

 

Wiedział, że zgodnie z podręcznikiem matki powinien teraz dostać czas dla siebie, więc nie obawiał się, że wrócą. Mimo to odczekał jeszcze chwilę, zanim włączył komputer, który automatycznie przełączył się na kartę zintegrowaną. Jutro podrzuci ojcu atrapę, a dziś i tak nie zamierzał w nic grać. Zamiast tego połączył się z Wi-Fi sąsiadów, wpisując ich beznadziejnie słabe hasło, i sprawdził pocztę. Nic ciekawego, więc szybko przełączył się na skrzynkę, którą zwykł nazywać służbową. Tam czekał na niego mail z załącznikiem.

Na sam widok loginu nadawcy i symbolu spinacza zaczęło go przyjemnie mrowić w dole brzucha, a temat „Zaliczka i szansa na więcej” przyspieszyły bicie serca. Z gwałtownie narastającym podnieceniem najechał kursorem na wiadomość i kliknął. Miał zamiar najpierw przeczytać tekst, ale wzrok odruchowo omsknął się na miniaturkę czarno-białej fotografii, na której śliczna, półnaga modelka prężyła się i uśmiechała do obiektywu niemal tak samo, jak uśmiechała się czasem do klasy na prowadzonych przez siebie lekcjach matematyki. Od nagłego odpływu krwi z głowy Stu zrobiło się słabo.

Cześć,

nowa sesyjka, tym razem pozowana, bo pani psor ma nowego chłopaka, fotografa.

Stu zmarszczył czoło, błyskawicznie otworzył drugie okno, wszedł na Facebooka i włamał się na konto matematyczki, by sprawdzić logi czatu. Żadnych nowych rozmówców, żadnych nowych chłopaków. Dziwne. Przerzucił karty i wrócił do listu.

Facet jest trochę dziwakiem – płyty winylowe, żadnych komórek czy Fejsa – ale na szczęście aparat ma cyfrowy, a zdjęcia robi niezgorsze, czyż nie?

Tak, Stu musiał to przyznać. Ze wszystkich zdjęć, jakie do tej pory dostał, to było najlepsze technicznie. Może niespecjalnie odważne, ale jakościowo bez zarzutu. Pytanie tylko – zresztą to samo, co zwykle, odkąd okazało się, że sprawdzanie maila do niczego nie prowadzi, a innych śladów brak – jak jego rozmówcy udało się wejść w ich posiadanie? I kim w ogóle jest? A także czego chce w zamian?

Przynajmniej na to ostatnie pytanie odpowiedź zawierała się w liście.

Jeżeli chcesz dostać więcej zdjęć (a nawet jeden krótki, acz treściwy filmik), będziesz musiał coś dla mnie zrobić. I nie martw się, nie będzie to skomplikowane ani specjalnie czasochłonne.

„To już ja ocenię” – pomyślał Stu, ale gdy doczytał do końca, stwierdził, że faktycznie: ani trudne, ani skomplikowane. Właściwie gdy tylko rozpuści wici – co powinno mu zająć nie więcej niż kwadrans – robota zrobi się sama.

Odpisał więc szybko: ok, już się za to biorę, po czym wahał się przez chwilę, patrząc to na zdjęcie, to znów na paczkę nawilżanych chusteczek obok monitora, ale wreszcie uznał, że na to będzie jeszcze czas. Po pracy i… z mocniejszą dokumentacją.


Piętnastoletni Manuel wiedział, że to już koniec. Wiedział, gdy z oddali dobiegło ich mruczenie, które po chwili strachu większość wzięła za zapowiedź nadchodzącej burzy. Zyskał ostateczną pewność, kiedy zza wzgórz, w takt jazgotu teksańskiego rebel yell i kawałków Hanka Williamsa odpalonych nagle z olbrzymich głośników, reflektory na kabinach półciężarówek wystrzeliły snopami świateł, a jego matka zatrzymała się uwięziona w ich promieniu niczym kojot na drodze.

Niektórzy próbowali się jeszcze chować, biegali, szukając schronienia za głazami, pagórkami, między wyschniętymi gałęziami pojedynczych krzaków. Manuel zobaczył, jak pan Pablo, piekarz, wpycha córkę i jej dziecko do niewielkiego dołka, a potem kładzie się na nich i rękami zagarnia ziemię pod siebie, jakby płynął. Naiwna wiara pozwalała mu wierzyć, że w tym krótkim momencie, zanim pieprzone teksy schwytają całą resztę wędrowców zza muru, jemu uda się przysypać bliskich na tyle, by nikt ich nie zauważył.

Huknęły strzelby wielkie jak armaty. Na razie w powietrze, ale nikt nie miał wątpliwości, że jeśli zaraz wszyscy się nie uspokoją, kule powędrują między ludzi, głosząc prawdę o dobrodziejstwie amerykańskiej drugiej poprawki.

Samochody były już cztery. Jeden terenowy, należący do straży granicznej, i trzy pick-upy samozwańczego patrolu obywatelskiego. Na dachu każdej z półciężarówek zamocowano listwę halogenów i, jakby tego było mało, ogromny ruchomy szperacz zasilany z agregatu na pace. Wszystko po to, by wąsaci, długowłosi kowboje, po siedmiu w każdym wozie – trzech w kabinie, czterech na pace – nie musieli strzelać w ciemność.

Prócz broni Manuel zauważył co najmniej dwie kamery, którymi celowano teraz do jego rodziny i bliskich. I choć obiektyw był mimo wszystko lepszy niż lufa, to dopiero na ten widok chłopiec poczuł prawdziwy gniew. Nie wystarczy im, hijos de puta, samo polowanie, zastraszanie, strzelanie do ludzi jak do królików czy świstaków. Nie, oni jeszcze musieli to uwiecznić, by potem chwalić się swoim żonom czy siostrom. Co podobno w Teksasie często znaczyło jedno i to samo…

Chłopiec zacisnął pięści i ruszył w stronę matki, ale nagły huk, wizg, a potem kamień podskakujący tuż przy jego stopie i obłoczek pyłu w powietrzu skutecznie go zatrzymały. Matka, wciąż w kręgu światła, wstrzymała oddech. Chłopiec wiedział, że boi się teraz bardziej o niego niż o siebie, i to sprawiło, że karnie zwiesił głowę.

Samochody tymczasem ustawiły się półkręgu i zatrzymały. Z wozu straży granicznej wyłonił się postawny jegomość pod pięćdziesiątkę. Nałożył kapelusz, wziął do ręki megafon i poczekał, aż wąsaci kowboje ustawią się po jego obu stronach. Dopiero wtedy włączył urządzenie, przyłożył tubę do ust i powiedział po angielsku z wyraźnym teksańskim akcentem:

– Straż Graniczna. Właśnie wtargnęliście na terytorium Stanów Zjednoczonych.

Jeden z kowbojów zawył niczym kojot, wznosząc głowę do księżyca, kilku jego kolegów ryknęło coś do wtóru. Padł strzał i kolejny.

Manuel złowił spojrzenie przerażonej matki. Miał tylko płochą, nikłą nadzieję, że nie zrobią jej krzywdy. Może w tej ciemności nie zauważą, jaka jest piękna?

– Ej, a co się tam dzieje?! – zawołał nagle jeden z Teksańczyków.

Szperacz podążył za wskazaniem jego palca i oświetlił pływającego na piasku piekarza Pabla. Kowboj ruszył w jego stronę.

– Wyłaź stamtąd, pierdolony brudasie! Co, nie rozumiesz po angielsku?

Piekarz przestał ruszać rękami, ale się nie podniósł. Uniósł tylko głowę i wlepił wzrok w nadchodzącego mężczyznę.

– Wstawaj i dołącz do pozostałych – polecił kowboj.

Gdy Pablo nie zareagował, wymierzył i strzelił tuż obok niego. Meksykanin zamknął oczy, ale poza tym ani drgnął. To jeszcze bardziej rozsierdziło Teksańczyka.

– Wstawaj, fasolarzu! – ryknął, a krzykowi towarzyszył kolejny strzał, znacznie bliżej głowy Pabla. Odpryskujący piasek uderzył piekarza w twarz, wpadł do oka. – Jak się zaraz nie ruszysz, następna kula zrobi ci z mózgu pierdolone burrito, słyszysz?

Manuel zacisnął pięści jeszcze mocniej. Wiedział już, że mężczyzna nie wstanie, że kto wie, może właśnie wymyślił sobie, że jak już go zastrzelą, to nikt nie ruszy trupa i wtedy jego córka i wnuczek ocaleją, potem wygrzebią się spod niego i rozpoczną nowe życie w tej ojczyźnie wolności i szansy dla każdego. Czy to naprawdę było tego warte? Tych pieniędzy, które już zapłacili, strachu, upokorzeń, a teraz jeszcze tego? Śmierci od kuli jakiegoś wariata, który nie umiałby przeliterować nazwy ulubionego zespołu? Manuel miał piętnaście lat, urodził się w małej meksykańskiej wiosce, a już teraz lepiej mówił po angielsku niż tamci ze strzelbami. Pewnie lepiej też znał historię i geografię ich kraju. Gdzie tu jest sprawiedliwość?

Wtedy właśnie sprawiedliwość przemówiła.

– Funkcjonariuszu, proszę zostawić tych ludzi – rozległo się nagle gdzieś z lewej.

Głos z pogranicza szeptu, ale mimo wszystko głośny i wyraźnie słyszalny dla wszystkich. Co najdziwniejsze, Manuel nie był w stanie stwierdzić, czy słowa padły po angielsku, czy po hiszpańsku. Z zaskoczenia i nagłej irytacji Teksańczyków oraz z nadziei w oczach schwytanych Meksykanów wynikało, że jakimś cudem wypowiedź była zrozumiała dla wszystkich.

Właściciel głosu wszedł w krąg światła i wtedy Manuel go rozpoznał. Choć był ubrany jak Eastwood, nie było wątpliwości, że to aktor z jego ulubionego serialu „Bóg pośród nas”. Ten, który ostatnio… zginął? Jak widać, nie do końca.

A może to wyobraźnia płata ci figla? Meskalina strachu, tequilowa nadzieja i piwne nerwy – halucynogenny drink zwalający z nóg. Histeria Meksa – tak mógłby się nazywać. Albo Rojenia fasolarza. Pijesz i widzisz aktorów na pustyni.

Wtedy jednak mężczyzna podszedł jeszcze kilka kroków i zatrzymał się niemal tuż przy chłopcu. Mrugnął do niego i nie było już żadnych wątpliwości. Za kilkudniowym zarostem kryła się twarz Marcusa Lestera. Ubrany był w parciane spodnie obszyte skórą i ciemnobure ponczo, na oczy miał zsunięty kapelusz z szerokim rondem. Pachniał garbowaną skórą, smarem i świeżym potem.

– Chyba wyraziłem się jasno, funkcjonariuszu? – ni to stwierdził, ni zapytał, kładąc ręce na ogromnych rewolwerach zawieszonych na szerokim pasie. – Wskakujcie na swoje ciężarówki i zjeżdżajcie stąd, zanim się zdenerwuję. Zostawcie tylko tego forda po lewej, bo państwo nie będą chodzić więcej po nocy.

Wszystko to powiedział władczym, przepełnionym pewnością głosem, a Manuel mógłby przysiąc, że gdy słowa wylewały się z jego ust, jakiś bezcielesny, nieco schrypnięty głos nucił coś jako ścieżkę dźwiękową, podkład dla tej przemowy. Patetyczną i zadziorną jak kawałki Hansa Zimmera z czasów Twierdzy. Manuel uwielbiał ten film, był wielkim fanem Nicholasa Cage’a.

Funkcjonariusz Straży Granicznej zmrużył oczy, by przyjrzeć się nieznajomemu, a potem splunął na ziemię i uniósł strzelbę.

– Nie wiem, kim jesteś, chujku, ale zaraz…

I wtedy padł pierwszy strzał. Tak, to Marcus Lester strzelił pierwszy, nie było co do tego żadnych wątpliwości. Wypalił z ogromnego rewolweru, który nagle zmaterializował się w jego ręce, a funkcjonariusz odleciał do tyłu i walnął o maskę samochodu. A potem, nim ktokolwiek się zorientował, padło kolejnych dziesięć strzałów. Każdy z nich skutkował spektakularnym, filmowo nienaturalnym upadkiem jednego z Teksańczyków. W powietrzu fruwały kapelusze, a jedna ze świszczących kul przeszła przez szybę, zrykoszetowała we wnętrzu samochodu i uderzyła w gałkę radia, uruchamiając lokalną stację. Rozległy się dźwięki Ring of Fire Johnny’ego Casha.

Większość Meksykanów na dźwięk pierwszego strzału padła na ziemię. Manuel jednak stał i patrzył jak urzeczony na to, co się dzieje, na kciuki Lestera z lekkością odciągające kurki potężnych rewolwerów, na płomień wydobywający się z lufy, a potem na wychudłe klatki piersiowe kowbojów zapadające się pod flanelą niczym gliniane dzbanki uderzone młotem. Padali jak muchy, nie zdążywszy nawet unieść broni. Padali, a w gardłach wiązł im ten sam co wcześniej rebel yell.

Jednak to był tylko pierwszy szok i chłopiec wiedział o tym doskonale. Jedenaście strzałów, każdy celny i skuteczny, wujaszek Clint byłby dumny – gdzie on, do diaska, nauczył się tak strzelać?! – ale to znaczyło, że w olbrzymich rewolwerach aktora został już tylko jeden pocisk. I to akurat w chwili, gdy pozostali członkowie społecznego patrolu na rzecz czystości granic otrząsali się z zaskoczenia, dopadali osłon, unosili broń. Nie dadzą mu szansy, nie pozwolą przeładować, podziurawią jak sito ze swoich strzelb i karabinów, zwłaszcza że stoi tak w centrum światła, łatwy cel…

Ale Marcus Lester niczym jego serialowe alter ego niewiele sobie robił z praw rządzących tym światem. Jego rewolwery mimo pustych bębenków nadal pluły ogniem jak szalone, a każdy pocisk trafiał napastnika, nieważne, gdzie ten się ukrywał. A potem, gdy kowbojów zostało może pięciu czy sześciu, Lester/Crane nagle puścił rewolwery na ziemię, dobył noża i rzucił się biegiem w stronę pojazdów.

Ocaleni uznali to za swoją szansę, bo wychylili się zza samochodów i zaserwowali aktorowi prawdziwą kanonadę. Marcus Lester tańczył jednak między kulami, uchylał się, odwracał głowę i wykonywał w powietrzu nierealne akrobacje, unikając korkociągów kul rzeźbiących w powietrzu swe pokręcone tunele. Ciche do tej pory murmurando jego ścieżki dźwiękowej przeszło w mocny, patetyczny motyw i zlało się idealnie z kolejnym kawałkiem Casha dochodzącym z radia.

A potem Lester/Crane wskoczył na maskę pick-upa, wybił się mocno z lewej nogi i przeleciał nad kabiną, by wylądować na pace i stamtąd ciąć ukrytych za samochodem napastników. W górę wystrzeliły fontanny krwi, rozległy się też wrzaski przechodzące w zdławiony bulgot. Choć wciąż padały strzały, Manuel wiedział, że nie mają one już żadnego znaczenia. Witaj, Ameryko! Twój bóg, bóg amerykańskiego popu, gwiazda z firmamentu Hollywood, zstąpił, by przeprowadzić swój lud przez pustynię.

 

Nie wiedział, skąd wzięło mu się w głowie to porównanie, ale tą samą drogą dotarła do niego myśl brzmiąca jak polecenie: Weź kamery. Rozejrzał się i dostrzegł, że obie leżą tak, by filmować scenę z dwóch perspektyw, z obu stron. Manuel, który marzył, że kiedyś zostanie operatorem, a może nawet reżyserem, i opowie prawdę o swoim kraju, nabrał nagle pewności, że oto jego filmowa misja właśnie się zaczęła.

Miał zmontować ewangelię nowego boga. Pierwszą z tysięcy. Świadectwo cudów, których dokonał troskliwy bóg Marcus Les…

Nie!

Zamarł na moment zaskoczony obcym głosem, ale zaraz pokiwał głową i się poprawił.

…których cudów dokonał troskliwy bóg Dezyderiusz Crane w obronie swego ludu wybranego.

Gdzieś tam za samochodem z cichym jękiem umierał ostatni wąsaty członek samozwańczego patrolu.


Stu siedział w Starbucksie i popijając kawę, to zerkał na monitor pożyczonego laptopa, to rozglądał się po wnętrzu kawiarni. Zasilacz komputera był podłączony do gniazdka mimo pełnej baterii, bo chłopak nie chciał niespodzianek. To spotkanie biznesowe i miał zamiar wypaść na nim dobrze. Nieważne, co było przedmiotem handlu. Przecież ci ludzie od zabawnych gadżetów typu wesoły penis na nóżkach też pewnie kiedyś rozmawiali o…, ha, ha, ha, interesach. Śmieszność towaru nie zwalniała ich jednak z profesjonalizmu. Powinni się właściwie prezentować i robić wrażenie, wynajmować salki konferencyjne i stukać wskaźnikiem w tablicę pełną wykresów sprzedaży. A przynajmniej nie przepraszać za ewentualny nagły brak zasilania, bo przeceniło się baterię pożyczonego maca.

„Tak właśnie, dobre wrażenie” – pomyślał Stu, upijając kolejny łyk kawy. Czarnej, bo prawdziwi faceci piją tylko taką: czarną jak smoła i gorącą jak zawartość hutniczego pieca. Para parzyła mu twarz, ale oczywiście ani myślał o pokrywce; skoro już tak się męczył, to niech ludzie widzą z czym. Na szczęście cukru, którego wsypał cztery torebki, a potem jeszcze pół, nie było widać. Tylko opakowania, ściśnięte w papierową kulkę i wepchnięte w tylną kieszeń, uwierały go po równo w dupę i w sumienie.

Raz jeszcze przejrzał zawartość folderu zebraną w ciągu ostatniego tygodnia, wszystkie te filmiki zrzucone z YouTube’a i Vimeo, a potem przekonwertowane do AVI, zrzuty ekranu z artykułami, dla wygody skopiowanymi także jako czysty tekst do Worda. Nagrał to wszystko również na pendrive’a ze Scooby Doo – jedynym, jaki znalazł – ale chciał najpierw omówić to i owo, nim sfinalizują transakcję. Swoją zapłatę też miał zamiar sprawdzić na miejscu, przynajmniej pobieżnie. Tak właśnie robi się dorosłe biznesy i jako bardzo przedsiębiorczy trzynastolatek Stu był tego w pełni świadom.

Powiódł wzrokiem po lokalu. Dostrzegł jakąś parkę w szkolnych mundurkach – ona ciemna spódnica, takiż sweter i biały kołnierzyk wyłożony na zewnątrz, on spodnie w kant i marynarka tej samej barwy z herbem szkoły wyhaftowanym złotem i czerwienią na kieszonce – rozprawiającą nad termicznymi kubkami z logo zielonej syrenki. Nieco na lewo od nich, na skórzanym fotelu półleżał zblazowany latynos w T-shircie niszowej, hipsterskiej imprezy. Bawił się komórką i popijał – mięczak! – latte.

Stu ostentacyjnie łyknął czarnej, przesłodzonej smoły i zerknął w stronę długiej lady znikającej w głębi wąskiego lokalu. Akurat w tym momencie stojąca tam stara pomarszczona Murzynka w czymś przypominającym turban odwracała się, ściskając w obu rękach porcelanowy kubek. Ich spojrzenia się spotkały, a kobieta natychmiast wzięła to za dobry znak. Dotuptała do niego, drobiąc kroczki i postawiwszy kubek na stole, ciężko opadła na kanapę obok chłopca. Poduszka sapnęła głośno; zabrzmiało to, jakby ktoś puszczał gazy.

A może rzeczywiście, zdążył pomyśleć Stu? Cholera, jeszcze tylko tego mu brakowało – starej baby podsłuchującej ich rozmowy i popierdującej w przerwach na oddech. Gdyby tylko mógł się teraz przesiąść. Gdyby miał gdzie…

Wtedy weszli. Było ich dwóch. Pierwszy – elegancki blondyn trochę podobny do Brada Pitta – i drugi – gruby, z ręką na temblaku i niemal całą twarzą skrytą za wielkimi przyciemnianymi okularami. Czy wyglądali jak agenci jednej z agencji o trzyliterowych skrótach? Cóż, zdecydowanie było już za późno, by się nad tym zastanawiać. Stu skinął na nich ręką. Podeszli.

– Stu Redman? – zapytał ten w typie Pitta.

Chłopak pokiwał głową i łypnął na staruszkę, która zupełnie nie zważając na nowo przybyłych, wachlowała się ręką i gapiła na ruchliwą ulicę za oknem.

Blondyn podsunął sobie krzesło od sąsiedniego stolika, usiadł i zerknął do kubka chłopaka.

– O, czarna. Mogę?

Sięgnął, nie czekając na zgodę. Stu, mimo że dopiero trzynastoletni, czytał już wszystkie książki Lee Childa – stąd ta kawa – i natychmiast zdał sobie sprawę, że jest to jego moment, chwila, która określi ich relacje na przyszłość. Albo wyjdzie na mięczaka, który słodzi czarną, albo…

– Nie możesz, kup se – mruknął hardo. – Przyszedłeś tu ubijać interesy czy opijać dzieciaki?

Grubas stojący za plecami blondyna parsknął.

– To ci smarkacz dojechał – stwierdził.

Stu nie potraktował tych słów jako komplementu.

– A ciebie kto tak potraktował? – zapytał i przechylił głowę jak ptak. – Jeszcze kogoś nazywałeś ostatnio smarkaczem?

Tak! O to chodziło! Znaczy chyba… Wiedział, że przegina, wszak oni byli dorośli, a on był nastolatkiem, w dodatku mieli ubić interes, a nie pyskować do siebie nawzajem. Ale miał zrobić wrażenie i zrobił, nie? A nikt przecież nie precyzował, czy ma być dobre, czy złe. Byle niezatarte.

Grubas wahał się przez chwilę, czy odpowiedzieć, w końcu burknął coś pod nosem, odwrócił się na pięcie i poszedł po kawę. Zostali przy stoliku we trójkę: Stu, blondyn i stara Murzynka.

– Przepraszam panią – powiedział do staruszki blondyn, a w oczach błysnęły mu takie jakby srebrzyste iskierki. – Czy byłaby pani tak cudownie uprzejma i zrobiła nam trosz…

Nie skończył, bo Murzynka przyładowała mu w twarz kantem dłoni.

– To ja, debilu – mruknęła zdecydowanie męskim głosem – więc zabieraj się ze swoimi sztuczkami. Zresztą mam z jakieś sto lat, wstydziłbyś się, zboczeńcu.

Blondyn potarł obolały policzek.

– Właściwie – zaczął – to masz dużo więcej i…

Nagle przypomniał sobie o obecności dzieciaka. Odwrócił się do niego, uśmiechnął przepraszająco i wyjaśnił:

– Pani jest z nami. Teraz jesteśmy już w zasadzie w komplecie. Co dla nas masz?

Stu przyglądał im się przez chwilę, marszcząc czoło jak ojciec zawsze wtedy, gdy widzi w telewizji jakiś wyjątkowo debilny talk show albo kogoś z Partii Herbacianej. W końcu jednak machnął ręką. Jak tam sobie chcą, cholera. Byleby mieli, co mu obiecali. Zapytał o to, a blondyn sięgnął do kieszeni i podał chłopcu pendrive’a. Stu sprawdził; zaraz poczuł przypływ gorąca i przyjemne mrowienie w dole brzucha. Dwie sesje zdjęciowe i trzy filmiki, jak się umawiali. Rany, skąd oni je mieli?!

W tym czasie wrócił z kawą ten gruby. Zdziwił się na widok staruszki wciąż okupującej kanapę. Blondyn podchwycił spojrzenie.

– Loki – wyjaśnił.

– Aha. – Grubas wzruszył zdrowym ramieniem, z miejsca całkowicie tracąc zainteresowanie potężną Murzynką.

Również przysunął sobie krzesło i usiadł.

– To co mamy? – spytał.

– Młody właśnie miał zacząć pokaz – wyjaśnił blondyn.

Uczynnie podsunął starej Murzynce kubeczek z wykałaczkami, bo wyraźnie nie mogła sięgnąć.

– No dajesz, małolat.

Stu ustawił komputer tak, by wszyscy mogli widzieć ekran, i odchrząknął.

– No więc tak pokrótce, bo wszystko mam i tak na noś-

niku – powiedział. – Zebrałem wam dane z ostatnich dni, nieco ponad tydzień. Wszystkie warte uwagi wzmianki o wyczynach Marcusa Lestera od momentu, gdy wypadł z okna w hotelu, do dziś rana. Trochę tego jest, a większość materiałów wideo wygląda jak promocyjne materiały celujące w viral…

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?