OdważnyTekst

Z serii: Zaginiona flota #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

R.1

R.2

R.3

R.4

R.5

R.6

R.7

R.8

R.9

R.10

R.11

R.12

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Davidowi Shermanowi,

człowiekowi, który zachował wiarę.

Semper Fi.

Dla S., jak zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


R.1

Kapitan frachtowca Światów Syndykatu zmierzającego w stronę punktu skoku pozwalającego na opuszczenie systemu Baldur przypuszczał, że czeka go miłe zakończenie dnia, przynajmniej do chwili, gdy z nadprzestrzeni tuż przed jego jednostką wyłoniło się kilka eskadr niszczycieli Sojuszu. Przez parę następnych minut człowiek ten zapewne kalkulował szanse cichego przemknięcia pomiędzy szykami wrogich okrętów i zniknięcia w przepastnej studni grawitacyjnej, gdzie mógłby poczuć się bezpieczny, ale widok kolejnych niszczycieli, które pojawiły się opodal punktu skoku, tuż przed materializującymi się w normalnej przestrzeni dywizjonami nieco potężniejszych lekkich krążowników, musiał ostatecznie pozbawić go złudzeń. Ruszył na złamanie karku, podobnie jak wszyscy załoganci frachtowca, do jedynej kapsuły ratunkowej, jaka znajdowała się na pokładzie, w momencie gdy nadprzestrzeń opuściły pierwsze formacje ciężkich krążowników, pancerników i wreszcie najpotężniejszych okrętów liniowych.

Władze Syndykatu na jedynej zamieszkanej planecie orbitującej wokół peryferyjnej gwiazdy zwanej Baldurem zobaczą zagładę frachtowca i usłyszą wołanie o pomoc jego załogi dopiero za sześć pełnych godzin, w tym samym momencie, kiedy fale świetlne, biegnąc od punktu skoku, dotrą wreszcie do niej wraz z obrazem wychodzących z nadprzestrzeni okrętów Sojuszu.

Ci Syndycy również nie będą mieli dobrego dnia.


– „Rapier” i „Buława” donoszą o zniszczeniu syndyckiego frachtowca. Zanotowano wystrzelenie jednej kapsuły ratunkowej z jego pokładu. „Singhauta” melduje o zniszczeniu automatycznej boi sygnałowej monitorującej ruch przy punkcie skoku. – Spokojny głos wachtowego rozbrzmiewał po całym mostku okrętu liniowego Sojuszu o nazwie „Nieulękły”. – W zasięgu skanerów nie wykryto żadnych pól minowych ani podejrzanych anomalii.

Kapitan John „Black Jack” Geary skinął głową na znak, że przyjął meldunek do wiadomości, mając wzrok skupiony na wyświetlaczu dryfującym na wprost admiralskiego fotela. Mógł wyszukać na nim każdą z wiadomości podawanych przez wachtowego, ale wiedział doskonale, że najlepszym filtrem przy wyławianiu najważniejszych informacji jest właśnie człowiek. A skoro inny reprezentant jego gatunku zajął się sprawą informacji, Geary mógł spokojnie skupić się na obserwowaniu całego teatru zdarzeń.

– Która z naszych jednostek znajduje się na najdogodniejszej pozycji do podjęcia kapsuły ratunkowej wystrzelonej z syndyckiego frachtowca?

– Chwileczkę, sir. „Topór” jest najbliżej, sir.

Geary nacisnął właściwą kombinację na klawiaturze komunikatora, nawet na nią nie spoglądając. Wreszcie zdołał opanować ten futurystyczny dla niego sprzęt w stopniu pozwalającym na bezstresową obsługę.

– „Topór”, tutaj kapitan Geary. Rozkazuję wam podjąć syndycką kapsułę ratunkową. Zamierzam przesłuchać załogę wrogiego frachtowca.

Odpowiedź nadeszła dopiero po minucie, w czym nie było niczego niezwykłego, „Topór” znajdował się bowiem w odległości dwudziestu sekund świetlnych od „Nieulękłego”. Geary musiał więc poczekać dwadzieścia sekund na dotarcie wiadomości, a potem drugie tyle upłynęło, zanim odpowiedź wróciła na okręt flagowy.

– Tak jest, sir. Gdzie mamy ich odstawić?

– Na „Nieulękłego” – sprecyzował Geary.

Wciąż czekał na potwierdzenie wykonania rozkazu, gdy za jego plecami ktoś odezwał się cichym głosem.

– Czego spodziewa się pan dowiedzieć od dowódcy jednostki handlowej, kapitanie Geary? Władze Światów Syndykatu nie mają w zwyczaju dzielić się poufnymi informacjami z takimi ludźmi.

Geary odwrócił się, by zobaczyć, że Victoria Rione, współprezydent Republiki Callas, a zarazem członkini senatu Sojuszu, przygląda mu się uważnie.

– Jego statek właśnie szykował się do skoku w nadprzestrzeń, a to oznacza, że raczej pojawił się tutaj niedawno, może kilka tygodni temu, i załoga z pewnością nie należy do tych obsługujących trasy wewnątrzsystemowe. Idąc tym tropem, zakładam, że może dysponować informacjami z wielu innych systemów Syndykatu. Chciałbym się dowiedzieć, co mówi się tam o naszej flocie i samej wojnie. Zastanawiam się też, czy nie uda nam się wydusić z nich kilku plotek, które zasłyszeli podczas ostatnich podróży.

– Sądzi pan, że tym sposobem zdobędzie jakieś wartościowe informacje? – Rione nie ustępowała.

– Pojęcia nie mam, ale nie przekonamy się o tym, jeśli nie spróbujemy, prawda?

Skinęła lekko głową, zamykając tym gestem dalszą dyskusję. Geary zdążył się już przyzwyczaić do takich jej zachowań. Byli przecież kochankami od wielu tygodni, w bardzo dosłownym znaczeniu tego wyrażenia, chociaż ostatnio, odkąd opuścili system Ilion, Rione znacznie wobec niego ochłodła, a on nadal nie miał pojęcia, dlaczego tak się stało.

– Może rozsądniej byłoby przetransportować jeńców na „Zemstę” – zaproponowała po chwili milczenia. – Na tamtym okręcie liniowym mamy najlepsze systemy wywiadowcze, tak przynajmniej obiło mi się o uszy.

Siedząca obok kapitana Geary’ego Tania Desjani obróciła się i poinformowała lodowatym tonem:

– „Nieulękły” ma znakomicie wyposażone cele przesłuchań, a kapitan Geary otrzyma od załogi wszelką pomoc, o jaką poprosi.

Desjani reagowała wręcz alergicznie na każdą wzmiankę, że inna jednostka w tej flocie przewyższa w jakikolwiek sposób jej okręt.

Rione odpowiedziała krótkim, niewzruszonym spojrzeniem na to niespodziewane oświadczenie dowódcy „Nieulękłego”.

– Nie sugerowałam, że „Nieulękły” nie będzie w stanie wykonać takiego zadania.

– Dziękuję – odpowiedziała Desjani, nie podnosząc temperatury głosu nawet o stopień.

Geary usiłował zachować spokój. Wszystko wskazywało na to, że zarówno Desjani, jak i Rione od czasu opuszczenia Iliona są dosłownie o krok od rzucenia się sobie do gardeł. A on nie miał bladego pojęcia, co spowodowało tak gwałtowne ochłodzenie ich wzajemnych relacji. Tak więc musiał się teraz przejmować nie tylko możliwymi posunięciami syndyckiej floty, ale i konfliktem pomiędzy dwiema najbliższymi mu osobami. Ponownie skupił się na ekranie wyświetlacza, wszystkie sensory systemu przepełnione były napływającymi wciąż danymi. Geary zaklął pod nosem.

– Co się stało, sir? – Desjani skupiła wzrok na wyświetlaczu przełożonego. – A niech to szlag!

– Właśnie – zgodził się z nią Geary. Wiedział, że Rione przygląda się tej scenie, płonąc z ciekawości. – Mamy inny syndycki frachtowiec szykujący się do skoku po drugiej stronie systemu. Niestety, zanim odleci, zdąży odebrać sygnały o naszej obecności na Baldurze, po czym rozniesie tę wiadomość po władzach innych systemów Syndykatu.

– Patrząc na to z drugiej strony, niewiele nam tym zaszkodzi, przecież nie zamierzaliśmy tutaj długo siedzieć – wtrąciła Desjani. – Na Baldurze nie ma niczego, co by nam było potrzebne. To tylko kolejne zadupie na trasie przelotu floty.

Geary przytaknął, cofając się myślami w przeszłość. O całe stulecie, do czasów pokoju, kiedy nikt jeszcze nie myślał o podjęciu nierównej walki z Syndykami, do okresu sprzed podjęcia przez niego decyzji o ucieczce do uszkodzonej kapsuły ratunkowej, dryfującej potem dopóty, dopóki ku jego zaskoczeniu nie przekazano mu dowództwa nad flotą. Wrócił myślami do momentu, gdy był jeszcze normalnym Johnem Gearym, typowym oficerem floty, a nie mitologicznym bohaterem o dźwięcznym przydomku „Black Jack”, o którym potomkowie jego współczesnych sądzili, że jest istotą niemalże wszechmogącą.

 

– Przed wojną wielu ludzi podróżowało na Baldura – wypowiedział te słowa nieobecnym głosem. – Przybywali tu nawet turyści z Sojuszu.

Desjani przyglądała mu się zdziwiona.

– Turyści? – Pomysł podróży dla przyjemności na terytorium, które odkąd pamiętała, znajdowało się w rękach wroga, wydawał jej się niezrozumiały.

– Tak. – Geary przeniósł spojrzenie na pierwszy i jedyny zamieszkany glob tego systemu. – Na powierzchni tej planety, jednej z mrowia zasiedlonych przez ludzi, można ujrzeć niesamowite widoki. Coś naprawdę wyjątkowego...

– Coś wyjątkowego? – W głosie Desjani dało się wyczuć powątpiewanie.

– Tak – powtórzył Geary. – Widziałem kiedyś wywiad z podróżnikiem, który odwiedził ten system. Twierdził, że panuje tutaj niesamowita atmosfera, że człowiek czuje się, jakby jego przodkowie stali obok niego, gdy spogląda wokół siebie. Chyba jednak wiele się zmieniło, skoro Baldur nie ma zainstalowanych wrót hipernetowych. – Rzucił spojrzenie w stronę Desjani, która nadal wyglądała na mocno wątpiącą, choć z drugiej strony musiała także czuć przymus przyjęcia każdej opinii wypowiedzianej przez człowieka, którego żywe światło gwiazd przysłało, aby uratował Sojusz.

– Zatem chce pan uniknąć bombardowania tej planety? – Wskazała palcem na wyświetlacz.

Geary omal się nie zakrztusił. Ale czego innego mógł oczekiwać od oficerów floty, która od niemal stu lat toczyła bezwzględną walkę z okrutnym przeciwnikiem?

– Tak – powiedział z trudem. – O ile tylko to będzie możliwe.

– Zobaczmy... – mruknęła Desjani. – Wygląda na to, że główne cele militarne znajdują się na orbicie, więc jeśli uda nam się je wyeliminować, może nie zaistnieje konieczność bombardowania samej planety.

– Dobrze się składa. – Geary skwitował jej słowa z kwaśną miną. Odchylił się, siadając wygodniej, aby uspokoić nerwy. Napięcie nie opuszczało go od momentu wyjścia z nadprzestrzeni w systemie Baldur.

– Na orbicie trzeciej planety wykryto obecność jednostek bojowych wroga – zameldował wachtowy z sekcji uzbrojenia „Nieulękłego”, jakby tylko czekał na okazję, by przerwać krótki moment relaksu i ciszy. – Kolejne jednostki wykryto w dokach znajdujących się na orbicie czwartej planety.

Geary, mając nadzieję, że nie podskoczył zbyt gwałtownie, słysząc ten komunikat, pochylił się ponownie w stronę wyświetlacza, aby zrobić zbliżenie na wrogie okręty. Wszystko, co przeoczono aż do tej chwili, musiało mieć niewielkie rozmiary, pomyślał. I wcale się nie pomylił.

– Trzy przestarzałe korwety i jeszcze od nich starszy lekki krążownik.

Ten krążownik jest starszy chyba nawet ode mnie, zauważył w duchu Geary. A jednak obaj wciąż walczymy w tej wojnie, pomyślał zaraz. To o wiele dłużej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. No ale przynajmniej ja jestem w lepszej formie niż ten prehistoryczny złom.

– Odległość pięć i pół godziny świetlnej – uściśliła namiar Desjani. – Krążą w przestrzeni pomiędzy trzecią i czwartą planetą. Zobaczą nas za jakieś pięć godzin. – Uśmiechnęła się. – Z pewnością się zdziwią.

Geary także się uśmiechnął, czując nagły przypływ ulgi. Za każdym razem gdy flota wychodziła z nadprzestrzeni, obawiał się syndyckiej zasadzki. Jedynym sposobem na jej uniknięcie było zmylenie przeciwnika, władze Syndykatu nigdy nie mogły się nawet domyślać, jaki będzie jego następny ruch. To, że w pobliżu punktów skoku na Baldurze nie czekały na flotę Sojuszu formacje ciężkich wrogich jednostek, niedwuznacznie wskazywało, że i tym razem się udało. Wróg nie tylko nie miał pojęcia, że okręty Sojuszu się tutaj pojawią, ale i nie zaliczył tego systemu do potencjalnych celów i nie wysłał na Baldura choćby jednego statku kurierskiego z ostrzeżeniem.

– Idę o zakład, że zaczną uciekać na nasz widok. Jeśli jednak nie rzucą się do natychmiastowej ucieczki, proszę przygotować raporty o potencjalnych celach, których zamierzają bronić.

– Tak jest, sir. – Desjani potwierdziła przyjęcie rozkazu, równocześnie machając ręką w kierunku jednego z wachtowych. – Czy ma pan jeszcze jakieś rozkazy, sir?

– Słucham? – Geary zdał sobie nagle sprawę, że gapi się bezmyślnie w ekran, usiłując uspokoić oddech. – Nie, nie mam.

Desjani chyba zauważyła, co go niepokoi.

– Wydaje mi się, że wszystkie jednostki pozostają w szyku.

– Hmm... – Jeśli nawet któryś z najdalej wysuniętych okrętów ruszył do szarży na jednostki wojenne Syndykatu, na pokładzie „Nieulękłego” zostanie to odnotowane dopiero za kilkadziesiąt sekund. Oczywiste więc, że na razie wszyscy znajdowali się na swoich miejscach w formacji. – Może wreszcie dotarło do naszych oficerów dowodzących, że dyscyplina na polu walki, o której wspominam przy okazji każdych manewrów, to podstawa. – Ta ostatnia myśl go ucieszyła.

Niestety, kubeł zimnej wody, którym poczęstowała go Rione, szybko pogorszył mu humor.

– A może po prostu utrzymują szyk dlatego, że jednostki wroga znajdują się w odległości pięciu i pół godziny świetlnej. Nawet przy pełnej mocy silników przechwycenie tych okrętów zajęłoby masę czasu.

Desjani spojrzała na Victorię z wyraźną pogardą, wprowadzając dane pozwalające systemowi nawigacyjnemu obliczyć kurs na przejęcie wroga.

– Jeśli Syndycy nie zaczną uciekać, przejęcie ich może nastąpić za dwadzieścia pięć godzin, licząc maksymalne przyspieszenie i zwolnienie przed celem – odczytała wynik pozbawionym emocji głosem. – Zapewniam jednak panią współprezydent, że w czasach przed objęciem dowództwa nad tą flotą przez kapitana Geary’ego wielu dowódców już by ruszyło na wroga.

Na twarzy Victorii pojawił się cień uśmiechu.

– Nie mam powodu, żeby wątpić w pani ocenę, kapitanie Desjani.

– Dziękuję, pani współprezydent.

– Nie, to ja dziękuję pani.

Geary podziękował w myślach temu, kto sprawił, że oficerowie floty nie nosili już u boku ceremonialnych mieczy. Zważywszy na wyraz oczu Desjani, współprezydent Rione też powinna być mu wdzięczna.

– W porządku – powiedział głośno, aby zwrócić na siebie uwagę obu kobiet. – Jak doskonale widzimy, ten system gwiezdny nie został przygotowany na nasze przybycie. A to oznacza, że może nam się uda zastraszyć tutejsze władze tak, żeby nie uczyniły niczego głupiego. – Desjani przytaknęła niemal natychmiast, Rione dopiero kilka sekund po niej. – Kapitanie, proszę nadać komunikat do wszystkich instalacji syndyckich, że jakakolwiek próba powstrzymania floty lub atak na nią spotka się z odwetem w pełnej skali.

– Tak jest, sir. Czy dodać pańskie nazwisko na końcu?

– Oczywiście. – Geary nigdy nie pragnął mieć nazwiska, na którego dźwięk ludzie będą drżeli ze strachu, ale z tego, co zauważył, także wielu Syndyków zaczynało wierzyć w legendarnego bohatera Sojuszu, straszliwego Black Jacka.

– Zazwyczaj pańskie komunikaty miały znacznie dłuższą treść – wtrąciła nagle Rione.

Geary wzruszył ramionami.

– A teraz spróbuję innej taktyki. Oni nie mają pojęcia, jakie są nasze zamiary, zatem lakoniczny komunikat pozwoli utrzymać ich w tym większym strachu i niepewności. Może obawa będzie tak wielka, że usiądą na tyłkach i nie będą próbowali strugać bohaterów.

Tylko sobie nie pomyśl, że planuję robić tutaj cokolwiek prócz przelotu do następnego punktu skoku, dodał w myślach. Studiował uważnie obraz na ekranie wyświetlacza, obserwując trasę prowadzącą prosto do studni grawitacyjnej wiodącej na Wendayę. Długi łagodny łuk wznosił się wysoko nad płaszczyznę ekliptyki systemu Baldur. Flota nie musiała nawet zbliżać się do którejkolwiek z instalacji Syndykatu, a wróg nie posiadał w tym systemie niczego, czym mógłby wyruszyć w pościg za okrętami Sojuszu.

Wszystko układało się tak idealnie, że Geary raz jeszcze rozpoczął procedurę przeglądu sytuacji. Wciąż nie potrafił pozbyć się uczucia, że coś tu nie pasuje.

Nie wykrył jednak żadnego zagrożenia. W końcu poczuł się pewniej, mógł teraz skupić się na własnej formacji i wywoływać dane o kolejnych jednostkach, aby sprawdzić ich aktualny status. Podczas lotu w nadprzestrzeni jednostki mogły wymieniać tylko szczątkowe informacje, ale od momentu powrotu do normalnej przestrzeni strumienie raportów płynęły nieprzerwanie w kierunku systemów „Nieulękłego”, niosąc ze sobą szczegółowe opisy stanu każdego okrętu. Gdyby Geary zechciał, mógłby nawet dotrzeć do danych wskazujących, ilu członków załogi konkretnej jednostki ma w tej chwili katar. Znał dowódców, którzy potrafili się koncentrować na tego rodzaju odczytach, najwidoczniej wychodząc z założenia, że machina wojenna poradzi sobie sama, podczas kiedy oni będą zgłębiać trywialne detale.

Tego, na co patrzył Geary, nie można było zaliczyć do kategorii spraw trywialnych. Nie potrafił ukryć irytacji, gdy jego wzrok spoczął na odczytach głównych systemów, co też szybko zostało zauważone na mostku „Nieulękłego”.

– Logistyka – tym jednym słowem przedstawił Desjani swoje obawy.

– Do tego „Nieulękły” ma zapasy ogniw paliwowych poniżej poziomu rezerwy – dodała.

– To wiedziałem, lecz aż do tej chwili nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele jednostek floty osiągnęło podobny poziom. – Geary potrząsnął głową, czytając kolejny raport. – To samo dotyczy zresztą zapasów amunicji. Zużyliśmy mnóstwo min na Sancere i Ilionie. Na większości jednostek brakuje także widm. – Raz jeszcze odchylił się w fotelu, biorąc długi uspokajający oddech. – Dzięki niech będą żywemu światłu gwiazd za jednostki pomocnicze. Gdyby nie one, nasza flota, bez paliwa i amunicji, zatrzymałaby się już kilka skoków temu.

To komplikowało jego plan szybkiego przelotu przez system Baldur. Musiał bardziej skupić szyk floty, utrzymać możliwie niskie zużycie paliwa i za wszelką cenę unikać używania broni, dopóki nie uzupełnią zapasów na wszystkich okrętach.

Blady uśmiech całkiem zniknął z jego oblicza, gdy sprawdził status czterech jednostek z szybkiej eskadry pomocniczej. Z pewnością nie były tak szybkie, jak tego chciał człowiek, który nadał im nazwę. Sprawiały wiele problemów, nie tylko nie nadążając za głównymi siłami, ale też wymagając obrony, a jednak te samobieżne fabryki były najbardziej witalną częścią floty. Dopóki produkowały zaopatrzenie, mieli szansę na powrót do domu.

– Skąd tak alarmujące raporty o wyczerpaniu zapasów na jednostkach pomocniczych? – zapytał na głos Geary. – Przecież zabraliśmy z Sancere wszystkie surowce, jakie zdołaliśmy tam zdobyć. Ładownie jednostek pomocniczych powinny być pełne.

Desjani zmarszczyła brwi.

– Wszystkie jednostki pomocnicze zaprzestaną wkrótce produkcji ogniw paliwowych i amunicji ze względu na wyczerpanie zapasów surowców... – odczytała. – Przecież to jakiś bezsens! Załadowaliśmy na nie całą masę surowców na Sancere.

Gdyby tak się stało, flota nie miałaby teraz najmniejszych problemów. Miotając przekleństwa pomiędzy kolejnymi długimi wydechami, Geary wywołał oficera dowodzącego eskadrą pomocniczą. „Wiedźma” leciała w odległości pięćdziesięciu sekund świetlnych od serca formacji, co musiało powodować ogromne opóźnienia w komunikacji. Każda wiadomość pełzła na wywoływany okręt z prędkością światła i z taką też wracała. Światło nawet na takich dystansach zdawało się wlec ślimaczym tempem.

Wreszcie na wyświetlaczu pojawiła się kapitan Tyrosian. I wyglądała na posłańca niosącego naprawdę złe wieści. Nie powiedziała jednak wiele.

– Słucham, sir?

Przy takich opóźnieniach Geary pomimo wściekłości miał sporo czasu na sformułowanie dyplomatycznie brzmiącego pytania.

– Kapitanie Tyrosian, właśnie sprawdzam raporty dotyczące pani jednostek. Wszystkie wykazują alarmująco niski stan zapasu surowców.

I znów oczekiwanie. Wreszcie Tyrosian kiwa głową z wyraźnie nietęgą miną.

– Tak, sir. Zgadza się.

Geary z trudem powstrzymał się od grymasu niezadowolenia, odpowiedź kapitan Tyrosian – choć czekał na nią prawie minutę – niczego nie wyjaśniała.

– Jak to możliwe? Wydawało mi się, że wszystkie jednostki pomocnicze zostały na Sancere wyładowane surowcami po brzegi. Jakim cudem w tak krótkim czasie wyczerpaliśmy te zapasy?

Kolejne sekundy wlekły się niemiłosiernie. Okres oczekiwania na odpowiedź trwał zbyt długo, by zignorować przymusową przerwę, i zbyt krótko, by wykorzystać ją sensownie na coś innego. Tyrosian wyglądała jeszcze marniej, kiedy odezwała się po raz kolejny.

 

– Raporty mówią prawdę, kapitanie Geary. Starałam się ustalić przyczynę problemu. Jestem niemal pewna, że wynika on z list zapotrzebowań generowanych przez zautomatyzowane systemy logistyczne.

Znów przerwa. Sfrustrowany Geary z trudem powstrzymywał się od uderzania pięściami w poręcze fotela.

– Jak to możliwe, że zautomatyzowane systemy popełniły aż tak wielki błąd w ocenie ilości surowców potrzebnych jednostkom pomocniczym do odbudowania zapasów amunicji i paliwa dla całej floty?! – zapytał ze wzburzeniem na jednym wydechu. – Czy pani okręty dokładnie wypełniały zalecenia systemów logistycznych?

Czekał na odpowiedź, wyobrażając sobie, na ile sposobów mógłby ukarać kapitan Tyrosian za doprowadzenie do tak krytycznej sytuacji. I za to, że dowódca „Wiedźmy” ucieleśniała stare porzekadło mówiące, że oficerowie jednostek inżynieryjnych należą do najmniej komunikatywnych ludzi na tym świecie. Kobieta zbywała go półsłówkami, podczas gdy on czekał na kompletne i wyczerpujące wyjaśnienia. Zupełnie jakby się spodziewała, że Geary zna jej wszystkie dotychczasowe posunięcia i dysponuje jej wiedzą.

Kiedy czas minął i Tyrosian przemówiła, odezwała się głosem charakterystycznym dla każdego mechanika:

– Wykonywaliśmy wszystkie zalecenia systemu. I to było przyczyną naszego niepowodzenia, kapitanie Geary. System podawał nam nieprawdziwe dane.

Geary nie odpowiedział od razu, choć złość wciąż w nim narastała.

– Proszę mi to wyjaśnić. Niby dlaczego system miał nam podawać nieprawdziwe dane? Czy sugeruje pani, że został zhakowany przez sabotażystów? – Gdyby nie mogli polegać na systemach aprowizacyjnych, celowo uszkodzonych przez atak hakerów, pozbawiona paliwa i amunicji flota utraciłaby znaczną część sprawności bojowej.

Kiedy nadeszła kolejna odpowiedź, Tyrosian gorączkowo zaprzeczyła.

– Nie, sir. Nasze systemy były i są nadal w pełni sprawne. Funkcjonują tak, jak powinny. Problem wynika z podstawowych założeń, jakie komputery przyjęły przy obliczaniu statystyk zaopatrzenia floty. – Przełknęła głośno ślinę, ale musiała, chcąc nie chcąc, kontynuować raport. – Bazy danych systemu opierają się na domniemanych szacunkach potrzeb oraz na przewidywanych wysokościach strat floty. Wzorce te były obliczane na podstawie wyników działań wojennych ostatnich lat. – Tyrosian skrzywiła się. – Niestety, flota pod pańskim dowództwem nie spełnia już rejestrowanych wcześniej warunków dotyczących zużycia amunicji i ponoszonych strat. Wedle starych wzorców nasze potrzeby po kilku stoczonych bitwach były o wiele mniejsze, niż są teraz, dlatego komputery przeliczały wszystko, zarówno produkcję amunicji, jak i ogniw paliwowych, w zupełnie innej skali.

Geary potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć jej wywód.

– Zatem powinienem był tracić o wiele więcej jednostek za każdym razem, kiedy walczyliśmy? I nie powinienem był zużywać tak wielkiej ilości amunicji i paliwa podczas wykonywania manewrów?

Wiele sekund później Tyrosian znów skinęła głową.

– W zasadzie tak. Walczyliśmy o wiele częściej i traciliśmy o wiele mniej jednostek, niż zakładały to widełki programów logistycznych systemu. Same bitwy były też o wiele bardziej złożone, co zaowocowało o wiele większym zużyciem ogniw paliwowych. Wystrzeliliśmy także ogromną liczbę pocisków dalekiego zasięgu. Znacznie większą niż średnie zużycie floty ostatnimi czasy. Nikt z nas nie przewidział, w jaki sposób system poradzi sobie z takimi zmianami. Jak się okazało, rezultat jest taki, że komputery założyły zwiększenie produkcji części zapasowych potrzebnych do napraw uszkodzonych jednostek przy jednoczesnej minimalizacji zapasów dla okrętów, które przetrwały bitwę nieuszkodzone. Mamy stosy części zapasowych potrzebnych do wyremontowania „Wojownika”, „Oriona” i „Dumnego”, ale znaczne braki w pierwiastkach śladowych potrzebnych do konstrukcji rakiet typu widmo i ogniw paliwowych.

Cudownie, po prostu cudownie, pomyślał Geary. Pogodzony z przewrotnością wszechświata w takim stopniu, jak to możliwe, wciąż nie potrafił zrozumieć, że popadł w tarapaty tylko dlatego, że zbyt dobrze radził sobie na polu walki. Przeniósł wzrok na Desjani.

– Uwierzy pani? Mamy problem dlatego, że flota nie straciła wystarczającej liczby okrętów podczas walki.

Ku jego zdumieniu kapitan natychmiast wpadła na właściwe rozwiązanie.

– Musimy przekalibrować system na pana, sir. Że też na to wcześniej nie wpadłam.

Geary uśmiechnął się do niej. Cała Desjani, od razu bierze się do rzeczy, nawet kiedy nie musi tego robić, bo wina nie leży po jej stronie. Zupełne przeciwieństwo Tyrosian, która potrafiła tylko biernie informować i czekać na rozkazy płynące z dowództwa, zamiast sugerować własne rozwiązania problemu.

– Jakie środki zaradcze proponujesz, Taniu? – zwrócił się do niej po imieniu, aby podkreślić zaufanie, jakie w niej pokładał.

– Czy wyczerpanie zapasów pierwiastków śladowych nastąpiło na wszystkich jednostkach pomocniczych?... – Desjani raz jeszcze przejrzała napływające raporty i przymknęła oczy. Wszyscy wiedzieli, jakie ma zdanie na temat mechaników kierujących jednostkami bojowymi, ale dzisiaj chyba każdy kapitan we flocie w pełni zgodziłby się z jej opinią. – „Dżin” ma nieco większe zapasy niż „Wiedźma” – Tania myślała na głos – „Goblin” nieco mniejsze, a stan zapasów na „Tytanie” jest mniej więcej równy temu, co ma w ładowniach „Wiedźma”. – Geary starał się ze wszelkich sił nie rozpamiętywać bogactwa, które pozostało za nimi na Sancere i które bez problemu mogli zarekwirować. – Musimy je uzupełnić! – podsumowała tymczasem swoje wnioski Desjani.

– Też tak sądzę – przytaknął Geary, z wielkim trudem hamując się przed wybuchem. – Tylko jak to zrobić?

Desjani wskazała na mapę systemu.

– Przecież Syndycy mają w tym układzie planetarnym kilka sporych kopalń. Na pewno znajdziemy w nich to, czego potrzebujemy.

Geary uśmiechnął się, gdy ciężar spadł mu z serca. Myślami wciąż tkwiłem na Sancere, zorientował się. Dzięki niech będą duszom naszych przodków, że Desjani skupiła się na systemie Baldur.

– Pani współprezydent... – zagaił, odwracając się ku Rione.

Uprzedziła jego pytanie, mówiąc z wyraźnym gniewem:

– Mieliśmy już do czynienia z aktami sabotażu ze strony Syndyków, kapitanie Geary. Proszenie ich o surowce, których potrzebujemy, ba, samo poinformowanie ich, że są nam potrzebne, będzie kolosalnym błędem. Nie widzę dyplomatycznego wyjścia z tej sytuacji.

O dziwo, Desjani poparła ją, choć z widoczną niechęcią.

– Zgadzam się z takim punktem widzenia, sir.

Geary przemyślał sprawę, a potem zwrócił się ku okienku, w którym nadal czekała Tyrosian. Kapitan „Wiedźmy” była wyraźnie podenerwowana, spodziewała się przynajmniej solidnego opieprzenia, jeśli nie gorszej kary. Na widok jej nieszczęśliwej miny Geary’emu przeszła cała złość. Może i Tyrosian nie była najbardziej rozgarniętym ani odpowiedzialnym oficerem w tej flocie, ale znała się na swojej robocie, na mechanice, i była niezła, jeśli chodzi o wydajność. Nie przewidziała wystąpienia problemów, to fakt, ale przecież zaufanie do nieomylności systemów komputerowych było podstawą każdego szkolenia. I wszyscy o tym doskonale wiedzieli. I tak miał szczęście, że kapitan zdołała ustalić przyczyny zaistniałego stanu rzeczy, zamiast na ślepo realizować kolejne żądania nieprawidłowo działającego systemu logistycznego.

Zmusił się zatem, aby spojrzeć na nią bez widocznej niechęci, za to okazując ufność, jakby nigdy nie wątpił w jej umiejętność opanowania tej sytuacji.

– W porządku, podsumujmy tę rozmowę. Na wszystkich czterech jednostkach pomocniczych mamy do czynienia ze znacznymi niedoborami niektórych rzadkich surowców. Dopóki nie uzupełnimy tych braków, a musimy tego dokonać naprawdę szybko, rozkazuję przerwać produkcję części zamiennych. Czy w tym systemie znajdziemy potrzebne nam surowce? – Przypomniawszy sobie o denerwującym opóźnieniu czasowym w odpowiedziach, szybko dodał: – Czy znajdują się one w którejś z instalacji górniczych wykrytych przez nas na Baldurze?

Po mniej więcej pięćdziesięciu sekundach zobaczył, że twarz Tyrosian rozjaśnia się.

– Tak jest, sir! Sensory floty wykryły i przeanalizowały wszystkie instalacje wydobywcze w pasie asteroid i w pobliżu gazowych gigantów. Najbardziej prawdopodobnym miejscem, w którym możemy znaleźć wszystkie potrzebne nam surowce, jest... hmm... ta kopalnia na czwartym księżycu drugiego gazowego giganta. – Drugie okienko pojawiło się na ekranie wyświetlacza, ukazując widok miejsca, o którym wspomniała Tyrosian.

– A co sądzi pani o pomyśle, aby nakazać Syndykom dobrowolne dostarczenie nam tych materiałów?

Zaniepokojenie Tyrosian było bardziej niż widoczne.

– To nie byłoby rozsądne, sir. Dowiedzieliby się, czego najbardziej potrzebujemy. Chodzi o rzadkie pierwiastki, takie, jakich wydobywa się naprawdę niewiele. Syndykat mógłby bez problemu skazić bądź zniszczyć wszelkie ich zapasy.

Sytuacja robiła się coraz ciekawsza. Oczy Geary’ego ponownie spoczęły na ekranie. Musiał zaskoczyć Syndyków szybkim wypadem na ich orbitalne kopalnie, co byłoby łatwiejsze do przeprowadzenia, gdyby wróg nie widział z tak ogromnym wyprzedzeniem wszystkich okrętów kierujących się w tamtą stronę.

– Czy jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć, pani kapitan? Czy pani eskadra nie ma innych problemów? Czegoś, co uniemożliwi jej szybkie zaopatrzenie wszystkich jednostek floty w ogniwa paliwowe i nową amunicję? – Nie chciał wprawdzie usłyszeć kolejnych złych wieści, ale zdawał sobie sprawę, że unikanie tematu tylko pogorszy sytuację.