Nikomu nic nie mów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nikomu nic nie mów
Nikomu nic nie mów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 29,98  23,98 
Nikomu nic nie mów
Nikomu nic nie mów
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk
14,99  11,09 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Nikomu nic nie mów

Saga

Nikomu nic nie mów

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2012, 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

ISBN: 9788726823271

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I. Wprowadzenie
1.

– Lauro, błagam cię, przyjedź jak najprędzej. Nie możemy sobie dać rady z tym mieszkaniem. Zostań choćby na weekend. Lauro, proszę cię po dawnej znajomości. Wiem, że zawsze ty byłaś najlepsza. Prymuska! Tylko zobacz, co tam się dzieje. Może całą rzecz da się jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Tracimy klientów jednego po drugim. I, Lauro, błagam cię: nikomu nic nie mów.

Taki mniej więcej rozpaczliwy telefon odebrałam pewnego letniego dnia w Olsztynie. Właśnie zastanawiałam się, czy nie wyskoczyć gdzieś na żagle, a tu napatoczył się mój dawny kolega, którego wyrzucili z Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, oficjalnie za brak postępów, a nieoficjalnie, hm, jakby to ująć... za to, że zamiast do nauki bardziej przykładał się do chłopaków.

Estym Tabor pojechał więc do Łodzi, gdzie mieszkał jego partner i razem otworzyli Nieruchomości „Estakada” – kupno-sprzedaż-zamiana. Koleś Estyma, prawnik, niejaki Kaj Danowicz, dysponował sporym kapitałem założycielskim uzyskanym ze sprzedaży bankowi sporej działki budowlanej, którą zapisała mu zmarła ciotka.

To on wpadł na pomysł, aby założyć biuro zamiany i sprzedaży nieruchomości o nazwie składającej się z początkowych sylab ich imion i nazwisk: Es – Ta – Ka – Da, czyli Estym Tabor i Kaj Danowicz.

Nie był to pierwszy telefon od Tabora. Odnalazł mój numer i od dobrych dwóch tygodni wydzwaniał, uważając, że moje zdolności – jakiekolwiek by one nie były – pozwolą rozwikłać zagadkę tego nawiedzonego, jak się wyraził, mieszkania w mieście Łodzi.

Każdą rozmowę ze mną (a muszę przyznać, że wymigiwałam się jak mogłam od tej sprawy) kończył sakramentalnym: nikomu nic nie mów.

Ostatni telefon dostałam w czwartek późnym wieczorem. I znowu Estym wiercił mi dziurę w brzuchu. On i Kaj zupełnie nie mają czasu, aby tym się zająć. Przez cały tydzień zbierają oferty, a w sobotę i w niedzielę umawiają się z „łebkami”, prezentując im nieruchomości, bo jedynie w te dwa dni bardzo zapracowani – i zapewne bardzo bogaci – klienci biura „Estakada” mają trochę czasu.

– Zwrócę ci koszty przejazdu, zapłacę za hotel i dam sto złotych za godzinę pracy, tylko przyjedź – błagał mnie Estym Tabor. – Więcej nie mogę, Lauro, zrozum!... To pusto stojące mieszkanie naraża nas na ogromne straty. Kolejny taki numer jak ostatni i leżymy.

Próbowałam go uspokoić. Nie histeryzuj, mówiłam, to jeszcze nie koniec świata.

– Nikt nie zechce kupić tego lokalu ani go wynająć – narzekał prawie z płaczem. – Proszę cię, przyjedź i zbadaj, co tam się dzieje. Przecież nie będę takiej sprawy powierzał jakiejś obcej osobie. Nie daj Boże, gdyby coś się przedostało do prasy! Totalna katastrofa. Lauro, przyjedź jak najszybciej i błagam cię: nikomu nic nie mów.

– I to cała sensacja, z którą przylatujesz do mnie, autora kryminałów? – spytałem, gdy moja kuzynka, Laura Sawicka, absolwentka Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, relacjonowała mi swoją rozmowę z Taborem.

– Wujku, cierpliwości...

– Co za niespotykane imię i nazwisko tego twojego kumpla – zauważyłem.

– Estym ma jakieś zawikłane pochodzenie węgiersko-polsko-romskie. Opowiadał mi o tym kiedyś: jego prababka ze strony matki była tancerką na carskim dworze. A może coś pokręciłam?... W każdym razie rodzice prowadzili swego czasu prywatny cyrk. Póki się nie pokłócili i rozwiedli. Kiedy zjechali do Polski, ojciec poznał cudownie zbudowaną treserkę lwów, matka zaś uciekła z prestidigitatorem. Albo odwrotnie...

– W każdym razie – dodała Laura po chwili namysłu – kilkunastoletni chłopak został sam, a że był niezwykle urodziwy, zaopiekowali się nim, hm... prawdziwi przyjaciele, których poznaje się w biedzie. No i – jak mówi poeta – stało się to, co stać się miało.

– A potem w noce zbryzgane gwiazdami... – zanuciłem dalszy ciąg „Tanga Kat”.

– O ile pamiętam, Estym w szkole był początkowo niezły, ale wybrał życie bardziej rozrywkowe: ciągłe balangi, romanse... O tym stanowczo było już za głośno i dowództwo nie mogło patrzeć przez palce na jego wyczyny. W końcu chłopak przeholował i wywalili go ze szkoły, oficjalnie za złe stopnie.

– W każdym razie zdecydowałaś, że przyjedziesz do Łodzi i odwiedzisz przy okazji swojego ulubionego wujka.

– Dzięki czemu pisarz kryminałów zyskał nową, frapującą historię.

I opowiedziała mi z grubsza o sprawie nawiedzonego mieszkania przy alei Kościuszki. Ja jednak nadal byłem niezadowolony.

– Wiesz, nie wszystko w twojej opowieści jest dla mnie do końca jasne. Chciałbym, żebyśmy jeszcze raz wrócili do pewnych wątków. W razie czego będę cię wspierał wcześniejszymi nagraniami – powiedziałem. – Kawa czy herbata?

– A dlaczego nie koniak czy szampan? – spytała ze śmiechem Laura. – Wujku, wystarczy filiżanka mocnej kawy.

– Spójrz, co się dzieje za oknem: plucha, ziąb, deszcz ze śniegiem... Brr! W taką listopadowa słotę żal psa na dwór wygonić. Mam tu coś odpowiedniego na tego rodzaju aurę: Ballantine’s. Nie sądzisz, że kropelka tej szkockiej whisky...

Moja młoda kuzynka Laura Sawicka patrzyła na mnie uważnie, ale zauważyłem, że myślami jest już gdzie indziej.

– Masz rację, drogi wujku – rzekła po chwili – nie wszystko w tej sprawie zostało do końca powiedziane. I chyba nigdy nie wyjdzie na jaw. Dobra, zacznijmy jeszcze raz... Nie ma co ukrywać, że ta historia od początku mnie zaintrygowała.

Spojrzała w okno, o które biła listopadowa ulewa, usiadła wygodnie w fotelu, wzięła w dłoń szklaneczkę ze złocistym alkoholem i powiedziała:

– Około południa, w pogodny lipcowy piątek, wsiadłam w moją wysłużoną skodę fabię i pojechałam do Łodzi.

2.

Po drodze usiłowałam przypomnieć sobie Tabora i nagle dotarło do mnie, że spośród kilkuset chłopaków, z którymi miałam zajęcia w Szczytnie, tylko jego twarz tak naprawdę utkwiła mi w pamięci: czarne, lśniące kręcone włosy, szerokie czarne brwi i wielkie, granatowe oczy, których mogłaby mu pozazdrościć niejedna gwiazda filmowa. A do tego oliwkowa karnacja, co sprawiało, że wyglądał jakby dopiero co wrócił znad południowych mórz. I te jego dłonie: długie, wąskie, szczupłe palce, niestety, nieudanego artysty, jakim w końcu okazał się Estym Tabor.

Trochę grał na pianinie, trochę śpiewał, usiłował założyć w szkole jakiś kabaret, ale w końcu wszystko spełzło na niczym: brak mu było wytrwałości, konsekwencji i przekonania do tego, co robił.

Szybko się zniechęcał, brał za coś innego i, jak to się mówi, dziesięć srok za ogon ciągnął. No i te jego skłonności, z którymi wcale się nie krył...

Wszystko razem sprawiło, że pozbyto się go ze szkoły z pocałowaniem ręki. Poza tym po cichu mówiono, że za bardzo rzuca się w oczy i jakby nawet skończył studia, to trudno mu będzie znaleźć pracę w tym zawodzie.

Piotrkowska 39, ten adres nie był mi obcy... Jasne, w tej kamienicy zamieszkała pani Bronisława, nasza sąsiadka, którą podwiozłam z Olsztyna do Łodzi. Miała opiekować się swoją siostrą, która ze złamaną nogą w biodrze leżała w szpitalu na Milionowej. Postanowiłam przy okazji odwiedzić panią Bronisławę, na razie jednak musiałam zająć się biurem nieruchomości „Estakada” – kupno-sprzedaż-zamiana.

Biuro mieściło się od strony ulicy w wyremontowanym lokalu posklepowym. Wielkie, ponaklejane na szyby zdjęcia eleganckich domów i apartamentów zapraszały do wnętrza. Urządzona całkiem sympatycznie „Estakada” sprawiała wrażenie nieco przestarzałego amerykańskiego baru skrzyżowanego z biblioteką pełną staroświeckich szaf, w których połyskiwały grzbiety poważnych dzieł prawniczych. Ktoś zadbał o stworzenie przytulnej atmosfery, zachęcającej potencjalnych klientów do jak najdłuższego przebywania w tym lokalu.

Estym nic się nie zmienił. Może tylko bardziej pociemniały mu pod oczami półksiężyce nasycone ciemnym pigmentem, a włosy nieco się przerzedziły, co nie przeszkadzało, żeby w czarnym garniturze i białej koszuli z wytwornym złocistym krawatem nadal sprawiał wrażenie filmowego amanta z lepszych sfer.

Nadmierną ruchliwość kompensował znanym mi skądinąd wylewnym stylem bycia, ujmując rozmówcę pod ramię, zaglądając mu w oczy i uśmiechając się słodko, co mogło niektórym być nie w smak.

– Nareszcie – powiedział, całując mnie w obie ręce. – Jak to dobrze, że już przyjechałaś. Lauro, kochanie, na pewno jesteś głodna? Zaraz idziemy na spóźniony obiad. Kaj zostanie w biurze. Przedstawiam ci mojego wspólnika: mecenas Kaj Danowicz we własnej osobie.

Zza staroświeckiego, nakrytego zielonym światłem muzealnej lampy biurka podniósł się wysoki, barczysty facet koło czterdziestki, o kwadratowej, pokrytej sinym cieniem zarostu szczęce, podszedł do mnie miękkim, kocim krokiem i rzekł ciepłym barytonem:

– Bardzo mi miło. Estym wiele mi o pani opowiadał.

Jego usta smakosza i wyrafinowanego konesera zdawały się być stworzone do namiętnych pocałunków, lecz w ciemnoszarych oczach połyskiwał stalowy chłód, mimowolne ostrzeżenie, każące niewtajemniczonym mieć się na baczności.

 

Pewność i zaufanie, pomyślałam, skryty milczek, ale facet niewątpliwie wie, czego chce.

Kaj Danowicz stanowił całkowite przeciwieństwo wiecznie ruchliwego, serdecznego aż do przesady, podskakującego jak na sprężynie Estyma Tabora, co zapewne stawiało ewentualnych klientów biura „Estakada” przed dylematem wyboru rozmówcy, odwracając ich uwagę od sedna sprawy: sprawnego wyciągnięcia forsy przez wycwanionych w swoim fachu agentów obrotu nieruchomościami.

Poszliśmy na obiad do pobliskiej „Złotej kaczki”. Estym fundował, ja nie oponowałam. Przy solidnym płacie pieczeni wołowej w sosie borowikowym, podlanej doskonałym, czerwonym winem, spytałam wreszcie:

– Nadal macie kłopoty z tym mieszkaniem?

– Jeszcze jakie! – odparł Estym, zajadając się piersią perliczki. – Jest gorzej niż było. Ostatnia lokatorka po prostu... zniknęła.

– Jak to... zniknęła? – zamarłam z widelcem w dłoni. – I nie powiadomiliście policji?

– To nie takie proste – odparł cicho. – Od razu będą przecieki, a my za wszelką cenę chcemy uniknąć rozgłosu. Lauro, spróbuj nas zrozumieć: konkurencja czuwa...

– Co się właściwie stało?

– Nie wiadomo. Dzwonili do nas w tej sprawie z filharmonii.

– Co ma z tym wspólnego filharmonia?

– Wynajęliśmy to cholerne mieszkanie wziętej pianistce, na rok, z prawem pierwokupu. Dostała stanowisko profesorskie w Akademii Muzycznej, gdzie miała prowadzić od października mistrzowską klasę fortepianu. Przy okazji podpisała kontrakt z orkiestrą Filharmonii Łódzkiej, aby podczas wakacji dokonać dla radia kilku nagrań. Pianistka przepadła jak kamień w wodę – dodał, nalewając mi wina.

– Jak się nazywała? – spytałam, zaintrygowana jego opowieścią.

– Idalia Lewant.

Wyciągnął z portfela jej zdjęcie i położył na stole. Z łososiowego tła wychylała się przystojna szatynka o przenikliwym i nieco zalotnym spojrzeniu znakomicie umalowanych kasztanowych oczu.

– Lewant?... Chyba znam to nazwisko. Wystąpiła kiedyś w Olsztynie, miała na sobie ciemnozieloną, taftową suknię i szmaragdowe kolczyki w uszach. Nie taka całkiem młoda...

– Obecnie pani Lewant ma 46 lat – odparł Estym, sprawdzając stan swoich paznokci. – W połowie lipca wprowadziła się do mieszkania. Trzy dni temu zniknęła. Co ty na to?

– Zastanawiające – odparłam po chwili. – Jej rzeczy także zniknęły?

– Nie, wszystko jest na swoim miejscu. Weszliśmy tam, oczywiście, mamy zapasowy komplet kluczy. Nie widać śladów włamania.

– Może wyjechała znienacka? Dostała jakąś propozycję?

– Może... ale taka profesjonalistka nie wystawiłaby orkiestry filharmonii do wiatru. To grozi ogromną karą finansową. Dzwoniliśmy też do Akademii Muzycznej. Nikt nic nie wie. Jakby wyszła i przepadła bez wieści.

– Może ktoś ją porwał?

– Nie żartuj. W jej wieku...

– Dlaczego Idalia Lewant wynajęła właśnie ten lokal? Przypominam, że nie znam adresu i nie mam kluczy.

– Przepraszam, już ci je daję...

Estym zanurzył dłoń w skórzanej teczce.

– A co będzie, jeżeli pani Idalia wróci i zastanie mnie w swoim mieszkaniu?

– Zrzucisz wszystko na nas. Powiesz, że niepokoiliśmy się, że chcieliśmy sprawdzić, czy nie doszło do rabunku... albo do jeszcze czegoś gorszego. Podaj się za prywatnego detektywa, którego wynajęła „Estakada” pospołu z filharmonią... Zaraz dam ci nasze wizytówki. Zresztą, Lauro droga, znam cię, sama najlepiej coś sensownego... zmyślisz, prawda?

Spojrzałam na niego z uśmiechem. Podobał mi się kiedyś ten chłopak, ale cóż... Nie dla psa kiełbasa.

– Jasne. Gdzie jest to fatalne lokum?

– Kościuszki 77, mieszkania 6, drugie piętro, 115 metrów kwadratowych, trzy duże pokoje, kuchnia, służbówka, wielki hol, wszystko, rzecz jasna, w przedwojennej kamienicy. A, i do tego fortepian: stary Blüthner, ale w świetnym stanie, świeżo nastrojony...

– „Estakada” jest właścicielem tego mieszkania?

– Na swoje nieszczęście – odparł, załamując ręce Tabor. – Odkupiliśmy je od poprzedniego właściciela po podejrzanie niskiej cenie. Ale wtedy dopiero rozkręcaliśmy interes i braliśmy, co się nawinęło pod rękę, żeby mieć z czym zaczynać. A teraz nie możemy się pozbyć tego chłamu. Wiesz – chwycił mnie za dłoń – to mieszkanie nie daje mi spać po nocach. Budzę się z krzykiem, bo mi się śni, że splajtowaliśmy i... Kaj mnie rzucił. Lauro, jak ty mi nie pomożesz, to koniec. Chyba się powieszę!

– Estym, bez histerii. Nalej jeszcze wina. Kto był poprzednio właścicielem tego mieszkania?

– Znana na łódzkim rynku, istniejąca od dwudziestu lat spółka „Locus Fixus”. Potem okrężną drogą dowiedzieliśmy się, że pozbyli się tego lokalu, uważając to za transakcję roku. Znaleźli naiwniaków, szkoda gadać!

– Dowiadywaliście się o co chodziło? Mieli z nim jakieś kłopoty?

– Mówiłem przedtem Kajowi, żeby zatrudnić wywiadownię, ale on uważał, że to niepotrzebne wbijanie się w koszty. Jest w Łodzi tak dyskretna firma „In-Spe”, do której zwróciliśmy się... niestety, po niewczasie.

– I co się okazało?

– Wcześniejsi najemcy uciekali z tego mieszkania, aż się za nimi kurzyło. Właściwie lokal przez większą część roku stał pusty. Facet, który w nim mieszkał przed Idalią Lewant, pewnie tylko dlatego nie zwiał, bo go aresztowali. Jakiś rzeźnik...

– Rzeźnik?... Może pamiętasz, jak się nazywał?

– Zaraz – namyślał się chwilę – Ignacy Kalinka. Mówi ci coś to nazwisko? W Łodzi i okolicach znana jest jego sieć sklepów „Wędlinki od Kalinki”. Niesłychanie dziany facet.

– Ignacy Kalinka – odparłam nieco zaskoczona – czy to nie ten, który zamieszany był w przemyt narkotyków? Nie miałam pojęcia, że mieszkał właśnie w tym podejrzanym mieszkaniu. Zdaje się, że go zatrzymali?...

– Ale po trzech miesiącach pana Kalinkę wypuścili. Podobno z braku dowodów. W ostatniej chwili przed aresztowaniem odsprzedał mieszkanie ze stratą spółce „Locus Fixus”, od której je kupił. Bardzo mu się spieszyło.

– Estym, na pewno wiesz, kto jest dyrektorem tej spółki. Chciałabym z nim porozmawiać, zanim wejdę do mieszkania.

– Zaraz zadzwonię, ale obawiam się, że w piątek po południu mogą być trudności. Proszę, tu są klucze od drzwi głównych i kuchennych. Dla dostawców, jak to się dawniej mówiło.

– Dziękuję...

– Aha, na wszelki wypadek zarezerwowałem ci pokój w „Ibisie” na Piłsudskiego. Ja za wszystko płacę. Wiesz, gdzie to jest?

– Znajdę – odparłam. – Na razie umów mnie z szefem „Locus Fixus”. Jak się nazywa?

– Harold Lewant. Jest byłym mężem naszej pianistki, Idalii Lewant. Rozwiedli się kilka lat temu.

– Dopiero teraz mi o tym mówisz?! – nieomal krzyknęłam.

Wzruszył ramionami.

– To nie ma nic do rzeczy.

– Kochanie – powiedziałam, patrząc mu prosto w te wielkie, granatowe oczy – ja o tym zdecyduję.

– Lauro, trochę się boję... Dasz radę?

– W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać: Kościuszki 77, mieszkania 6, drugie piętro, 115 metrów kwadratowych...

3.

Spółka „Locus Fixus” mieściła się w reprezentacyjnym lokalu przy placu Wolności. Szkło, stal, białoszare marmury, ukryte pod sufitem oświetlenie, słowem: drogo wystudiowany nowoczesny, biurowy chłód, a na ścianie jeden, jedyny wielki Kossak w ciężkiej, złotej ramie, znamionujący luksusową pozycję przybytku.

Nie lubiłam tego rodzaju pretensjonalnej nachalności, która mniej zasobnego klienta od razu zbijała z tropu, tym niemniej, pomyślałam sobie, byli zapewne tacy, którym to wielkopaństwo szalenie imponowało.

Sekretarka, a właściwie przejrzała miss nastolatek, wulgarna blondyna w obcisłym srebrzystobiałym sweterku podkreślającym, trzeba to przyznać, nienaganną figurę, zaprowadziła mnie do pokoju – „pokoju przesłuchań” dodałam w myślach – urządzonego bez pomysłu, jakby cała inwencja dekoratora wnętrz (a może i forsa zleceniodawcy) poszła na wystrój biura.

Tutaj zgromadzono niepotrzebne fotele, jakieś stoliki, kanapę, obrzydliwy barek na kółkach, wszystko od Sasa do Lasa, typowe zaplecze: taniocha i bałagan, tak charakterystyczne dla wysztafirowanych na pokaz lokali firmowych, których pełno w tej okolicy.

– Czarna czy z mlekiem? – spytała miss nastolatek, patrząc na mnie z pogardą.

Po dziesięciu minutach spędzonych nad niedomytą filiżanką lurowatej kawy pojawił się wreszcie sam szef, Harold Lewant, przysadzisty facet koło sześćdziesiątki, w wygniecionym, płóciennym garniturze i niezbyt czystej koszuli.

– Przepraszam panią – powiedział na wstępie – ale w piątki mamy tu zwykle urwanie głowy. Do tego musiałem zwolnić pracownika, który chciał mnie, to znaczy firmę, oszukać na znaczną kwotę. Przepraszam panią, jestem jeszcze zdenerwowany...

Usiadł w fotelu, zmienił okulary i wpatrując się we mnie pozbawionymi wyrazu zmęczonymi oczami, spytał:

– Pani Laura Sawicka, prawda? Estym prosił, żebym – z panią porozmawiał. Bardzo chętnie. Potem Kaj dzwonił do mnie w pani sprawie...

– Nie w mojej – odrzekłam – tylko w sprawie mieszkania numer 6 przy alei Kościuszki 77.

– Ach, o to chodzi...

Potarł ręką twarz, zacisnął powieki, a przez całe jego ciało przeszedł dreszcz jakby nagłego obrzydzenia.

– To w zasadzie nie moja sprawa. Chce je pani kupić, a może wynająć?

– Niekoniecznie – odparłam powoli. – Estym Tabor prosił mnie, żebym zorientowała się, co w tej sprawie nie gra. Swego czasu uczęszczaliśmy razem do Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. On, niestety, musiał zrezygnować...

– A pani? – spytał z zainteresowaniem Harold Lewant.

– Ukończyłam szkołę z wyróżnieniem.

– Ach, tak... Jest pani detektywem?

– Chciałabym na prośbę Estyma uzyskać od pana kilka wyjaśnień dotyczących lokalu przy alei Kościuszki.

– Cóż... – splótł brzydkie, plamiaste dłonie i wpatrzył się w sufit. – „Estakada” odkupiła od nas mieszkanie po promocyjnej cenie. I to chyba wszystko.

– Podtrzymał pan w ten sposób konkurencję, zamiast wykosić ją na starcie? – spytałam podstępnie.

Spojrzał na mnie sceptycznie.

– Kaj Danowicz jest synem mojego serdecznego kolegi, mecenasa Hilarego Danowicza. Obiecałem Hilaremu na łożu śmierci, że zajmę się karierą jego syna. Niestety, po kilku latach Kaj odszedł z „Locus Fixus” i założył własną firmę razem z tym swoim... Estymem.

– A pan obdarował „Estakadę” wątpliwym prezentem w postaci tego zapowietrzonego lokalu? – spytałam, nie kryjąc swej złośliwości.

– Przede wszystkim: nikogo niczym nie obdarowałem – odparł, popatrując na mnie z niesmakiem. – „Estakada” notarialnie kupiła od naszej spółki to mieszkanie. Nie zdaje sobie pani sprawy z tego, co mówi...

– Czyżby?... W takim razie proszę mnie uświadomić – powiedziałam ze złością – dlaczego Idalia Lewant wynajęła to mieszkanie i po kilku dniach zniknęła? Zdaje się, że była pańską żoną?

– Rozwiedliśmy się pięć lat temu – odparł – i nic mnie nie obchodzą ani jej mieszkania, ani jej zniknięcia. Niech ta kurwa robi, co chce.

– Och! – wzdrygnęłam się. – To aż tak źle?...

Nic nie odpowiedział, czyszcząc irchową ściereczką okulary.

– Świetnie... – powiedziałam po chwili. – W takim razie, jeżeli pan łaskaw, zajmijmy się poprzednim właścicielem tego lokalu. Ignacy Kalinka, prawda? Duża sieć sklepów wędliniarskich, niedawno aresztowany, potem wypuszczony z braku dowodów. To on kupił to mieszkanie od firmy „Locus Fixus”?

– Owszem – odparł po chwili Lewant – odpowiadało mu położenie i wysoki standard. Stać go było na ten lokal.

– Zanim pan Kalinka poszedł siedzieć, zdążył odsprzedać mieszkanie pańskiej firmie.

– Właściwie zwrócił je do „Locus Fixus”, sporo na tym tracąc. W umowie był zapis, że jeśli po roku nie wykupi lokalu w całości, mieszkanie wraca do nas ze stratą na jego niekorzyść. Mieszkał jakieś trzy kwartały, może krócej...

– Zdaje się, że został aresztowany?

Lewant skinął głową.

– Nie chcąc narażać się na nieprzyjemności – powiedział – oddaliśmy mu to, co zdążył wpłacić akonto, plus odsetki, pomijając wszelkie opłaty pośrednie...

– Zatem mieszkanie wróciło do spółki, a pan natychmiast sprzedał je za bezcen konkurencyjnej „Estakadzie”, czyż nie tak? Dlaczego, panie prezesie, pozbył się pan tego atrakcyjnego lokum? Kościuszki 77 to, o ile się orientuję, znakomity adres?

 

– Proszę pani... – Harold Lewant przetarł chusteczką zroszone potem czoło – gdyby pani wiedziała... ile z tym mieszkaniem mieliśmy kłopotów... Jeden koszmar – westchnął.

– Jeżeli pan pozwoli... kto przed Ignacym Kalinką zajmował mieszkanie numer 6?

– Zajmował je... to za mocno powiedziane. Przebywał tam może przez pół roku wraz z rodziną Udo Ścierna, dyrektor teatru „Spectrum”. Miasto wynajęło mu od nas to mieszkanie, a rodzinka, chyba po kilku miesiącach, zwiała stamtąd do hotelu. Lokal przez ponad półtora roku stał pusty, potem nadarzył się ten... – wykrzywił się z prawdziwym obrzydzeniem – parweniusz: Ignacy Kalinka, paskudna postać.

– A jednak spółka wynajęła mu to mieszkanie?

– Miał pieniądze i... zabezpieczenie.

– Mimo wszystko nie był pan do niego przekonany?

– Podejrzany typ, od razu mówiłem, że to jakiś hochsztapler. Szukał chyba czegoś reprezentacyjnego. Zdaje się, że dla swojej kochanki...

– Nie wie pan, co się z nim stało po wypuszczeniu z aresztu?

– Podobno mieszka w domu swojej żony. Powinienem mieć ich adres.

– Wróćmy do tego reżysera, Udo Ściemy. Oryginalne imię – zauważyłam.

– Jego matka zakochana była w sławnym swego czasu niemieckim aktorze Udo Jürgensie. Tak przynajmniej podawały gazety, kiedy się tu sprowadził.

– Nadal mieszka w Łodzi?

– Zdaje się, że tak, ale nie mam jego aktualnego adresu.

– Zadzwonię do teatru, to nie problem – rzekłam.

– Kto przed Udo Ściemą mieszkał pod numerem 6?

– Przez jakieś dwa lata mieszkanie stało puste, ale wcześniej do 2005 roku wynajmował je mecenas Radosław Radwański z żoną i synem. Wzięty adwokat, obrońca w różnych, powiedziałbym, niezbyt czystych sprawach, z których zawsze potrafił znakomicie wybrnąć. Dużo klientów i...

– Duże pieniądze.

– To pani powiedziała.

– Co się z nim stało?

– Chciał z żoną, ekonomistką, założyć kancelarię z prawdziwego zdarzenia. Mieszkali na Kościuszki chyba ze cztery lata. Małżonkowie Radwańscy zginęli w wypadku samochodowym w dość niejasnych okolicznościach.

– Zdaje się, że coś o tym czytałam...

– Ich syn wraz z żoną przenieśli się do domu na obrzeżach Łodzi, bo podobno nie mogli wytrzymać w tym mieszkaniu. Po nich była znowu dłuższa przerwa, zanim wprowadził się Udo Ściema.

– To rzeczywiście... dziwne – odrzekłam z zastanowieniem. – Panie prezesie, jeśli pan łaskaw, proszę mi powiedzieć, kto wcześniej zamieszkiwał to mieszkanie? Ten luksusowy dom, o ile się orientuję, został wybudowany tuż przed wojną.

– Nie znam dokładniej historii tego lokalu – odparł po chwili namysłu. – Prawdopodobnie podczas wojny mieszkał tam jakiś Niemiec. Polacy nie mogli wtedy zajmować w Łodzi tak eleganckich mieszkań.

– A po wojnie? – spytałam.

– Po wyzwoleniu wojsko wprowadziło do mieszkania numer 6 swojego zdolnego, młodego lekarza, który potem zrobił niebywałą karierę jako wybitny neurochirurg, pierwszy dokonujący operacji na otwartym mózgu. Na ogół z powodzeniem. Pan profesor pracował w szpitalu w Tuszynku pod Łodzią. Zmarł, o ile mnie pamięć nie myli, w pod koniec lat osiemdziesiątych.

– Jak się nazywał?

– Mieczysław Mandyczewski.

Nieomal podskoczyłam na niewygodnym krześle.

– To nazwisko nie jest mi obce – zauważyłam.

– Był bardzo znanym lekarzem. Jego sława...

– To on operował mojego ojca. Niestety, było już za późno.

– Przykro mi...

– Miał może rodzinę, dzieci?

– Owszem. Syna i córkę. Syn... szczerze mówiąc, nie wiem, co się z nim dzieje. Miał na imię... Fantazy.

– To z dramatu Słowackiego.

Pan prezes spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Zna go pani? – spytał. – Tego Fantazego?

– Fantazy Mandyczewski... coś o nim słyszałam, musiałabym sprawdzić – odparłam. – A córka Mandyczewskiego?

– Córka... – pan prezes Harold Lewant zdjął okulary. – Córka Mieczysława Mandyczewskiego, Idalia, była przez piętnaście lat moją żoną.