Balsam dla duszy miłośnika psów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miłość Lucky

Chcia­łam spra­wić sobie szcze­niaka, lecz to nie był naj­szczę­śliw­szy moment. Moje trzy­let­nie mał­żeń­stwo było w roz­sypce i naprawdę nie był mi potrzebny jesz­cze jeden obo­wią­zek. Ucie­ka­jąc od tego, co i tak nie­unik­nione, razem z mężem posta­no­wi­li­śmy spę­dzić urlop w Big Sur na kali­for­nij­skim wybrzeżu. Ostat­niego dnia podróży zatrzy­ma­li­śmy się na lunch w pew­nej restau­ra­cji. Po powro­cie do samo­chodu spo­strze­gli­śmy klatkę sto­jącą przy scho­dach na końcu par­kingu. Pode­szłam bli­żej, żeby zba­dać sprawę, i ujrza­łam małą, czarną futrzaną kuleczkę, któ­rej nie spo­sób było się oprzeć, wyglą­da­jącą tęsk­nie zza krat i bła­ga­jącą, by ją wypu­ścić. Ktoś ją po pro­stu tam zosta­wił, a do klatki przy­cze­pił kartkę: „Szcze­niak za darmo. Wabi się Lucky. Weź ją”.

Spoj­rza­łam na męża, który pokrę­cił prze­cząco głową, lecz upar­łam się. Potrze­bo­wa­łam kogoś, kogo mogła­bym kochać. Wyję­łam szcze­nię z klatki, a ono, szczę­śliwe, że jest na wol­no­ści, dało nurka do naszego samo­chodu. Ruszy­li­śmy wietrzną auto­stradą brze­giem Pacy­fiku do domu. Po dro­dze zatrzy­ma­li­śmy się na roz­le­głej, poro­śnię­tej trawą łące, żeby się mała mogła wybie­gać. Leże­li­śmy na tra­wie na kocu, a Lucky dep­tała sto­krotki, węszyła za susłami i pod­ska­ki­wała, kre­śląc kółka. Jej radość z wol­no­ści spły­wała jak miód na moje serce.

Zmie­ni­li­śmy jej imię i nazwa­li­śmy ją Bosco. Oka­zało się, że jest owczar­kiem bel­gij­skim. Jako moja oddana przy­ja­ciółka trwała przy mnie w trak­cie trud­nego roz­wodu i przez następne lata mojego samot­nego życia była moim anio­łem stró­żem.

Bosco miała już dzie­więć lat, gdy pew­nego ranka obu­dzi­łam się i zoba­czy­łam, że ciężko dyszy, a jej czarne pukle sier­ści są całe mokre i pozle­piane. Drżą­cymi rękami się­gnę­łam po tele­fon, by zadzwo­nić do wete­ry­na­rza. Psina z tru­dem się wtu­liła w moje kolana, czu­łam jej ciężki oddech na swo­jej piersi. Cało­wa­łam ją raz za razem w głowę, cze­ka­jąc, aż recep­cjo­nistka odbie­rze tele­fon.

– Bar­dzo mi przy­kro, Jen­ni­fer. Dok­tora nie ma w mie­ście – usły­sza­łam.

Prawą ręką gła­ska­łam długi, gładki nos Bosco, a lewą mocno ści­ska­łam słu­chawkę, powstrzy­mu­jąc łzy. Recep­cjo­nistka skie­ro­wała mnie do innej kli­niki wete­ry­na­ryj­nej. Mia­łam powie­rzyć moje maleń­stwo komuś innemu? Nie było wyboru.

Deli­kat­nie poło­ży­łam cho­rego psa na sie­dze­niu pasa­żera. Jedną ręką zapa­li­łam sil­nik, a drugą łagod­nie gła­ska­łam psie ciało, leżące nie­ru­chomo pod spło­wia­łym zie­lono-nie­bie­skim kocem, który zabie­ra­łam na pik­niki – tym samym, na któ­rym leże­li­śmy w dniu, kiedy zna­leź­li­śmy Bosco.

Zaje­cha­łam na par­king przed kli­niką wete­ry­na­ryjną. Wzię­łam głę­boki oddech, odmó­wi­łam modli­twę i powoli prze­do­sta­łam się przez drzwi ze swoim pakun­kiem. Nobliwa recep­cjo­nistka spraw­dziła moje nazwi­sko i natych­miast wezwała dyżur­nego wete­ry­na­rza. Cze­ka­jąc na tę zupeł­nie nie­znaną osobę, w któ­rej rękach miało spo­cząć życie mojego psa, roz­glą­da­łam się po przy­tul­nej, wyło­żo­nej boaze­rią pocze­kalni. U stóp kobiety obok mnie sie­dział potul­nie pit­bull. Bosco nawet nie zwró­ciła na niego uwagi. Jakiś męż­czy­zna wywo­łał moje nazwi­sko.

Dok­tor Sum­mers roz­ta­czał wokół sie­bie atmos­ferę pil­no­ści, a jego błę­kitne oczy pełne były współ­czu­cia i tro­ski. Idąc za nim do gabi­netu, spo­strze­głam jego sze­ro­kie, silne ramiona i pewny krok. Poło­ży­łam Bosco na wąskim, sta­lo­wym stole i powoli zdję­łam z niej koc. Przy­tu­li­łam go do piersi. Wełna wciąż prze­siąk­nięta była jej słod­kim zapa­chem. Dok­tor Sum­mers uważ­nie słu­chał, kiedy opo­wia­da­łam mu, co się dzieje, a jego deli­katne dło­nie spo­czy­wały na boku Bosco. Sądził, że to nie­żyt żołądka i jelit, i chciał zatrzy­mać ją w kli­nice na obser­wa­cji. Pod­kre­ślił jed­nak, że w każ­dej chwili mogę odwie­dzać Bosco. Poca­ło­wa­łam ją w nos i szep­nę­łam do widze­nia. Dok­tor Sum­mers się uśmiech­nął.

– Pro­szę jechać do domu, odpo­cząć. Obie­cuję, że się nią zajmę.

Czu­łam jakoś, że naprawdę się nią zaopie­kuje, że nie ma dla mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki lep­szego miej­sca niż jego ręce.

Następ­nego dnia po pracy poje­cha­łam od razu do kli­niki, żeby odwie­dzić Bosco. Recep­cjo­nistka kazała mi pójść na zaple­cze. Do kla­tek poszłam naj­krót­szą drogą, powstrzy­mu­jąc się od biegu. Usia­dłam na zim­nej, beto­no­wej pod­ło­dze i wło­ży­łam rękę do klatki, żeby pogła­skać Bosco, która zamer­dała nie­znacz­nie ogo­nem. Kiedy dok­tor Sum­mers dowie­dział się, że przy­je­cha­łam, przy­szedł i otwo­rzył klatkę Bosco. Wzię­łam ją na kolana i mocno przy­tu­li­łam, szczę­śliwa, że znów mogę czuć jej cie­pło. Dok­tor Sum­mers przy­klęk­nął obok nas. Roz­ma­wia­li­śmy szep­tem, aby Bosco mogła spać. Opo­wia­da­li­śmy sobie o naszych rodzi­nach, o pracy, o naszych marze­niach, o życiu.

Przez następne kilka tygo­dni codzien­nie odwie­dza­łam Bosco i mojego nowego przy­ja­ciela, dok­tora Sum­mersa. Póź­niej­sza biop­sja potwier­dziła złe wie­ści – było to lim­fo­pla­zmo­cy­tarne zapa­le­nie jelit. Nie byłam w sta­nie wymó­wić nazwy tej cho­roby ani zro­zu­mieć, na czym polega. Ponie­waż towa­rzy­szą jej wymioty i bie­gunka, dok­tor Sum­mers pod­łą­czył Bosco do kro­plówki. A u Bosco na dokładkę poja­wiło się jesz­cze zapa­le­nie trzustki, co skom­pli­ko­wało lecze­nie.

Nad­szedł dzień, kiedy leki prze­stały dzia­łać, Bosco nie czuła się ani tro­chę lepiej – a ja musia­łam pod­jąć decy­zję. Dok­tor Sum­mers kazał mi zabrać ją do domu, pobyć z nią parę dni. Wie­dział, że muszę się z nią poże­gnać. Owi­nę­łam ją w koc i zawio­złam do sie­bie.

Tuli­ły­śmy się razem na kana­pie. Powie­dzia­łam jej, jak bar­dzo ją kocham, jak bar­dzo jestem wdzięczna, że w moim życiu poja­wił się szcze­niak o imie­niu Lucky i został moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Słu­chała, a jej znu­żone piwne oczy patrzyły gdzieś poza mnie, szu­ka­jąc spo­koju. Przy­szedł jej czas.

Dwa tygo­dnie po tym, jak po raz ostatni odda­łam ją w ręce dok­tora Sum­mersa, odwie­dzi­łam kli­nikę. Chcia­łam poroz­ma­wiać z kimś, kto mnie zro­zu­mie – to dok­tor Sum­mers, teraz już mój przy­ja­ciel, pomógł mi zamknąć za sobą ten roz­dział. Zabrał mnie na lunch. Oglą­da­li­śmy swoje rodzinne zdję­cia, wspo­mi­na­li­śmy Bosco. Gdy deli­kat­nie ocie­rał z moich policz­ków łzy, sam miał wil­gotne oczy. Tego dnia otwo­rzyły się przed nami nowe drzwi i sko­rzy­sta­li­śmy z nich.

Trze­ciego kwiet­nia, dwa lata po śmierci Bosco, wyszłam za dok­tora Sum­mersa, czło­wieka, który tak czule trosz­czył się o nią – i o mnie. Pod­czas cere­mo­nii mowę wygło­sił mój ojciec. Spoj­rzał w niebo, uśmiech­nął się i powie­dział:

– Wiem, że jest tu z nami dziś Bosco, która bło­go­sławi temu mał­żeń­stwu.

Uśmiech­nę­łam się i ja, przez szczę­śliwe łzy. Bosco zawsze, nawet przez swoją śmierć, wno­siła w moje życie miłość.

Jen­ni­fer Gay Sum­mers

Świat Jethro

Mój pies, Jethro – mie­sza­niec rot­twe­ilera i owczarka nie­miec­kiego – zawsze był cichy, łagodny i dobrze wycho­wany. Od chwili naszego spo­tka­nia w schro­ni­sku, kiedy miał zale­d­wie dzie­więć mie­sięcy, do dnia jego śmierci, dwie rze­czy były jasne – Jethro był wyjąt­kowo dobrym i współ­czu­ją­cym psem i łączyła nas wyjąt­kowa więź.

Jethro ni­gdy nie gonił zwie­rząt. Uwiel­biał prze­sia­dy­wać na dwo­rze i przy­glą­dać się światu dokoła. Był ide­al­nym towa­rzy­szem moich wypraw, kiedy obser­wo­wa­łem różne gatunki pta­ków, mię­dzy innymi gru­bo­dzioby bia­ło­skrzy­dłe i sójki miesz­ka­jące w pobliżu mojego domu u pod­nóża Gór Ska­li­stych.

Pew­nego dnia, kiedy byłem w domu, usły­sza­łem, że Jethro pod­cho­dzi do fron­to­wych drzwi. Ale zamiast zasko­wy­czeć, jak miał w zwy­czaju, kiedy chciał wejść do środka, po pro­stu sobie usiadł. Spoj­rza­łem na niego i zauwa­ży­łem, że w pysku trzyma coś małego i puszy­stego. O nie, zabił ptaka – pomy­śla­łem zaraz. Lecz gdy otwo­rzy­łem drzwi, Jethro upu­ścił pod moje nogi małego kró­liczka – jak naj­bar­dziej żywego i całego unu­rza­nego w psiej śli­nie. Nie dostrze­głem żad­nych ska­le­czeń. Widzia­łem jedy­nie małą futrzaną kulkę, która potrze­bo­wała cie­pła, jedze­nia i miło­ści. Przy­pusz­cza­łem, że kró­li­cza mama padła pew­nie ofiarą kojota, lisa albo pumy, które kręcą się przy domu.

Jethro popa­trzył na mnie sze­roko otwar­tymi oczami, jakby ocze­ki­wał, że go pochwalę. Tak też się stało. Wyda­wał się bar­dzo z sie­bie dumny. Lecz kiedy pod­nio­słem kró­liczka, duma Jethro prze­ro­dziła się w zatro­ska­nie. Pró­bo­wał porwać kró­liczka z moich rąk, ale mu się nie udało. Sko­wy­cząc, cho­dził za mną, kiedy szy­ko­wa­łem pudełko, koc, nieco wody i jedze­nia. Ostroż­nie wło­ży­łem kró­liczka do pudełka i owi­ną­łem go kocem. Nazwa­łem go Bunny. Obok umie­ści­łem tro­chę drobno pokro­jo­nej mar­chewki, kawa­łek selera i sałatę, które Bunny zaczął sku­bać. Poka­za­łem mu też, gdzie jest woda.

Przez cały ten czas Jethro stał za mną, dysząc, śli­niąc się na moje ramiona, obser­wu­jąc każdy mój ruch. Myśla­łem, że może porwie kró­liczka albo jego jedze­nie, ale on po pro­stu stał sobie, zafa­scy­no­wany futrzaną kuleczką, która powoli zwie­dzała swój nowy dom.

Odcho­dząc od pudełka, zawo­ła­łem do sie­bie Jethro, lecz ani drgnął. Zwy­kle przy­cho­dził do mnie natych­miast, zwłasz­cza kiedy mia­łem dla niego kość, ale tego dnia nie­wzru­sze­nie trwał przy pudełku. Mijały godziny, a jego nic nie było w sta­nie odcią­gnąć od Bunny’ego.

Koniec koń­ców musia­łem wycią­gnąć go siłą na wie­czorny spa­cer. Po powro­cie pomknął od razu do pudełka, przy któ­rym spę­dził noc. Pró­bo­wa­łem zapro­wa­dzić go na posła­nie, ale mnie nie słu­chał. Jego zamiary były jasne: „Ja się stąd nie ruszam”.

 

Byłem prze­ko­nany, że Jethro nie zrobi krzywdy kró­licz­kowi. Przez dwa tygo­dnie, kiedy zaj­mo­wa­łem się Bun­nym, Jethro nawet go nie wystra­szył. Zaadop­to­wał kró­liczka i pil­no­wał, żeby nikt go nie skrzyw­dził.

Przy­szedł czas poka­zać Bunny’emu świat. Razem z Jethro poszli­śmy kawa­łek na wschód od domu i tam wypu­ści­łem kró­liczka z pudełka. Patrzy­li­śmy, jak powoli zmie­rza w stronę sągu drewna. Bunny zacho­wy­wał się ostroż­nie, jego zmy­sły chło­nęły nowe bodźce – widoki, dźwięki, zapa­chy – które go teraz ota­czały. Prze­sie­dział w drew­nie około godziny, zanim nabrał odwagi, by roz­po­cząć życie stu­pro­cen­to­wego dzi­kiego kró­lika. Jethro obser­wo­wał tę scenę, nie rusza­jąc się z miej­sca. Nie spusz­czał oka z Bunny’ego i nie pró­bo­wał do niego podejść.

Bunny krę­cił się w oko­licy przez parę mie­sięcy. Kiedy tylko wypusz­cza­łem Jethro z domu, natych­miast biegł do miej­sca, gdzie wypu­ści­łem kró­lika. A kiedy już tam był, prze­chy­lał głowę z boku na bok, szu­ka­jąc wzro­kiem Bunny’ego. Trwało to z sześć mie­sięcy. Gdy gło­śno woła­łem „Bunny”, Jethro sko­wy­czał i ruszał na poszu­ki­wa­nie kró­lika. Kochał go i miał nadzieję jesz­cze raz go zoba­czyć.

Nie wiem dokład­nie, co się stało z Bun­nym. Naj­praw­do­po­dob­niej prze­żył swoje życie gdzieś nie­da­leko mojego domu. Od tego czasu poja­wiały się inne kró­liczki i doro­słe kró­liki, lecz zauwa­ży­łem, że Jethro ni­gdy za nimi nie goni. Pró­bo­wał nato­miast podejść do nich jak naj­bli­żej i przyj­rzeć się każ­demu z osobna, zasta­na­wia­jąc się być może, czy któ­ryś z nich to cza­sem nie Bunny.

Kilka lat temu, gdy minęło już sporo lat od czasu, gdy Jethro spo­tkał Bunny’ego i przy­gar­nął go z peł­nym łagod­no­ści współ­czu­ciem, Jethro znów przy­biegł do mnie z mokrym zwie­rząt­kiem w pysku. Hmm – zasta­na­wia­łem się – kolejny kró­li­czek? Kaza­łem mu puścić zwie­rzaka. Tym razem był to młody ptak, który wpadł przez okno. Był oszo­ło­miony i musiał dojść do sie­bie.

Potrzy­ma­łem go przez kilka minut w rękach. Jethro, jak to Jethro, nie spusz­czał ptaka z oczu. Obser­wo­wał każdy mój ruch. Kiedy uzna­łem, że ptak może już fru­wać, posta­wi­łem go na balu­stra­dzie werandy. Jethro pod­szedł do niego, pową­chał go, cof­nął się i przy­glą­dał, jak ptak odla­tuje. Kiedy pta­szek znik­nął nam z oczu, Jethro odwró­cił się w moją stronę i odnio­słem wra­że­nie, że na swój psi spo­sób wzru­szył ramio­nami. Razem poszli­śmy na długi spa­cer krętą drogą wio­dącą w dół od naszego domu. W świe­cie Jethro znów wszystko było w porządku.

Marc Bekoff

O Psie, Który Wiódł Psa

Chociaż uro­dzi­łam się i wycho­wa­łam w Nowym Jorku, moi rodzice uwiel­biali kon­takt z naturą. Każ­dego lata tato wynaj­mo­wał dla nas nie­wielki domek na wschod­nim krańcu Long Island. Domek stał wśród drzew nie­da­leko plaży, więc pozna­łam w dzie­ciń­stwie, czym jest pły­wa­nie, łowie­nie ryb, pły­wa­nie łódką i jak sma­kuje czy­sta radość pły­nąca z bli­sko­ści natury. Kiedy wyszłam za mąż i uro­dzi­łam dzieci, miesz­ka­li­śmy na tej samej ulicy, co moi rodzice, i razem z nimi wypra­wia­li­śmy się na coroczne wypady na Long Island.

Któ­re­goś roku, tuż przed let­nimi waka­cjami, moi rodzice przy­gar­nęli wspa­nia­łego szcze­niaka bas­seta. Moje dwie córeczki były wnie­bo­wzięte. Pies natych­miast stał się kimś naj­waż­niej­szym w ich życiu. Nazwały go Huc­kle­berry, jak nazy­wał się boha­ter kre­skó­wek.

Codzien­nie po szkole masze­ro­wały do dziad­ków, by go wypro­wa­dzić i nakar­mić. Cała trójka, para­du­jąc po oko­licy, pro­mie­niała od peł­nych podziwu spoj­rzeń sąsia­dów. Z całą pew­no­ścią Huc­kle­berry przed­sta­wiał nie­co­dzienny widok – był długi, a jego opa­da­jące uszy się­gały nie­mal ziemi. Cztery krzywe nóżki koń­czyły się wiel­gach­nymi łap­kami, o które cią­gle się poty­kał. A na wąskim pyszczku lśniło dwoje naj­smut­niej­szych ocząt, jakie sobie można wyobra­zić. Huc­kle­berry kro­czył dum­nie ulicą, jakby wie­dział, że jest wyjąt­kowy, i napa­wał się uwagą, jaką przy­cią­gał.

Nasza pierw­sza podróż do waka­cyj­nego domku w towa­rzy­stwie Huc­kle­berry’ego była praw­dzi­wym kosz­ma­rem. Nie zno­sił jazdy samo­cho­dem i się roz­cho­ro­wał. Z wywie­szo­nym języ­kiem rzu­cał się i krę­cił na tyl­nym sie­dze­niu, prze­wra­ca­jąc oczyma. Śli­nił się tak obfi­cie, że mama wydo­była z bagaż­nika swoją nową zasłonę prysz­ni­cową i przy­kryła nią dziew­czynki, które razem z nim jechały z tyłu. Doje­cha­li­śmy wykoń­czeni. Pomimo zasłony kąpie­lo­wej dziew­czynki były całe mokre i pach­niały jak miej­skie zoo.

Kiedy Huc­kle­berry wyszedł z samo­chodu, przez dłuż­szą chwilę przy­glą­dał się nowemu oto­cze­niu zupeł­nie pora­żony. A potem zaczął szcze­kać. Gdzie są wszyst­kie te wyso­kie domy, hydranty prze­ciw­po­ża­rowe i kra­węż­niki, które można obwą­chi­wać? Gdzie się podziali jego wierni miło­śnicy?

Nad głową prze­le­ciało stado gęsi, gło­śno gęga­jąc. Dwie żaby wysko­czyły wprost pod nogi trzę­są­cego się zwie­rzę­cia. Motyl usiadł mu na gło­wie, a jakiś przy­godny kot mija­jąc go, zasy­czał. Tego już było za wiele dla naszego miej­skiego bie­dac­twa. Pies pognał do domku i scho­wał się pod naj­bliż­szym meblem.

Huc­kle­berry był psem miej­skim. Na bru­ko­wa­nym chod­niku był w swoim żywiole. Życie na łonie natury nie miało dla niego żad­nego uroku. Stał się odlud­kiem i całe dnie spę­dzał na osło­nię­tej weran­dzie. Sia­dał tam i przy­glą­dał się bawią­cym się na dwo­rze dziew­czyn­kom, lecz gdy przy­cho­dziła pora spa­ceru, cho­wał się. Było nam wszyst­kim go żal, lecz posta­no­wi­li­śmy pozwo­lić temu nie­śmia­łemu stwo­rze­niu spę­dzić lato według jego życze­nia – zwi­nię­temu w wygod­nym fotelu na weran­dzie.

Pew­nego ranka pękła w kuchni rura, więc tato wezwał hydrau­lika, Mło­dego Char­liego, syna jed­nego z kole­gów, z któ­rymi węd­ko­wał, Sta­rego Char­liego. Młody Char­lie przy­szedł ze sta­rym czar­nym labra­do­rem, Geo­rge’em, który obwie­ścił ich przy­by­cie gło­śnym szcze­ka­niem z tyłu fur­go­netki. Dziew­czynki wysko­czyły z domu przy­wi­tać się z psem i z rado­ścią spo­strze­gły, że Geo­rge ma ochotę się poba­wić. Po wyczer­pu­ją­cej zaba­wie w apor­to­wa­nie i po har­cach wokół pose­sji wszyst­kim zachciało się pić.

Huc­kle­berry przy­glą­dał się ich zaba­wie z okna. Kiedy przy­szedł czas na odpo­czy­nek, zaczął wyć. Bez­sku­tecz­nie pró­bo­wa­li­śmy go uci­szyć. Dziew­czynki wzięły go na smycz i wycią­gnęły na dwór. W tej samej chwili labra­dor pod­szedł do nich, zła­pał smycz w pysk i zaczął opro­wa­dzać Huc­kle­berry’ego po podwó­rzu. Wycie ustało. Huc­kle­berry, z wysoko unie­sioną głową, mer­da­jąc ogo­nem, szedł sprę­ży­stym kro­kiem wszę­dzie, dokąd pro­wa­dził go Geo­rge. Na koniec spa­ceru oba psy dostały nagrody i zostały wytu­lone.

Następ­nego dnia Młody Char­lie przy­je­chał z Geo­rge’em i oznaj­mił, że jego pies bar­dzo chciał do nas wró­cić. Od tego dnia Geo­rge, który zda­wał się wie­dzieć, że speł­nia dobry uczy­nek, wypro­wa­dzał Huc­kle­berry’ego na spa­cer.

Lato miało się ku koń­cowi i zbli­żała się szkoła – czas było wra­cać do mia­sta. Oba psy łasiły się do sie­bie, gdy pako­wa­li­śmy się do samo­chodu.

Zima była bar­dzo ostra. Huc­kle­berry zjadł coś, co zna­lazł w śniegu, zacho­ro­wał i po tygo­dniu padł. Cała rodzina była prze­ra­żona. Każdy na swój spo­sób prze­ży­wał żałobę. Rodzice posta­no­wili nie brać już żad­nego zwie­rzę­cia.

Życie toczyło się dalej – minęła zima, roz­kwi­tła wio­sna i z powro­tem nade­szło lato.

Pod­czas podróży na Long Island wyraź­nie odczu­wa­li­śmy pustkę, jaką zosta­wił po sobie Huc­kle­berry. Po kilku dniach zaje­chała do nas fur­go­netka Mło­dego Char­liego, który wyniósł z niej Geo­rge’a. Zimą Geo­rge oślepł na jedno oko i Młody Char­lie miał nadzieję, że spa­cery z Huc­kle­berrym wniosą nieco rado­ści w jego życie.

Tato wyja­śnił Char­liemu, co się stało. Char­lie bar­dzo się prze­jął naszą stratą.

– Geo­rge wciąż sobie jakoś radzi, ale powoli się sta­rzeje. Smutno mi, że tego lata nie będzie się mógł bawić ze swoim przy­ja­cie­lem – powie­dział.

Wszyst­kich nas ści­skało w gar­dle, kiedy odjeż­dżali.

Następ­nego ranka dziew­czynki oświad­czyły, że mają pewien plan. Poje­cha­li­śmy do mia­steczka do sklepu z rze­czami uży­wa­nymi. Kupi­li­śmy jakie­goś plu­szaka, dwie pary sta­rych wro­tek i drzwiczki do szafki. Przy­cię­łam drzwiczki na odpo­wied­nią wiel­kość, a mama przy­kle­iła do nich plu­szową zabawkę. Tato przy­mo­co­wał pod spodem wrotki, a dziew­czynki przy­go­to­wały okry­cie z koca Huc­kle­berry’ego. Kiedy nasz „pies” został nim okryty, zadzwo­ni­li­śmy do Mło­dego Char­liego, żeby przy­wiózł Geo­rge’a.

Mocno zaci­ska­li­śmy kciuki, kiedy czarny labra­dor obwą­chi­wał nasze dzieło. Moje córeczki przy­wią­zały do niego smycz i podały ją Geo­rge’owi. Ni­gdy nie dowiemy się, czy Geo­rge zro­bił to dla świę­tego spo­koju, czy zapach Huc­kle­berry’ego kazał mu sądzić, że wró­cił do niego stary przy­ja­ciel. Przez następne osiem tygo­dni Geo­rge dum­nie wypro­wa­dzał na spa­cer plu­szową zabawkę.

Wie­ści o tym roz­nio­sły się po mia­steczku i wielu miesz­kań­ców przy­jeż­dżało zro­bić zdję­cia. Nie­długo po powro­cie do mia­sta dowie­dzie­li­śmy się, że Geo­rge umarł we śnie, wtu­lony w plu­szo­wego przy­ja­ciela. Kiedy otrzy­ma­li­śmy tele­fon, popła­ka­li­śmy się.

Parę dni póź­niej, kiedy wywo­ła­li­śmy waka­cyjne zdję­cia, nasz smu­tek zamie­nił się w radość. Zdję­cia, na któ­rych Geo­rge wypro­wa­dza swo­jego „przy­ja­ciela”, żywo przy­po­mniały nam szczę­śliwe chwile spę­dzone z Huc­kle­ber­rym i Geo­rge’em. Wiemy, że byli­śmy świad­kami praw­dzi­wego aktu miło­ści. Oba psy na zawsze będą żyć w jed­nej z naszych ulu­bio­nych opo­wie­ści – o Psie, Który Wiódł Psa.

Anne Car­ter

Beau Rzep

Za pie­nią­dze można kupić wspa­nia­łego psa, ale tylko miło­ścią można spra­wić, że zamerda ogo­nem. Richard Fried­man

Kiedy ujrza­łam go po raz pierw­szy, wyglą­dał na zanie­po­ko­jo­nego. Zmarsz­czone brwi i nie­pewne spoj­rze­nie przy­da­wały jego kró­lew­skiej mordce znę­ka­nego wyrazu. Dowie­dzia­łam się, że był to pies, któ­rego losy nazna­czone były zmia­nami – dopóki nie zna­lazł swego miej­sca na ziemi. Tego dnia jego świat sta­nął na gło­wie.

Ten pokaź­nych roz­mia­rów owcza­rek nie­miecki co chwila ucie­kał z domu. Zja­wiał się u sąsia­dów, któ­rzy się z nim bawili i kar­mili go – i dzwo­nili po jego wła­ści­cieli. Zda­rzało się, że gdy przy­jeż­dżali po niego, szorstko się z nim obcho­dzili. Sąsie­dzi zauwa­żyli, że pies się spe­cjal­nie nie kwapi, by wsiąść do ich fur­go­netki. Ostat­nio też nie naj­le­piej wyglą­dał. Chudł, a jego sierść była w złym sta­nie.

Któ­re­goś dnia, gdy zadzwo­nili do wła­ści­cieli psa, by ich poin­for­mo­wać, gdzie jest, wła­ści­ciele oznaj­mili, że po niego nie przy­jadą. Mają już tego dosyć. I tak owcza­rek został pozo­sta­wiony sam sobie. Na szczę­ście sąsie­dzi skon­tak­to­wali się ze zna­jomą, która pra­co­wała jako wolon­ta­riusz w tym samym schro­ni­sku, w któ­rym ja koor­dy­no­wa­łam przyj­mo­wa­nie psów. Dziew­czyna zabrała go do domu i zadzwo­niła do mnie.

Kiedy zaje­cha­łam pod jej dom, sie­działa na weran­dzie ze swo­imi dziećmi. Na weran­dzie był rów­nież owcza­rek, który jed­nak nie bawił się ani z nią, ani z dzie­cia­kami. Ner­wo­wym wzro­kiem obser­wo­wał ulicę i chod­nik.

Pomimo peł­nego nie­po­koju spoj­rze­nia, sku­dlo­nej sier­ści i wynędz­nia­łej postury był nie­prze­cięt­nym psem. Dowie­dzia­łam się, że ma nieco ponad pół­tora roku, czyli jak na owczarka nie­miec­kiego jest jesz­cze szcze­nia­kiem. Był dużym psem – gdy nabie­rze ciała, będzie impo­nu­ją­cym zwie­rzę­ciem. Ni­gdy nie zaj­mo­wa­łam się psem takich roz­mia­rów i na początku byłam nieco onie­śmie­lona. Jed­nak jeśli pomi­nąć natu­ralne poru­sze­nie wywo­łane nie­zna­nym oto­cze­niem, owcza­rek wyda­wał się psem przy­ja­znym i ocho­czo wsko­czył na tył mojego samo­chodu.

Pla­no­wa­łam zabrać go naj­pierw do wete­ry­na­rza na bada­nia, a następ­nie do schro­ni­ska albo oddać go do naj­bliż­szego ośrodka dla owczar­ków nie­miec­kich. Pomy­śla­łam sobie jed­nak, że naj­pierw pokażę go swo­jemu mężowi, Larry’emu, który się wycho­wał w towa­rzy­stwie owczar­ków nie­miec­kich i uwiel­biał tę rasę. (Przez lata dane mi było usły­szeć wiele opo­wie­ści o jego ulu­bieńcu, Marku; żaden z ura­to­wa­nych psia­ków nie mógł się z nim rów­nać.)

 

Kiedy otwo­rzy­łam tylne drzwi, owcza­rek natych­miast wysko­czył z samo­chodu i w paru susach zna­lazł się przy Lar­rym. Obwą­chał go pobież­nie, po czym prze­stał się nim inte­re­so­wać i zaczął badać par­king, na któ­rym sta­li­śmy. Obser­wo­wa­li­śmy go. Widzia­łam, że Larry jest pod wra­że­niem. Odwró­cił się do mnie i powie­dział:

– Chcę go mieć.

Byłam zasko­czona. Mie­li­śmy już trzy psy – ryzyko zawo­dowe pra­cow­nika schro­ni­ska dla zwie­rząt – i Larry czę­sto narze­kał, że w naszym domu psia popu­la­cja jest zbyt liczna. Co wię­cej, ten pies był ogromny – to tak jakby przy­były nam dwa psy! Ale nie spie­ra­łam się z Lar­rym. Cie­szy­łam się, że chce mieć psa dla sie­bie.

I tak Beau dołą­czył do naszej rodziny. Na początku nie było łatwo. Miał kło­poty zdro­wotne, które spra­wiały, że trudno mu było przy­brać na wadze. Był zbyt szczu­pły, lecz nie tra­wił żad­nych tłusz­czów. Jego układ tra­wienny był, deli­kat­nie mówiąc, wybredny. Przy­spa­rzało to pew­nych trud­no­ści, lecz jesz­cze bar­dziej kło­po­tliwe było jego zacho­wa­nie.

Ku naszej kon­ster­na­cji prze­ko­na­li­śmy się nie­ba­wem, że Beau ma prze­ciwne do naszego poję­cie na temat zała­twia­nia się. Za każ­dym razem zała­twiał się w domu, po czym sta­wał przed drzwiami, by wyjść na dwór. Doszli­śmy do wnio­sku, że jego pierwsi wła­ści­ciele nie wycho­dzili z nim regu­lar­nie na zewnątrz. Kiedy więc z koniecz­no­ści zała­twiał się w domu, wście­kali się na niego i wyrzu­cali go za drzwi. A ponie­waż był inte­li­gent­nym psem, szybko sko­ja­rzył sobie, że jeśli nabru­dzi w domu, to wyj­dzie na dwór. Namę­czy­li­śmy się, żeby prze­ko­nać go, że w sumie o wiele lepiej jest na odwrót.

Ale gor­szy jesz­cze był jego kom­pletny brak zain­te­re­so­wa­nia ludźmi. Beau uwiel­biał inne psy, lecz dwu­nożni człon­ko­wie jego nowej rodziny byli dla niego zby­teczni. Z mojego doświad­cze­nia wyni­kało, że owczarki nie­miec­kie takie już są. Uwa­ża­łam je za „wiel­kie, bez­oso­bowe psy” i ozię­błość Beau nie raniła mnie. Z Lar­rym było ina­czej. Był głę­boko roz­cza­ro­wany obo­jęt­no­ścią Beau – było to zaprze­cze­nie jego doświad­czeń z Mar­kiem, któ­rego przy­wią­za­nie do Larry’ego prze­szło do rodzin­nej legendy.

Z cza­sem Beau poła­pał się w zasa­dach zała­twia­nia się i zna­lazł sobie miej­sce pośród naszych psia­ków. Także jego pro­blemy zdro­wotne powoli zaczęły mijać i koniec koń­ców doszedł do wagi pięć­dzie­się­ciu czte­rech kilo­gra­mów. Był tak pięk­nym psem, że prze­chod­nie nie­ustan­nie zatrzy­my­wali nas na ulicy, by wyra­zić swój podziw dla jego urody.

Cza­sami, gdy widzia­łam, jak niczym sfinks wygrzewa się w słońcu albo biega po polach nie­da­leko naszego domu, zapie­rało mi dech. Przy­po­mi­nał lwa albo jakieś inne maje­sta­tyczne dzi­kie zwie­rzę – jego syl­wetka była wprost magiczna. Lecz jego serce wciąż było zamknięte. Nie miał w sobie ani tro­chę miło­ści, którą mógłby nas obda­rzyć. A kiedy na nas spo­glą­dał, w jego oczach nie poja­wiała się żadna iskierka rado­ści. Świa­tła się świe­ciły, lecz w domu nie było nikogo.

Cóż mogli­śmy zro­bić? Sta­ra­li­śmy się go kochać, mając nadzieję, że może któ­re­goś dnia uda się nam do niego dotrzeć.

Pew­nego dnia, jakieś cztery mie­siące po tym, jak tra­fił do naszego domu, ze zdu­mie­niem spo­strze­głam, że Beau bacz­nie przy­gląda się swymi piw­nymi oczyma Larry’emu. Wyda­wało się, jakby stu­dio­wał jego zacho­wa­nie – uczył się, co może ozna­czać oka­zję prze­jażdżki, co wska­zuje na spa­cer, nagrodę albo podra­pa­nie za uchem. Tak jakby nagle sobie uświa­do­mił, że ludzie mają mu do zaofe­ro­wa­nia różne rze­czy – i to cał­kiem nie­złe rze­czy.

Jego zain­te­re­so­wa­nie Lar­rym roz­wi­jało się w coraz więk­szym tem­pie. Nie­ba­wem Beau wziął sobie za zada­nie nie­ustan­nie obser­wo­wać mojego męża, aby nie stra­cić żad­nej oka­zji do zabawy i psiej roz­rywki.

Larry go nie zawiódł. Wie­dział, co duże psy lubią robić i gdzie lubią być dra­pane. Rzu­cał Beau piłeczki i patyki, zabie­rał go w różne cie­kawe miej­sca. Wkrótce, kiedy Larry wycho­dził bez Beau, owcza­rek zaczy­nał wyć. A kiedy wra­cał ze swych samot­nych wypraw, Beau nie posia­dał się z rado­ści. Bramy jego miło­ści naresz­cie się otwo­rzyły. Bez­na­miętna obo­jęt­ność ustą­piła i jego serce roz­kwi­tło.

Nazy­wamy go teraz Beau Rzep, ponie­waż nie odstę­puje Larry’ego ani na krok. Codzien­nie, kiedy Beau się obu­dzi, prze­ciąga maje­sta­tycz­nie swoje dłu­ga­śne ciało, po czym domaga się od jed­nego z nas poran­nych piesz­czot. Kła­dzie uszy po sobie i nie­śmiało trąca wiel­kim nosem nasze ręce. Ten piękny pies, prze­peł­niony uczu­ciem, daje nam znać, że gotowy jest na miłość.

Bar­dzo się cie­szę, że jak­kol­wiek Beau jest psem Larry’ego, przy­jął mnie do swo­jego serca. Czę­sto, kiedy głasz­czę jego potężną klatkę pier­siową, pochy­lam się i opie­ram czo­łem o jego czoło. Beau kła­dzie wtedy łapę na mojej ręce i wzdy­cha z zado­wo­le­nia. Trwamy tak przez jakiś czas, cie­sząc się bli­sko­ścią.

Potem Beau zrywa się na nogi z błysz­czą­cymi oczyma, ener­gicz­nie wywi­ja­jąc wiel­kim ogo­nem. Czas jeść albo się poba­wić. Albo poje­chać z Lar­rym do pracy. Albo zafun­do­wać sobie jakąś inną wspa­niałą roz­rywkę.

Ku naszemu zachwy­towi, ten wychu­dzony, nie­spo­kojny pies stał się peł­nym życia, odda­nym towa­rzy­szem. Beau wie, że życie jest dobre, kiedy jest się z ludźmi, któ­rych się kocha.

Carol Kline