Balsam dla duszy miłośnika psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Boże Naro­dze­nie dla Toby’ego

W 1950 roku, w bożo­na­ro­dze­niowy pora­nek rodzice poda­ro­wali mojej sio­strze, Alyce, mojemu bratu, Chuc­kowi, i mnie czar­nego szcze­niaka, labra­dora, o imie­niu Toby. Mia­łam wtedy sie­dem lat i byłam naj­młod­sza.

Toby, który miał zale­d­wie dwa mie­siące, lecz był duży jak na swój wiek, wysko­czył z klatki. Miał zawią­zaną wokół szyi czer­woną kokardkę. Był bar­dzo poru­szony i mer­dał ogo­nem tak żywio­łowo, że zanim się spo­strze­gli­śmy, strą­cił cho­inkę. Ozdoby cho­in­kowe pole­ciały na wszyst­kie strony. Jego ogon zaplą­tał się w prze­wody. Pocią­gnął cho­inkę za sobą po pod­ło­dze i z dumą poka­zał ją mamie.

Mama sta­nęła jak wryta, zmru­żyła oczy i sze­roko otwo­rzyła usta, lecz nie wydo­był się z nich żaden dźwięk. Patrzyła tylko na Toby’ego na pół przy­mknię­tymi oczyma, a jego ogon dalej z werwą ude­rzał w drew­nianą pod­łogę. Za każ­dym ude­rze­niem kolejne ozdoby spa­dały ze znisz­czo­nych gałą­zek cho­inki, two­rząc kolo­rowe sterty stłuczki. Wresz­cie mama otwo­rzyła oczy i wrza­snęła:

– Cho­inka znisz­czona!

– Nie, mamo. Napra­wimy ją. Będzie jak nowa, tylko będzie miała mniej ozdób – powie­dzia­łam kojąco, oba­wia­jąc się, że wyrzuci Toby’ego.

Mama stała w bez­ru­chu, kiedy Alyce, Chuck i ja wyplą­ty­wa­li­śmy ogon Toby’ego z kabli. Przy­trzy­ma­łam wier­cą­cego się szcze­niaka, a brat z sio­strą dopro­wa­dzili do ładu cho­inkę i oparli ją o ścianę w naroż­niku pokoju.

Tato prze­chy­lił głowę z boku na bok.

– Źle nie wygląda – zauwa­żył, pocie­ra­jąc brodę. – Aż tak krzywa nie jest. Mogło być gorzej. Toby jest po pro­stu roz­en­tu­zja­zmo­wany, mamo.

Przy­glą­da­li­śmy się wszy­scy cho­ince, zapo­mi­na­jąc o Tobym, któ­rego opu­ści­łam na pod­łogę.

– Co to za hałas? – spy­tała mama, a my rozej­rze­li­śmy się po pokoju.

– Toby wlazł w pre­zenty! – krzyk­nął Chuck. Wska­zał na stertę opa­ko­wa­nych świą­tecz­nie pre­zen­tów. – Roz­rywa wstą­żeczki.

Zła­pa­łam Toby’ego i zabra­łam go na zewnątrz, żeby ochro­nić go przed nim samym – i przed koniecz­no­ścią poszu­ka­nia mu nowego domu.

Minął rok. Każdy z nas prze­żył utratę co naj­mniej jed­nego buta, gdy Toby ząb­ko­wał. Cho­ciaż broił co nie­miara, stał się uko­cha­nym człon­kiem naszej rodziny. Wyrósł na naj­więk­szego czar­nego labra­dora, jakiego kie­dy­kol­wiek widziało nasze mia­steczko.

Na kilka dni przed Bożym Naro­dze­niem Toby zacho­ro­wał i zawieź­li­śmy go do lecz­nicy. Wete­ry­narz uznał, że ktoś musiał otruć Toby’ego pod­czas któ­rejś z jego samot­nych, nie­le­gal­nych wypraw.

Roz­pła­ka­łam się.

– Czy możemy cho­ciaż na kilka minut pójść do Toby’ego? – Pocią­ga­łam nosem. – Będzie bez nas taki samotny, a to już pra­wie święta.

– Jasne, że może­cie – odparł wete­ry­narz. – Ale nie pozwól­cie mu się za bar­dzo roz­bry­kać.

Sta­li­śmy wokół lego­wi­ska Toby’ego. Spra­wiał wra­że­nie o wiele mniej­szego od potęż­nego psa, któ­rego tak czę­sto przy­ła­py­wa­li­śmy na tym, jak się prze­śli­zguje przez ogro­dze­nie. Miał smutne oczy. Oddy­chał gło­śno i nie­re­gu­lar­nie.

Tato prze­ło­żył swoją dużą dłoń przez kraty klatki, żeby pogła­skać Toby’ego. W naszych oczach wez­brały łzy, gdy powie­dział:

– Wszystko będzie dobrze, przy­ja­cielu.

Toby pod­niósł na moment głowę, ale zaraz ją opu­ścił, ciężko ude­rza­jąc nią o pod­łogę. Do domu wra­ca­li­śmy w mil­cze­niu, a mnie przez całą drogę dźwię­czało w uszach tamto ude­rze­nie.

Następ­nego dnia, gdy dzwo­nek szkolny oznaj­mił koniec lek­cji w szkole pod­sta­wo­wej w Park Hill, trze­cio­kla­si­ści – moi szkolni kole­dzy i kole­żanki – wybie­gli ze szkoły na chłodne gru­dniowe powie­trze, z rado­ścią roz­po­czy­na­jąc świą­teczne ferie. Ja powlo­kłam się mil­cząco za nimi, ani nie odczu­wa­jąc bożo­na­ro­dze­nio­wej rado­ści, ani nie mając ochoty na roz­mowę.

Idąc do domu, wspo­mi­na­łam szczę­śliwe czasy, gdy każ­dego dnia po szkole Toby wybie­gał mi na spo­tka­nie na koniec pod­jazdu. Pod­ska­ki­wał, żeby poli­zać mnie po twa­rzy, cią­gnął za rękaw płasz­czyka, chcąc, żebym się pochy­liła. Swój uścisk poluź­niał tylko po to, by wziąć w swe silne zęby moją torbę i poma­sze­ro­wać z nią do drzwi. Ni­gdy nie pytał mnie o stop­nie ani czy wybrano mnie do szkol­nego teatrzyku. I ni­gdy go nie obcho­dziło, czy mam na sobie super­modne łaszki.

Kiedy weszłam do domu, wszy­scy sie­dzieli przy kuchen­nym stole. Nikt nic nie mówił. Mieli pochy­lone głowy, a wzrok utkwiony w środku pustego blatu.

Puści­łam torbę. Pie­kły mnie oczy.

– Co się stało? Coś z Tobym?

Mama wstała i pode­szła do mnie.

– Nie, kocha­nie. – Wzięła mnie w ramiona i przy­tu­liła uspo­ka­ja­jąco. – Toby żyje. Ale mamy inny pro­blem. Trzeba wspól­nie pod­jąć decy­zję. Zdej­mij płaszcz i chodź do nas.

Zro­bi­łam, jak kazała mama, lecz nie­po­kój mnie nie opusz­czał.

– Co to za pro­blem? To zna­czy, skoro z Tobym wszystko w porządku, jaki może być pro­blem? – Ści­skało mnie w gar­dle.

Tato wziął mnie za rękę

– Wete­ry­narz uważa, że Toby powi­nien zostać w lecz­nicy jesz­cze przez parę dni.

– To nie tak źle. Dla­czego wszy­scy są tacy smutni? Czy wróci do domu na święta?

– Spo­koj­nie. – Tato uniósł dłoń. – Pozwól mi dokoń­czyć. – Wstał od stołu, żeby nalać sobie kawy z gotu­ją­cego się powoli na sta­rej gazo­wej kuchence czaj­niczka. – Wete­ry­narz nie ma pew­no­ści, czy Toby wróci do zdro­wia. Jeżeli zosta­wimy go w lecz­nicy, będziemy musieli zapła­cić wysoki rachu­nek. Nie będzie świą­tecz­nych pre­zen­tów. – Popił gorą­cej kawy, zanim dodał: – Nie stać nas na jedno i na dru­gie. Wiesz, tak naprawdę Święty Miko­łaj nie ist­nieje.

Od dawna już nie wie­rzy­łam w Świę­tego Miko­łaja, więc ta wia­do­mość wcale mnie nie zasko­czyła.

– Wiem, że nie ist­nieje. Ale na­dal nie rozu­miem, w czym pro­blem. – Spoj­rza­łam na Alyce i Chucka. Nie odzy­wali się. – Chyba nie woli­cie pre­zen­tów od Toby’ego? Bez niego to żadne święta. Musimy spró­bo­wać.

Alyce oparła nogę o nogę krze­sła. Chuck potarł plamę na bla­cie stołu i ode­zwał się pierw­szy.

– Chcia­łem dostać nowy rower… Ale to żadna frajda, jeśli Toby nie będzie za mną biegł, poga­nia­jąc mnie szcze­ka­niem.

Alyce pochy­liła głowę nad pustym sto­łem.

– Naprawdę niczego bar­dziej nie chcę niż Toby’ego – powie­działa.

Zerwa­łam się od stołu.

– No to posta­no­wione. Powiedz­cie wete­ry­na­rzowi, że zro­bimy wszystko, żeby dać Toby’emu szansę.

Kolejne dwa dni cią­gnęły się strasz­nie. Na dzień przed Bożym Naro­dze­niem zadzwo­nił wete­ry­narz. Powie­dział, że Toby wyzdro­wieje i że może wra­cać do domu.

– Hura! – zakrzyk­nę­łam z rado­ści. – Znów dosta­niemy Toby’ego na święta!

Po raz pierw­szy od pra­wie tygo­dnia śmia­li­śmy się. Potem się upa­ko­wa­li­śmy do naszego rodzin­nego forda. Kiedy zosta­wi­li­śmy Toby’ego w kli­nice, jecha­li­śmy w mil­cze­niu. Tym razem roz­ma­wia­li­śmy przez całą drogę, opo­wia­da­jąc sobie nasze ulu­bione histo­ryjki z udzia­łem Toby’ego. Kilka z bar­dziej pamięt­nych wywo­łało gry­mas nie­za­do­wo­le­nia na twa­rzy mamy, szcze­gól­nie histo­ria ze znisz­czoną cho­inką.

Droga do kli­niki wyda­wała się nie mieć końca, ale te kilka minut, które spę­dzi­li­śmy w pocze­kalni w ocze­ki­wa­niu na Toby’ego, wlo­kło się jesz­cze bar­dziej. Wresz­cie otwo­rzyły się drzwi i poja­wił się Toby, z zawią­zaną wokół szyi czer­woną kokardką. Poru­szał się wol­niej niż w zeszłe święta, lecz w oczach cza­iło się to samo psotne spoj­rze­nie.

Wszy­scy rzu­ci­li­śmy się do niego, przy­tu­la­li­śmy go i cało­wa­li­śmy. Jego oka­zały ogon gło­śno wyra­żał radość. Mama pochy­liła się nad nim i ująw­szy jego pysk w ręce, wyszep­tała:

– Weso­łych Świąt, Toby.

Tekla Den­ni­son Mil­ler

Blu zdej­muje zasłonę smutku

W naszym domu zamiesz­kał czarno-biały col­lie,

Jego uśmiech spra­wia, że życie mniej boli.

Tylko Blu wie, jak wyglą­dało jej życie, zanim wepchnięto ją w cia­sną prze­strzeń z dru­cia­nymi ścia­nami o nazwie „Schro­ni­sko dla zwie­rząt”. Gdy tele­pa­tyczna wia­do­mość od Blu „Potrze­buję kocha­ją­cej rodziny” dotarła do uszu naszej nasto­let­niej córki, Chri­stine, od paru mie­sięcy nie mie­li­śmy już psa.

W tam­tym cza­sie nasza sze­ścio­oso­bowa rodzina miesz­kała na wsi. Nale­żące do nas nie­zbyt roz­le­głe grunty nie­da­leko Casper w Wyomingu gra­ni­czyły z rzeką. Miesz­kały z nami akwa­riowe rybki, kury nio­ski i nie­śmiało upie­rzone kur­czaki roz­ko­ko­siły się w swoim kojcu, kró­liki hodo­wane przez dziew­czynki w ramach pro­jektu 4-H1 gnieź­dziły się w klatce, kot rasy manx – w ubran­kach dla lalek – czę­sto towa­rzy­szył naszym młod­szym córecz­kom w ich wyima­gi­no­wa­nych przy­go­dach. No i był też Smo­key, nasz dwu­letni koń rasy quar­ter.

Do naszej arki Noego w Wyomingu tra­fiła Blu. Jak się łatwo domy­ślić, była oszo­ło­miona. Aby ukryć się przed zamę­tem panu­ją­cym w nowym oto­cze­niu, Blu na różne spo­soby usi­ło­wała „znik­nąć”. Kryła się pod koj­cem dla kur, pod żło­bem z sia­nem, poidłem albo zsy­pem – w miej­scach poza zasię­giem codzien­nej krzą­ta­niny, z któ­rych jed­nak mogła swo­bod­nie obser­wo­wać nasze zaję­cia.

Jej zacho­wa­nie było dla nas dowo­dem krzywd, jakich musiała doznać, zanim tra­fiła do naszego domu. Kuliła się ze stra­chu, gdy chcie­li­śmy ją pogła­skać albo gdy za bar­dzo jak dla jej wraż­li­wej duszy pod­no­si­li­śmy głos. Tygo­dnie prze­cho­dziły w mie­siące, kolejne kartki z kalen­da­rza lądo­wały w śmiet­niku, a zacho­wa­nie Blu powoli się zmie­niało. Z psa przy­glą­da­ją­cego się nam pod­czas naszych zajęć prze­mie­niła się w roz­ha­sa­nego prze­wod­nika stada. Gdy ktoś chciał ją pogła­skać, Blu nie kuliła się już ani nie ucie­kała. Prze­ciw­nie, doma­gała się piesz­czot. Jeśli nie zwra­ca­li­śmy na nią uwagi, kiedy pod­cho­dziła do nas, trą­cała nasze ręce dopóty, dopóki nie została wypiesz­czona i nie usły­szała peł­nych miło­ści słów, które spra­wiały jej teraz ogromną przy­jem­ność.

 

Kiedy dziew­czynki jeź­dziły na koniu, Blu drep­tała obok. Swoim paster­skim instynk­tom dawała upust, zaga­nia­jąc zabłą­kane kur­częta do kojca. Po jej zaba­wie z kotem w berka na twa­rzach wszyst­kich, któ­rzy się temu przy­glą­dali, poja­wiał się taki sam łobu­zer­ski uśmiech, jaki roz­pro­mie­niał mordkę Blu. Pod koniec dnia Blu odpo­czy­wała przy łóżku jed­nej z naszych córek. Podob­nie jak nasze dzieci z napię­ciem słu­chała histo­ry­jek na dobra­noc. Na wiele spo­so­bów piękno jej psiej duszy wpły­nęło na nasze życie. Któ­re­goś zim­nego wie­czoru poka­zała nam, jak bar­dzo potrafi kochać.

Tego roku nasza jede­na­sto­let­nia córka Joanne oraz jej sio­stra Kathy dostały po cie­laczku. Miały hodo­wać je w ramach jed­nego z pro­jek­tów 4-H. Ran­kiem i wie­czo­rem obo­wiąz­kowo spraw­dzały, czy cie­laczki mają świeżą wodę w poidle i jedze­nie w żło­bie. Kiedy późną jesie­nią zro­biło się zimno, zbu­do­wały dla nich w sto­dole sło­miane lego­wi­sko.

Pew­nego wie­czoru zima poroz­wie­szała na dachu sto­doły sople lodu i otu­liła łąkę śnie­giem. Wła­śnie wło­ży­łam do pie­cyka obiad, gdy z werandy na tyłach domu dobie­gło mnie woła­nie Kathy.

– Mamo… Szybko! Cie­lak Joanne zacho­ro­wał!

Zapię­łam kurtkę i pobie­głam do sto­doły. Joanne sie­działa na opró­szo­nej śnie­giem ziemi. Blu leżała tuż obok Joanne, na któ­rej kola­nach spo­czy­wał cie­la­czek. Miał sztywne nogi. Joanne zdjęła swoje nie­bie­skie weł­niane ręka­wiczki i jedną ręką zaty­ka­jąc noz­drza cie­laka, drugą przy­trzy­my­wała jego łebek, robiąc mu sztuczne oddy­cha­nie. Po policz­kach spły­wały jej łzy.

– Ona pra­wie nie oddy­cha, mamu­siu – powie­działa Joanne i jesz­cze raz wpom­po­wała powie­trze w płuca cie­laka. – Kiedy ją zna­la­złam, leżała tu… zupeł­nie sama. Nie chcę, żeby umarła.

– Kocha­nie, mogła kop­nąć ją krowa. Obra­że­nia wewnętrzne mogą być tak cięż­kie, że nie będziemy mogli jej pomóc.

– Wiem – odparła Joanne, ocie­ra­jąc z policzka łzy.

– Prze­nie­śmy ją do domu. Tam jest cie­pło.

Prze­nio­słam cie­laka, tym­cza­sem Blu szła tuż przy Joanne.

Tylko kuchenny zegar odmie­rzał upływ czasu, gdy rato­wa­ły­śmy cie­laka. Blu czu­wała nie­da­leko Joanne.

Ciężki oddech cie­laczka sta­wał się coraz wol­niej­szy, aż ustał zupeł­nie.

Przy­tu­li­łam mocno Joanne.

– Tak mi przy­kro, kocha­nie.

– Ona była za mała, żeby umie­rać. Dla­czego?…

Roz­pacz malu­jąca się na twa­rzy córki była dla mnie jak cios pro­sto w serce. Nabra­łam powie­trza. Wyszep­ta­łam w myślach: Kocha­nie, tak bar­dzo chcia­ła­bym ochro­nić cię przed śmier­cią… ale nie mogę. Czu­łam się bez­radna.

– Rany odnie­sione na sku­tek wypadku nie zawsze się goją – powie­dzia­łam. – Cza­sem zwie­rzę albo czło­wiek umiera. I przez jakiś czas pła­czemy ze smutku.

Kathy chwy­ciła sio­strę za rękę.

– Razem wycho­wamy mojego cie­laka.

– W porządku… Nie chcę w tej chwili nowego.

Oczy zaszły mi łzami, kiedy tłu­ma­czy­łam Joanne, że kiedy zwie­rzę albo czło­wiek umiera, koń­czy się tylko jego życie na ziemi, że razem z tatą wie­rzymy, że dusza żyje na­dal. Zanim skoń­czyłam mówić, uświa­do­mi­łam sobie, że póź­niej znaj­dzie się czas na roz­mowę o naszych reli­gij­nych prze­ko­na­niach, żeby uzbroić Joanne w wewnętrzną siłę, dzięki któ­rej łatwiej jej będzie godzić się z utratą bli­skich. W tej chwili była małą, nie­po­cie­szoną dziew­czynką, a ja nie mia­łam poję­cia, jak jej pomóc.

Sta­łam tak, wpa­trzona w nią, gdy Blu pod­czoł­gała się do Joanne i poło­żyła jej głowę na kola­nach. Trą­cała jej rękę, dopóki palce nie prze­cze­sały czarno-bia­łej sier­ści. Joanne powoli pochy­liła głowę i poca­ło­wała łeb Blu. Pies uniósł łebek i spoj­rzał Joanne pro­sto w oczy. W tej chwili peł­nej ciszy, kiedy bez­wa­run­kowa miłość ogar­niała sobą zra­nioną duszę Joanne, nie trzeba było żad­nych słów. Joanne przy­tu­liła Blu i szep­nęła:

– Ja też cię kocham.

Ze zdu­mie­niem patrzy­łam, jak czarno-biały bor­der col­lie, który się kie­dyś bał kochać, zdej­muje z serca mojej córki zasłonę smutku.

Mar­ga­ret Hevel

1 4-H to powstała na początku XX w. Sta­nach Zjed­no­czo­nych orga­ni­za­cja dla dziew­cząt i chłop­ców, poma­ga­jąca im roz­wi­nąć ich far­mer­skie umie­jęt­no­ści. W Euro­pie pod egidą 4-H działa obec­nie Euro­pej­ski Komi­tet Klu­bów Mło­dych Far­me­rów (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­cza). [wróć]

Nawie­dzona miska

Nie wygląda jakoś szcze­gól­nie. To tylko duża stara kre­mowa miska. Wie­cie, jedna z tych gli­nia­nych misek w sta­rym stylu, cała – oprócz spodu i brze­gów – pokryta lśnią­cym szkli­wem. Jest masywna i ciężka, i nie­zbyt głę­boka. Przez pra­wie trzy­dzie­ści lat ta stara miska stała w mojej kuchni. Kupi­łem ją w Jack­son’s Hay and Feed, jed­nym z tych pokry­tych bla­sza­nym dachem skle­pów, takim z zaku­rzoną pod­łogą, wypeł­nio­nym ostrym zapa­chem lucerny i toreb karmy, i docho­dzą­cym z inku­ba­tora popi­ski­wa­niem puszy­stych żół­tych kur­czacz­ków. Kosz­to­wała cztery dolary i dzie­więć­dzie­siąt pięć cen­tów i była spo­rym wydat­kiem dla stu­denta col­lege’u, który dosta­wał dzie­więć­dzie­siąt dola­rów mie­sięcz­nie z GI Bill1.

Dzi­siaj wydo­by­łem ją z szafki, gdzie tra­fiła, gdy Ched­dar, mój stary dobry bisz­kop­towy labra­dor, musiał zostać uśpiony. Wyda­wała się zwy­czaj­nie zbyt duża dla szcze­niaka – aż do teraz. Szcze­niak – kolejna bisz­kop­towa suczka, którą nazwa­łem Cha­mois – rośnie jak na droż­dżach. Ma pra­wie osiem­na­ście tygo­dni i może już jeść z miski. To trzeci labra­dor, który jej będzie uży­wać.

Pierw­sza była Swamp. Przez trzy­na­ście lat jadła z tej miski. Kiedy patrzę na sto­jącą na kuchen­nej pod­ło­dze miskę, widzę Swamp tak wyraź­nie, jakby tu była. Kiedy jadła, lubiła leżeć na pod­ło­dze z miską mię­dzy łapami. Zja­dła z niej swój ostatni posi­łek – spe­cjalną karmę dla psów z nie­wy­dol­no­ścią nerek, którą jadała od wrze­śnia. Wete­ry­narz powie­dział mi, że zostało jej około czte­rech mie­sięcy, zaczą­łem się więc roz­glą­dać za szcze­nia­kiem.

Swamp poje­chała ze mną na pewną farmę na wietrz­nych rów­ni­nach Kan­sas. Far­mer miał chyba z dzie­sięć wybie­gów dla psów. Z jed­nej strony były labra­dory, z dru­giej poin­tery.

– Zwy­kle nie sprze­daję ich ludziom, któ­rzy nie polują – powie­dział.

Przy­zna­łem się, że nie jestem myśli­wym, ale Swamp ocza­ro­wała go i nie­ba­wem wra­ca­li­śmy do domu w towa­rzy­stwie roz­wi­nię­tego nad wiek bisz­kop­to­wego szcze­niaka, któ­rego nazwa­li­śmy Ched­dar.

Przez tę miskę Ched­dar wpa­dła w kło­poty. Pró­bo­wała z niej jeść, gdy Swamp trzy­mała ją mię­dzy łapami. Swamp naj­pierw wark­nęła, a potem kłap­nęła swo­imi potęż­nymi szczę­kami i trzeba było gnać do wete­ry­na­rza, żeby zało­żył Ched­dar parę szwów na nosie. Nie wspo­mi­na­łem tego od lat. Ale kiedy miska znów zna­la­zła się na pod­ło­dze w kuchni, wydało mi się, jakby to było wczo­raj. I tak jakby to było wczo­raj, znów poczu­łem tamto prze­szy­wa­jące ukłu­cie bólu, kiedy zawieź­li­śmy Swamp do tej samej lecz­nicy i poże­gna­li­śmy ją. Tam­tego wie­czoru Ched­dar zja­dła swój pierw­szy posi­łek z miski, którą przez następne pięt­na­ście lat napeł­nia­łem dla niej każ­dego ranka.

Ched­dar jadła ina­czej niż Swamp. Pod­cho­dziła do miski, zabie­rała z niej jeden czy dwa kawałki karmy i odcho­dziła, chru­piąc. Potem wra­cała do miski po następną por­cję. Zawsze zja­dała połowę karmy rano i resztę przed snem. Był to nie­zmienny rytuał.

Ta stara miska za cztery dolary i dzie­więć­dzie­siąt pięć cen­tów jest chyba jedyną rze­czą spo­śród tych, które posia­da­łem trzy­dzie­ści lat temu i posia­dam na­dal. Słu­żyła nam dziel­nie, a tego wie­czoru Cha­mois zje z niej po raz pierw­szy. Zasta­na­wiam się, czy zdaje sobie sprawę, jak cenna jest to miska i ile dla mnie zna­czy. Zasta­na­wiam się, czy wie, że jest dziś Hal­lo­ween i że dosta­nie dziś jeść z nawie­dzo­nej miski – dużej sta­rej kre­mo­wej miski, zamiesz­ka­nej przez duchy Swamp i Ched­dar – i tysiące wzru­sza­ją­cych wspo­mnień. Czy jedząc, spo­strzeże czar­nego ducha, który położy się i weź­mie miskę mię­dzy łapy, i tego bisz­kop­to­wego, który ukrad­nie z miski kawa­łek jedze­nia, a potem wróci po jesz­cze? Czy zoba­czy łzy w moich oczach, zanim się odwrócę i spoj­rzę w prze­szłość? Czy może po pro­stu pochło­nie swoje jedze­nie, obliże się i zamerda wiecz­nie roz­en­tu­zja­zmo­wa­nym ogo­nem?

John Arring­ton

1 GI Bill to ustawa fede­ralna pod­pi­sana 22 czerwca 1944 roku przez pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych F. D. Roose­velta, umoż­li­wia­jąca wra­ca­ją­cym z wojny żoł­nie­rzom bez­płatne stu­dia. [wróć]

Nie masz żad­nych wia­do­mo­ści

Kiedy­śmy przy­gar­nęli naszego teriera, Tada, byli­śmy w odwie­dzi­nach u naszej córki. Cudowny, trzy­mie­sięczny szcze­niak stał się oczkiem w gło­wie całej rodziny. Co rano, jak tylko usły­szał, że moja córka, Kayla, krząta się na dole, chciał, żeby go do niej spro­wa­dzić, żeby się mogli poba­wić, zanim Kayla pój­dzie do pracy. Kiedy wra­cała do domu, cze­kał na nią przy drzwiach.

Po trzech tygo­dniach ruszy­li­śmy w drogę do domu. Po dro­dze co wie­czór pozwa­la­li­śmy Tadowi roz­ma­wiać z Kaylą przez tele­fon. Gdy byli­śmy już w domu, za każ­dym razem, gdy dzwo­ni­li­śmy do niej albo ona dzwo­niła do nas, poda­wa­li­śmy słu­chawkę Tadowi. Dra­pał tele­fon i słu­chał uważ­nie, wpa­tru­jąc się w apa­rat, żeby zoba­czyć Kaylę.

Pew­nej soboty Kayla zadzwo­niła pod naszą nie­obec­ność. Zosta­wiła wia­do­mość na sekre­tarce. Tad asy­sto­wał mi, kiedy naci­ska­łam przy­cisk, by ją odsłu­chać. Z prze­chy­loną głową słu­chał głosu Kayli, uśmie­cha­jąc się do mnie. Puści­łam nagra­nie jesz­cze raz, dla niego.

Kilka dni potem byłam aku­rat pod prysz­ni­cem, kiedy usły­sza­łam, jak się włą­cza sekre­tarka. Kayla zosta­wiła wia­do­mość. Nieco się zdzi­wi­łam, kiedy chwilę póź­niej usły­sza­łam znów tę samą wia­do­mość, po któ­rej głos na sekre­tarce oznaj­mił: „Koniec wia­do­mo­ści”. Po paru sekun­dach wia­do­mość Kayli znów się powtó­rzyła.

Zasta­na­wia­jąc się, co się dzieje, wyszłam spod prysz­nica, owi­nę­łam się w ręcz­nik i poszłam do pokoju. Stał tam Tad, wsłu­chany w wia­do­mość nagraną na sekre­tarce. Przy­sta­nę­łam i obser­wo­wa­łam go. Kiedy wia­do­mość się skoń­czyła, Tad oparł się łapami o brzeg sto­lika, się­gnął do tele­fonu i pac­nął w sekre­tarkę. Z gło­śnika znów popły­nęła wia­do­mość od Kayli. Tad wró­cił na pod­łogę i słu­chał uszczę­śli­wiony.

Powie­dzia­łam mu „nie wolno” i zaj­mu­jąc jego uwagę czymś innym, ska­so­wa­łam wia­do­mość. Po paru dniach, kiedy byłam w kuchni, usły­sza­łam głos sekre­tarki: „Nie masz żad­nych wia­do­mo­ści”. Ruszy­łam do pokoju. Tad znowu uru­cho­mił sekre­tarkę. Przy­glą­da­łam się psu, jak z prze­chy­loną głową wpa­truje się w urzą­dze­nie. Oparł się ponow­nie o brzeg stołu i naci­snął przy­cisk. „Nie masz żad­nych wia­do­mo­ści”, powtó­rzył głos. Tad zaszedł stół z dru­giej strony i znów uru­cho­mił sekre­tarkę, z tym samym skut­kiem. To go naprawdę zde­ner­wo­wało. Wró­cił tam, gdzie stał na początku, i obiema łapami zaczął ude­rzać i dra­pać urzą­dze­nie, które powta­rzało wciąż: „Nie masz żad­nych wia­do­mo­ści.”

– Tad, zostaw tę sekre­tarkę w spo­koju – powie­dzia­łam.

Spoj­rzał na mnie, po czym odwró­cił się do sekre­tarki i zaczął ją wście­kle dra­pać. Kiedy głos znów powtó­rzył to samo, Tad pod­biegł do mnie, a potem z powro­tem do sekre­tarki, cze­ka­jąc, aż coś z tym zro­bię. Zro­zu­mia­łam, że chce usły­szeć głos Kayli, tym­cza­sem ja prze­cież usu­nę­łam jej wia­do­mość.

Wie­czo­rem zadzwo­ni­łam do Kayli i popro­si­łam ją, żeby zadzwo­niła do Tada i zosta­wiła mu jakąś wia­do­mość. Wyja­śni­łam, że Tad słu­chał wia­do­mo­ści od niej, ale ją ska­so­wa­łam. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał odsłu­chać ją ponow­nie i był bar­dzo nie­szczę­śliwy.

 

Kayla zadzwo­niła do Tada i zosta­wiła mu spe­cjalną wia­do­mość, którą Tad może sobie odtwa­rzać, kiedy tylko zapra­gnie usły­szeć jej głos. Cóż, tak wygląda szcze­nięca miłość dwu­dzie­stego pierw­szego wieku!

Zardrelle Arnott