Taki upórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pisaliśmy list w wielkiej dyskrecji, bo byliśmy jednak trochę obserwowani. W zakończeniu napisaliśmy, że spodziewamy się trzech lat „za rozpowszechnianie fałszywych wiadomości”, chociaż to, co tu piszemy, jest prawdą. 19 marca rozkolportowaliśmy dokładnie szesnaście egzemplarzy Listu otwartego. Dwa Karol zaniósł osobiście do Komitetu Uczelnianego partii i Komitetu Uczelnianego ZMS, dwa wręczyłem Ludwikowi Hassowi, mówiąc: „To na Zachód”.

Następnego dnia rano przyjechali towarzysze ze Służby Bezpieczeństwa z rewizją. Zabrali mnie do ministerstwa na Rakowiecką, gdzie rozpoczęło się przesłuchanie, a po południu przyszła pani prokurator Pancerowa, zapytała, czy napisałem i rozkolportowałem pewną ilość egzemplarzy Listu, i podpisała sankcję. Przewieziono mnie do więzienia na Rakowiecką, kilka przecznic dalej.

Wszedłem do celi po 21.00, czyli jak na więzienne stosunki właściwie już nocą. [...] Kapitan Jadczak wezwał mnie na górę i powiedział, że mam szansę wyjść, nic do mnie nie mają – liczono na psychologiczny szok, wejście do więzienia, kraty, zamki, klucze – muszę tylko powiedzieć, ile jest egzemplarzy Listu i komu dałem. Odpowiedziałem, że przecież nie po to wczoraj rozpowszechniałem, aby dzisiaj wydawać ludzi, którzy mi w tym pomagali, i zaprowadzono mnie z powrotem do celi.

I zaczęło się moje bycie w więzieniu. Było jeszcze śledztwo, różne naciski, ale z tego wszystkiego, co się tam działo, najważniejsza była tęsknota. Spadła na mnie nagle straszna, okrutna tęsknota za Gajką. Właściwie całe moje więzienie to przede wszystkim tęsknota za Gajką.

(Wiara i wina, 1990)

W liście do Gai:

Jest 21 marca, niedziela – tutaj dzień pisania listów. Jak tu jest? No, trudno powiedzieć, że dobrze, ale w każdym razie można żyć. Jem (na koszt państwa), śpię (w państwowej pościeli), palę (sąsiedzi z celi mają papierosy), no i oczywiście prowadzę bardzo miłe konwersacje z funkcjonariuszami państwowymi. Traktujmy tę historię jak mój urlop.

Żałuję tylko, że nie zdążyłem Ci powiedzieć, jak bardzo Ciebie kocham i jak bardzo się cieszę, że jesteśmy razem. W tej chwili najtrudniej jest Tobie, ale wiem, że jesteś pogodna i dajesz sobie radę. To wszystko, czego nie zdążyłem Ci powiedzieć przed wyjazdem, powiem po powrocie, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że kiedy znów będziemy razem, po pewnym czasie przyzwyczaję się i znów nie będę Ci mówił tego tak często, jak powinienem, czy raczej – jak bym teraz chciał.

Może powiesz Maćkowi, że jestem w wojsku, on zresztą pewnie wcale się nie zdziwił, że taty nie ma. Obiecuję, że po powrocie opowiem mu długą i bardzo ciekawą historię o dalekich podróżach. Czytam teraz Vernego o Afryce i nawet wyobrażam sobie, jak to można opowiedzieć Maćkowi.

Nie wątpię, że niedługo wrócę, w każdym razie nie później niż obiecałem, wychodząc z domu. Tyle jest tego, co chciałbym Ci powiedzieć, o tym co myślę i co czuję, bo przecież wiesz, że jesteś moją siłą, nadzieją, wszystkim. Ale chciałbym mówić tylko do Ciebie i dlatego kończę.

Warszawa, więzienie przy ulicy Rakowieckiej, 21 marca 1965

W autobiografii:

Na początku w więzieniu wciąż czekałem, że przyjdą, otworzą drzwi. To była nadzieja przeciw sobie, przeciw logice, nadzieja, którą oni wciąż podsycali. I choć wiedziałem, że to nie ma sensu, że oni mnie zwodzą, to przecież siedziałem i czekałem, kiedy mnie wypuszczą. A przez to, że się czeka, każda minuta rozwleka się w wieczność. Dzień minął, a zdawało się, że minął rok. Potem następny dzień, potem odwracałeś się do tyłu i nie było nic, bo nie było na czym oka zaczepić. I to czekanie – wyjdę, nie wyjdę, wyjdę, nie wyjdę, taka huśtawka. Bierze się książkę, ale nic się z niej nie rozumie. [...]

Od czasu do czasu prowadzą mnie na śledztwo i to jest ulga, bo otwierają drzwi. Kiedy strażnik pokazuje palcem, trzeba wstać i szybko zakładać buty, bo w celi siedzi się w kapciach. Na początku miałem nadzieję, że teraz właśnie wyjdę, a oni mnie na górę. Pewnego dnia oddziałowy wszedł do celi, podał mi pędzel i powiedział: „Golicie się”. To znaczyło, że coś się może zdarzyć, więc namydliłem się bardzo przejęty, bo a nuż za chwilę wyjdę. Ogolono mnie, zeszliśmy na dół, wsiedliśmy do samochodu i zawieziono mnie do ministerstwa.

Kapitan Jadczak nic mi nie powiedział, dopiero gdy się zerwał na widok wchodzącego mężczyzny, zorientowałem się, że to ktoś bardzo ważny. Potem okazało się, że to [Franciszek] Szlachcic, który był wtedy wiceministrem spraw wewnętrznych. Taki rubacha, swój człowiek. Uparcie mówił mi „towarzyszu”. Mówił, że zna mnie lepiej niż ja sam, czytał wszystko, co napisałem, słuchał, co mówiłem – nie ukrywał, że byłem inwigilowany. Był to jedyny przypadek, kiedy mi to powiedziano, funkcjonariusze SB zawsze temu zaprzeczają. Tu mnie pochwalił – oni mają taki zwyczaj chwalić – że niejednokrotnie piszą w raporcie, iż wydaje im się, że ich rozpoznałem.

– Nie będzie żadnych przesłuchań – powiedział – tak sobie porozmawiamy o Liście otwartym.

I tak sobie rozmawiamy, tu on ma wątpliwości, tu ma problemy, a w pewnym momencie pyta:

– A czy z jakimiś robotnikami, towarzyszu Kuroń, wyście to konsultowali?

Ja się uśmiecham i mówię:

– Odmawiam odpowiedzi.

On się też uśmiecha.

– Ja jestem stary glina, natura ciągnie policjanta do lasu, chcę, nie chcę i wciąż zaczynam przesłuchanie.

Był jeden interesujący moment – kiedy dyskutowaliśmy, czy oni są klasą, Szlachcic nagle powiedział:

– Jesteśmy czy nie jesteśmy, ale mamy władzę, a z władzą jest związany taki oto przywilej, uprawnienie, żeby wsadzać do więzienia i to właśnie zrobiliśmy.

Złożył mi propozycję, że wyjdę natychmiast, jeśli za jakiś czas przyślę na adres MSW wszystkie egzemplarze Listu otwartego. Nic więcej ode mnie nie chce. Biuro Polityczne powiedziało, że nie ma być procesu i że nie ma być żadnego listu otwartego. I oni chcą, żeby tak było. A jak tego nie zrobimy, to proces musi być.

– Ja pójdę zbierać te listy – powiedziałem – a wy za mną.

– Skoro umieliście rozdawać je tak, żebyśmy was nie wytropili, to potraficie i tak zebrać, że my nie znajdziemy tych waszych klientów.

[...] Powiedziałem: nie. Potem jeszcze przez jakiś czas maglowali mnie, żebym się zgodził. „Gdzie jest pana żona, co ona biedna robi, przecież nie ma pracy, z czego będzie żyła, dziecko musi utrzymać, małe ma pan dziecko, pan też jest młody, pan się zastanowi, przecież tu chodzi o pana” – ot, takie subtelne naciski.

Wreszcie któregoś dnia zaczęto mi cytować Ludwika Hassa. Kiedy przyszli do niego, on im wręczył te dwa egzemplarze Listu i powiedział, że są przeznaczone dla IV Międzynarodówki. Dlaczego skłamał, trudno zgadnąć, bo przecież dając mu je, powiedziałem tylko, że to na Zachód. Z jego zeznań wynikało, że to mnie i Karolowi emisariusz IV Międzynarodówki przekazywał instrukcje, że do naszej dyspozycji zostawił powielacz. Wskazał Badowskiego, tego swojego kolegę z Krakowa, przeprowadzono rewizję, znaleziono u niego korespondencję. [...]

Podczas zapoznawania się z aktami okazało się, że w dyspozycji urzędu śledczego jest raptem pięć egzemplarzy Listu otwartego. Kiedy nasz oskarżyciel Pietrasiński z Prokuratury Generalnej powiedział mi o tym, zacząłem się głośno śmiać. A co ważniejsze, oni w ogóle nie ustalili, ile było kopii. Wśród pięciu, które do nich trafiły, były dwie od Ludwika Hassa, dwie oficjalnie przekazane przez nas Komitetom oraz jedna, którą daliśmy pani Zofii Moreckiej, sekretarzowi oddziałowej organizacji partyjnej. Ale jeszcze paru sekretarzom daliśmy egzemplarze, a tu prokuratura nie miała nawet tych, co do których byliśmy pewni, że trafią do SB.

Przez maj, czerwiec, początek lipca [1965] przychodzili do mnie adwokaci, zaczęły się rozmowy, spotkania, przynosili kawę w termosie. Tadeusz de Virion trzymał się litery prawa, uzasadniał, że akt oskarżenia jest sprzeczny z kodeksem karnym. Demonstrował, że nie interesuje go polityczna treść, jakby miał za złe kolegom obrońcom – Janowi Olszewskiemu, pani [Anieli] Steinsbergowej czy [Władysławowi] Sile-Nowickiemu – że wygłaszają polityczne wystąpienia. Mawiał: „Proszę pana, to pan będzie siedział, nie mogę pańskim kosztem wygłaszać politycznych poglądów i ustosunkowywać się do treści tej sprawy, to jest pańska sprawa, nie moja. Moim obowiązkiem jest słuchać pana co do linii, dostarczyć panu argumentacji prawnej”.

[...]

Rozprawa5. Pierwszy mówił Karol i to było rewelacyjne. On tak pisze, jak mówi, czy też tak mówi, jak pisze – gotowymi zdaniami, z akapitami, bez powtórzeń, można to natychmiast nagrać i będzie gotowy tekst. [...] Karol ma o wiele większą dyscyplinę myślową niż ja.

Moje przemówienie wyszło słabo, byłem z niego bardzo niezadowolony. Do tej pory, przemawiając na wiecach, do tłumów, w klubach, na seminariach, mówiłem do sali. Przemyślałem sobie, co mam powiedzieć na rozprawie, ale oczywiście nie zapisałem i później zabrakło mi czegoś. Kazano mi mówić twarzą do trzech sędziów. Mieli znudzone, ospałe miny, nie słuchali. [...] No, a ja po prostu nie mogłem mówić, nie miałem odbiorcy. Kiedy skończyłem, myślałem z wściekłością, że chciałbym to powiedzieć jeszcze raz.

[...]

W naszych wystąpieniach staraliśmy się bronić Listu, oskarżaliśmy władzę. Mówiliśmy, że nie podawaliśmy fałszywych informacji – fakty są prawdziwe, a nasze opinie nie podlegają ocenie w kategoriach prawda–fałsz. Taka była mniej więcej nasza linia obrony. Wiemy, że konwojującym nas policjantom bardzo się podobało to, co mówiliśmy.

Hassa, który zeznawał jako świadek, doprowadzono z więzienia. Miał taki sam zarzut jak my: rozgłaszanie wiadomości fałszywych, ale oskarżony był też o rozpowszechnianie uchwał IV Międzynarodówki i przechowywanie powielacza. Wrzeszczał, awanturował się, krzyczał na sędziego, ale zeznawał dokładnie to, czego prokurator i sąd od niego chcieli. I chyba wtedy właśnie powiedział coś takiego, że przebył bardzo długą drogę za koło polarne, a nie lubi podróży. W tym momencie zawstydziłem się, że się na niego złoszczę wewnętrznie. Przecież nie siedziałem w więzieniu w okresie stalinowskim i cóż ja mogę wiedzieć o człowieku, który w chwili, gdy zobaczył policjantów, przestawał istnieć.

 

[...]

Prokurator Pietrasiński mówił długo i bardzo poetycznie, porównywał nas do czarnych kruków reakcji. [...]

Proces – Gaja siedzi na sali, patrzę tak na nią cały czas i mówię bezgłośnie ustami: „Kocham cię”. Rozprawa była właściwie zamknięta, niewiele osób wpuszczono na salę, prawie nikogo, tylko po jednym mężu zaufania. Moim był Marian Brandys, Karola – Leszek Kołakowski. Natomiast na korytarzu stali przyjaciele. Było bardzo dużo ludzi, prowadzili nas w kajdankach, przyjaciele machali, uśmiechali się.

Wychowany byłem w kulcie kajdan [...]. Jak mnie skuwano po raz pierwszy, czułem dumę i czuję ją po dzień dzisiejszy. Jest wtedy we mnie takie poczucie jedności ponad pokoleniami. Ostatniego dnia olbrzymi tłum śpiewał nam Międzynarodówkę. Jakiż prawdziwy paradoks – tłum śpiewający Międzynarodówkę. Ja zresztą, spytany przez prokuratora Pietrasińskiego, czy jestem komunistą, odpowiedziałem:

– Tak, w tym procesie jestem komunistą, jestem przeciwnikiem władzy, jaka panuje w Polsce, antyrobotniczej i antynarodowej.

Kiedy nas wyprowadzano w tym dniu [16 lipca 1965], duży kordon policji odepchnął wszystkich tak, że nie było nikogo blisko. Tylko Ewa, siostra Gajki, przebiła się przez tłum, rzuciła mi się na szyję z pękiem kwiatów. Upadły jej okulary, podeptali je milicjanci, którzy oderwali ją ode mnie.

W przemówieniu prokuratora Pietrasińskiego był jeden bardzo interesujący fragment [...]. Otóż zażądał on dla Karola trzy i pół roku, a dla mnie trzy, chociaż niczym się nie różniliśmy, a list podpisaliśmy alfabetycznie. Tymczasem Pietrasiński opowiedział przedziwną anegdotkę – że w przedwojennych gazetach komunistycznych zawsze tak było: jeden redaktor pisał, a podpisywał ktoś inny – Polak. Wyraźnie zróżnicował nas ze względu na pochodzenie Karola.

Dostałem trzy lata, a Karol trzy i pół. (Wyszliśmy warunkowo – ja po dwóch latach i dwóch miesiącach, w maju 1967, Karol po dwóch latach i pięciu miesiącach, w sierpniu 1967.)

[...]

Przez najważniejsze dla naszego życia lata Gaja i ja wszystko robiliśmy razem, razem myśleliśmy, razem czuliśmy, baliśmy się, cieszyli... Kiedy więc ona wyjeżdżała na praktykę, to obydwoje pozostawaliśmy w naszym wspólnym świecie. Każde z nas było samo, ale jakby w tym drugim, bo robiliśmy to, co wspólne – we wspólnie rozpoznanych i osądzonych sytuacjach. Tymczasem wojsko, a później więzienie to nie tylko była rozłąka, to był obcy świat, wobec którego nagle musiałem stanąć sam – bez Gajki.

Mówię, że wszystko robiliśmy razem, ale jak zawsze w takim ścisłym współdziałaniu zrodził się między nami pewien podział ról. Ja byłem jej szaleństwem, ona moim rozsądkiem; ja byłem jej analizą i syntezą, ona moim osądem moralnym. Zresztą, sumieniem była Gaja nie tylko dla mnie.

[...]

Nagle poczułem, jak wiele czasu jej i sobie zabierałem. Ogarnął mnie straszny żal za każdą chwilą, za każdym wieczorem, za każdą przepyskowaną nocą, których nie spędziliśmy wspólnie tylko we dwoje. Ile jest kształtów tęsknoty, jej kolorów, odcieni – myślę, że nieskończenie wiele – tyle, ile może być stanów psychicznych. Kiedy nie chciałem jej do siebie dopuścić, kiedy zakazywałem sobie myśleć o Gajce – bo z tego rodziła się okrutna niecierpliwość serca, wytrzymać nie można – budziłem się w nocy ze snu z poczuciem dojmującego braku, pustki, dziury w sercu [...].

Właściwie wtedy, w więzieniu, uświadomiłem sobie dokładnie, jak bardzo cały jestem w niej. Na przykład myję zęby w poprzek i przypominam sobie, że to ona mnie tego nauczyła. Kiedy piszę coś, rozważam jakiś problem i nie mam się kogo spytać, to nie znaczy, że kogokolwiek, tylko że właśnie jej nie mogę spytać. Wymyśliłem coś, zrobiłem, napisałem i pierwsza myśl: pokażę jej, jak wrócę, a tu tyle czasu trzeba czekać. Mam sobie coś za złe i słyszę jej głos: „Jacuś, tak nie wolno” – a znowu zdarza się, że jestem z siebie dumny i także jej głosem we mnie, widzę jej oczy pełne aprobaty, podziwu. Piorę skarpetki i przypominam sobie, jak Gajka mówiła, że trzeba płukać w trzech wodach. Gimnastykuję się i myślę sobie: no, będę dla niej wyglądał wspaniale. I przychodzi wtedy nagle taka tęsknota, kiedy czuje się, że Gajka jest i że jej nie ma.

I wreszcie tęsknota, kiedy mówią o kobietach. Przeważnie opowiadają o złych żonach. Słucham i tak wyraźnie czuję, jak wspaniała jest Gajka, w niczym do nich niepodobna. I listy. Niedziela – czas pisania listu. Piszę go cały dzień, wtedy pozwalam sobie myśleć o Gajce. Ale list przepuszczam przez wszystkie, niezliczone wewnętrzne cenzury – ważę słowa, żeby były pogodne, żeby się nie zmartwiła, żeby nie myślała, że jest mi źle. A zarazem – żeby nie było jej smutno, że może mi być dobrze bez niej. [...] Jej listy – są skowytem, skowytem bólu, tęsknoty. [...]

I widzenia, widzenia dwudziestominutowe, bo tyle wtedy przysługiwało więźniom mojej kategorii. Te widzenia, na które ona jechała z drugiego końca Polski. Staliśmy naprzeciw siebie w „tramwaju”, między nami taka długa przestrzeń. Patrzyliśmy na siebie. Coś mówiliśmy, ale nie pamiętam co. Kiedy ogłaszali koniec, zawsze przypominałem sobie to, czego nie powiedziałem, co powinienem jej powiedzieć. Potem dochodziłem do wniosku, że bardzo źle wyszło to, co powiedziałem, bo nie powiedziałem tak jak trzeba. A to jeszcze ze względu na to, że oni słuchają, a coś trzeba jeszcze przekazać, jakimś kodem. I zaraz potem pisałem do Gajki list. I taki byłem szczęśliwy, a wychodziłem z bólem. Ten cały dzień już był do niczego, ale pozostawała wielka radość, że Gajka jest i – jak pisała w listach – że czekamy, że się doczekamy.

[...]

Grażyna, po wyrzuceniu z UW – gdzie jako stażystka zajmowała się psychologią przemysłu – długo nie mogła znaleźć żadnej pracy. Posadzili mnie, a ona z pięcioletnim Maćkiem utrzymywała się z różnych prac, no i pomocy przyjaciół oczywiście.

Wreszcie Olek Musiał i jego żona Tośka – dziennikarka, bardzo partyjna i bardzo, tak po ludzku, dobra, poszli z awanturą do naszego wspólnego kolegi ze studiów, Staszka Kociołka, który był wówczas I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR. Ten sprawę załatwił od ręki. Miał się wyrazić, że dotychczasowe kłopoty z pracą to asekuranctwo partyjnych karierowiczów. Następnego dnia po tej wizycie kuratorium warszawskie skierowało Grażynę do pracy jako psychologa do Poradni Zawodowo-Wychowawczej. Była to jedna z kilku propozycji, które Gajka napisała Tośce na kartce.

Więzienie to ludzie, z którymi się siedzi. Ci, z którymi dzieli się małą przestrzeń przez tygodnie i miesiące, ci, z którymi dzieli się kawałek chleba, ja znacznie częściej ostatniego skręta. Dopiero wtedy można się przekonać, jak ważna jest ludzka serdeczność, możliwość podzielenia się myślą. Złość, małostkowość może w celi zniszczyć, zatruć każdą chwilę. Ciepło, dobroć, wesołość może wyciągnąć z każdej otchłani.

[...]

Młodzi chłopcy dorastają w więzieniu, w tym stadzie mężczyzn, całe lata odizolowani od kobiet – nie tylko od stosunków płciowych, ale w ogóle od kontaktów z kobietami. Jak bardzo jest to ważne, odczułem sam. Byłem w Sztumie, gdzie pielęgniarkami są kobiety. Chodzą po oddziałach, roznoszą lekarstwa, można z nimi zamienić parę słów czy poprosić o proszek. Potem przeniesiono mnie do Potulic, gdzie sanitariuszami są więźniowie – i przez rok nie miałem żadnego kontaktu z kobietami, tylko widzenia z Gajką. Odczułem wyraźnie różnicę. Kontakt z kobietą jest człowiekowi potrzebny do pełnego życia, a oni są go pozbawieni, totalnie izolowani przez całe lata. Wpadają w obsesje.

[...] Powiem tylko tyle, że cała podkultura więzienna, która jest ich jedynym ratunkiem, zbudowana jest w gruncie rzeczy wokół seksu.

[...]

Kiedy zacząłem pracować w pralni [w więzieniu w Sztumie], zrobili mnie brygadzistą. Nie wiem, czy stało się to przez niedopatrzenie ochrony – jako polityczny nie miałem prawa pełnić żadnych funkcji – czy było zamierzone. Wkrótce mnie zdjęli, ale gdybym dał się podejść i rządził tak, jak powinien brygadzista, to potem poszedłbym między chłopców na zatłuczenie. Jednak nie dałem się nabrać i zaakceptowano mnie.

Mój szef, kierownik pralni, siedział w swoim kantorku i w ogóle nie wychodził, a ja musiałem wszystko zorganizować, wszystkimi rządzić, rozdzielić cięższą i lżejszą pracę. Można mnie było nie posłuchać i wtedy ja nic nie mogłem zrobić, co najwyżej pójść do mojego gada z raportem i normalnie brygadziści takie rzeczy robili. Przy wirówkach praca była niesłychanie ciężka, a przy składaniu bielizny raczej lekka, więc był taki zwyczaj, że przy wirówkach stawali nowi. Była tam spora rotacja i często się zmieniali. Pewnego dnia przyszła ekipa nowych i żaden z nich nie chciał objąć wirówki. Tymczasem poprzedni wirówkowy już zszedł – nie mogłem mu powiedzieć, żeby został, a bez wirówki pralnia w ogóle nie może pracować. Poszedłem do kierownika, a on mówi:

– Zrób na niego raport.

To ja wróciłem do suszarni, gdzie byli wszyscy, usiadłem na ławeczce i mówię:

– Pierdolę tę całą pralnię, niech mnie zdejmą.

– Co się stało? – pytają chłopaki.

Opowiadam, zrobiła się cisza, popatrzyli na siebie i Andrzej krawiec – to jest wysoka fucha, bo przy maszynie można szyć różne rzeczy i sprzedawać – podniósł się i poszedł na wirówkę. Wtedy zrobił się krzyk, wszyscy naskoczyli na nowego i w rezultacie poszedł na wirówkę, pralnia ruszyła. Muszę powiedzieć, że ten numer uważam za wielkie poświęcenie ze strony Andrzeja.

Z poświęceniem dla kumpla, czasem nawet wielkim poświęceniem, spotykałem się w więzieniu wiele razy. Przekonałem się, że oni wszyscy poszukują miłości i właśnie przez brak miłości są okaleczeni. Niestety, nie umieją kochać i stąd chyba to poświęcenie, bo zrobić sobie krzywdę potrafią, a na co dzień współżyć z drugim człowiekiem – nie.

I może właśnie dlatego, że ci moi tak strasznie okaleczeni bracia więzienni nie nauczyli się kochać matki i ojca, rodzeństwa, a w związku z tym także kobiety, to nie mogli też pokochać żadnego działania, nie mieli żadnej pasji twórczej. Bo myślę, że pasja twórcza wyrasta z miłości do człowieka. Choć może być przeciwnie.

Niełatwo być Żydem w Polsce. [...] Czy jednak łatwo być Żydem w Polsce ze względu na postawy Polaków?

[...] Próbowałem znaleźć odpowiedź na to pytanie. Na moim procesie jako świadek oskarżenia występował mój bliski wówczas kolega, taki bardzo żydowski Żyd, którego w czasie okupacji ukrywano gdzieś pod podłogą. Z tego okresu już na stałe pozostał w nim strach. Już się nie widujemy, nie dlatego, że ja się na niego obraziłem, tylko dlatego, że on się mnie boi. Sam zgłosił się do władz bezpieczeństwa i powiedział, że mu dałem List otwarty do przeczytania. Występował przed sądem i bronił siebie, obciążając mnie. Oburzyłem się, a potem pomyślałem sobie: no tak, ale bądź Żydem w więzieniu...

I ten pomysł – być Żydem w więzieniu – zaczął mnie drążyć, nurtować. Kiedy przywieziono mnie do Sztumu, zacząłem mówić, że jestem Żydem, potem udawałem Żyda w Potulicach i można powiedzieć, że wykonałem w ten sposób w zakładach karnych badania metodą obserwacji uczestniczącej – na temat: Stosunek społeczeństwa polskiego do Żydów. [...]

Mówiłem, że jestem Żydem, w każdej celi, do której mnie przeniesiono, ale zawsze przy okazji, mimochodem, kiedy to było uzasadnione. W Sztumie nie zauważyłem żadnej różnicy między okresem, kiedy współwięźniowie nie wiedzieli, że jestem Żydem, a tym, kiedy wiedzieli. Na ogół dość dobrze się zżywałem z przestępczym środowiskiem – na tyle, na ile w ogóle można się z nimi zżyć.

W Sztumie z problemem żydowskim zetknąłem się tylko raz i nie mnie on dotyczył. Kiedy przeniesiono mnie do pracy w łaźni, okazało się, że w pralni, z którą mieliśmy bliskie kontakty, pracuje stary Żyd [...]. Ci chłopcy z pralni bardzo na niego wyrzekali: Żyd to, Żyd tamto. Była to świetna okazja, aby zameldować, że ja też jestem Żydem. [...] Otóż ci chłopcy strasznie się zdziwili, kiedy im powiedziałem, że jestem Żydem. Popatrzyli po sobie i jeden powiedział:

– Znaczy się Żydzi są różni.

Wtedy ja powiedziałem do niego:

– To świetne odkrycie, Polacy też.

Rzeczywiście było to dla nich szokujące odkrycie i na tym się cała sprawa skończyła. I chociaż nadal mówili o Żydzie z pralni, używając tego słowa jako obelgi, jak im zwracałem uwagę, a czasami tylko popatrzyłem – przepraszali mnie.

 

[...]

Jak z powyższego wynika, ludzie, z którymi się stykałem, w zdecydowanej większości nie mieli żadnych uprzedzeń wobec Żydów, cała ta sprawa była im absolutnie obojętna. Po mojej deklaracji, że jestem Żydem, na ogół nikt mnie o nic w związku z tym nie pytał, a przecież różnorodnych spraw, z którymi się do mnie zwracali, było zawsze sporo. [...]

Nie jest to jednak w żadnym razie okoliczność nastrajająca optymistycznie. Przez swoją całkowitą niewiedzę i obojętność ludzie ci są nieuodpornieni na antysemityzm i łatwo można im różne bzdury wmówić. A przecież antysemitów psychopatycznych i takich, którzy swoje deformacje ujmują w kategoriach ideologicznych, i wreszcie takich, którzy czynią z tego instrument polityczny, wciąż jeszcze w Polsce nie brakuje.

(Wiara i wina, 1990)

W notatkach:

Antysemityzm był w tym kraju zawsze ideologią najbardziej reakcyjnych, antyludowych ruchów społecznych. To ideologowie tych ruchów stworzyli swoistą kategorię Żyda ze względu na przodków, a więc ze względu na rasę.

Znaczną część inteligencji polskiej, często ludzi zasłużonych dla rozwoju kultury narodowej, uznano za Żydów na zasadzie brzmienia nazwiska, koloru oczu, kształtu nosa czy ostatecznie nazwiska panieńskiego matki. Niezależnie od ich kultury i świadomego akcesu do narodu polskiego, organizowano przeciw nim antysemicką nagonkę, a często antysemickie ekscesy. W ten sposób z przynależności narodowościowej, która jest zazwyczaj powodem dumy, zrobiono piętno.

Tylko program lewicy polskiej dawał ludziom, którzy to piętno nosili, szansę pozbycia się go, nie przez tchórzliwe zapieranie się swych przodków, ale przez pełną akceptację praw każdego człowieka do narodu, który afirmuje. Stąd między innymi tak wielu tych rasowych Żydów wśród polskiej inteligencji w ruchu robotniczym. Nie jest to zresztą zjawisko szczególnie polskie; ruch robotniczy na całym świecie niezwykle wiele zawdzięcza inteligentom żydowskim, od Marksa poczynając.

(Notatki więzienne, rękopis z 1968 roku, wyd. 2009)

W autobiografii:

Wśród funkcjonariuszy więziennych pracuje naprawdę tylko oddziałowy. Chodzi z kluczem, musi otwierać i zamykać drzwi, wypuszczać na spacer. Pozostali, łącznie z naczelnikiem, nic nie robią. Ich obowiązki pełnią przydzielani do tego więźniowie: w kuchni – starszy kucharz, w pralni – brygadzista pralni, u naczelnika – sprzątający. W Sztumie taki więzień – „naczelnik” – przyszedł kiedyś do mnie do łaźni, żeby sobie porozmawiać, przyniósł kawę, wypiliśmy. Obiecałem mu jakąś książkę, po którą musiałem pójść do celi. Cela była na końcu korytarza, normalnie mogłem na uszach stanąć, a oddziałowy nie poszedłby ze mną. A ten facet mówi do niego: „Otwórzcie mi celę tego tutaj Kuronia”. Oddziałowy się szybciutko podniósł i otworzył. [...]

Jeden z tych „naczelników” więźniów pokazywał mi kiedyś podania do władz więziennych. Pamiętam, jedno było od jakiegoś ewidentnie chorego psychicznie chłopca, który pracował w kartoflarni. Zwracał się z prośbą, żeby naczelnik wydał mu dużo papieru, ubranie koloru białej kawy i świeczkę, bo w nocy chce pisać tren na śmierć poległych w III wojnie światowej. Na dole było napisane: zdjąć z roboty w kartoflarni. Pytam więc:

– Dlaczego on jeszcze tam pracuje?

– Naczelnik podjął decyzję, a ja sobie ją odłożę na bok i może leżeć jeszcze długo.

[...]

Żeby zrozumieć cały mechanizm funkcjonowania więzienia, trzeba wiedzieć, do jakiego stopnia wszystko tam opiera się na kradzieży, przede wszystkim dokonywanej przez personel, ale zawsze we współpracy z więźniami. Więzień ksiądz – faktyczny główny księgowy z ZK Sztum, który siedział za wypadek samochodowy – opowiadał mi, jak przy inwentaryzacji zapisywał centralę telefoniczną wartości 2,5 miliona i spytał, gdzie ona jest. Pokazali mu kasę pancerną.

– Przecież to nie jest centrala, tylko kasa pancerna.

– Ale na kasie jest ten sam numer inwentaryzacyjny, który jest zapisany w książce przy centrali.

– Tak nie może być, musi być centrala.

Oni go molestują, tłumaczą, wreszcie dali mu centralkę polową, wartą może 200, może 250 tysięcy.

– Trudno – mówi – to już jest centrala, a ja się nie muszę znać – i wpisał. [...]

Przy każdej takiej kradzieży, zorganizowanej przez kierownictwo rękami więźniów, znajdzie się ktoś, kto nie może wytrzymać i pisze pismo do prokuratora. Przecież siedzi za kradzież, a tu takie jawne złodziejstwo. U mnie w pralni trzech chłopców mi zakomunikowało, że to zrobi. [...] Odradzałem im, ale nie posłuchali i wylądowali w kabarynie, a prokurator im powiedział, że może przeciw nim wszcząć śledztwo, bo oczerniają władze więzienne. Ja się na to bicie głową o ścianę nie odważyłem i potem miałem wielkie wyrzuty sumienia.

Przyszedł czas wyjścia z więzienia [...]. Myślę, że warto iść do więzienia po to, żeby z niego wyjść. Bo wtedy nagle, zupełnie nagle, czuje się cały smak świata. Wszystkich kolorów, wszystkich zapachów, wszystkich świateł. [...]

Takich gwiazd, takiego zapachu wiosny w maju, takiej zieleni, takich kolorów nie zaznałem nigdy w życiu. Chociaż gdy na drugi czy trzeci dzień wyszedłem sam z domu i zobaczyłem pełno ludzi na ulicy, na rogu Alej i Marszałkowskiej – wystraszyłem się. Bo w więzieniu wszystkich się zna, a tu nagle pełno ludzi i wszyscy obcy. Tylko że takie chwile są jednak mało ważne. Nie liczy się wódka, którą można pić, nie liczy się kawa czy herbata. Nic się nie liczy, tylko te wszystkie blaski i kolory świata. I przyjaciele, i taka radość dzika. Jak się siedzi w więzieniu, to strach, że niewiele można zrobić w tym całym układzie. Nagle się wychodzi, a oni tu wszyscy, wolni ludzie, mówią sobie, co chcą.

(Wiara i wina, 1990)

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora