Balsam dla duszy miłośnika psówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Książka ta dedy­ko­wana jest wszyst­kim miło­śni­kom psów – milio­nom ludzi na całym świe­cie, któ­rzy otwo­rzyli swoje serca i domy dla nad­zwy­czaj­nego odda­nia, bez­wa­run­ko­wej miło­ści i nie­okieł­zna­nej rado­ści psów, dzięki czemu na ich życie spły­nęło nie­prze­brane bło­go­sła­wień­stwo.

Dedy­ku­jemy ją także wete­ry­na­rzom, któ­rzy z nie­zrów­naną kom­pe­ten­cją i współ­czu­ciem leczą, chro­nią i wspo­ma­gają ukrytą dla nie­po­znaki w psiej skó­rze apa­ra­turę pod­trzy­mu­jącą nasze funk­cje życiowe.

Naszą książkę dedy­ku­jemy rów­nież wszyst­kim odpo­wie­dzial­nym hodow­com psów i wystaw­com, któ­rzy zabie­gają o coraz lep­sze zdro­wie i więk­sze szczę­ście swych psów – tych roz­mia­rów kie­szon­ko­wych i tych wiel­kich jak kuce, futrza­stych i zupeł­nie golut­kich, tych kudła­tych i tych o sier­ści gład­kiej jak wydra – przy­czy­nia­jąc się tym samym do zacho­wa­nia nie­po­wta­rzal­nego dzie­dzic­twa psiego rodzaju we wszyst­kich jego cudow­nych odmia­nach.

Dedy­ku­jemy ją boha­te­rom, ludziom, któ­rzy dają z sie­bie wszystko, by bez­dom­nym psia­kom zna­leźć kocha­jące domy, któ­rzy poma­gają cho­rym, ran­nym albo nie­grzecz­nym czwo­ro­no­gom wyli­zać się z ran i nabrać ogłady, i dzięki któ­rym psy zaj­mują coraz waż­niej­sze miej­sce w życiu ludzi.

I dedy­ku­jemy ją Bogu, który szczo­drze pobło­go­sła­wił nas psami. Bóg wie, że dzięki swym szcze­gól­nym zdol­no­ściom psy prze­dłu­żają nasze życie i dodają mu rumień­ców.

Wpro­wa­dze­nie

Wspólne dzieje psów i ludzi przez wieki były z czu­ło­ścią doku­men­to­wane – od sztuki naskal­nej przez hie­ro­glify i śre­dnio­wieczne nagrobki euro­pej­skich ryce­rzy po wik­to­riań­skie por­trety ślubne. We współ­cze­snym świe­cie psy na­dal sta­no­wią ważny i widoczny ele­ment nowo­cze­snej kul­tury.

Wystar­czy włą­czyć tele­wi­zor albo prze­rzu­cić strony pierw­szego lep­szego cza­so­pi­sma czy gazety, by ujrzeć nie­sa­mo­wite bogac­two psiego ekwi­punku na sprze­daż. Magnesy na lodówkę gło­szą: „Dobry Boże, pomóż mi być tak dobrym czło­wie­kiem, za jakiego uważa mnie mój pies”. Naklejki na zde­rzak oznaj­miają: „Jeste­śmy razem ze względu na psa”. Dwu- i czwo­ro­nożni człon­ko­wie rodziny zasia­dają razem na kana­pie, żeby obej­rzeć filmy ze wspól­nych waka­cji.

Więź mię­dzy ludźmi a zwie­rzę­tami nie tylko prze­trwała, ona roz­kwita!

Po praw­dzie to wła­śnie siła i potęga owej więzi stała się inspi­ra­cją dla tej książki. W odpo­wie­dzi na apel o nad­sy­ła­nie opo­wie­ści otrzy­ma­li­śmy tysiące histo­rii od miło­śni­ków psów z całego świata, któ­rzy opi­sy­wali, jak na miriady spo­so­bów psy ubo­ga­ciły ich życie. Bal­sam dla duszy miło­śnika psów to świa­dec­two nie­prze­mi­ja­ją­cej miło­ści ludzi do psów, które dzielą z nami życie. Poszcze­gólne roz­działy książki kon­cen­trują się wokół naj­waż­niej­szych psich darów – psy nas kochają, leczą, uczą, roz­śmie­szają, a cza­sem, kiedy odcho­dzą, łamią nam serca. Jak powie­dział kie­dyś Roger Caras: „Psy nie są całym naszym życiem, lecz dzięki nim nasze życie staje się cało­ścią”.

Psy towa­rzy­szą nam dłu­żej niż jakie­kol­wiek inne domowe zwie­rzę. Być może ta przy­jaźń zro­dziła się i prze­trwała, ponie­waż ludzie i psy są do sie­bie tak bar­dzo podobni – jedni i dru­dzy kochają swoje rodziny. Jedni i dru­dzy uwiel­biają koko­sić się w swo­ich lego­wi­skach, cenią lojal­ność i więzi spo­łeczne.

Psy, nazy­wane „naj­bar­dziej pla­stycz­nym gatun­kiem”, wystę­pują w nie­mal wszyst­kich roz­mia­rach i for­mach, jakie tylko można sobie wyobra­zić. Co wię­cej, mogą speł­niać naj­prze­róż­niej­sze role – od wypiesz­czo­nych kana­pow­ców, które nadają nowy sens wyra­że­niu „padać na pysk ze zmę­cze­nia”, po nie­ustra­szone psy patro­lu­jące lot­ni­ska w poszu­ki­wa­niu bomb, nar­ko­ty­ków i nie­bez­piecz­nych ludzi.

Psy popra­wiają nam samo­po­czu­cie i mają na nas dobry wpływ. Orga­ni­za­cje takie jak Delta Society mówią o „pozy­tyw­nym wpły­wie zwie­rząt domo­wych na zdro­wie i samo­po­czu­cie ludzi”. Psy łago­dzą chro­niczny ból, popra­wiają humor, potra­fią wyczuć nowo­twory, zbli­ża­jący się zawał, atak cho­roby i migreny, obni­żają ciśnie­nie krwi i poziom cho­le­ste­rolu, poma­gają wyjść z nisz­czą­cych cho­rób, a nawet popra­wić ilo­raz inte­li­gen­cji u dzieci oraz obni­żyć u nich ryzyko wystą­pie­nia aler­gii i astmy w doro­sło­ści. Pomyśl sobie – bez­wa­run­kowa miłość, bez­gra­niczna czu­łość i odda­nie po grób odpo­wied­nio dobra­nego, dobrze wyszko­lo­nego i zadba­nego psa to wszystko, co mógłby prze­pi­sać lekarz!

Może jed­nak psy naj­bar­dziej poma­gają tym, że pozwa­lają nam dać upust naszej miło­ści. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych mniej wię­cej w sze­ściu gospo­dar­stwach domo­wych na dzie­sięć jest zwie­rzę domowe, a tylko w trzech na dzie­sięć są dzieci. Kiedy dzieci dora­stają i opusz­czają rodzinne gniazdo, psy nabie­rają jesz­cze więk­szego zna­cze­nia dla milio­nów Ame­ry­ka­nów, któ­rzy pra­gną się kimś opie­ko­wać. Ponie­waż my, ludzie, jeste­śmy nad­zwy­czaj spo­łecz­nymi stwo­rze­niami, które muszą się o kogoś trosz­czyć.

Tym­cza­sem wielu z nas mieszka samot­nie, czy to z powodu roz­wodu, czy w wyniku śmierci mał­żonka lub part­nera albo dla­tego, że nie zde­cy­do­wa­li­śmy się na dzieci, a nasza rodzina mieszka daleko. A nie­stety zbyt dużo czasu spę­dza­nego w samot­no­ści może się skoń­czyć cho­robą – a nawet skró­cić nasze życie.

Na szczę­ście, gdy roz­pad­nie się nasz zwią­zek, mamy zły dzień w pracy, włosy nie chcą nas słu­chać – albo cał­kiem wypadną po che­mio­te­ra­pii – nasi czwo­ro­nożni towa­rzy­sze przy­cho­dzą nam na ratu­nek. Psy kochają nas zwy­czaj­nie takimi, jacy jeste­śmy. Nie obcho­dzi ich, czy jeste­śmy sławni, potężni, bogaci i ważni – w ich oczach zawsze tacy wła­śnie jeste­śmy, a nawet jesz­cze wię­cej.

Fak­tem jest, że do końca nie dowiemy się ni­gdy, czy te wil­gotne oczy błysz­czą tak na nasz widok, czy może na widok szu­flady z psimi nagro­dami, lecz kiedy roz­tań­czone, futrzane sza­leń­stwo wita nas czule u drzwi, nie ma to żad­nego zna­cze­nia.

Usiądź więc, odpręż się i pozwól się pochło­nąć psiej miło­ści, któ­rej pełne są te uro­cze, z życia wzięte histo­rie. Niech spra­wią, że zechcesz być osobą, za jaką uważa cię twój pies!

1
O miło­ści

Psy nie­odmien­nie żyją chwilą obecną. Są wieczną, potężną falą uczuć, a każde z nich jest jakąś formą miło­ści. Cyn­thia Heimel

Cier­pli­wość nagro­dzona

Albert Pay­son Ter­hune, słynny w latach dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych ubie­głego stu­le­cia autor opo­wia­dań o psach i ksią­żek o Las­sie, aby zobra­zo­wać głę­boką miłość łączącą ludzi i psy, przy­ta­czał czę­sto histo­rię swego przy­ja­ciela Wil­sona. Poka­zuje ona rów­nież, że cza­sami, gdy w grę wcho­dzi pies, to coś, co wydaje się naj­lep­szym roz­wią­za­niem dla wszyst­kich, wcale nim nie jest.

Pies Wil­sona, Jack, był peł­nym ener­gii sze­ścio­let­nim owczar­kiem col­lie, który codzien­nie wycho­dził na spo­tka­nie swemu wra­ca­ją­cemu z pracy panu na przy­sta­nek tram­wa­jowy. Rytuał ten trwał, odkąd Jack był szcze­nia­kiem. Psiak dosko­nale znał drogę na przy­sta­nek i z powro­tem, a prze­marsz nią był naj­ja­śniej­szym punk­tem jego dnia. Kiedy więc Wil­son zmie­nił pracę i musiał wyje­chać do Kali­for­nii, pomy­ślał sobie, że naj­le­piej będzie zosta­wić Jacka w Fila­del­fii, u krew­nego, w zna­nym mu oto­cze­niu. Wyjeż­dża­jąc, wytłu­ma­czył wszystko swo­jemu psu i powie­dział mu, że obaj będą się musieli przy­zwy­czaić do nowych domów.

Ale Jack nie chciał nowego domu. Uciekł od rodziny, u któ­rej zosta­wił go Wil­son, i wró­cił do sta­rego, zabi­tego deskami domu, gdzie samot­nie spę­dzał kolejne dni obok pustego krze­sła swego pana na weran­dzie. Każ­dego wie­czoru, mer­da­jąc ogo­nem, masze­ro­wał na przy­sta­nek tram­wa­jowy. Odkąd poja­wił się Jack, Wil­son zawsze wra­cał z pracy do domu tym samym tram­wa­jem, a Jack zawsze wycho­dził mu na powi­ta­nie. Tym­cza­sem mijały kolejne wie­czory, a pan wier­nego psa się nie zja­wiał. Zdez­o­rien­to­wany i smutny Jack wra­cał więc sam do opusz­czo­nego domu.

Pies sta­wał się coraz bar­dziej przy­gnę­biony. Nie ruszał przy­no­szo­nego mu jedze­nia i z każ­dym dniem coraz bar­dziej chudł. Mimo gęstej, jasnej sier­ści można było zoba­czyć jego wysta­jące żebra. A jed­nak co wie­czór z nie­słab­nącą nadzieją Jack wycho­dził na przy­sta­nek. I co wie­czór wra­cał na werandę jesz­cze bar­dziej przy­bity.

Nie wia­domo, dla­czego nowi wła­ści­ciele Jacka nie skon­tak­to­wali się z Wil­so­nem, lecz na pogar­sza­jący się stan zdro­wia psa zwró­cił uwagę jeden z przy­ja­ciół Wil­sona, który miesz­kał nie­opo­dal. Tak go to zasmu­ciło, że posta­no­wił zate­le­gra­fo­wać do Wil­sona do Kali­for­nii i poin­for­mo­wać go o wszyst­kim.

I to wystar­czyło.

Wil­son natych­miast kupił bilet powrotny. Wie­dział, co powi­nien zro­bić. Zna­la­zł­szy się w Fila­del­fii, odcze­kał kilka godzin, by wsiąść w tram­waj, któ­rym zawsze wra­cał do domu. Na przy­stanku oczy­wi­ście był już Jack, który z ocze­ki­wa­niem przy­glą­dał się wysia­da­ją­cym pasa­że­rom. Patrzył z taką nadzieją. I nagle wysiadł jego uko­chany wła­ści­ciel! A więc jego pan naresz­cie wró­cił! Świat Jacka znowu był kom­pletny – podob­nie jak świat Wil­sona.

 

„Jack szlo­chał pra­wie tak, jak szlo­cha dziecko – opo­wia­dał póź­niej Ter­hune’owi Wil­son. – Cały drżał, jakby prze­marzł. A ja? Cóż, wydmu­cha­łem nos i przez długi czas szybko mru­ga­łem oczyma”.

Wil­son zabrał swo­jego wier­nego Jacka do Kali­for­nii. Nie roz­stali się już ni­gdy wię­cej.

Hester Mun­dis

Kaczątko i dober­manka

Chociaż Jes­sie, nasza czter­dzie­sto­ki­lo­gra­mowa czarna dober­manka, wyglą­dała groź­nie – war­czała na obcych i ata­ko­wała pałę­ta­jące się po podwó­rzu stwo­rze­nia – w sto­sunku do naszej rodziny była wierna i kocha­jąca. Naj­pierw chcie­li­śmy mieć jesz­cze jed­nego psa, lecz po namy­śle zde­cy­do­wa­li­śmy, że będzie lepiej dla Jes­sie, jeśli będzie sama – oba­wia­li­śmy się, że z zazdro­ści mogłaby zra­nić psa, który by się ośmie­lił wejść mię­dzy nią i nas.

Kiedy więc któ­re­goś dnia nasz syn Ricky przy­niósł ze szkoły kacze jajo, wie­dzie­li­śmy, że się zanosi na kło­poty. Jajo było czę­ścią szkol­nego eks­pe­ry­mentu – z trzy­ma­nych w inku­ba­to­rze jaj miały się wylę­gnąć kaczki. Nie­stety, z jaja, które przy­niósł Ricky, nic się w szkole nie wykluło i nauczy­ciel pozwo­lił mu je zabrać do domu. Razem z mężem sądzi­li­śmy, że bez inku­ba­tora z jaja nic się nie wylę­gnie, toteż pozwo­li­li­śmy synowi je zatrzy­mać. Ricky umie­ścił jajko na nasło­necz­nio­nej kępce trawy w ogródku i cze­kał.

Następ­nego ranka obu­dziły nas dziwne odgłosy docho­dzące z ogródka. Oto Jes­sie stała nos w nos ze świeżo wyklu­tym brzo­skwi­nio­wym kacząt­kiem.

– Jes­sie zje je razem z łupin­kami! – wrza­snę­łam. – Złap ją.

– Pocze­kaj – powie­dział mój mąż Rick. – Myślę, że wszystko będzie dobrze. Daj im chwilę.

Kaczątko zapisz­czało. Jes­sie wark­nęła i w te pędy ruszyła do swo­jej budy. Pisklę podrep­tało za nią. Jes­sie sku­liła się na swoim posła­niu, wyraź­nie igno­ru­jąc maleń­stwo. Tym­cza­sem kaczuszka miała inny pomysł. Zdą­żyła już uznać dober­mankę za swoją nową „mamę” i umo­ściła się na posła­niu Jes­sie, wtu­la­jąc się pod jej pysk. Jes­sie nosem wypchnęła małą z budy, ale pisklę zaraz znowu przy­czła­pało pod jej mordkę. Jes­sie wes­tchnęła głę­boko i nie­chęt­nie zaak­cep­to­wała swoją nową rolę.

Ricky nazwał kaczuszkę Peaches (Brzo­skwinka) i ubła­gał nas, byśmy pozwo­lili mu ją zatrzy­mać. Wyda­wało się, że Jes­sie nie­spe­cjal­nie podoba się jej nowe dziecko, ale nie była wobec kaczuszki agre­sywna. Posta­no­wi­li­śmy więc zoba­czyć, jak się sprawy poto­czą.

Ku naszemu zdu­mie­niu w ciągu kilku następ­nych tygo­dni Jes­sie spodo­bało się macie­rzyń­stwo. Kiedy Peaches dzio­bała zie­mię, Jes­sie poka­zy­wała jej, jak się kopie. Kiedy Peaches goniła za pił­kami teni­so­wymi, Jes­sie uczyła ją apor­to­wać. A kiedy Jes­sie roz­cią­gała się na skó­rza­nej kana­pie, żeby pooglą­dać sobie Ani­mal Pla­net, Peaches wtu­lała się pod jej pysk.

Po roku wspól­nego kopa­nia, sypia­nia i apor­to­wa­nia Peaches ważyła już dzie­więć kilo­gra­mów. Rola „szcze­niaczka” Jes­sie zda­wała się bar­dzo jej odpo­wia­dać.

Lecz pew­nego dnia coś się zmie­niło – w Peaches ode­zwała się kaczka. Zaczęła raz dzien­nie zno­sić jajka i dostała bzika na punk­cie wody. W trak­cie posił­ków Jes­sie jadła, a Peaches taplała się i chla­pała w misce z wodą.

Pew­nego wie­czoru Peaches znik­nęła, a Jes­sie wpa­dła w szał. Sądzi­li­śmy, że może gdy Jes­sie spała, kojoty wykra­dły Peaches. Jes­sie szcze­kała i wyła, jak każda nie­spo­kojna matka, któ­rej dziecko się zgu­biło. Prze­szu­ka­li­śmy grun­tow­nie całą oko­licę i wła­ści­wie stra­ci­li­śmy już nadzieję, gdy nagle Jes­sie rzu­ciła się do ogródka sąsia­dów. Pobie­gli­śmy za nią. Peaches, pokwa­ku­jąc sobie, taplała się w balii. Jes­sie natych­miast pognała ją stam­tąd wycią­gnąć.

Cho­ciaż bar­dzo chcie­li­śmy zatrzy­mać Peaches, stało się jasne, że kaczuszka powinna roz­wi­nąć skrzy­dła i wró­cić do kaczego świata. Ricky przy­wią­zał jej do nóżki czer­woną kokardkę, zała­do­wa­li­śmy ją i Jes­sie do samo­chodu i poje­cha­li­śmy nad pobli­ski staw. Pod­czas jazdy Jes­sie leżała sku­lona razem z Peaches i wyli­zy­wała jej łebek. Jakby wie­działa, co się zaraz sta­nie i dla­czego tak musi być.

Gdy się zbli­ży­li­śmy do stawu, Jes­sie i Peaches potruch­tały w stronę wody. Jes­sie wsko­czyła pierw­sza. Peaches podrep­tała za nią. Kilka metrów bro­dziły razem, po czym Peaches wzbiła się w powie­trze i pofru­nęła do swo­ich. Jes­sie się odwró­ciła, wyszła na brzeg i otrzą­snęła się. Usia­dła potem i przez kilka minut obser­wo­wała swoją córkę. A póź­niej, jak gdyby chciała powie­dzieć: „Czas wypu­ścić swoje maleń­stwo na wol­ność”, zasko­wy­czała i wsko­czyła do samo­chodu.

Ricky poprzy­kle­jał w budzie Jes­sie zdję­cia, na któ­rych ona i Peaches razem kopią, apor­tują i tulą się. Przez długi jesz­cze czas Jes­sie co tydzień odwie­dzała staw. Widzie­li­śmy czer­woną kokardkę i wyda­wało się nam, że sły­szymy też to szcze­gólne pokwa­ki­wa­nie Peaches, która witała swoją pierw­szą rodzinę.

Macie­rzyń­stwo odmie­niło Jes­sie. Nie­gdyś nie­to­wa­rzy­ska i groźna dober­manka zaprzy­jaź­niła się wkrótce z całą oko­licą. Korzy­stała z każ­dej oka­zji do zabawy z innymi psami, wska­ki­wała na gości i lizała im twa­rze. Już wię­cej nie war­czała.

W dniu, kiedy Jes­sie i mała Peaches sta­nęły „mordą w dziób”, oba­wia­li­śmy się wszyst­kiego, co naj­gor­sze. Kto by pomy­ślał, że ważąca nieco ponad dwie­ście gra­mów kuleczka puchu na dobre zmięk­czy serce czter­dzie­sto­ki­lo­gra­mo­wej dober­manki.

Donny Gri­swold

opo­wie­dziane Eve Ann Porin­chak

Teraz i zawsze

Parę lat temu, kiedy szu­ka­łam dla naszej rodziny jakie­goś nie­wiel­kiego psa, skon­tak­to­wa­łam się z lokal­nym oddzia­łem SPCA (Towa­rzy­stwo Zapo­bie­ga­nia Okru­cień­stwu wobec Zwie­rząt), skąd dosta­łam nazwi­sko pew­nej kobiety, która opie­ko­wała się jako wolon­ta­riuszka ura­to­wa­nymi mal­tań­czy­kami. Zadzwo­ni­łam do niej, po czym razem z mężem do niej poje­cha­li­śmy. Kiedy się roz­glą­da­łam po jej domu, spo­strze­głam słod­kiego mal­tań­czyka. Pies wabił się Casper. Mąż i ja posta­no­wi­li­śmy go przy­gar­nąć.

Jego tym­cza­sowa opie­kunka spy­tała wów­czas, czy jest jakaś szansa na to, żeby­śmy poko­chali także towa­rzy­sza Caspera, Kato. Powie­działa nam, że oba psy, które dotąd miały tylko sie­bie nawza­jem, zostały nie­dawno ura­to­wane z „fabryki szcze­niąt”, gdzie spę­dziły pierw­sze sie­dem lat swo­jego życia. Kiedy SPCA zamknęło hodowlę i prze­jęło wszyst­kie psiaki, Kato i Casper tra­fiły do niej na okres przej­ściowy.

Wspo­mi­nała, że gdy ujrzała pie­ski po raz pierw­szy, ich sierść była w tak okrop­nym sta­nie, że wcale nie wyglą­dały na mal­tań­czyki. Były bru­natne od brudu, włos na nogach kleił się im do brzu­chów, a łapki miały całe opuch­nięte i obo­lałe od drep­ta­nia po pod­ło­dze z dru­cia­nej siatki w klatce. Przez sie­dem lat jedyny kon­takt z ludźmi miały wyłącz­nie wtedy, gdy rzu­cano im jedze­nie albo prze­kła­dano je do innej klatki, żeby pokryły suczkę. Ludzie czę­sto nie zdają sobie sprawy, mówiła, że rodzice uro­czych małych szcze­nią­tek w oknach wysta­wo­wych wielu skle­pów ze zwie­rzę­tami cier­pią i są zanie­dby­wani.

Sły­sząc to, przyj­rza­łam się Kato. On jest taki brzydki – pomy­śla­łam. – Nawet nie jest spe­cjal­nie przy­ja­zny. Kie­dy­śmy mu się przy­glą­dali, powar­ki­wał i mru­czał. No ale że serce mam mięk­kie, zgo­dzi­łam się zabrać i Kato. W dro­dze do domu mar­twi­li­śmy się z mężem. Może wzię­li­śmy sobie na głowę zbyt wiele. Ni­gdy nie mie­li­śmy psów, które przez tak długi czas były źle trak­to­wane.

Pierw­szy dzień w naszym domu był dla psia­ków bar­dzo trudny. Ludzie budzili w nich wyłącz­nie strach. Trzy­mały się razem i cho­wały po kątach albo pod sto­łami. Aby jakoś zazna­czyć nowy roz­dział w ich życiu, nada­li­śmy im nowe imiona: Casper został Tho­ma­sem, a Kato – Timo­thym.

I tak upły­wały kolejne dni, tygo­dnie i mie­siące. Z cza­sem Tho­mas sta­wał się coraz bar­dziej przy­ja­zny i nawet mer­dał ogo­nem, kiedy do niego mówi­li­śmy, lecz Timo­thy wciąż uni­kał kon­taktu wzro­ko­wego. Na dźwięk naszych gło­sów wci­skał się pod tylną ścianę klatki – tam, w pla­sti­ko­wej klatce, w jakiej zwy­kle prze­wozi się psy, czuł się naj­bez­piecz­niej. Nawet gdy jej drzwiczki były otwarte, wolał więk­szość dnia spę­dzać w środku, a opusz­czał ją tylko, gdy deli­kat­nie wycią­ga­li­śmy go na spa­cer. Za każ­dym razem, gdy po niego się­ga­łam, prze­wra­cał się na grzbiet, skom­ląc. Pew­nego dnia spo­strze­głam, że jego oczy pokrywa szara mgiełka, jakby błona foto­gra­ficzna. Wete­ry­narz powie­dział, że coś takiego zda­rza się u psów żyją­cych w cią­głym stra­chu. Wyco­fują się w ten spo­sób, by zebrać siły na prze­ży­cie kolej­nych dni.

Aby pomóc Timo­thy’emu, zro­bi­łam wszystko, co tylko byłam w sta­nie wymy­ślić, lecz postępy były nie­wiel­kie. Godzi­nami prze­sia­dy­wał z tyłu klatki ze zwie­szoną głową. Nie pod­da­wa­łam się jed­nak. Kiedy w domu zale­gała cisza, sia­da­łam na pod­ło­dze i mówi­łam do niego, lecz Timo­thy nie chciał nawet na mnie spoj­rzeć. Patrzył w zupeł­nie inną stronę. Któ­re­goś dnia, kiedy tak sie­dzia­łam przy nim i przy­pa­try­wa­łam się, jak cierpi w mil­cze­niu, pomy­śla­łam sobie, przez co prze­szedł – o gło­dzie, samot­no­ści, złym trak­to­wa­niu – i zaczę­łam pła­kać. Serce pękało mi z bólu, więc powie­dzia­łam mu, jak bar­dzo prze­pra­szam go za całe cier­pie­nie, jakiego przy­spo­rzyli mu ludzie. Moje myśli prze­peł­niały nie­szczę­ście i strach, jakie zno­sił przez wszyst­kie te lata.

Łzy pły­nęły mi po policz­kach, gdy nagle poczu­łam na ręce deli­katny dotyk. Oczyma peł­nymi łez zoba­czy­łam Timo­thy’ego. Wyszedł z kąta klatki, by usiąść obok mnie, i zli­zy­wał łzy, które mi spa­dły na rękę. Po cichu, by go nie prze­stra­szyć, powie­dzia­łam mu, że go kocham. Obie­ca­łam, że zawsze będę go kochać i że już ni­gdy nikt go nie skrzyw­dzi. I kiedy tak szep­ta­łam, że zawsze będzie miał cie­pły kąt, jedze­nie i będzie bez­pieczny, Timo­thy przy­bli­żył się do mnie. Przy­po­mniał mi się wtedy frag­ment Biblii: Miłość łaskawa jest; nie pamięta złego, wszystko znosi, wszyst­kiemu wie­rzy, we wszyst­kim pokłada nadzieję, wszystko prze­trzyma. „Miłość ni­gdy nie ustaje”. Zna­cze­nie tych słów stało się jasne, kiedy patrzy­łam na tego małego psa, który otwo­rzył przede mną swoje serce, pomimo że tyle prze­szedł.

Dziś jestem na­dal jedyną osobą, któ­rej Timo­thy cał­ko­wi­cie ufa. Łączy nas bar­dzo szcze­gólna więź. Kiedy wołam jego imię, kręci się w kółko zachwy­cony i poszcze­kuje, mer­da­jąc ogo­nem z sza­leń­czej rado­ści. Gdy sia­dam, wdra­puje się w moje ramiona i liże mnie po twa­rzy. I tak jak mu obie­ca­łam, trzy­mam go, deli­kat­nie tulę i powta­rzam mu, że go kocham – teraz i zawsze.

Suzy Huether